Forum Praca Praca
ZMIEŃ
    Dodaj do ulubionych

    Skąd się bierze Dilbertoza???

    IP: 10.1.12.* / 193.41.231.* 17.08.01, 11:42
    Pracuję od niedawna, ale już zdążyłam się zorientować, że między teorią ogólnie mówiąc biznesu
    (studia), a praktyką istnieje ogromna przepaść. Firmy funkcjonują często, wydawałoby się, nie tylko
    wbrew podstawowym teoriom zarządzania, ale nawet elementarnym zasadom logiki. Wystarczy
    przeczytać wypowiedzi na tym forum, a już można mocno posmakować tej paranoi.
    Ciekawa jestem waszych opini - dlaczego tak jest i czy jest sposób, żeby się od tego uwolnić, czy we
    własnej firmie będzie inaczej?
    Obserwuj wątek
      • Gość: Alek Re: Skąd się bierze Dilbertoza??? IP: 213.231.15.* 17.08.01, 13:40
        Moja droga,

        Pozwól, że odezwę się do Ciebie w ten poufały sposób. Usprawiedliwia mnie mój
        zaawansowany wiek (27 lat) oraz bogate doświadczenie zawodowe (ponad 4 lata).

        Zacząłem pracę jeszcze na studiach (SGH) i też miałem głowę pełną teorii
        ekonomicznych. Jestem z siebie dumny, gdyż już po 4 latach otrząsnąłem się i
        pozbyłem iluzji. Biuro, firma, organizacja - w większości z nich szefowie
        kierują się wyłącznie własną logiką plegającą na:
        1. Tworzenie "dupokrytek" czyli dokumentów mających chronić własną dupę
        (przepraszam za ostry język). Dupokrytki są to wszelkiego typu dokumenty
        pisane!!!, które mają za zadanie pokazanie, iż szef pracuje, wszystko wiedzial
        wcześniej, nie podjął błędnej decyzji, nie wyraził jasnego sądu na jakiś temat,
        2. Własna pensja i premia (czyli cost cutting, dziel i rządź, itp.),
        3. Własna wygoda

        Nie licz, że Twój szef będzie Ci przyjacielem, nawet jak mówicie sobie po
        imieniu i jecie razem lunche to jeszcze nic nie znaczy.


        Ty też powinnaś sformułować swój program:


        1. Każda kolejna praca jest elementem wzbogacającym Twoje CV,
        2. Lojalność? Przede wszystkim trzeba być lojalnym wobec swojej rodziny, firma
        jest na drugim miejscu,
        3. Ceń się, rób wszystko, aby kolejna praca byla ciekawsza i przynosiła więcej
        $ (kaski, jak mówią moi koledzy).

        Życzę Ci pogody ducha i pamiętaj - praca to nie życie!!! Praca to szmal, a
        życie to miłość.

        Pa
        • Gość: Smik Re: Skąd się bierze Dilbertoza??? IP: 10.1.12.* / 193.41.231.* 17.08.01, 15:12
          Miło jest powitać kolegę ze studiów, a może nawet z roku, tylko że ja zaczęłam regularną pracę
          dopiero po skończeniu. Dzięki za odpowiedź.
          No cóż mam wrażenie, że ja się otrząsnęłam już po roku pracy, oczywiście akutat trafiłam na takie
          okoliczności. Teraz natomiast zastanawiam się co robić dalej, by mieć satysfakcję bez absurdu i
          oczywiście kasę.
          Pozdrawiam
        • Gość: adam_ski Re: Skąd się bierze Dilbertoza??? IP: 195.94.222.* 20.08.01, 16:08
          Mnie równiez miło powitać kolegę z roku (jak przypuszczam - ten sam albo rok
          wyżej). Szereg Twoich uwag jest 100% trafnych. Od siebie dodam jeszcze parę:

          - jeżeli konkurencja proponuje Ci lepszą ofertę, nie bierz pod uwagę tego, jak
          bardzo lubisz szefa. Kiedy przyjdzie co do czego i szef będzie musiał/chciał/każą
          mu Cię zwolnić, jedyne na co możesz liczyć to silny uścisk dłoni. Dlaczego masz
          być bardziej zaangażowany?

          - Niezależnie od tego co robisz, look busy. Nauczył mnie tego pewien kontestujący
          Amerykanin, Graham C., z którym miałem przyjemność pracować. Look busy - noś
          papiery, wal w klawisze z zaciętą miną, nalewaj kawę nerwowym, szybkim ruchem.
          Gadanie z kolegą/koleżanką o pierdołach w czasie pracuy jest w dzisiejszych
          warunkach tzw. open space samobójstwem.

          - Pamiętaj, że w każdej populacji od 5 do 10% ma skłonności donosicielskie i
          krecioróbcze. W KAŻDEJ, czyli wśród Twoich współpracowników też. Od układów w
          pracy zależy do jakiego stopnia te skłonności są wykorzystywane i jak wiele Ci
          zaszkodzą. Mogą zaszkodzić potężnie.

          - Nie przejmuj się tym, czym nie musisz się przejmować wprost, tzn. dobrem firmy,
          marki, pozycją itd. Na to będziesz mieć czas, kiedy założysz własny biznes.
          Przejmuj się swoją pozycją, pracą, jaką wykonujesz, strumieniem gotówki, jaki
          płynie do Ciebie.

          Ukłony

          Adam
        • Gość: omen Re: Skąd się bierze Dilbertoza??? IP: 195.94.206.* 21.08.01, 09:43
          Słuchajcie, chyba powstaje "towarzystwo wzajemnej adoracji", he, he...
          ( a tak na marginesie: który włąściwie rocznik + kierunek reprezentuje Szanowne
          Gremium ??).
          Co do pracy (niekoniecznie pierwszej), to pozwólcie, że dorzucę coś z własnego
          podwórka... Pamiętajcie, że zupełnie inaczej postrzegany jest (niestety)
          pracownik - mężczyzna od pracownika - kobiety ! Nie wierzyłam, dopóki nie
          przeżyłam. Wszelkie niepowodzenia są zwielokrotniane, a sukcesy -
          minimalizowane, tym bardziej, że przecież jesteś w "wieku reproduktywnym", więc
          nie warto sobie tobą zawracać głowy... Co do konkurencji w pracy - jest i
          będzie, ale skoro skończyłaś SGH, to chyba jesteś z nią "otrzaskana"...
          Pamiętaj o jednym : w dużych firmach ("z udziałem kapitału z.")nie szukaj
          przyjaciół, jedynie kolegów. Nawet się nie zorientujesz kiedy twój (jakby się
          wydawało) kumpel wbije ci nóż w plecy z byle powodu. A tak w nawiązaniu
          do "nerwowego popijania kawusi i markowania ciężkiej pracy", może i się
          sprawdza, ale nie w każdej sytuacji... Jak cię mają wywalić, to i tak to
          zrobią, nawet jeśli uchodzisz za pracoholika. W końcu twój szef ma jeszcze paru
          krewnych, zainteresowanych twoim stanowiskiem ( a z autopsji wiem, że nie
          wioedza się liczy, tylko znajomości - ciekawe, czy kiedykolwiek to się
          zmieni)... Ale dziś jestem w "optymistycznie" nastawiona do życia, a to dopiero
          po 9 rano...
          • Gość: adam_ski Re: Skąd się bierze Dilbertoza??? Z SGH..?! IP: 195.94.222.* 21.08.01, 15:34
            Gość portalu: omen napisał(a):

            > Słuchajcie, chyba powstaje "towarzystwo wzajemnej adoracji", he, he...
            > ( a tak na marginesie: który włąściwie rocznik + kierunek reprezentuje Szanowne
            > Gremium ??).

            Witam wszystkie kolezanki i kolegów. Wywołany do tablicy podaję swój rocznik -
            zacząłem w 1994 (indeks 74xx), jeździłem na prawie każdy obóz letni do Dziwiszewa
            i na parę zimowych do Tresnej, mam na imię Adam, a kierunek to finanse i
            bankowość. Nb. poza tym studiuję psychologię, pracuję jako szkoleniowiec w
            informatyce, a klienci mówią do mnie w stylu "pan jako elektronik". Świra można
            dostać, mówię Wam ;-))

            Co do kolegów - jest taka ładna przedwojenna piosenka "Jak to na wojence ładnie".
            Minkiewicz wykpiwał potem jej refren, a brzmi on tak:" Jak to na wojence ładnie,
            kiedy ułan z konia spadnie. Koledzy go nie żałują, jeszcze końmi go tratują." No
            to dokładnie tak jest.

            Ale i tak życie jest piękne, a pracując w dużych korporacjach (pracowałem kiedyś
            dla takich jednych amerykanów...Uff, to było przeżycie dla mojego poczucia
            zdrowego rozsądku) uczysz się jak pewnych rzeczy NIE robić; lepiej wcześniej niż
            później..

            Adam

            • Gość: omen Re: Skąd się bierze Dilbertoza??? Z SGH..?! IP: 195.94.206.* 21.08.01, 16:09
              A to młody jesteś... (nawet nie pytam kiedy skończyłeś, o ile już to
              nastąpiło...)Ale muszę przyznać Ci rację - uczysz się czegoś, o czym każą Ci
              zapomnieć przez pierwsze pól roku tzw."pracy zawodowej". Cóż, "c''est la vie",
              jak mawiają Amerykanie francuskiego pochodzenia... Ale pociesz się, że nie
              tylko "postsgh-owcy" mają takie problemy. Żyjemy w czasach absurdu...
      • caerme Re: Skąd się bierze Dilbertoza??? 17.08.01, 22:51
        Ja mam najubozsze doswiadczenie - student [murzyn] zrobil swoje itd to moze
        odejsc. a dilbertoza coz po pierwsze to jak ktos zauwazyl wygodnictwo
        naczalstwa wraz z metoda "Spychologii stosowanej" - zawsze mozna znalesc
        winnego ale to ze on nic nie mogl to inna para kaloszy. kolejny punkt programu
        to wygodnictwo - im wyzej latwiej uzyskac wyniki i latwiej spuscic
        odpowiedzialnosc niz samemu sie "wypuscic" do tego dochodzi w wielu firmach
        zasada bmw polaczona z szef zada szef ma...
        u mnie to tak dzialalo zwykle obrywali najnizsi czli ja i moj szef, a jak sie
        cos komus nie spodoba;o to oberwaly osoby z najmniejszym stazem - ja
        • Gość: Ira Z nas się bierze! IP: *.zgora.dialog.net.pl 21.08.01, 21:17
          Jaki jest koń, każdy widzi, więc tym razem o przyczynach. Czytam Wasze posty,
          zgadzam się z uwagami, bo faktycznie tak to działa. I po raz kolejny dochodzę
          do wniosku, że żródłem Dilbertozy są jej ofiary. Te wszystkie zabiegi służące
          ochronie własnej dupy, wszystkie zgody na to, na co nie powinien godzić się
          człowiek mający nieco godności i szare komórki na tyle sprawne, żeby widzieć
          nieco dalej, niż koniec własnego nosa - rzygać mi się chce! Przerabiałam i
          skretyniałych szefów, i "życzliwych" kolegów/koleżanki, dupokrytki,
          donosicielstwo, konkurencję baaaardzo nieuczciwą itd...itp...Chyba wszelkie
          możliwe absurdy Dilbertozy. Ale nigdy na nie się nie godziłam! I nie udawałam,
          że się godzę. Nazwiecie to pewnie głupotą, bo jest to ewidentne samobójstwo. Ja
          to nazywam uczciwością. I walką z wiatrakami. Ale jeśli tacy jak ja są takimi
          wyjątkami, będą zawsze postrzegani jako nieszkodliwi wariaci, którzy i tak
          świata nie zmienią. Kochani koniunkturaliści, skoro tak bardzo Was mierzi taka
          rzeczywistość, nie narzekajcie pokątnie, w bezpieczny sposób! Dopóki tak
          znakomita większość będzie postępować w ten sposób - sposób obrzydliwy, który
          umożliwia funkcjonowanie wszelkich reżimów na bazie wsparcia "ofiar"- będzie
          się to toczyć dalej. Markowanie roboty, pozorowanie zaangażowania, płaszczenie
          się przed pogardzanym szefuńciem, totalne totumfactwo - wszystko to dorażnie
          procentuje, nie da się ukryć! I jeśli jeszcze bez obrzydzenia patrzycie w
          lustro, to gratuluję dobrego samopoczucia! I ponieważ tak myślę, zawsze byłam -
          wcześniej czy póżniej - persona non grata i dla przełożonych , i dla kolegów
          zza biurka. I wcale mnie to nie martwi, bo zmusiło mnie do pracy na własny
          rachunek. Tertium non datur.
          • Gość: Lechu Quatrum non datur - okłamujesz samą siebie IP: *.pl 22.08.01, 08:54
            Gość portalu: Ira napisał(a):

            > Jaki jest koń, każdy widzi, więc tym razem o przyczynach. Czytam Wasze posty,
            > zgadzam się z uwagami, bo faktycznie tak to działa. I po raz kolejny dochodzę
            > do wniosku, że żródłem Dilbertozy są jej ofiary. Te wszystkie zabiegi służące
            > ochronie własnej dupy, wszystkie zgody na to, na co nie powinien godzić się
            > człowiek mający nieco godności i szare komórki na tyle sprawne, żeby widzieć
            > nieco dalej, niż koniec własnego nosa - rzygać mi się chce! Przerabiałam i
            > skretyniałych szefów, i "życzliwych" kolegów/koleżanki, dupokrytki,
            > donosicielstwo, konkurencję baaaardzo nieuczciwą itd...itp...Chyba wszelkie
            > możliwe absurdy Dilbertozy. Ale nigdy na nie się nie godziłam! I nie udawałam,
            > że się godzę. Nazwiecie to pewnie głupotą, bo jest to ewidentne samobójstwo. Ja
            >
            > to nazywam uczciwością. I walką z wiatrakami. Ale jeśli tacy jak ja są takimi
            > wyjątkami, będą zawsze postrzegani jako nieszkodliwi wariaci, którzy i tak
            > świata nie zmienią. Kochani koniunkturaliści, skoro tak bardzo Was mierzi taka
            > rzeczywistość, nie narzekajcie pokątnie, w bezpieczny sposób! Dopóki tak
            > znakomita większość będzie postępować w ten sposób - sposób obrzydliwy, który
            > umożliwia funkcjonowanie wszelkich reżimów na bazie wsparcia "ofiar"- będzie
            > się to toczyć dalej. Markowanie roboty, pozorowanie zaangażowania, płaszczenie
            > się przed pogardzanym szefuńciem, totalne totumfactwo - wszystko to dorażnie
            > procentuje, nie da się ukryć! I jeśli jeszcze bez obrzydzenia patrzycie w
            > lustro, to gratuluję dobrego samopoczucia! I ponieważ tak myślę, zawsze byłam -
            >
            > wcześniej czy póżniej - persona non grata i dla przełożonych , i dla kolegów
            > zza biurka. I wcale mnie to nie martwi, bo zmusiło mnie do pracy na własny
            > rachunek. Tertium non datur.

            Ja też działam na własny rachunek, czyli moim "szefem" jest klient. Nie wmówisz
            mi, że w tej relacji nie ma dilbertozy. Tylko, że teraz każę sobie dodatkowo
            płacić za fanaberie klienta. Wobec tego klient często z nich rezygnuje. A czasem
            się godzi. Siłą rzeczy muszę więc spełnić jego głupia zachciankę. Nie wierzę, że
            nie masz takich sytuacji z klientami. Też musisz uelastycznić swoje zasady.
            Inaczej możesz stracić klienta. To jest Twoje tertium. Niestety. Moje również.
            • Gość: Ira "okłamujesz samą siebie"? IP: *.zgora.dialog.net.pl 22.08.01, 11:21
              Nie uelastyczniam zasad. Stosuję elastyczne metody - to niekoniecznie to samo.
              I też zdarza mi się tracić w imię tych zasad, gdy sytuacja jest niepodatna na
              żadną z moich metod. Ale mam już inną "pozycję wyjściową" i nikt mnie nie tępi
              z powodu zbyt sztywnego kręgosłupa.
              • Gość: Lechu Re: IP: *.pl 22.08.01, 13:20
                Gość portalu: Ira napisał(a):

                > Nie uelastyczniam zasad. Stosuję elastyczne metody - to niekoniecznie to samo.
                > I też zdarza mi się tracić w imię tych zasad, gdy sytuacja jest niepodatna na
                > żadną z moich metod. Ale mam już inną "pozycję wyjściową" i nikt mnie nie tępi
                > z powodu zbyt sztywnego kręgosłupa.

                Nie bardzo rozumiem. Poproszę o przykład, gdzie coś wykonasz jako pracownik i
                jest to dilbertoza oraz gdzie wykonasz to samo jako zleceniobiorca obcy i nie
                jest to dilbertozą.
          • Gość: Smik Re: Z nas się bierze! IP: 10.1.12.* / 193.41.231.* 22.08.01, 12:01
            Tak, być może to jest dobry trop. Ja też nie lubię narzekania, chociaż oczywiście bardzo fajnie jest
            poopowiadać sobie różne historie - ale jakie płyną z nich wnioski?
            Moją dewizą jest: narzekasz - więc podemij jakieś działania - jeśli tego nie robisz - to znaczy że z jakiś
            powodów godzisz się na sytuację w której jesteś - więc jest to trochę obłuda.
            Niestety nie odkryłam innego rozwiązania niż zmiana pracy, w przypadku zupełnie
            idiotycznych-toksycznych sytuacji. Walka z wiatrakami jest słuszna - w moim pojęciu - ale jeśli nie
            kończy się np: wrzodami żołądka i nerwicą.
            Pozdrawiam
            • Gość: Guru Re: Z nas się bierze! IP: 192.168.0.* / *.e-gaz.pl 22.08.01, 13:00
              Też kiedyś (1-rok temu nazad) byłem takim idealistą i podjęcie przeze mnie tych
              tzw. "działań" skończyło się otrzymaniem "kopa" + tekst na pożegnanie cyt:
              "Przyjmij to po męsku",wypowiedziany przez mojego przełożonego,nawiasem mówiąc
              największego włazidupa i dwulicowego szczura w mojej firmie.Po 6-cio
              miesięcznym,bezskutecznym,pomimo wydawałoby się moich kwalifikacji okresie
              poszukiwania pracy,a w końcu znalezienia tejże po znajomości,wyzbyłem się
              całego bohaterstwa i idealizmu.Koniec końców i tak zawsze najważniejsza jest
              kasa.
          • Gość: omen Re: Z nas się bierze! IP: 195.94.206.* 22.08.01, 14:41
            Gość portalu: Ira napisał(a):

            Ale nigdy na nie się nie godziłam! I nie udawałam,
            > że się godzę. Nazwiecie to pewnie głupotą, bo jest to ewidentne samobójstwo. Ja
            > to nazywam uczciwością. I walką z wiatrakami. Ale jeśli tacy jak ja są takimi
            > wyjątkami, będą zawsze postrzegani jako nieszkodliwi wariaci, którzy i tak
            > świata nie zmienią.

            Też bym chciała być idealistką. Ale do tego (poza świetnym samopoczuciem
            presentowanym przez Ciebie - czyżby prawnik ?) trzeba mieć grubą kasę i niezłe
            kontakty, żeby:
            A) zaraz po studiach "podskakiwać" szefowi i nie oberwać;
            B) założyć "z niczego" firmę - bez zaplecza w postaci wypróbowanych pracowników,
            stałych klientów, spedytora itd., itp;
            C) uniknąć plajty na rynku, gdzie przepisy US, ZUS, UC, itd, itp (niepotrzebne
            skreślić) zmieniają się jak w kalejdoskopie.
            Próbowałam być "panią na włościach", ale "zżarły" mnie podatki... Teraz patrzę na
            całą sytuację z perspektywy pokonanego i wcale nie wygląda to tak różowo. A co
            Twoich "osiągnięć" w walce z Dilbertami - wyczuwasz subtelną różnicę między
            odwagą w wyrażaniu własnych opinii a zwykłym chamstwem ?? Nie sztuka opieprzyć
            szefa i trzasnąć drzwiami.
            • Gość: Ira Re: Z nas się bierze! IP: *.zgora.dialog.net.pl 22.08.01, 18:23
              Gość portalu: omen napisał(a):

              A co
              > Twoich "osiągnięć" w walce z Dilbertami - wyczuwasz subtelną różnicę między
              > odwagą w wyrażaniu własnych opinii a zwykłym chamstwem ?? Nie sztuka opieprzyć
              > szefa i trzasnąć drzwiami.
              >
              Napisałam długaśną odpowiedż i nie udało mi się jej wysłać, a drugi raz tego
              samego nie mam ochoty pisać :-). W takim razie krótko : Co wspólnego z Twoim
              pytaniem ma to, co napisałam? Sądzisz, że po chamsku opieprzyłam szefa i
              trzasnęłam drzwiami? Hm...Może ostry ton mojej pierwszej wypowiedzi skłonił Cię
              do takich przypuszczeń?
              • Gość: omen Re: Z nas się bierze! IP: 195.94.206.* 23.08.01, 09:33
                Chyba skłonił... Nie chodzi o to jak Ty postąpiłaś, ale co doradzasz innym... Z
                Twojej wypowiedzi (skoryguj mnie, jeśli się mylę) wynikało, że nie tolerujesz,
                a nawet pogardzasz ludźmi, którzy nie forsują swojego stanowiska i
                podporządkowują się zastanemu w danej firmie układowi: szef - idiota kontra
                podwładni - tchórze. I właśnie stąd moja (ostra ?)odpowiedź. A bronię (i bronić
                będę) osoby nie mające takiej siły przebicia jak Ty i cierpiące w milczeniu...
          • Gość: Fi Re: Z nas się bierze!-do Iry IP: *.MAN.atcom.net.pl 29.08.01, 14:18
            No to witam kolezanke w tym skromnym gronie. Ja tez wlasnie w ten sposob
            postepuje w jaki piszesz i tez w koncu zawsze okazuje sie, z jestem persona non
            grata i dla szefow i dla kolezanek/kolegow z pracy. Bo ludzie jak zauwazylam
            chocby nie wiem co sie dzialo i chocby nie wiem jak zle im bylo i chocby nie
            wiem jak narzekali to i tak postepuja w mysl dilbertozy, wyscig szczurow
            chociaz nie ma o co sie scigac, wygryzc drugiego bo moze samemu osiagnie sie
            nie wiem jakie korzysci, wykorzystac to co powiesz przeciwko tobie...itp. w ten
            sposob niestety postepuja ludzie, ktorzy wydawac by sie moglo sa twoimi
            przyjaciolmi. Ja tez sie juz nauczylam - w pracy nie ma przyjaciol. Nikomu nie
            mozna ufac bo nigdy nie wiadomo co z tego bedzie a wszystko co powiesz moze
            zostac uzyte przeciwko tobie w momencie w ktorym sie tego najmniej spodziewasz.
            Staralam sie wielokrotnie zmienic swoje zachowanie w pracy i byc taka jak inni,
            ale niestety tak sie sklada, ze moja natura jest silniejsza ode mnie, jestem
            osoba podobna do ciebie jesli chodzi o walke z wiatrakami i niestety dostaje za
            to po dupie i musze szukac kolejnej pracy. Ale musze tez napisac, ze za
            poprzedniego szefa i za poprzednich wlascicieli tej firmy mialam naprawde fajne
            stosunki w pracy. Moj szef byl najlepszym szefem z jakim kiedykowleik przyszlo
            mi w zyciu pracowac(a mam juz ponad 4 letni staz pracy). On byl po prostu
            czlowiekiem, wykazywal ludzkie uczucia i byl naprawde super. Teraz mam androida
            zamiast szefa i tesknie za tamtym starym szefem. Niestety nie pracuje juz z
            nim. Ale naprawde na pocieszenie chcialam wam wszystkim napisac, ze zdarzaja
            sie takie wyjatki jak moj poprzedni szef - byl naprawde super gosc. Jak to sie
            mowi i do tanca i do rozanca. Ale on nie byl Polakiem i moze to dlatego byl
            inny i mial inny stosunek do nas Polakow.
            Pozdrawiam wszystkich podobnych do mnie i do Iry. Nie dajmy sie zwariowac i
            stlamsic wlasnej osobowosci.
      • Gość: Lechu Do Smik (i Iry) IP: 10.129.226.* / *.acn.pl 23.08.01, 13:28
        > Ciekawa jestem waszych opini - dlaczego tak jest i czy jest sposób, żeby się
        > od tego uwolnić, czy we
        > własnej firmie będzie inaczej?

        We własnej firmie będzie tak samo, ale będziesz miała na to inne spojrzenie.

        Przykład: szef mówi do mnie (pracownika):
        "wyślij ten e-mail do klienta w 2 egz."
        Traktuję to jako idiotyzm. Jak zdążyłem poznać, Ira zaczniesz tłumaczyć, że
        taki wysyłanie nie ma sensu. I będziesz miała rację. Ale czy za to brałaś
        pensję ?
        Klient mówi do mnie (szefa firmy-zleceniobiorcy):
        "przyślij mi to e-mailem w 2 egz.", a ja zlecam to pracownikowi.
        Ostatnią rzeczą, jakiej oczekuję od pracownika, jest, żeby zaczął się mądrzyć i
        kogoś pouczać. Nie za to mu płacę. Ma wysłać ten cholerny e-mail w 2 egz. i nie
        marudzić. Ja nie mam czasu uczyć pracownika, że od względów ekonomicznych
        ważniejsze są dobre układy z klientem.

        I tak właśnie to wygląda.

        Ira, czy opiszesz mi wreszcie swój punkt widzenia n/t elastyczności kręgosłupa
        na posadzie i u siebie ?

        Pozdrawiam
        • Gość: Ira Do Lecha IP: *.zgora.dialog.net.pl 23.08.01, 16:05
          Gość portalu: Lechu napisał(a):

          > Ira, czy opiszesz mi wreszcie swój punkt widzenia n/t elastyczności kręgosłupa
          > na posadzie i u siebie ?
          >
          OK.
          Przede wszystkim , po ponownym przeczytaniu wszystkich wypowiedzi, nabrałam
          podejrzenia, że nie całkiem dobrze się rozumiemy. Nie chodzi mi o drobne i w
          sumie niegrozne przejawy Dilbertozy, jak podany przez kogoś wprzykład wyslania
          maila w dwóch egzemplarzach. Pewnie zapytałabym o sens czegoś takiego, ale ani
          jako parcownik, ani jako zleceniobiorca, nie forsowałabym rozwiązania bardziej
          sensownego. Jeśli to komuś jest potrzebne, niechby tylko do szczęścia, proszę
          bardzo! Mnie przez cały czas chodziło i chodzi o sprawy merytoryczne. Przykład?
          Niech będzie taki:
          Robiłam wystrój stoiska na targi w dużym centrum wystawienniczym w zachodniej
          Europie. Stoisko było bardzo małe (ceny), ale za to narożne, więc z dwóch stron
          otwarte dwa na ciągi komunikacyjne. Z tego też powodu było nieco drozsze, niż
          stoisko o tej samej powierzchni otwarte jednostronnie. Starałam się więc
          maksymalnie wykorzystać ten atut, aby mimo niewielkich rozmiarów, było ono z
          daleka dobrze widoczne i elementami wystroju z daleka przyciagało uwagę. Zrobiłam
          też małe badanie, takie forum ekspertów, do ktorego zaprosiłam takich ludzi z
          firmy, którzy mają o tym jakieś pojęcie i ich praca polega m.in. na uczestnictwie
          w przedsięwzięciach marketingowych,reklamowych itp. Ok. 80% opinii pozytywnych,
          kilka uwag dotyczących szczegółów, które w większości uwzględniłam.Szefuńcio
          natomiast (gdy praca już była własciwie skończona) przyszedł i stwierdził, że to
          wszystko jest do d...Jemu się spodobały stoiska, które widywał ostatnio i które
          są właśnie zamknięte, zabudowane i byle kto się tam nie pęta. Próbowałam
          wytłumaczyć, że takie stoiska budują firmy o dużej renomie na rynku
          międzynarodowym, są łatwo identyfikowane i nie szukają "byle kogo". A przede
          wszystkim wynajmują hektary powierzchni wystawowych i budowanie zamknietych
          konstrukcji w ktorych tworzą własną autonomiczną przestrzen ma sens. Nasza (teraz
          już nie moja)firma jest na tym rynku kopciuszkiem, chociaż w Polsce należy do
          liderów rynku. I jedziemy tam po to, żeby zainteresować jak największą ilość
          odbiorców, którzy nas - w znakomitej większości - po prostu nie znają. Szefuńcio
          (dyrektor handlowy zresztą) nie wierzył, że stoisko dwustronnie otwarte jest
          droższe. Pytał specjalistów z marketingu, czy to prawda. Ale i tak chciał
          stoisko "zamknąć", żeby potencjalni klienci chcieli sprawdzać, co może być tam
          ukryte, a my ich wtedy cap! A poza tym - stwierdził - jemu to się nie podoba. Na
          nic moje argumenty, że wyniki forum ekspertów wskazują, że to się może podobać.
          Przecież na takie targi przychodzą nie ludzie z ulicy, tylko podobni fachowcy z
          innych firm, naszych potencjalnych klientow i prawdopodobnie ich opinia też
          będzie raczej pozytywna. Na co szefuńcio, że jestem niereformowalna i on z tą
          wystawą nie pojedzie. "Sami sobie jedżcie, jeśli wam się podoba" i wyszedł
          trzakając drzwiami. Nastąpiła konsternacja podszyta paniką. Uspokajałam, że nie
          ma się czym przejmować, bo szefuńcio nie potrafi się oprzeć urokom tak
          atrakcyjnej delegacji, mimo że jeżdzi często. I tak dokładnie było! I wystawa
          pojechała i co gorsza - nawet się podobała. Nie był to ani pierwszy, ani ostatni
          taki wypadek z szefuńciem. Ale za każdym razem nie lubił mnie coraz bardziej, co
          niektórzy "życzliwi" starali się wykorzystać. Nie bez powodzenia, bo szefuńcio
          doceniał "poparcie i wsparcie" i to nagradzał. Mnie z kolei różnymi sposobami
          (ach, cóz to były za sposoby! paluszki lizać! ale to temat na duży reportaż,
          czyli nie na to miejsce) starał się zachęcić do zmiany miejsca pracy. Nie
          zwalniał mnie sam, bo tak naprawdę nie było za co. No i wyszłoby na to, że on
          faktycznie mnie tępi. A jeszcze trzeba byłoby wypłacać jakieś odprawy, a może
          nawet włóczyć się po sądach? To ja doceniłam jego starania i złożyłam wymówienie.
          Był bardzo szczęśliwy. Mnie miał z głowy , a reszta miała jeszcze jeden dowód na
          to, że pana dyrektora trzeba traktować jak bożka (jak każdy bożek , może być
          bardzo dokuczliwy).
          • caerme Re: Do Lecha 23.08.01, 18:32
            Dla Ciebie to byl debilizm wrodzony. Ja robiac juz w tzw. centrali na "okres
            probny" [jako Murzyn] widzialem podobne odchyly od normy w innych dziedzinach
            co chwila. Lacznie z opisywanym juz zabraniem weekendu bo naczalstwo z Niemiec
            przybylo, bo naszemu miejscowemu zapragnelo sie zrobic porzadek tam gdzie go
            chyba od stworzenia swiata nie bylo - oczywiscie po godzinach w piatek,
            unikajac wzroku zony jednego z pracownikow nas piorunowal. wychodzac cos przed
            7 wieczor [w teorii do 15...,potem za fryko] wypslo mi sie "Uff..." komentarz
            byl mocno nieciekawy a i wzrok takiz.
            To ze w poniedzialek opieprzal nas ze w naszym pokoju byl burdel [bo tam to
            zanieslismy] to maly pikus, to ze kazal czesc gratow wywalic spowrotem tam skad
            mysmy je wzieli to zupelnie inna para kaloszy.
            On sam uwielbial pracowac od 12 do 18...czasem 11 do 16.
            tez tam nie pracuje - wywalili mnie - i wiem jakie firmy mnie nie interesuja,
            ale czasem zastanawiam sie czy mozle lepiej bylo zamknac dziob i
            oswiadczyc "ale sie milo pracuje". zwlaszcza jak roboty nie ma od 5 miesiecy...
            • Gość: Ira Re: Do Lecha IP: *.zgora.dialog.net.pl 24.08.01, 00:31
              caerme napisał(a):

              > ale czasem zastanawiam sie czy mozle lepiej bylo zamknac dziob i
              > oswiadczyc "ale sie milo pracuje". zwlaszcza jak roboty nie ma od 5 miesiecy...

              Mimo tego, co napisałam wcześniej, bardzo dobrze to rozumiem. Nawet dłużej
              walczyłam z taką sytuacją, co było tym bardziej uciążliwe, że mam na utrzymaniu
              tzw, drobiazg. Syna, którego wychowuję sama. Nie raz zastanawialam się, czy nie
              było lepiej dziób włożyć w kubeł i niesmiało bulgotać. I wiesz - nie było.

              • Gość: Lechu Re: Do Iry i caerme IP: 10.129.226.* / *.acn.pl 24.08.01, 08:37
                Dziewczyny, opisujecie dwie różne sytuacje.
                Ira miał inne zdanie niż szef. Ale swego czasu zgodziła się brać pensję za
                pracę, zgodnie z wymaganiami swoich zwierzchników.
                Caerme była we wredny sposób wykorzystana. Do jej obowiązków nie należała praca
                po godzinach. Jeżeli jednak do tego doszło ma prawo do dodatkowych pieniędzy za
                wszelkie nadgodziny, nawet 5 mies. po rozwiązaniu umowy o pracę.
                pozdrawiam
                • Gość: Ira Lechu! IP: *.zgora.dialog.net.pl 27.08.01, 08:31
                  Gość portalu: Lechu napisał(a):

                  > Ira miał inne zdanie niż szef. Ale swego czasu zgodziła się brać pensję za
                  > pracę, zgodnie z wymaganiami swoich zwierzchników.

                  To trochę inaczej, niż Ci się wydaje. Zgodnie z wymaganiami zwierzchników, ale
                  też zgodnie z moją wiedzą i wykształceniem. I taki charakter w założeniu miała
                  moja praca. Zwierzchnik wyznaczał zadania, ja je realizowałam. Jako specjalista,
                  zgodnie z zasadami sztuki. Gdyby to szefuńcio był był specjalistą, nie
                  potrzebowałby specjalistów do realizacji "wizji", ale kogokolwiek z łapanki. Poza
                  tym, gdy podpisywaliśmy umowę o pracę, szefuńcio deklarował inne podejście.
                  Twierdził, że potrzebuje na tym stanowisku ludzi twórczych, samodzielnych,
                  dynamicznych,obznajomionych z zasadami nowoczesnego marketingu itd.itd. I mnie to
                  odpowiadało. Powiedz, jak ma się do tego opisana sytuacja, w której szefuńcio
                  wszelką kreatywność ma gdzieś, a chodzi mu tylko o to, żeby zgadywać jego myśli i
                  realizować z wyprzedzeniem? Przy tym nie przyjmuje do wiadomości, że specjalista
                  może mieć faktycznie nieco wiekszą wiedzę w swojej dziedzinie. A poza tym
                  szefuńcio jest od czegoś innego - od zarządzania, nie projektowania i przyjmując
                  specjalistę, powinien mieć do niego trochę zaufania. Powinien mieć też
                  umiejętność przyjęcia argumentów w kwestiach spornych i dyskutowania z nimi. Na
                  taki rodzaj pracy i wzajemnych zależności się umawialiśmy. Nic mi nie było
                  wiadaomo o tym, że jedyną moją funkcją ma być podporządkowanie się, nawet jeśli
                  kłóciłoby się to z z ustnymi ustaleniami, o zakresie obowiązków (na piśmie) nie
                  wspominając. Szefuńcio, jak sądzę, był nwowoczesnym menedżerem w deklaracjach, a
                  w praktyce - jak widać. Nijak ma się to wszystko do Twojego argumentu o braniu
                  pensji.

                  • Gość: Lechu Re: Lechu! IP: 10.129.226.* / *.acn.pl 27.08.01, 09:49
                    Gość portalu: Ira napisał(a):

                    > Gość portalu: Lechu napisał(a):
                    >
                    > > Ira miał inne zdanie niż szef. Ale swego czasu zgodziła się brać pensję za
                    >
                    > > pracę, zgodnie z wymaganiami swoich zwierzchników.
                    >
                    > To trochę inaczej, niż Ci się wydaje. Zgodnie z wymaganiami zwierzchników, ale
                    > też zgodnie z moją wiedzą i wykształceniem. I taki charakter w założeniu miała
                    > moja praca. Zwierzchnik wyznaczał zadania, ja je realizowałam. Jako specjalista
                    > ,
                    > zgodnie z zasadami sztuki. Gdyby to szefuńcio był był specjalistą, nie
                    > potrzebowałby specjalistów do realizacji "wizji", ale kogokolwiek z łapanki. Po
                    > za
                    > tym, gdy podpisywaliśmy umowę o pracę, szefuńcio deklarował inne podejście.
                    > Twierdził, że potrzebuje na tym stanowisku ludzi twórczych, samodzielnych,
                    > dynamicznych,obznajomionych z zasadami nowoczesnego marketingu itd.itd. I mnie
                    > to
                    > odpowiadało. Powiedz, jak ma się do tego opisana sytuacja, w której szefuńcio
                    > wszelką kreatywność ma gdzieś, a chodzi mu tylko o to, żeby zgadywać jego myśli
                    > i
                    > realizować z wyprzedzeniem? Przy tym nie przyjmuje do wiadomości, że specjalist
                    > a
                    > może mieć faktycznie nieco wiekszą wiedzę w swojej dziedzinie. A poza tym
                    > szefuńcio jest od czegoś innego - od zarządzania, nie projektowania i przyjmują
                    > c
                    > specjalistę, powinien mieć do niego trochę zaufania. Powinien mieć też
                    > umiejętność przyjęcia argumentów w kwestiach spornych i dyskutowania z nimi. Na
                    >
                    > taki rodzaj pracy i wzajemnych zależności się umawialiśmy. Nic mi nie było
                    > wiadaomo o tym, że jedyną moją funkcją ma być podporządkowanie się, nawet jeśli
                    >
                    > kłóciłoby się to z z ustnymi ustaleniami, o zakresie obowiązków (na piśmie) nie
                    >
                    > wspominając. Szefuńcio, jak sądzę, był nwowoczesnym menedżerem w deklaracjach,
                    > a
                    > w praktyce - jak widać. Nijak ma się to wszystko do Twojego argumentu o braniu
                    > pensji.
                    >

                    Ireczko, spokojnie.
                    Przede wszystkim ja nic kategorycznie nie twierdzę. Nie znam Ciebie, Twojej b.
                    firmy, szefa, zadań. Nie wiem dokładnie jakie cele realizować miała wystawa.
                    Uważam również, że najlepszą reklamą białej farby jest pomalować w rzeczywistości
                    całe Tatry na biało. Byłoby to na pewno "twórcze, samodzielne, dynamiczne,
                    kreatywne", zauważalne. Tylko który szef na to się zgodzi ?
                    Wszystko, co wcześniej opisałaś nie jest ze sobą sprzeczne. Miałaś być kreatywna,
                    ale kto inny miał decydować o wykorzystaniu Twoich zdolności. Gdybyś to Ty miała
                    decydować, nie potrzebowałabyś szefa.

                    Wracając do naszego podstawowego wątku. Jesteś u siebie, nie masz szefa i nie
                    musisz zginać kręgosłupa. Bardziej interesujące jest, jak sobie radzisz. Jeżeli
                    klient pozmienia kolory i rozmiary Twojego projektu, otrzymując zupełnie inny
                    efekt końcowy, to co wtedy ? Gdzie jest wtedy Twoja samodzielność i kreatywność ?
                    Pytam się z ciekawości i proszę Cię o odpowiedź, ponieważ sam mam podobne
                    zdarzenia.
                    pzdr.

                    • Gość: Ira Re: Lechu! IP: *.zgora.dialog.net.pl 27.08.01, 12:09
                      Gość portalu: Lechu napisał(a):


                      > Uważam również, że najlepszą reklamą białej farby jest pomalować w rzeczywistoś
                      > ci
                      > całe Tatry na biało. Byłoby to na pewno "twórcze, samodzielne, dynamiczne,
                      > kreatywne", zauważalne. Tylko który szef na to się zgodzi ?

                      ---Nie sadzę, żeby to była najlepsza reklama białej farby. Chociażby z tego
                      powodu, że nie dałoby się tego zrealizować. Z oczywistych powodów. A taka akcja
                      przeprowadzona mimo wszystko wywołałaby skandal, który tym razem (w odróżnieniu
                      od akcji np. Benettona) reklamowaną firmę by wykończył. Nie wspominając o tym, że
                      byłaby to reklama jaby nieco zbyt kosztowna, więc jaki sens? Szef, który by się
                      na nią zgodził, powinien udać się na zieloną trawkę, razem z projektantem.Pomysł
                      może twórczy -chociaż za bardzo się kojarzy z już zaistniałymi artefaktami, więc
                      może jednak bardziej epigoński? Ale to na marginesie. Rozumiem intencję pytania.
                      I znowu nijak ona się ma do tego, o czym pisałam...


                      > Wszystko, co wcześniej opisałaś nie jest ze sobą sprzeczne. Miałaś być kreatywn
                      > a,
                      > ale kto inny miał decydować o wykorzystaniu Twoich zdolności. Gdybyś to Ty miał
                      > a
                      > decydować, nie potrzebowałabyś szefa.
                      -------OK. Ale wspomniałam o potrzebie istnienia wzajemnych relacji wynikających
                      i z umowy, i z zasad funkcjonowania przedsiębiorstw. Szefuńcio chyba powinien
                      sobie zdawać sprawę z takich rzeczy? A także z tego, że nie robi się wystawy dla
                      szefuńcia, tylko dla tzw. szerokiego odbiorcy. Mam nadzieję, że nie muszę wicej
                      tłumaczyć, o co mi chodzi? Bo książkę napiszę.


                      >
                      > Wracając do naszego podstawowego wątku. Jesteś u siebie, nie masz szefa i nie
                      > musisz zginać kręgosłupa. Bardziej interesujące jest, jak sobie radzisz. Jeżeli
                      >
                      > klient pozmienia kolory i rozmiary Twojego projektu, otrzymując zupełnie inny
                      > efekt końcowy, to co wtedy ? Gdzie jest wtedy Twoja samodzielność i kreatywność
                      > ?
                      > Pytam się z ciekawości i proszę Cię o odpowiedź, ponieważ sam mam podobne
                      > zdarzenia.
                      > pzdr.
                      >
                      ------Zdarzały mi się takie rzeczy, bez mojej wiedzy i zgody. Co szkodziło i
                      samemu "dziełu" i mnie, jako osobie dającej za to "dzieło" twarz. To chyba też
                      jasne i nie muszę więcej tłumaczyć? Dodam tylko, że z takiego bzdurnego powodu
                      straciłam kiedyś lukratywne zlecenie i ewentualną możliwość dłuższej współpracy z
                      bardzo poważną firmą , po obejrzeniu mojej przerobionej-delikatnie mówiąc-
                      wystawy.I nie było tłumaczenia, że to nie jest to, co projektowałam. Ważne
                      okazało się to, że dopuściłam do wystawienia "czegoś takiego".Dowiadywałam się o
                      takich rzeczach po fakcie. I uwzględniam to teraz od samego początku,
                      określając , czy zmiany mogą być, a jeśli tak, to jakie. Oczywiście, nie zawsze
                      daje się to zrealizować bez bólu. Ale w drastycznych przypadkach rezygnuję raczej
                      z klienta, niż obrony. Być może mniej zarobię, ale czy warto za wszelką cenę?
                      Każdy może mieć własny pogląd. Ja mam taki. Jak to niedawno jednemu znajomemu
                      wyłożyłam, jestem wolnym jeleniem, którego żywot jest trudny i niebezpieczny, a
                      jeden nierozważny krok może go kosztować życie. Ale jest wolny. Pzdr!
                      P.S. Jak na razie częściej udaje mi się przekonać klienta za pomocą racjonalnych
                      argumentów (które nb. trzeba też w odpowiedni sposób podać, ale to chyba wiadomo
                      od poczatku). A jest to o wiele łatwiejsze do przeprowadzenia, gdy nie jest się
                      podwładnym takich "szefuńciów". O tym wspominałam na samym początku. Nawet ten
                      mój inkryminowany szefuńcio byłby "do pogadania" w takiej sytuacji. Sama
                      widziałam.
                      • Gość: Lechu Re: Lechu! IP: 10.129.226.* / *.acn.pl 27.08.01, 15:00
                        Dzięki i nara.
                • caerme Re: Do Iry i caerme 29.08.01, 00:06
                  nie ona tylko on... ale nie o tym
                  u mnie bylo to samo co u Iry. w teorii byla to firma przyjazna dla pracownikow
                  gdzie kazdy mogl dac pomysl w praktyce cos zupelnie innego. szef ktory umie
                  sluchac pracownikow i wie ze oni tez ludzi nalezy do wielkiej rzadkosci, i
                  bynajmniej nie ma go w firmach gigantach i centralach koncernow zagranicznych.
                  tam czlowiek to numer jedna ze stu kilkudziesieciu osob zatrudnionych w... albo
                  kolejny asystent [samych kierownikow jednego dzialu bylo 5 od sierpnia do
                  stycznia], moj szef w ciagu dwoch lat poznal caly biurowiec, inny student
                  zmienial dzial co okolo 10 dni z tego dwa razy byl asystentem raz szefem a raz
                  p.o. asystentem byl na poczatku i na koncu].
                  ps. godziny przyjscia byly wpisywane - godziny wyjscia byly "jak zwykle" pn -
                  czw 17,00 pt 15.30...
              • caerme Re: Do Lecha 28.08.01, 23:59
                pewnie masz racje, ja czasem sie i do tej pory zastanawiam "czy warto bylo",
                nie posiadam dzieci - droga dluga na razie, dorobilem sie tylko tego ze czasem
                po prostu mam dosc lacznie z wrazeniem kilku straconych lat [studia] i pytania
                samego siebie po co mi to bylo?, bo moglem isc na inny kierunek i przynajmniej
                mialbym szanse robic to co lubie.
                od niedawna troche mniej o tym mysle bo pomagam mamie w rodzinnej firmie
                [na "lewo"] i mimo ze praca jest czasem ciezsza mam to czego tam nie mialem -
                poczucie ze robie tez cos dla siebie
                chcialbym pracowac normalnie "na prawo" gdzies
                tobie zycze powodzenia!
                -Caerme-
      • Gość: koko Zza granicy IP: *.cern.ch 29.08.01, 11:30
        Polecenie przepisania zmodifikowanego tekstu z kartki do Worda (chociaz juz
        istnieje oryginalny plik). Szefica nie wie ze mozna zrobic copy paste.
        (Swiatowa Organizacja Zdrowia, Dzial Personalny).
      • Gość: koko I jeszcze IP: *.cern.ch 29.08.01, 11:32
        Po dostaniu e-maila szef wydzialu prosi sekretarke, zeby zadzwonila do autora z
        prosba o wersje papierowa!!! CERN, Szwajc.
        • Gość: Lechu Bardzo podoba mi się Twoja firma IP: 10.129.226.* / *.acn.pl 29.08.01, 19:46
          Gość portalu: koko napisał(a):

          > Po dostaniu e-maila szef wydzialu prosi sekretarke, zeby zadzwonila do autora z
          >
          > prosba o wersje papierowa!!! CERN, Szwajc.

          Załatw mi tam, proszę, robotę. Mówię po angielsku, niemiecku, andromedańsku i
          znam się na wszystkim. Mogę prowadzić dział korespondencji międzygwiezdnej.
          Miałem praktyki w Amirandzie, stolicy Kapadocji. Sądzę, że nowe rynki zbytu na
          pewno przydadzą się w Twojej firmie. Pogadaj na mój temat z szefem.

          pozdrawiam :-)

    Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


    Nakarm Pajacyka