Gość: sfrustrowany
IP: 213.155.191.*
22.05.12, 20:12
Pracuję w urzędzie miasta (miasto aspirujące, kiedyś ekstraklasa, obecnie II liga). Ludu co to za matrix, rzeczywistość równoległa. Każdy kolejny dzień utwierdza mnie w przekonaniu, że trzeba się ewakuować, brzydzę się miejscem w którym pracuję, a od tego już blisko do obrzydzenia samego siebie. W dzisiejszym odcinku opowiem jak się „organizuje się przetargi”. Tak przy okazji szefowa biura zamówień publicznych jest serdeczną przyjaciółką żony prezydenta „prezia”. Zaprzyjaźniła się z prezydentową ze względów czysto pragmatycznych, teraz jest już nie do ruszenia. Ale ad rem, sposób pierwszy „ wygracie jak zatrudnicie na intratnym stanowisku pan X” . W ten sposób konkubent naszej kierowniczki został zatrudniony przy zleceniu za bańkę. To nic, że nie zna się na niczym, już pani kierowniczka tak pokierowała przetargiem, aby skutecznie wyeliminować konkurentów i na placu boju została tylko jedna, wybrana firma. Sposób drugi, bardziej wyszukany - w specyfikacji zamieszcza się rzeczy, których nigdy nie będzie wymagać się od wykonawcy, „oczywiście z góry ustalonego”, a które z kolei generują olbrzymie koszty. W efekcie wybrana firma składa najtańszą ofertę, a oszczędnościami dzieli się z zamawiającym. Sprawy w biurze zamówień ciągną się tygodniami, ba nawet miesiącami. Kiedyś myślałem, że to efekt indolencji pracujących tam osób, teraz wiem, że to efekt przebiegłości. Chodzi o to, że potrzeba czasu aby „dogadać się” z wykonawcą przed rozstrzygnięciem przetargu.