Gość: Hector
IP: *.warszawa.sdi.tpnet.pl
07.09.02, 23:10
W Polsce wyrósł cech lobbystów - ludzi, którzy pośredniczą między biznesem a
władzą. Sami zarabiają krocie, ale ich zleceniodawcy zyskują dzięki nim
miliony. Teraz rząd chce zajrzeć lobbystom do kieszeni.
W sierpniu lobbysty raczej nie zobaczy się w mieście. Odlatują na Bermudy,
wyjeżdżają na Mazury czy do Juraty - byle bliżej wypoczywających posłów i
swoich korporacyjnych mocodawców. Ale to nie jest zwykły sierpień. Za cztery
miesiące zapadną decyzje o wielomiliardowym kontrakcie na zakup samolotu
wielozadaniowego dla polskiego lotnictwa. Dla lobbystów to dobre kilka
milionów
do zarobienia.
Większość została więc w Warszawie i walczy. Dzień zaczynają, krążąc od kawy
do
kawy, od lunchu do lunchu po tzw. złotym trójkącie, którego kąty wyznaczają
budynki trzech hoteli: Marriotta, Sheratona i Bristolu. Anna Kozerska pracuje
dla amerykańskiego koncernu farmaceutycznego Lilly. Dzień zaczyna w
warszawskiej restauracji Lilla Veneda na antresoli hotelu Marriott. Tu czuje
się jak w domu: nie poleca kawy, bo lurowata, za to pyszny jest omlet na
słodko. Do sali zastawionej małymi dwuosobowymi stolikami wpada co rano wielu
menedżerów. - To miejsce daje mi szansę spotkania się z kimś ważnym przy
śniadaniu - tłumaczy przyczyny swej zażyłości z Marriottem.
Mniej więcej o tej samej porze, około w pół do ósmej, w innej wykwintnej
restauracji, w Sheratonie, zaczyna dzień pracy Andrzej Długosz, właściciel
firmy lobbystycznej Cross Media. Sheraton tak jak Marriott to prawdziwy
lobbystyczny tygiel - miejsce spotkań polityków, topmenedżerów. I lobbystów.
Podczas porannej kawy Długosz wydzwania do klientów i starannie studiuje
prasę -
od "Naszego Dziennika" po "Trybunę". Potem, w przerwach między spotkaniami,
wpada do swojego biura położonego 100 m od bocznego wejścia do Sejmu, by
odebrać korespondencję.
- Na niektórych polityków w restauracji trzeba uważać - z uśmiechem opowiada
Długosz. - Są wśród nich wielbiciele dobrych win, a w Bristolu za butelkę
można
zapłacić nawet 3 tys. zł. Dlatego jeśli znam słabość mojego gościa do
boskiego
napoju, sam sięgam po kartę i wybieram taki, który mnie nie zrujnuje.
Z kim się spotyka, nie powie. Dyskrecja
i zaufanie to podstawa bytu lobbysty. Twierdzi, że gdyby postępował
inaczej, "od jutra mógłby zająć się produkcją ogrodowych krasnali".
Z dala od ciekawskich spojrzeń, w przytulnych wnętrzach luksusowych polskich
restauracji, przy sączącej się muzyce i pod dyskretnym wzrokiem zgiętych w
pół,
gotowych na każde skinienie kelnerów lobbyści spotykają się z politykami,
których przekonują do projektów swoich klientów. Restauracje są jak ich
drugie
biuro. W ulubionej przez warszawskich lobbystów La Boheme kierownictwo,
wychodząc stałym klientom naprzeciw, zamiast wystawiać każdorazowo rachunek,
pozwala wpisywać się do zeszytu i co kilka tygodni przesyła fakturę. Często
są
to grube tysiące. Większość wyborców nigdy w życiu nie przekroczy progu tych
klimatyzowanych wnętrz, gdzie mała czarna kosztuje 25 zł, a lunch dziesięć
razy
tyle.
Lobbyści lubią działać w cieniu, ale podkreślają: wszystko, co robimy, mieści
się w granicach prawa i zasad etyki. I powtarzają to do znudzenia, wiedząc, z
czym kojarzy się wszystkim ich zawód. Z wygrywaniem partykularnych interesów
dla bogatych koncernów kosztem ogółu obywateli. Tak albo jeszcze dosadniej -
z
przewałkami. Lobbystów podejrzewa się, że siłę swoich argumentów wspierają
bajecznymi wręcz łapówkami. Każdy słyszał legendy o walizkach z dolarami,
fundowanych wakacjach i hostessach w prezencie. Prawda? I tak, i nie.
Pieniądze
są duże, ale wypłaty na pewno nie tak ostentacyjne. I jak w każdym biznesie,
obok hochsztaplerów pełno jest ludzi za wszelką cenę usiłujących nadać
zawodowi
dobre imię.
- Czas oczyścić atmosferę. Potrzebne są przepisy prawne, które określą ramy
lobbingu - mówi Jeremi Mordasewicz z Polskiej Konfederacji Pracodawców
Prywatnych. MSWiA przygotowuje właśnie ustawę o lobbingu, dzięki której
wyborca
dowie się, kto i za ile przekonał ministra lub posła, by podjął tę, a nie
inną
decyzję.
W Polsce lobbują i politycy, i szefowie firm, i ich znajomi u swoich innych
znaczących znajomych. Słyniemy z układów, układzików i krążących kopert. U
nas
się "dociera" i "załatwia". Ale to nie ma nic wspólnego z lobbingiem, który
polega na przedstawianiu argumentów za daną sprawą lub przeciw niej, bez
ukrywania swoich intencji i za wynagrodzeniem.
Zawodowych lobbystów jest w Polsce najwyżej kilkudziesięciu, a znanych
zaledwie
kilkunastu. Większość trafiła do zawodu z polityki, mediów i firm PR. Nic
dziwnego - te sfery od zawsze wzajemnie się przenikają i ocierają o świat
biznesu. Dziennikarze, politycy i PR-owcy mają jedną znaczącą pasję -
gromadzą
numery telefonów ludzi ze świecznika. Zanim Tadeusz Jacewicz został lobbystą
i
szefem firmy Sigma, która doradza m.in. biznesmenowi Aleksandrowi
Gudzowatemu,
był znanym i cenionym publicystą. Marek Nowakowski działał w środowisku
lewicy,
a Andrzej Długosz - w Unii Wolności.
Przygoda Długosza z lobbingiem zaczęła się 10 lat temu, gdy dostał pracę w
największej na świecie agencji public relations Burson Marsteller, która
właśnie tworzyła w Polsce swój oddział. Tam nauczył się rozmawiać z wielkim
biznesem.
Do Bursona w tym samym czasie trafił też Nowakowski, dziś szef Grupy
Doradztwa
Strategicznego. W PRL za rządów Messnera był wiceszefem jego gabinetu,
odpowiedzialnym za kontakty z przemysłem. - Przez wiele lat urzędniczyłem,
poznałem więc mechanizmy sprawowania władzy - mówi Nowakowski. Poznał też
odpowiednich ludzi. Znajomość z prezydentem Kwaśniewskim lub Andrzejem
Olechowskim, liderem PO, jest na tyle dobra, że Nowakowski może dziś
powiedzieć: - Wiem, że mojego listu nie wyrzucą do kosza.
Niezwykle cenne są kontakty z prasą - zasięg ogromny, nacisk na urzędników i
obywateli pośredni, ale zazwyczaj skuteczny, a dotarcie do grupy decydentów
zadziwiające. - Posłowie są tak zalatani, że decyzję, jak głosować, podejmują
często na podstawie lektury artykułu w gazecie - mówi Długosz.
Umiejętnie podsycany przez gazety strach, na przykład przed dziurą ozonową,
przekłada się na biznes. Konsumenci wymienią stary sprzęt na nowy - zarobią
producenci bezfreonowych lodówek i lobbyści. Tak działają firmy
farmaceutyczne,
producenci margaryny czy masła. Stąd niekiedy fale artykułów na podobne
tematy.
Lobbyści wykorzystują fakt, że dziennikarze kochają newsy, a przy tym nie
dociekają zbytnio, od kogo i dlaczego dostali informacje. Działają przez
zaprzyjaźnionych redaktorów naczelnych i dziennikarzy.
- Kiedy na urzędników nie działają argumenty, mam prasę. Zwykle wystarczy
groźba, że powstanie artykuł na określony temat, ale faktycznie czasami
zwracam
się do zaprzyjaźnionych dziennikarzy - mówi Nowakowski. Twierdzi, że na
podstawie lektury codziennych gazet jest w stanie określić,
Usługi lobbystów nalezą do bardzo kosztownych. To ten pułap zarobków, które
przecietnemu obywatelowi zapiera dech w piersiach. Srednia stawka to : 10-15
tys dolarów miesiecznie. Lobbysta jak dobry prawnik, bierze 150-200 dolarów
za
godzine. Załatwienie bardziej skomplikowanej sprawy kosztuje kilkadziesiąt
tysiecy dolarów. Górnego limitu praktycznie nie ma, zdarzaja sie zlecenia za
pół miliona i wiecej