Gość: maryla
IP: *.chrzanow.sdi.tpnet.pl
21.04.03, 16:54
Przez jakiś czas pracowałam w firmie, ewidentnie działajacej na wariackich
papierach. Szefowa bezustannie zajęta swym kochankiem, kontrahenci
dobijający się do drzwi w poszukiwaniu swych pieniędzy. Pracowałam bez
umowy, bo szefowa była dobrą znajomą, a pieniędze (od czasu do czasu) wolała
dawać do ręki. OK, nie zależało mi na umowie. Ale po jakimś czasie \zaczęły
mnie drażnić te warunki - ja siedziałam po 8 godzin dziennie nad projektem,
a ta 0 przepraszam, jestem wściekła - kretynka po technikum bibliotekarskim
robił wszystko po swojemu, czyli byle jak i ostatecznie - źle.
Postanowiłam się wycofać z tego przedsięwzięcia, ale kulturalnie, bez obrazy
itd. Poprosiłam ją (środek marca) o wypłatę zaległej pensji, było tego
niedużo ale zawsze. Po trzech tygodniach dostałam odpowiedź, żebym przysłała
swoje dane, to ona wypisze mi umowę o pracę i się rozliczymy. Napisałam jej
(rozmawiamy już tylko mailowo), że rozliczenie się z urzędem skarbowym jest
formą potwierdzenia, że się dostało pieniądze, i że mogę jej wysłać dane,
pod warunkiem wpłaty na konto. Oczywiście nic nie dostałem, zostałam tylko
pouczona, że albo dane i rozliczenie skarbowe, albo nie mamy o czym mówić.
Kto ma rację?
Czy powinnam jej wysłać te dane (Boże, 1 maja tuż tuż!) i liczyć, że ona
kiedyś wpłaci mi tą kaskę (ma problemy finansowe na maksa)?
Zgłosić to do US (śmierdzi donosicielstwem)? Nie zależy mi tak strasznie na
tych pieniadzach (niecałe 2 tys.), ale nie lubię być "kiwana".
Co Wy zrobilibyście na moim miejscu?