Dodaj do ulubionych

Nasza książka..........okres twórczy :)

20.08.05, 16:16
Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby zebrać różne nasze opowiadania w jeden
wątek. Kopiujcie tu ciekawsze wg Was opowiści, po jakimś czasie posegreguje
je w rozdziały tematyczne, założę kolejny wątek już tylko pt. "Nasza powieść"
(albo innaczej, wg Was), a potem będziemy tylko kopiować opowiesci do
właściwych tematów - rozdziałów. Warunek..... żadnych plotek, tylko opowieści.
Myślicie , ze to ma sens?
Obserwuj wątek
    • natla Opowieści wigilijne. 20.08.05, 16:54
      "Zeszłam na dół" czyli na ostatnią stronę i wyszło mi to:

      • Re: Opowieści wigilijne i świąteczne.
      august2 18.12.2004 20:24

      To moze i ja dorzuce swoja "Opowiesc swiateczna"
      Nasze pierwsze emigracyjne swieta spedzilismy w San Francisco w 1982 roku.
      Znalem oczywiscie to miasto z filmow, z seriali telewizyjnych. Co innego bylo
      jednak spotkac sie oko w oko z tym miastem, zbudowanym na wzgorzach.
      Mlodszy syn mial wtedy 9 miesiecy i oczywiscie musial byc w wozku. Oj,
      objezdzilem sie wtedy z nim po tych stromych ulicach. Co niektorzy ludzie
      zatrzymywali sie zeby ogladac te ciekawe zjawisko. Mezczyzna pchajacy polski
      wozek (ten wielki) po tych gorzystych ulicach San Francisco.
      Chodzilismy wtedy wszedzie na piechote, zeby zaoszczedzic 60 centow na bilecie
      autobusowym. Dla nas bez pieniedzy, te kilkadziesiat centow mialo
      olbrzymia wartosc. Bylo to akurat przed swietami Bozego Narodzenia. Sklepy
      swiatecznie udekorowane. Jak wiemy w Polsce unikano wtedy wszelkiego
      swiatecznego blichtru. Spacerowalem wtedy wieczorem ze starszym synem, ktory
      mial 6 lat, i ogladalismy przez szybe te rozne „cudenka” na Union Square.
      Czy czytaliscie Dickensa?
      Wtedy to wlasnie nazwisko tego pisarza chodzilo mi po glowie. Wracalismy
      ktoregos dnia z naszej wieczornej wyprawy, kiedy obok nas przejechal ten
      olbrzymi samochod strazacki,
      ktory jest tak dlugi ze na koncu ma mala kabine z kierownica.
      Czyli, kierowca z przodu i dodatkowy z tylu zeby kierowac na zakretach w tych
      waskich ulicach.
      Jakby mnie cos „tknelo” jak to sie mowi. Przyspieszylem kroku a tu patrze ow
      woz strazacki stoi przed naszym domem apartmentowym. Strazacy w tych
      swych ubraniach ochronnych i z toporami biegna w strone drzwi wejsciwych.
      Zdenerwowany pobieglem w strone domu ale zaraz sie wyjasnilo co sie stalo.
      Ktos zauwazyl dym wydobywajacy sie z zsypu na smieci i zawiadomil straz.
      Widocznie jakis cymbal wrzucil niedopalek i smiecie sie zapalily... Wszystko
      skonczylo sie dobrze.
      Swieta nie byly jednak takie bardzo smutne. Zrobiono nam niespodzianke i grupka
      Polakow przyniosla mala choinke, troche dekoracji i nawet skromne
      prezenty.
      Pamietam do dzisiaj imie jednego z nich – Ryszard. Dowiedzialem sie pozniej ze
      wyjechal z Polski po 1968, po tej pamietnej antysemickiej hecy...
      Ten miesiac spedzony w San Francisco bede pamietal chyba do konca mych dni...
      ________________________________________________________________________________
      • Re: Opowieści wigilijne i świąteczne.
      tesunia 18.12.2004 19:02

      hmmm...ciekawe opowiesci....
      nie moge sobie nic ciekawego przypomniec,
      chyba ze pierwsza Wigilja w szwecji?....
      ale to nic ciekawegosad(
      o przypomnialo mi sie ,kiedy dziecie nam zachorowalo, 13 grudnia ladujemy
      na pogotowiu,zostawiaja Go w szpitalu, ja dostaje pokoj na ostanim pietrze, by
      byc razem z dzieckiem w kazdej chwili,
      tak zostalismy tam az do przed dnia Wigilji, proby/rentgeny nie dawaly zadnego
      rezultatu na postawienie diagnozy.
      Na wlasne zadanie wypisujemy dziecko ze szpitala oddzialu wyklucajac sie
      z ordynatorem dzieciecego, wracamy do domu....
      zdazylam zrobic szybko wigilijne zakupy spotykajac w sklepie kolezanke
      z pracy Wietnamke, wiedziala,z jakiego powodu nie bylam w pracy.
      Powiedziala mi,ze maja zwyczaj wigilijny, zyczyc sobie cos "tak po cichutku"
      tylko dla siebie i to sie spelnia przy pierwszym kesie jedzenia.
      Zasiedlismy wszyscy przy stole, pozyczylam sobie by dziecie mi wyzdrowialo
      i wiecej nigdy nie chorowalo.... z dusza na ramionach patrzelismy,
      jak nasza pociecha "pakowala" sobie do buzi wszystko z jedzenia,
      odczekalismy pol godz/godzine/nastepna... nic sie nie dzieje,
      noc zawsze krys byl najwiekszy...przespalismy wszyscy spokojnie....
      Dziecie bylo zdrowe:
      _______________________________________________________________________________

      • Re: Opowieści wigilijne i świąteczne.
      natla 18.12.2004 17:28

      Wracaliśmy maluszkiem z rodzicami i Kazanem z wigilii, która wyjątkowo odbyła
      się u Brata.
      Było po 8-mej wieczorem, dużo śniegu, ale droga czarna. Do przejechania 35 km.
      Po wyjeździe z miasta, wjechaliśmy na kolkunastokilometrową wolną
      przestrzeń. Po kilku km , nagle otoczyła nas tak gęsta mgła, że jechaliśmy przy
      otwartych oknach (15 st poniżej 0), wychyleni na zew.
      Ojciec z prawej str. pilnował pobocza, ja z lewej środkowego pasa jezdni.
      Po chwili doczepiłam się do 2 czerwonych światełek, z ulgą zamknęłam okna i
      jechałam za nimi. Jednak światełka zatrzymały się prawie zaraz,
      więc ja chcąc nie chcąc powolutku je ominęłam i pojechałam dalej
      z szybkością 5 km na godz. smile Spotkałam jeszcze 8 samochodów, które stały,
      wszystkie prowadzone przez panów. A ja bohatersko "pędziłam" mimo tej okropnej
      mgły. Duszę miałam na ramieniu, ale jechałam , bo bałam się,
      że ktoś jadący szybciej wpakuje się na nas.
      Tak samo nagle jak się zaczęła, mgła się urwała. Ostatnim widokiem we mgle
      był ..... anioł utworzony z oparów. Byłam wtedy przekonana,
      że to mój Anioł Stróż.
      Jego plastyczność była niesamowita, a właściwie zauważyła go moja Mama.
      Dalsza droga była już dobra.
      Niestety nie potrafię przekazać niesamowitości tych kilkunastu minut, ale było
      to wielkie przeżycie, zakończone irracjonalną niespodzianką.
      ________________________________________________________________________________
      • Re: Opowieści wigilijne i świąteczne.
      axsa 18.12.2004 08:12

      Zacznę opowiadaniem, które nie mówi wprawdzie o wydarzeniach z mojego życia,
      ale zawiera moje spostrzerzenia, przeliczenia i jest tekstem napisanym przeze
      mnie.

      PIERWSZA WIGILIA W XXI WIEKU.

      Wigilia 2001 roku. Pewnie znowu będę sam. Może mam pecha,
      a może to szczęście. Prawdopodobnie mam to na co zasłużyłem. Nikt mnie nie chce
      dzisiaj oglądać, ale i ja za nikim specjalnie nie tęsknię.
      Przypuszczalnie dziwnie to brzmi… Dla mnie taka wigilia to normalka.
      Podzielę się ze sobą opłatkiem, złożę sobie życzenia – na pewno będę
      szczere, zjem kolację, posłucham kolęd z telewizora, pójdę na spacer, na
      pasterkę, a potem zobaczymy.
      **
      Po powrocie z pasterki przygotowałem sobie herbatkę, nalałem
      kieliszeczek, zatopiłem się w fotelu i postanowiłem powspominać mijający rok.
      **
      Sylwestra spędzałem ze znajomymi. Było jak zwykle w takich razach i
      jak zwykle wybiła północ obwieszczając koniec i początek.
      Tym razem jednak potrójny koniec i początek.
      Koniec 2000 roku, XX wieku i drugiego tysiąclecia. Początek 2001
      roku, XXI wieku i trzeciego tysiąclecia. Moi wnukowie, którzy dopiero się
      urodzą nie przeżyją takiej chwili
      Huknął szampan, złożyliśmy sobie życzenia, z góry wiedząc, że
      wiele z nich nigdy się nie spełni i natychmiast wylegliśmy na ulicę. Z
      każdą chwilą przybywało takich jak my, rozbawionych, szczęśliwych, żądnych
      wrażeń, których miały dostarczyć wybuchy fajerwerków.
      Niektórzy sami chcieli
      się przyczynić do nasilenia efektów, taszcząc ze sobą całe pudła tych atrakcji.
      Czego to człowiek nie wymyśli? Świderki wkręcające
      się w granatową przestrzeń, kule rozpryskujące się na tysiące
      wielokolorowych światełek o najprzeróżniejszych kształtach, fontanny
      sypiące białymi iskierkami, taśmy pękające tak, że ziemia drży...
      Już na dobre trwała kanonada tych cudeniek, które nieprzerwanie
      śmigały w górę, kiedy jakiś „chórek”, przekrzykując hałas,
      darł się na całe gardło: „Sto lat...sto lat ...niech żyje, żyje nam”
      – najpierw tradycyjnie, a potem to samo, tylko na zmienioną melodię,
      następnie na jeszcze inną, aż wreszcie zabrzmiało: „Niech mu gwiazda
      pomyślności nigdy nie zagaśnie.”

      cdn

      • natla Re: Opowieści wigilijne......cd 20.08.05, 16:56
        ..Pomyślałem, że ktoś ma urodziny. Sam chciałbym być urodzony pod
        taką datą. Choć jak się pobawić w obliczenia, to okazuje się, że mogłoby się
        być spłodzonym pierwszego kwietnia, może dla żartu – takie prima aprilisowe
        dziecko...
        Później już nie słyszałem ani śpiewu, ani fajerwerkowych grzmotów,
        bo dotarło do mnie, że zawarte w piosence życzenia,
        w jednym wypadku spełnią się na pewno w stu procentach.
        Bez wątpienia ziszczą się, jeśli odnieść je do rozpoczynającego się XXI wieku.
        Ten niezaprzeczalnie będzie trwał sto lat, niezależnie od tego,

        jaki wpływ wywrze na niego gwiazdka pomyślności. Ciekawi mnie tylko, czy na
        początku XXII wieku znowu ktoś zaśpiewa:” Sto lat”? Na pewno,
        tylko ja już tego nie usłyszę……

        **

        Kiedy się obudziłem, stwierdziłem, że już się rozjaśnia. No tak, przespałem pół
        nocy fotelu. Udało mi się, co prawda, powspominać tylko
        początek 2001 roku, ale czy to takie ważne.

        Było, minęło.
        Przyszłością trzeba się zajmować.


        • natla Śmiechu warte......... 20.08.05, 18:03
          Myślę, że tu możemy umieszczać swoje dowcine wypowiedzi......może nie swoje, bo
          nie jesteśmy pewni na ile one są dla siebie dowcipne, ale na pewno wypowiedzi
          innych. Zaczynam:
          ________________________________________________________________________________
          • Re: Czasem nienawidzę mojego komputera sad(
          takanietaka 30.01.2005 15:32


          Miałas mnóstwo atrakcji!A ten nowy komp??Po prostu nudziarz?

          Gdy....komputer i ja zaczynaliśmy powoli odkrywać naturę naszego
          związku....... obydwoje widzieliśmy że nie będzie on łatwy,ale chyba dosyć
          interesujący dla nas obojga.Po okresie decyzji co do kupna,
          dla mnie tak trudnym ,że straciłam równowagę psychiczną,cierpiałam ,
          myślałam i mówiłam tylko o nim,czyniłam plany życiowe dotyczące naszego
          wspólnego życia,przygotowywalam miejsce dla niego i czyniłam różnorodne
          ofiary......................... .....................finansowe. ........i
          cale przemeblowanie pokoju jego cześć...( nazywa sie to podobno ZOZ-zespół
          ostrego zakochania).
          Potem,nareszcie byliśmy razem.....ON I JA!Zamknęliśmy się w
          pokoju ,nie było nas dla nikogo , w milczeniu konsumowaliśmy nasz
          związek........i już widziałam jak to będzie ze mną i z Nim....to będzie
          związek sado-masochistyczny........miło ść i nienawiść splecione z
          sobą .......nie pozwalające się rozstać i uniemożliwiające szczęście i
          spokojne nudne współżycie. I ta przyszła walka , "kto kogo",i te piękne
          chwile porozumienia i moje mściwe wyłączanie GO w kłótni i jego robienie mi na
          złość..... tyle możliwośći konfliktów!!!Było ciekawie!!
          Moje próby kastracji i uczynienia z niego milej dziewczynki,albo przynajmniej
          dojrzałej przyjaciółki niestety nie dały rezultatów,
          wyraźnie był"płci przeciwnej" a to budziło we mnie chęć rywalizacji
          i posiadania racji za wszelką cenę...........oj nie podobało MU się to!
          Ale już tak poważniej i bez żartów bardzo sie cieszyłam
          że zdarzyła mi się taka zabawna przygoda ......i emocjonalna i
          intelektualna. ON pewnie marzył o nawiazaniu kontaktu z jakimkolwiek mężczyzna
          i o męskiej przyjaźni.......tym bardziej że chciałby
          pewnie huknąć na mnie prawdziwym glosem,a ciągle jeszcze nie mógł,
          bo usta miał zamkniete( długo nie umiałam sobie poradzić z dźwiekami !).
          Potem bywało bardzo róznie ,płakałam przez niego ,cieszyłam sie , sprawił
          mi tyle niespodzianek! Nie był zazdrosny ,pozwalał mi "flirtowac "
          z wszystkimi płciami,nauczył mnie wiele .... zaczęlismy byc troche jak stare
          małżeństwo , juz bez tych
          wzlotów ,burz....uczuc wielkich.A potem,a teraz- jest juz tylko zwykłą
          (jednak niezwykłą!!!)maszyną !!I jak sie złoszcze to juz nie na NIEGO,ale po
          prostu na siebie ,ze jestem taka głupia!
          ________________________________________________________________________________

          • Re: Czasem nienawidzę mojego komputera sad( dzięki
          takanietaka 14.04.2005 17:53


          przypomniałam sobie ze moja największa i najefektowniejsza "Plama
          komputerowa "jeszcze nie została opisana.
          No wiec..najpierw miałam laptopa przyjaciółki bardzo starego który ledwo
          chodził ,a ja razem z nim.Ale zaraz potem ,postanowiłam kupić swój własny
          dostałam polecenie od znajomego Pana od Komputerów do przyzwoitej
          stacionarny ..prosiłam o rady znawców ..sama o niczym nie miałam pojecia ..ale
          firmy komputerowej w której mieli mi zyczliwie poradzic i zeskładac

          i sprzedac komputer optymalny pod wzgledem ceny i jakości.No wiec poszłam.
          powiedziałam ,ze nic nie rozumiem ,..ale mam miec to wszystko co
          powinnam mieć ..itd.Zrobili sprzedali ,u mnie zainstalowali ,
          pojechali,zostawili faktury,płyty . ..wszystko co trzeba.No i
          przez następny rok miałam te wszystkie problemy co to je wszyscy maja ..a
          szczególnie starsze panie co ogólnie nie lubia prądu i maszyn.Stopniowo ,ze
          zdumieniem odkrywałam o co chodzi .. dowiedziałam sie ze nawet własna płyte
          mozna zrobic -nie mogłam sie nadziwic .. uważałam że płyty robi się tylko w
          fabryce ! A jak od przyjaciela internetowego dostałam płyte
          na której była moja ulubiona melodia w 23 wykonaniach .to po rostu oszalałam ze
          zdumienia ,że takie rzeczy bywaja..................
          No i po dwóch latach kompowania ..tak zbeszczelniałam ze pomyslałam ze
          ja mogłabym cos takiego zrobic...cos tak nadzwyczajnego ..co wydawało mi sie
          wprost boską umiejętnoscią !Pomyślałam ze skoro potrafi
          to zrobic byle nastolatek .no to przecie i ja przy moich wykształceniach
          nie wypadłam sroce spod ogona......No i zabrałam sie do decyzji ..
          dowiedziałam sie ze trzeba miec wypalarke do płyt..ze trzeba to zamontowac ..
          że nawet nie jest strasznie drogie.Zapewniłam sobie pomoc
          znajomego z samochodem do przewiezienia kompa (wtedy tez po raz pierwszy
          w zyciu spostrzegłam ze to w ogóle nie jest ciężkie!!)no i przewiozłam go do
          znanej juz mi firmy ,postawilismy to na środku i ja powiedziałam
          ze życzę sobie zamontowania Wypalarki do
          Płyt...........................................
          ..........................no i wiecie co? ..młody człowiek który mi instalował
          tego kompa powiedział "Przecież pani ma wypalarke !!!
          Co??
          No ,ma pani zainstalowane "Combo" a to jest i do audio i do wypalania płyt
          razem!. ..No i co wy na to ?Ja myślałam ze Combo to po prostu nazwa
          firmy...a to znaczy ,ze to jest razem jedno z drugim.
          No i tak tak stałam -Ja, młody człowiek od komputerów ,mój znajomy do noszenia
          komputera ...no i ten moj komputer z WYPALARKĄ..
          Naszych min sie domyślcie ..jedyne co wam powiem ,ze to ja pierwsza
          zaczęłam sie śmiać!
          • natla Re: Śmiechu warte.........cd 20.08.05, 18:15
            • Re: Czasem nienawidzę mojego komputera sad(
            takanietaka 21.01.2005 00:25

            A WIECIE, co zrobiłam na pierwszym moim czacie (raczej młodziezowym -uczniowie
            mi polecili)???Jakos mi sie tam udało wejsc widac czasami sam rozum
            wystarczy ,no i gadaja wszyscy ,ja tez ..ale widze ze w uzyciu jest jakies obce
            słowo ,którego ja nie znam.....no to pytam (zawsze pytam!)"Co to jest
            ten "pecet"???A oni nic..no to ja po pewnym czsie pytam jeszcze
            raz ..zaznaczajac ze to nieładnie ze mi nie odpowiadaja ...no i wtedy wszyscy
            napisali naraz (około15 osób!)NIE WIESZ? ZARTUJESZ?.......
            ________________________________________________________________________________
            • Re: Czasem nienawidzę mojego komputera sad(
            nitka3 07.01.2005 11:27


            OJ TO!! TO! Ilez razy !!Nienawidziłam Go chyba przez rok.Na dodatek mimo
            wysiłków aby Go przerobic na JĄ (uwazałam ze to zdrowe z powodu moich
            feministycznych pogladóów!)ciągle mimowoli mówiłam ON.......szlag mnie
            trafiał!! ON dominujacy i ja plackiem leżaca pokorna niezgóła ,
            przestraszona i nic nie rozumiejaca!Samopoczucie miałam naprawdę okropne,
            bo była to sytuacja bardzo dla mnie nieznosna..i jedyne co chciałam to
            opuścic pole bitwy.
            Na poczatku wcale nie był dla mnie żadna maszyną (ale tego tez sie boje i
            nienawidze,szczególnie tych podłaczonych do prądu-słyszę jak mruczą(?!?))tylko
            żywa złosliwa ,krnąbrna istotą , której nie rozumiem,
            nie znosze !Ale sie zaparłam!!A powód zaparcia miałam bardzo irytujacy
            -w moim pokoju nauczycielskim postawiono komputer dla naszych potrzeb
            i kaprysów -no i co?? Przy komputerze siadali wyłacznie mężczyźni ,a kobiety
            (kobietki,kobieciatka,baby,"dziewczynki..) dalej przy herbatce
            i kawce omawiały seriale albo jakies zakupy.A poniewaz "z ogniem" głosze
            równouprawnienie ,no to ma własne oczy zobaczyłam "zasadnicza róznice "
            ( i to nie tę miedzy nogami ,ale w głowach!)..
            no i wtedy mimo mojego wieku nagle sie zawziełam ,zaparłam, zmobilizowałam,
            zacisnęłam zęby.......i postanowiłam
            wyrównać tę irytująca sytuacje ....chociazby własnym kosztem!!No ale co
            sie potem działao??!!!!!No to jest naprawde groteskowo -dramatyczna opowieść!

            • natla Kochane zwierzaki......podrozdz: Rudzik i Rudziec 20.08.05, 18:44
              Rudzik i Rudzielec Autor: toskania8 Data: 05.02.2005 21:38 + dodaj do
              ulubionych wątków + odpowiedz cytując + odpowiedz
              kiedy umarł Tomek, dom był przeraźliwie pusty. Koleżanka powiedziała - weź
              sobie kota. Były pewne osobiste powody dla których kot musiał być rudy, Mógł
              być księciem lub zwykłym plebejuszem, ale rudy być musiał. I oto pewniego dnia
              pewnien pan zawitał do domu z klatką, w której były dwa rude - miałam sobie
              wybrać. Najpierw usłyszałam groźne fukanie i pomruki mówiące "bój się mnie,
              jestem strasznym zwierzem" . Prze kratki wyglądał malutki pyszczek i ogromne
              oczy a nad nimi wielkie, nietoperzowate uszy. Wyprysnąl z klatki i już dom był
              jego, obleciał wszystkie kąty, wszystko zwiedził, wszędzie był. Ale szkody
              żadnej o dziwo nie uczynił. Chwilę po nim dostojnym krokiem wyszła puchata
              kulka, rozejrzała się dookoła, rzekła "może być" i zasiadła mi na kolanach. No
              i skończyło się, jak się skończyć musiało - bo któremu z nich miałam
              powiedzieć - idź sobie, nie chcę cię.No i tak zamieszkał ze mną Rudy i
              Rudzielec.

              Rudzielec okazał się wielką szaławiłą i powsinogą, tak mu zostało do dziś, a
              minęły właśnie dwa lata. Nauczyłam się więc, że otwierając komuś drzwi musi on
              być na rękach albo w zamknięciu (to ostatnie powoduje potem wielką obrazę i
              konieczość długich przeprosin , czasem nawet korupcji. Najlepiej, kiedy gość
              jest facetem. Choćby nawet listonoszem. Bo Rudzielec ma takie skłonności, że
              lubi chłopców. Są wtedy wielkie mruki, obwąchiwanie,ocieranie się, a nawet
              rozkładanie i prezentowanie tego, czego już niestety nie ma . Baba jest
              obejrzana ale nie budzi zwykle aż takiego entuzjazmu. Nauczyłam się też chyba
              już wszystkich jego schowków. Nie biegam więc ostatnio z płaczem i włosem
              rozwianym po domu a nawet po klatce schodowej , tylko zaglądam między poduszki,
              na kaloryfer, za telewizor i w parę jeszcze innych z góry upatrzonych miejsc.
              Ale i tak zawsze przed wyjściem z domu jest zbiórka i kolejno odlicz, żeby
              którego nie zamknąć w szafie albo szafce kuchennej.
              Najwyższym przejawem miłości Rudzielca (okazywanym wyłącznie swojej pani) jest
              ćmoktanie ucha. Gdzieś czytałam, że mógł być za szybko odstawiony od maminego
              cyca. W każdym razie ma jakieś miłe skojarzenia, bo jak się już przypnie, to
              jakby się wiertarka włączyła, takie są mruki a jeszcze ciamkania przeróżne. I
              oderwać się nie da. Właściwie przed progiem domu powinnam zdejmować kolczyki,
              bo jeśli są to patrzy z wielką przyganą - no i coś ty tu znów uczepiła !
              Zabieraj się z tym natychmiast! Potrafi mieć taki napad czułości o czwartej nad
              ranem. A śpi oczywiście wklejony we mnie, przywarty ściśle.
              No i na razie tyle o Rudzielcu. A, może jeszcze - jest rexem kornwalijskim.
              Opowiedzieć jeszcze o Rudym ? będzie smutno, bo Rudy umarł. Ale jest Rudzik. I
              opowieść o tym, jak po niego pojechałam na drugi koniec Polski jest wesoła.
              Więc jeśli Was nie znudziłam to - cdn
              Takie pytanie to trochę jak o wyższości Świąt Bożego Narodzenia...Każdy z tych
              zwierzaków ma swoją urodę. Ja wybrałam koty z konieczności, bo co najmniej 10
              godzin dom jest pusty, żaden pies by tyle nie wytrwał, bez siusiu ale i w ogóle
              psy gorzej znoszą samotność; sporo wyjeżdżam, na 1 - 2 dni, wystraczy nasypać
              chrupy, więcej wody i ewentualnie dodatkową kuwetkę, choć i tak pójdą do tej
              starej. Przy dłuższych wyjazdach mam taką kochaną Jolę, która wpada codziennie
              na chwilę i rozpuszcza te koty jeszcze bardziej niż ja, o ile to możliwe. Moje
              wcale tak bardzo nie niszczą, jak mnie straszyli. Większość szkód sama
              spowodowałam, np zostawiając wazon z kwiatami na środku politurowanego stołu
              nakrytego adamaszkowym obrusem. No i trzeba było ten nowy dziwny i dziwnie
              pachnący przedmiot dokładnie zbadać, obwąchać, zajrzeć do środka...na szczęście
              reklama vanisha okazała się prawdziwa, puściło. Na takie rzeczy trzeba
              oczywiście uważać. Ale nie drą firanek, nie wysypują ziemi z doniczek, nie
              drapią dywanu. Ucierpiały tylko fotele i kanapa kryte skórką. Ale to nie żeby
              drapały (drapią drapak), ale jest świetnie rozpędzić się z drugiego końca
              mieszkania i w pełnym biegu wskoczyć na fotel, z fotela na kanapę, na oparcie i
              z powrotem na dół, najlepiej jeden za drugim . Oczywiście trzeba się wtedy
              zaczepić pazurami, żeby się nie ślizgać. Zabawa jest przednia. W ogóle dzikie
              gonitwy są ulubioną rozrywką, są to tak zwane wieczorne głupawki. Ale cóż, jak
              ktoś chce mieć nieskazitelne mieszkanie, niech sobie kupi pluszowe zwierzaki.
              Jakieś straty muszą być. Ale za to kiedy wchodząc do domu już od parteru słyszę
              tęskne miauki, kiedy otwierając drzwi widzę dwa słupki albo jeden wpychający
              się w drzwi pyszczek a drugi rozłożony na dywaniku w pozycji głaszcz mnie
              natychmiast, wybaczam im wszystko. Jak mówiłam, przyszły do mnie, gdy było mi
              bardzo smutno i źle, ale na widok ich brewerii nie sposób się nie roześmiać.
              Jak siedzą oba nieruchomo wpatrzone w jeden punkt a potem nagle rzucają się w
              pogoni za jakąś wypatrzoną muszką. Albo z rozpędu wskakują do pozostawionego na
              podłodze pudełka czy worka, jak penetrują wszystkie kąty i zakamarki, najlepiej
              rzadko otwieraną szafkę . Kiedy po wielkiej bójce na śmierć i życie zasypiają
              obejmując się łapkami albo liżą się nawzajem. Towarzyszą mi z wielkim
              zainteresowaniem we wszelkich czynnościach, łącznie z tymi skrajnie intymnymi.
              Teraz siedzą jeden na kaloryferze tuż przy biurku (uwielbia) a drugi spaceruje
              między klawiaturą a monitorem.Już sobie nie umiem wyobrazić jak mogło być jak
              ich nie było.
              Chociaż tak naprawdę zawsze chciałam psa i jak będę wiecej w domu to będę
              miała, choć nie wiem co na to koty powiedzą.Na razie przyjaźnię się z
              najkochańszym czarnym kundlem mojej przyjaciółki, Koką i rozpieszczam ja ile
              wlezie.
              Dopiero jak się ma swoje zwierzątko, można zrozumieć jak bardzo człowiek się
              przywiązuje , jak do członka rodziny i jaka to jest rozpacz, jak odejdzie. Tak
              było, kiedy rok temu umarł Rudy, tym bardziej, że poniekąd ja sama przyczyniłam
              się do jego śmierci. Ale o tym następnym razem, żeby was nie znudzić.



              Rudy, w przeciweństwie do Rudzielca był samym dostojeństwem i siłą spokoju. Był
              brytyjczykiem i jak na prawdziwego brytyjskiego lorda przystało miał dystans do
              wszystkiego i wszystkich. W pierwszych dniach ich pobytu u mnie odbywało się
              oczywiście ustalanie hierarchii, czyli kto tu rządzi. Najpierw mały i drobny
              Rudzielec ganiał dwa razy większego na oko Rudego, co było wielce pocieszne.
              Ale po dwóch dniach Rudy się wkurzył i pogonił kota Rudzielcowi. Rudzielec
              siedział w kącie bardzo zdumiony - jak to, to ja już tu nie będę kierownikiem ?
              Ale potem ganiali się na przemian , były wielkie bijatyki a potem lizanie,
              głaskanie, spanie w przytulankach i objęciach i w ogóle wielka miłość.
              Definicja szczęścia Rudego to było głaskanie i jedzenie, najlepiej
              równocześnie. Tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazywał porzucenie wszelkich
              innych zajęć, kiedy to się udało wiódł pochód do kuchni, gdzie stały miski, już
              po drodze wymachując wyprężonym ogonem przystawał i podsuwał wygięty grzbiet do
              głaskania. Kiedy pochód docierał do kuchni , czyli do miski, zabierał się do
              konsumpcji, podstawiając się równocześnie od uszu aż po czubeczek ogona do
              głaskania. I to była już nirwana.
              Niestety Rudy często zapadał na infekcje katarowe. No i przedobrzyłam. Za radą
              innego lekarza niż ich stała opiekunka - weterynarka(jak chcą feministki)
              Hania , podałam mu autoszczepionkę. No i bidulek tego nie przeżył, Zanim się
              Hania zorientowała, było już za póżno, toksyczne uszkodzenie wątroby. Rudy
              zachorował w samą Wigilię. Spędziłam cały dzień w klinice rycząc w poczekalni.
              Skutkiem tego o czwartej po południu zorientowałam się, że moja Rodzina nie ma
              na Święta chleba ani też opłatka. Całe Święta spędziłam nad moim biednym
              Rudym , nosząc go do miski z wodą bo juz nie miał siły dojść. Tulił się do mnie
              i patrzy
              • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Rudzik i Rudy cd 20.08.05, 18:49
                .....i patrzył, prosząc "pomóż, bo mi żle" a ja już nic nie mogłam pomóc. Tylko
                patrzyłam bezradnie jak powoli uchodzi to małe, biedne rude życie. Nosiłam go
                do kliniki na kroplówki, bo Hania chciała jeszcze walczyć. W przerwie między
                kroplówkami siedziałam w poczekalni kliniki z moim kochanym kotkiem na kolanach
                i ryczałam jak bóbr, było mi wszystko jedno kto mnie widzi i co myśli.
                Przyniosłam go do domu. Nie macie pojęcia, jak się ucieszył Rudzielec , wszedł
                do klatki i witał Rudego. Ale kiedy się zorientował, że coś jest nie tak, że
                jego kumpel nie wychodzi, żeby się pobawić, krążył ale już z daleka.
                Położyłam Rudego na dywanie, siadłam koło niego i głaskałam. I tak cichutko
                odszedł. Mam nadzieję, że wiedział, że jest swoim domku, że jego pani jest przy
                nim i że mi wybaczył, że zrozumiał. Przecież w pewnym sensie to ja go zabiłam.
                Mam też nadzieję, że jest już na Tęczowym Moście (znacie ten adres ?
                http:republika.pl/teczowy_most/ index2.html , napisałam tam o Rudym i jeszcze
                jeden wpis "kotek przydrożny" też jest mój).
                Zawnięłam go w kocyk i wyniosłam na balkon. A potem stała się rzecz dziwna -
                jeszcze jeden dowód, że zwierzęta mają jakiś ukryty przed nami zmysł. Rudzielec
                nie widział, jak wynosiłam Rudego. Przez szczelnie zamknięte drzwi balkonowe
                nie mógł czuć zapachu. A jednak przyszedł za chwilę i cały wieczór siedział
                wpatrując się w te drzwi. Rudy śpi sobie spokojnie pod drzewkiem w moim ogródku.
                I jeszcze dodatek do tej smutnej opowiastki, żeby zadać kłam tym wszystkim ,
                którzy mówią, że koty przywiązują się tylko do miejsca. Rudzielec chodził
                ciągle i wyrażnie szukał Rudego, nie mógł zrozumieć jego nagłego zniknięcia,
                był smutny i osowiały. Co gorsza, dwa dni po śmierci Rudego ja wyjechałam na
                tydzień, Rudzielec został sam. Tylko raz dziennie przychodziła na chwilę Jola,
                dać mu jeść, pić i sprzątnąć. Nie jesteście sobie w stanie wyobrazić wybuchu
                radości Rudzielca, kiedy wróciłam po tygodniu, kiedy zrozumiał, że jednak nie
                został już na zawsze sam na świecie, że jest jego pani. Chyba przez trzy
                godziny biegał, skakał, wskakiwał do otwartej torby podróżnej, biegał po domu,
                już sam nie wiedział, jak tę radość rozładować. a potem, kiedy siadłam z
                filiżanką herbaty, siadł na kolana , potem szczelnie przywarł do mnie w nocy. Z
                niepokojem patrzył, kiedy wychodziłam do pracy, kiedy byłam w domu kleił się i
                tulił, ciągle się upewniał, że jestem i już będę.
                A potem nastał Rudzik, ale to następna opowieść.

                wróciłam z podróży do pięknej naszej Stolicy, którą budował cały Naród i co
                wybudował to ma.
                I spieszę z dalszym ciągiem mojej kociej opowieści . Szkoda, że tu nie można
                wkleić zdjęcia, bo bym Wam zaraz pokazała, jak Rudzielec z Rudzikiem siedzą po
                dwóch stronach monitora i z wielką fascynają wpatrują się w ekran, próbując
                złapać kotka uczepionego do kursora.

                Po śmierci Rudego natychmiast postanowiłam, że musi być drugi i to po pierwsze
                dokładnie taki sam a po drugie szybko.
                Niestety okazało się, że w rasie brytyjskiej kolorem dominującym jest
                niebieski. Po przeszukaniu w internecie wszystkich polskich hodowli, znalazłam
                bardzo podobne, ale kawał jeszcze za Bielsko Białą, to się chyba nazywa Kozy.
                Ode mnie to drugi koniec Polski, a do tego był koniec stycznia , śniegu tam
                leżało z metr ale zaparłam się i jakoś dotarłam. No i tu zostałam wystawiona na
                wielką próbę. Bo to okazała się jedna z większych hodowli w Polsce i kotków do
                wyboru było chyba kilkanaście, we wszystkich możliwych kolorach. Od czarnego ,
                przez niebieskie, liliowe, rude, kremowe. No weź tu teraz wybierz jednego,
                skoro najlepiej wzięłabym wszystkie, a już z pięć to na pewno. Ale wreszcie
                ostatkiem sił wskazałam na jednego, największą szaławiłę, takiego, co to było
                go wszędzie pełno.
                Odebrać go jednak mogłam dopiero za jakieś sześć tygodni, bo to musi być cykl
                szczepień, kwarantanny, czego tam jeszcze. I wypadło, że będzie prezentem na
                Dzień Kobiet.
                W umówionym dniu razem z moją koleżanką Hanią , zaopatrzone w klatkę wyścieloną
                wchłanialnymi prześcieradełkami, w razie by się posiusiał udałyśmy się w
                podróż. Po dokładnym rozwaleniu opony na pozimowych wertepach i przedarciu się
                przez wciąż zalegajace zaspy, dotarłyśmy na miejsce. Rudzik z czystej kociej
                ciekawości wlazł w celach eksploracyjnych do klatki. I tu czekała go niemiła
                niespodzianka. Oto nagle zapadła krata, otoczyła go ciemność (klatkę owinięto
                kocem, by nie przeziębł w drodze do samochodu), jakaś potwora uniosła go w
                górę i wpakowała go w jakieś miejsce w zupełnie innym wszechświecie. Dotąd
                maluszek był przekonany najświęciej, że cały świat to ten ciepły bezpieczny
                dom, gdzie pełno zabawek, gromada kumpli do zabawy, zawsze blisko do maminego
                cyca a te dwa dziwne stwory na dwóch nogach znajome i przyjazne.
                A tu go biedaka wpakowali w zamknięciu nie wiadomo gdzie i uwieźli. Pisnął
                cichutko ze dwa razy i umilkł. Całą ośmigodzinną tych zimowych warunkach drogę
                przesiedział cichutko, ze strachu nawet się nie posiusiał. Dojechałyśmy.
                Teraz nastał moment najtrudniejszy - trzeba było nowicjusza wprowadzić na
                terytorium, gdzie niepodzielnie panował Rudzielec.
                Maluszka wniosłam i zamknęłam w sypialni. Otworzyłam klatkę i wyszłam do kuchni
                po jedzenie, picie i piaseczek dla niego. Wracam - nie ma kota ! Po obczołganiu
                na kolanach całej sypialni znalazłam bidotę wbitą w najdalszy kąt za szafką,
                całego dygoczącego. Zostawiłam, go, żeby się oswoił z miejscem. Zaglądałam co
                jakiś czas, siedział ciagle w kącie i się trząsł a mnie się serce kroiło, ale
                musiał sobie niestety sam poradzić. Rudzielec krążył pod drzwiami
                zniecierpliwiony. Po sześciu godzinach (była druga w nocy) zobaczyłam, że stoją
                oba po dwóch stronach drzwi i piszczą. Po następnych dwóch godzinach
                pomyślałam, że już się chyba nie pozabijają i poszłam spać.
                Poszło szybciej, niż myślałam, dwa dni później rano znalazłam obu przytulonych
                na mojej kołdrze.
                Rudzik jest tak podobny do Rudego, że jak oglądam zdjęcia, muszę dobrze
                patrzeć, który to, ale ma zupełnie inny charakter. Z pozoru Rudzielec jest
                szczupły , szybki, sprytny i zwinny a Rudzik puchaty, misiowaty i powolny. Ale
                jakoś tak jest, że jak rzucam Rudzielcowi zabawkę pod nogi a Rudzik jest pięć
                metrów dalej, to i tak jest przy tej zabawce pierwszy, tak samo zresztą jak
                przy misce ze smakołykami. Kiedy pani wchodzi do kuchni należy się natychmiast
                za nią udać, bo a nuż będzie się działo coś przyjaznego. No a kiedy w ręku
                ukazuje się puszka, czujność jest wzmożona do stanu alarmowego, bo a nuż jest
                to puszka z naszym ukochanym tuńczykiem (zazwyczaj jest),a może to będzie
                porcja wołowinki z lodówki. Wtedy trzeba wskoczyć na szafkę i pchać nos do
                otwierajacej się puszki bo może uda się polizać choć przez szparkę albo może
                zabiorą albo może pani zje sama, nigdy nie wiadomo.
                Kiedy puszka jest już podzielona na dwie miski, świat staje w miejscu. Nawet
                zawalenie się domu nie byłoby chyba w stanie oderwać nas od tych misek aż do
                ostatniego kęsa.
                • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Rudzik i Rudy cd 20.08.05, 18:51
                  Większą atrakcją są chyba tylko kocie witaminki, ale tylko jednej firmy, innej
                  pani może sobie sama zjeść. Na brzęknięcie słoiczkiem dwa słupki siedzą już
                  przy fotelu gdzie zawsze je dostają i wpatrują się z taką uwagą jak profesor
                  Wolszczan w jakąś właśnie odkrywaną planetoidę. Niestety pani daje tylko po 5 -
                  6 witaminek dziennie. Ale trzeba się skupić, bo może uda się wykorzystać chwilę
                  nieuwagi i wyszarpnąc witaminkę kumplowi.
                  Kiedy wchodzę do domu jest ostatnio nowy zwyczaj. Rudzik czeka niecierpliwie,
                  wpycha pyszczek w otwierające się drzwi , ustawia się bokiem z wygiętym
                  grzbietem i wysoko uniesionym puchatym ogonem i natychmiast podnosi wielki
                  wrzask - no już głaszcz mnie, co tam, potem zdejmiesz buty i płaszcz, rozłożysz
                  pakunki, najpierw głaskanie. Książę Rudzielec natomiast pomalutku , leniwie
                  budzi się z drzemki (oczywiście nie ma lepszego miejsca niż pani sypialnia) i
                  czeka, aż pani pozbędzie się tego natręta Rudzika i przyjdzie złożyć jaśnie
                  panu należne hołdy. Wtedy jest podstawianie podbródka, uszu, boczków do
                  głaskania i drapania i wielkie mruki. Kiedy uznaje, że dość już pieszczot,
                  jednym sprężystym susem jest w drugim końcu pokoju i - teraz jestem zajęty
                  swoimi sprawami, proszę mi nie przeszkadzać i nie narzucać się. Zechcę to
                  przyjdę.
                  Poczucie sprawiedliwości i równowagi jest wielkie - wystarczy, że jednego
                  pogłaszcze albo wezmę na ręce, natychmiast, nie wiadomo skąd już jest drugi z
                  przypomnieniem - mnie też !!
                  Jak tylko położę się do łóżka, za chwilę są oba i najlepiej uwalają się na
                  brzuchu. Bardzo mają za złe, kiedy próbuję zmienić pozycję, co to znaczy, żeby
                  legowisko się wierciło ! Czasem w nocy, kiedy jakoś próbuję sobie znaleźć
                  kawałeczek miejsca na moim dość w końcu szerokim łożu czy złapać skrawek
                  kołdry, myślę sobie jak to jest, żeby mały, zwinięty w kłębuszek kotek zajmował
                  sobą wiekszą część posłania metr sześćdzesiąt . Ale jakoś to potrafi.
                  oho, słychać jakieś napominania, dawno się pani nami nie zajmowała, tylko
                  klepie i klepie te klawisze, no dobrze, dobrze, już idę. Zaraz będą witaminki.
                  jak już mówiam, uwielbiam psy i włśnie z powodu tej miłości nie mam psa, bo
                  nie mogę mu zapewnić takich warunków, żeby mu było u mnie dobrze. Przypominam
                  to dlatego, żeby nie było, że ja jestem przeciw psom.
                  Ale muszę jednak w imieniu Rudzika i Rudzielca dać stanowczy odpór rozmaitym
                  insynuacjom, które się tu pojawiły "w temamcie" kotów.
                  1. nie musiałam przestawiać żadnych mebli ani innych urządzeń domowych
                  2. nie musiałam rezygnować ze swojego ulubionego fotela ani innego miejsca ani
                  żadnego swojego zwyczaju; kiedy kot siedzi na moim fotelu to albo przenosi się
                  na moje kolana albo bez obrazy idzie gdzie indziej; nasze "łóżkowe
                  przepychanki " są przez mnie w pełni akceptowane, jakbym nie chciała ich
                  przyzywczajać do spania ze mną, to od początku byłby taki zwyczaj, ale chcę !
                  3. nie podrapały ścian ani mebli ani nic innego nie zniszczyły - tylko fotele
                  trochę są pozahaczane, owszem, ale każdy osobnik w domu, bez względu na ilość
                  nóg powoduje jakieś zamieszanie i szkody, nie ? A to, że na pewne rzeczy trzeba
                  uważać, mając na względzie kocią ciekawość i skłonność do dogłębnych badań, jak
                  na przykład opowiadałam o tym wazonie, no to trzeba. Teraz wszyscy przyjaciele
                  wiedza, że mnie nie przynosi się ciętych kwiatów.
                  4. co do wyjadania z talerzy - tu jednak przytyk do piesków - widziałam często
                  pieski za przyzwoleniem gospodarzy wędrujące po stole , obwąchujące półmiski i
                  polizujące to i owo, jest to sprawa wychowania. Kot jest ciekawski i musi
                  sprawdzić co to jest na talerzu, a jeśli jest coś smakowitego ...no cóż. Po
                  prostu trzeba schować.
                  5. nigdy, przenigdy przez dwa lata żaden mój kot nie nasiusiał gdzie indziej,
                  niż do kuwetki, nawet jak zapomniałam ją w porę sprzątnąć. Rudy, bidulek, kiedy
                  już prawie umieral, słaniał się na nogach, spadał z łóżka, na którym go w nocy
                  położyłam koło siebie i szedł do kuwetki. Siedziałam nad nic całą noc i nosiłam
                  go, bo już nie mógł iść, ale nawet wtdy nie nasiusiał do łóżka.

                  Kiedy koleżanka radziła mi kota, najpierw podeszłam do tego pomysłu ze sporą
                  rezerwą, a teraz już nie wiem jak to mogło w ogóle być bez nich.

                  Ktoś kiedyś mi mówił, że koty są niekontaktowe - szkoda, że nie widzicie i nie
                  słyszycie teraz Rudzielca, który właśnie przyszedł na pogawędkę. Siadł obok i
                  wymieniamy sobie różne miauuu na rozmaite tony w atmosferze wzajemnego
                  zrozumienia i przyjaźni. Bardzo to uwielbia. A jeszcze lepiej, kiedy przychodzi
                  i mnie woła, czeka, żebym za nim poszła, kiedy wstaję, biegnie w dyrdy do
                  innego pokoju i tam pokazuje, że mu wpadła myszka (najukochańsza zabawka) pod
                  szafkę. A czasem, cwaniaczek normalnie ściemnia. Tylko udaje, że mu coś wpadło
                  i cieszy się, że mnie nabrał.
                  A Rudzik właśnie ułożył się na kolanach w sprawie głaskania więc piszę trochę
                  jedną ręką.
                  Zawsze potrafią "powiedzieć" czego chcą, umieją nawet wyczuć mój nastrój, kiedy
                  jestem smutna albo zmęczona, przychodzą i się ocierają, zagadują . A czasem
                  wyraźnie domagają się zabawy. Świetnie się rozumiemy.

                  I jeszcze jedna ważna sprawa - któraś z Was pisała, (nie pamiętam, a nie mogę
                  się cofnąć bo mi się skasuje) że nie może mieć kota z powodu alergii. Mam dla
                  Ciebie dobrą wiadomość.
                  Rex kornwalijski czyli cornish rex (czyli Rudzielec) to jedyna podobno rasa
                  kota, która nie szkodzi alergikom. Ma bardzo króciutką sierść i w dodatku ma
                  loczki, takie drobniutkie karakułki. Mimo, że jest kornwalijski ,zalicza się do
                  ras tzw. orientalnych - szczupły, na wysokich nogach. A Rudzik jest
                  brytyjczykiem.
                  Bardzo ich kocham obu, choć nie wiem, jak z tym poprzednim wcieleniem, kto wie.
                  W horoskopie chińskim jestem szczurem, więc zwierzątkiem nie najbardziej kotom
                  przyjaznym.
                  No, to już bedzie na tyle tego mojego kociego serialu, wiecie już o nich chyba
                  wszystko, choć nie wiadomo, co nowego wymyślą jutro. I to właśnie jest takie
                  piękne.
                  • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Azor i Paco 20.08.05, 19:31
                    Re: Nasze zwierzaki natla 24.10.2004 20:12

                    Rozdział I.
                    Mój pierwszy pies przyniesiny został ze ... świniarni, gdzie jako szczeniak
                    biegał sobię między wieprzowinką. Azor był najbardziej typowym z wygladu
                    kundlem. Złocisto - rudawy, z preclem z tyłu tułowia, średniego warostu.
                    Nauczony był chadzać sobie samotnie po mieście, a chęć na odseparowanie się od
                    rodziny wyrażał 3 razy dziennie szczeknięciem pod drzwiami. Tak też wracał. Na
                    tych eskapadach oczywiście spotykały go różne przypadki. Ale zaczęło się w
                    domu. Jako kilkutygodniowy szczeniak przyssał się do kontaktu. Ojciec jakimś
                    cudem go "odkopał" (chyba nawet bez cudzysłowu) i okazało się , ze pies nie
                    żyje: szkliste oczy, brak tętna, zwiodczenie. W ciagu kilku minut dostał
                    zastrzyk ( zdaje się adrenaliny) prosto w serce i ...dosłownie wrócił zza
                    świtów. Następstw tego wypadku nie było.Nie raz wracał z rozdartym uchem,
                    pogryziony, a po trzydniowych eskapadach szczęśliwy, choć w stanie
                    opłakanym.Jak już był mężczyzną w sile wieku, pewnego dnia wieczorem przyszedł
                    z okiem na wierzchu. To było straszne. ( Byłam juz na tyle dorosła, że bardzo
                    to przeżyłam. ) Skończyło się w ciągu 2 h operacją na stole kuchennym.
                    Operowało go aż 3 lekarzy, w stanie nieco wskazującym (właśnie odbywał się w
                    domu brydż), wzroku nie dało się uratować, ale gałkę oczną umieszczono na
                    miejscu, zaszyto i od tej pory nasz Azorek został piratem na kilka tygodni.
                    Wyglądał przekomicznie.Przypuszczalismy, że jakieś ludzkie bydle musiało go po
                    prostu rąbnąć w głowę.Nasz ukochany kundel miał też "poczucie humoru". Razu
                    pewnego, godzine przed przyjściem gości, był łaskaw wskoczyć na stół kuchenny i
                    zjeść 8 porcji przygotowanedo do pieczenia mięsiwa. Można sobie wyobrazić
                    reakcję mojej Mamy. Aż dziw bierze , że przeżył.Do ludzi był nastawiony bardzo
                    pozytywnie, jednak miał swoje dozgonne antypatie, co zdajesie zgadzało się z
                    poglądami rodziców. Pewnego znajomego po prostu nie wpuszczał za próg domu,
                    więc znajomość się szybko urwała, ku radości wszystkich. Na ulicy reagował na
                    złych (jak to zostało ustalone) ludzi warczeniem. Czasem tym zachowaniem
                    powodował b. wesołe sytuacje.Azorek żył 18 lat, a kiedy umarł, przeżlismy to
                    niesamowicie. Oczywiście nie było owy o następnym psie. Ale ...
                    Po długim okresie wakacyjnym zaczęło w domu czegoś brakować. Doszło do nas
                    czego, w chwili przyniesienia przez daleką znajomą właśnie urodzonych
                    szczeniąt.Było ich 5, 2 suczki i 3 chłopaków. Dostalismy szału. Uzgodnienie,
                    którego bierzemy trwało całe popołudnie. Dziewczęta odpadały, bo pamietaliśmy o
                    sąsiadach, którzy mieli suczkę, i o tych dziesiątkach kundli, którzy w czasie
                    cieczki Neli chcieli ją koniecznie odwiedzić. Ponieważ Nela mieszkała vis a vis
                    nas, więc było to bardzo uciązliwe.Wobec tego suczki odpadały w przedbiegu. No
                    ale zostały jeszcze aż 3 psy. Właściwie były do siebie bardzo podobne,
                    spokojne, rasy nieustalonej. Wzięliśmy w końcu tego, który zsiusiał się ojcu na
                    podołek. Nie znaliśmy jego matki. Okazało się, że była to psica rasy (chyba
                    prawie) ratler, ale chwalić partię popełniła mezalians. Na imie dla niego
                    mieliśmy 1000 pomysłów. Został Paco. Imię sentymentalne, po ukochanej,
                    przedwojennej przybłędzie Mamy, która np. w I dzień Świąt Bożego Narodzenia,
                    wybrała się za nią również do kościoła, zmalazła, obwachawszy połowę parafian
                    kościoła na rynku w Podgórzu w K - owie, czym wprawiła wszystkich w oburzenie,
                    a Mamę "ubrała" w wypieki. W ogóle pomysłowa była. A nazywała się Paca.Tak więc
                    nastała w naszym domu epoka Pacy. Był bardzo pojetnym psem. Po 2 dniach juz
                    wiedział, że siusiać może tylko poza domem i okazywał to piskliwym szczekaniem.
                    Jego panią była Mama. Całe swoje życie przede wszystkim jej towarzyszył.
                    Pamietam go stosunkowo mało, bo wszedł w moje życie w okresie studiów i
                    pierwszych kroków zawodowych. Był przemiłym łagodnym psiakiem. Bralismy go
                    oczywiście na wkacje, a poniewaz zawsze conajmnie miesiąc byliśmy w Tatrach,
                    więc stał się po prostu znakomitym taternikiem. Niestety z czasem nabawił się
                    choroby płuc, i kilka lat kaszląc i cięzko oddychając jeszce żył, ale się nie
                    męczył. Po górach chodził prawie do końca, jednak często musiałam go wnosić lub
                    znosić. Przyszedł jednak moment, kiedy już nie mógł samodzielnie chodzić,
                    okropnie się roztył i widac było w oczach cierpienie. Ojciec postanowił go
                    uśpić sam. Musiał mu dac aż 3 zastrzyki, bo psisko nie chciało odejść z naszego
                    świata. Było to dla nigo (ojca) okrutne doświadczenie, długo nie mógł się z
                    tego otrząsnąć. Paco był z nami 12 lat , a jego śmierć przezylismy również
                    cięzko, jak śmierć Azora. I znowu nie było mowy o następcy, Nigdy
                    wiecej.....Ale...
                    • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Kazan 20.08.05, 19:34
                      (Pardon, że tak siebie cytuje, ale jest mi łatwiej znaleźć......)

                      • Re: Nasze zwierzaki _ rozdz. 3. natla 27.10.2004 22:32

                      Właśnie zaczęłam pracować w mojej obecnej "siedzibie". Przyszłam po 3 latach
                      kompletnego nieróbstwa na innej posadzie. Po prostu uciekłam. No i wpadłam. Nie
                      pamiętam pierwszego roku pracy w szkole. Byłam w amoku. Po tamtym nieróbstwie ,
                      tu szał.Pewnego jesiennego dnia skończyłam lekcje i wyszłam przed szkołę do
                      mojego nowiutkiego "malucha", koło którego kręcił się brudny, zabiedzony pies.
                      Pogłaskałam go, pogadałam do niego i popatrzyłam mu w oczy. Koniec. Już był
                      mój.Władowałam tego burego brudasa do auta ( nie opierał się, był tylko troszkę
                      spłoszony; chyba nie znał samochodu) i przywiozłam do domu.Oczywiście pierwsze
                      co zrobiłam , to wykompałam go. Jak tylko go polałam wodą, to się przeraziłam.
                      Cała rodzina się przeraziła. Tak był chudy. Po kąpieli nakarmiłam i choć był
                      głodny nie rzucił się na jedzenie. Jak wysechł to zaniemówiliśmy. Był po prostu
                      piękny. Rudo - brązowa, sredniej długości, błyszcząca sierść i przepiękny,
                      puszysty ogon. A ta morda? Cudo. Jedynie ok. pół metra wysokośni brakowało mu
                      do rasowego leonbergera.Ale rano pies koniecznie chciał po spacerze wyjść ze
                      mną. Z ciężkim sercem przywiozłam go pod szkołe. Wyskoczył i znikł. No cóż -
                      pomyślałam - poszedł do swojego domu; przynajmniej czysty. Był to dzień moich
                      imienin. Po lekcjach wychodzę do samochodu, a tu spod niego wychodzi moje
                      psisko. Wskoczył wesoło sam do środka, obszczekał mnie i dał siebie w
                      imieninowym prezencie.Już nigdy nie uciekał, ani nie chciał się ode mnie
                      uwolnić (no moze poza 3 razami... ale to potem). To był mój pies.Natychmiast
                      poszłam z nim do weterynarza na oględziny, zaszczepiłam i dowiedziałam się, że
                      ma ok. 1,5 roku. Znów zaczęły się targi o imię . Pasowało do niego imię Markiz,
                      ale orzeklismy, że zbyt pretensjonalne. Lord, zbyt oklepane itd. W końcu jak
                      zawsze zwyciężyła moja Mama. Mieliśmy w domu pięknego psa o imieniu Kazan.Kazan
                      nietylko był najpiekniejszym kundlem pod słońcem. Był wspaniałym, wiernym do
                      bólu towarzyszem. Nie było w nim nic złośliwości, jednak ta chodząca na 4
                      łapach łagodność potrafiła przestraszyć każdego , jeżeli wyczuł zagrożenie w
                      stosunku do mnie, czy rodziny. Chyba uratował mi kiedyś życie lub conajmniej
                      zdrowie, kiedy wracaliśmy po długim spacerze wieczorem. Było ciemno, pusto,
                      dżdżysto i cicho. Nagle usłyszałam: "ty, lala daj forsę po dobroci, bo..." -
                      reszty nie zdążył powiedzieć. Kazan wyrwał mi się w sekundzie, skoczył na
                      delikwenta i przewrócił go. Jego towarzysz w następnej sekundzie uciekł.Pies
                      zostawił leżącego , poleciał za tamtym, rozszarpał mu spodnie i prędziutko
                      wrócił sprawdzić w jakim stanie jest pierwszy. Ten właśnie zaczął się podnosić
                      i jak zobaczył swojego wracającego przesladowcę , dał nogę, w czym na
                      kilkadziesiąt metrów pomógł mu Kazan. Cały ten epizod trwał kilka sekund, w
                      czasie których ja zamieniłam się w żonę Lota, niezdolna do najmniejszego ruchu.
                      Po kilku następnych sekundach mój ukochany pies wrócił, usiadł na przeciwko
                      mnie merdając swoim cudownym ogonem i zajadle szczekając.Od tego dnia został
                      bohaterem rodziny. Choc już nigdy nie miał możliwości ( na szczęście) ponownie
                      udowodnic swojej waleczności, zawsze w jego towarzystwie czulismy się
                      bezpiecznie.Jak wspomniałam, uciekł 3 razy, nie 4. Dwa razy na trzy dni wezwała
                      go natura i podobnie jak Azor, wracał brudny, poturbowany, głodny, ale
                      szczęśliwy. Kolejne 2 razy odezwała się w nim dusza myśliwego. Spędzaliśmy
                      Świeta Wielkanocne w Krynicy. Któregoś dnia wybraliśmy się na Górę Parkową. W
                      połowie drogi Kazan zobaczył sarnę i ...poszedł. Czekaliśmy, nawołując godzinę.
                      Jednak nie wracał. Wleźliśmy już na górę, okropnie zmartwieni. Na szczycie
                      opłakalismy psa, robiąc sobie wyrzuty, że nie szedł na smyczy. Po kilku
                      godzinach doszlismy do miejsca , gdzie się nam urwał i dokładnie w tym miejscu
                      nasz piesek leżał i czekał. Radość z obu stron była tak wielka, że nikomu nie
                      przyszło do głowy go skrzyczeć, czy ukarać.Drugi raz poleciał za młodym
                      dziczkiem, ale nawet nie zmartwilismy się. Jak wrócił po trzech kwadransach,
                      zastał nas opalających sie spokojnie na pniaczkach w miejscu rozstania.Starzał
                      się powoli i równomiernie. Najpierw przestał się oglądać za dziewczynami, potem
                      powoli tracił węch , a z czasem słuch i na końcu wzrok . Jednak fizycznie był
                      całe życie zwinny i silny.Jak miał 16 lat, o mało nie zginął w lesie, oddalając
                      się od scieżki o 2 m. Ponieważ zmysły już mu mocno szwankowały , po prostu sie
                      zagubił. I tylko dzięki szybkiemu zauważeniu jego nieobecności zdołałam go
                      znależć. 5 min później czychałaby na niego śmierć.Moja Mama zawsze chciała mieć
                      jamnika. Czesto o tym mówiła, więc kiedy nadarzyła mi się okazja, kupiłam
                      szczeniaka ( na moje nieszczęście rasowego). Mielismy więc 2 psy.Rozrabiającego
                      małolata i statecznego, starzejacego się Kazana. Ludzie na mnie napadli, że
                      biorąc drugiego psa, Kazana skazuję na przedwczesną śmierć. A ja myślę, że
                      właśnie dlatego dożył 20 lat. Jak w domu pojawił sie jamnik, Kazan natychmiast
                      odmłodniał, ustawił jamnika, podporządkował go sobie i rządził
                      nim.Przekomicznie wyglądali razem na spacerach. Wpadłam pewnego dnia na pomysł
                      (mając już dość trzymania rąk "w szpagacie" - jeden z tyłu szedł statecznym
                      krokiem, drugi ciągnął do przodu), zeby ich połączyć smyczami. Uchwyty smyczy
                      zakładałam im nawzajem na szyje i puszczałam. Wygłądało tak jakby Kazan
                      prowadził jamniola na spacer. Nawet ich sfilmowano. Rarytas. Jednak jak Kazan
                      zaczął słabnąć, a jamnik dorastać, musiałam zrezygnować z tej metody
                      spacerowania, bo dużo mniejszy, ale niespotykanie silny jamnik zaczął kręcić
                      Kazanem, tak że ten się przewracał.Kazan umarł cichutko w domu,na moich rękach.
                      Jeszcze dziś nie jestem w stanie opisać tego co się ze mną działo. sad(Został na
                      moje nieszczęście jamnik. I....
                      • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Darb 20.08.05, 19:38
                        • Re:Jamnik. natla 16.11.2004 14:07 + odpowiedz Niby pies, a
                        jednak...chyba uwierzę w diabły ukryte w zwierzętach.Jak już
                        pisałam "zakupiłam" go, aby mojej Mamie zrobić frajdę. Do wyboru miałam 3,
                        jedną dziewczynkę (odpadła) i dwóch chłopaków, jednen był spokojny, drugi
                        zwariowany. Ja oczywiście wybrałam wariata, nie mając najmniejszego pojęcia co
                        to znaczy.W całym mistycyzmie, jaki przypisuję mojemu aktualnemu psu, nie bez
                        znaczenia wydaje się jego pierwsza pani. Otóż była to (jest) bardzo z gruntu
                        zła kobieta, przepychajaca sie przez zycie po trupach, zwichrowana psychicznie
                        przez różne przejścia, które normalnego człowieka uczą pokory i nie zmieniaja
                        psychiki. Mój pies żył przy niej aż 3 tygodnie i sadzę, że wpłynęło to na jego
                        i moje życie.Śmieszne? Zrozumiecie to może pod koniec tej "nowelki".Tak więc
                        przybył do naszego domu jamnik, prześliczny, o nienagannej rasie, choć bez
                        papierów. Malutki przekochany rozrabiaka. Został nieco spacyfikowany przez
                        Kazana, natomiast do ludzi miał stosunek władczy. Od początku starał się nas
                        sobie podporządkować. Żałuję, ze wcześniej nie poczytałam literatury nt
                        jamników.Był i jest do dzisiaj bardzo ciekawy świata. Nic nie ujdzie jego
                        uwadze, wszędzie musi wsadzić swój kichol: do siatki z zakupami, do nowej
                        szafki, obwąchać nowe rajstopy itd. Tą ciekawością świata od poczatku powodował
                        straty. Będąc półtoramiesięcznym szczeniakiem , widział jak ustawiałam nową,
                        nieznaną mu lampkę nocną. Tak się z nią długo zapoznawał, że w pewnym momencie
                        w drugim pokoju usłyszałam huk, przyleleciałam i zobaczyłam jak moje psisko
                        siedzi i ze zdumieniem w oczach patrzy na mnie. Żyje? Żyje, kamień z serca.
                        Powodem huku było przegryzienie kabla elektrycznego wspomnianej lampki. Przez
                        jedyne pół godziny swojego życia był spokojny. No i nauczył się, że kabel to
                        beee.Zapomniałam o imieniu, na które oczywiście wpadła moja Mama i które
                        zaaprobowaliśmy wszyscy natychmiast, obserwując go 1 dzień. Nazywa się Drab. To
                        imię w skrócie bdb go charakteryzuje. Cdn
                        Od pierwszego dnia walczyłam z nim w sprawie włażenia do pościeli na noc.
                        Chwała prtii, że ktoś mi powiedział, iż ludzie dzielą się na tych , którzy śpią
                        z jamniolami i na tych, którzy się do tego nie przyznają. Więc ( od "więc" nie
                        zaczyna się zdania) od pirwszego dnia walczyłam z tym cudownym , maciupeńkim
                        psiakiem (wielkości mojej pięści). Prawie nie spałam przez 3 miesiące, ale
                        udało mi się,. Do dziś nie próbuje nawet wleźć do pościeli. Oczywiście
                        wszystkie tapczany i fotele pozbawione pościeli są jego królestwem.Drab
                        zarezydował w naszym domu w maju. W lipcu wzięłam go w Tatry. Miał 3 miesiące.
                        Chodził z nami wszędzie. Jest na pewno (tak myślę) jedynym jamnikiem, który
                        zdobył samodzielnie tym wieku większość szczytów tatrzańskich. Myślę, że ta
                        zaprawa w jego wczesnej młodości uchroniła go przed problemami z kręgosłupem.W
                        górach robił furorę. Pewnego dnia zdobywaliśmy szczyt po szycie w Tatrach
                        Zachodnich. Zbliżała się burza i było okrutnie parno. Wszyscy padaliśmy ze
                        zmęczenia i pragnienia. Drab padł ostatni. Byliśmy przerażeni. Ja byłam
                        przekonana, ze on umiera. Klęłam w duchu na własną głupotę. Jakis czas go
                        niosłam w plecaku, nie bedąc pewną, czy on jeszcze żyje. W końcu zaczęliśmy
                        schodzić i..rzecz nieprawdopodobna. Mój pies zaczął się z plecaka wyrywać.
                        Puściłam go. Jak tylko jego 4 łapy osiąnęły podłoże, zaczął pędzić w dół.
                        Ucieszyłam się. Pierwszy dobiegł do źródełka i wypił ...... łyżkę wody. My
                        morze. Do końca dnia rozrabiał, bijąc nas wytrzymałością.Był zawsze okazem
                        zdrowia, nieprawdopodobnej siły i wytrzymałości. Często jeździliśmy z nim do
                        lasu na długie spacery. On niby nie lubi wody, ale jak mu się wrzuci patyczek,
                        to skacze i "wyławia" go. Raz wrzuciłam mu kłodę 3 razy większą od niego.
                        Skoczył, dopłynął, złapał i.... zniknął pod wodą. Trwało to dłuższą chwilę i ja
                        oczywiście z przerażeniam robiłam sobie wyrzuty nt własnej głupoty. Kłoda go
                        zciągnęła w głąb. W końcu, po wiekach, wypłynął na powierzchnię ,dopchał
                        zdobycz do brzegu i wyciągnął ją, choć może raczej wyszarpał na brzeg, z 5 m od
                        tafli wody. Potrafił złapać konar drzewa i mocować się z nim, wisząc na nim,
                        przez kilka minut. Mogłabym wtedy spokojnie chodzić z kapeluszem i zbierać
                        datki od przechodniów. A już w parku robił największą furorę gdy podrzucałam mu
                        konar grubości ramienia "Szwarcernegera" i długości np. 3 metrów, z którym
                        malutki jamniczek paradował po alejach, nie dotykając gałęzią podłoża. Naprawdę
                        pies o niebywałej sile. Potrafił uciągnąć sanki z kilkuletnim dzieckiem, co
                        sprawiało mu niesamowitą przyjemność.Kiedyś , drzemiąc wspólne na kanapie,
                        oparłam rękę na którejś jego tętnicy i stwierdziłam, że mój żywotny ponad normę
                        pies ma arytmię. Okazało się , że to nic takiego i że jego układ krążenia jest
                        bez zarzutu. Teraz mogę powiedzieć , że ...szkoda, a dlaczego ? Cdn...
                        • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Darb..cd 20.08.05, 19:41
                          Wiem, że to "szkoda" zabrzmiało brzydko. Sama się kotłuję ze swoimi myślami i
                          nic mi nie wychodzi. Ale wracam...Ponieważ Drab od początku okazywał mocny i
                          przewrotny charakterek, postanowiłam z nim pójść na tresurę.Zapisałam nas i
                          poszliśmy na pierwsze spotkanie. Padłam na wejściu. Same briardy i wilczury
                          oraz 1...jamnik - Drab. Ludzie tak na nas jakoś dziwnie patrzyli, pies
                          oczywiście nie wykonał żadnego polecenia, nażarł się psich ciasteczek i
                          poszliśmy do domu. Na drugi dzień spróbowałam jeszcze raz i gdyby nie
                          szczególna "opieka" trenera , byłby to raz ostatni. Wykonał jedno polecenie i
                          już nie powtórzył. Bawiło mnie to bieganie z psami, więc chodziłam co sobotę i
                          niedzielę przez pół roku. Mój ukochany zaczął powoli wykonywać polecenia, ale
                          tak na odczepne, żeby ktoś nie pomyślał, że on słucha. Miałam taki ubaw na tych
                          treningach, że nie opuściłam ani jednego. Drab zaczął w końcu wykonywać pewne
                          polecenia, czym wprawiał w zachwyt trenera.Trener od początku bardzo
                          sceptycznie patrzył na tresurę Draba, bo twierdził, że wytresowanie jamnika
                          jest trudne, a draba szczególnie.W czsie treningów mój piesek pokazywał całą
                          swą inteligencję ukierunkowaną na jak najłatwiesze wykonywanie zadań. Skracał
                          drogę biegu, przechodził pod nawet niskimi przeszkodami lub je omijał itd
                          Pewnego dnia uczyliśmy się rozkazu "siad". Pod koniec 2-godzinnych zajęć
                          zrobiono powtórkę. Na komendę "siad" wszystkie psy siadły i jamnik ... też.
                          Ogólny zachwyt. Ale trener powiedział "zaraz, zaraz", podszedł do niego i
                          zaczął się serdecznie śmiać.Otóż Drab z daleka patrząc , siedział, ale okazało
                          się, że on kucał (co przy jego krótkich nóżkach było nie do odróżnienia), bo
                          przez moment pokropił deszcz i cóż on sobie ma pupsko w mokrej trawie moczyć.
                          Miał też swoje sukcesy. Np. jako jedyny pies preszedł za pierwszym razem (sam
                          od siebie), wymachując ogonem długą , wąską deskę na wysokości 1,5 m. Potem
                          już nie powtórzył tego wyczynu, bo mu kazano.Zaczął b. ładnie aportować, ale w
                          domu, na zajęciach robił to tak, że wszycy zdychali ze śmiechu.Nadszedł dzień
                          egzaminu. Poszłam , ale byłam przekonana, że oblejemy. A tu, wyobraźcie sobie
                          mój pies ukończył egzamin na 8 miejscu (na 57 psów). Byłam bardzo dumna, trener
                          też. Odbieraliśmy gratulacje od wszystkich, nawet zaprzyjaźnionych psów. Drab
                          dostał specjalne wyróżnienie dla najbardziej opornego, a zarazem
                          najkomiczniejszego psa.I tak w domu mieliśmy kolejnego mgr.Tresura oczywiście
                          nie dała wiele. Pies, jak miał dobry humor, powtarzał rozkazy, ale zdarzało się
                          rzadko i w końcu wszystkim znudziło. Jednak gdyby nie poszedł na tresurę, to
                          nie wiem jak bym sobie dała z nim radę. Na pewno jedno mu zostało: nie ucieka
                          (poza 2 przypadkami, ale to związane jest z czym innym), na rozkaz "do mnie"
                          przychodzi. Oczywiście nie od razu, żeby ktoś nie pomyślał,że on ten rozkaz
                          wykonuje. Cdn...O ile Was nie zanudziłam.
                          I tak nasz Drab żył wśród nas, kochany, chyba rozpieszczany, ze swoim wrednym
                          jamnikowym charakterkiem, dostarczając nam stresów i wiele przyjemności. On tak
                          jak córka Basiuniuni, całkowity egoista, ale to przeciez pies i z tym
                          pogodziłam się, choć wielokrotnie starałam się różnymi metodzmi złamać jego
                          ego. Nie udało mi się nigdy. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że to on
                          rządzi, ... jednak on rządził. Pewnego razu czekalismy na bardzo miłych gości
                          i kiedy zadzwonił domofon, wzięłam Draba na ręce, aby nie skoczył na
                          przybyłych , bo miał taki zwyczaj witania. A on odwinął się, złapał mnie za
                          policzek i nie chciał puścić. Przez sekundę byłam przekonana , że odgryzie mi
                          kawałaek mojej osobistej buziuchny, W momencie otwarcia drzwi byłam tak zalana
                          krwia, że gościowej zrobiło się słabo. Policzek jednak został uratowany i mała
                          blizna została też. Chyba od tej pory zaczął nas, a zwłaszcza mnie, gryźć w
                          momentach mojego sprzeciwu. Był to chyba zwiastun jego choroby. Półtora roku
                          temu, będąc na spacerze z sasiadem, spokojny, posłuszny, nagle zwiał. Uciekał
                          tak, że sąsiad (z pieknym beżowym , dużym psem) nie mógł go dogonić. Szukałam
                          go całe popołudnie i w końcu zobaczyłam jak "pasł się trwką": przy drodze
                          jakieś kilometr od domu. Było co opowiadać. Minął dokładnie rok i mój pies
                          powtórzył numer. Ni stąd, ni zowąd, uciekł w najmniej podejrzanym momencie.
                          Szukałam go tydzień. Jeździłam, wisiałam na balkonie, rozwisiłam informację z
                          nr telefonu. Po tygodniu zadzwonił (telefon). Pies był. Pojechałam pod wskazany
                          adres, bida z nędzą i patologią. Mój ukochany pies przywitał mnie awanturą,
                          szczekał przez 5 godzin prawie bez przerwy. Był pogryziony, niedojedzony, ale
                          był. Kilka dni później dostał pierwszego ataku epilepsji ( myślałam, że umiera,
                          bo nie wiedziałam,iż ta choroba dotyka też psy). Koszmar. Weterynarz przepisał
                          leczenie i ja w swojej niwności myślałam , że to koniec problemu. Niestety
                          nie....
                          • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Darb..cd 20.08.05, 19:48
                            Ataki epilepsji pojawieją się srednio raz na 3 tygodnie. Trwają od kilkunastu
                            sekund do 3 min. Potem Drab przez kilka minut przychodzi do siebie, a potem
                            zaczyna się 5-godzinny amok.Jest to 5 h wykreślonych z mojego życiorysu. Pies
                            lata po mieszkaniu, bez przerwy szczeka, no nie, z przerwami na jedzenie, które
                            wcina zrywami między szczekaniem. Nie mozna do niego podejść, pogłaskać,
                            uspokoić, bo gryzie. A ucisk szczęki ma jak niedźwiedź. O ubraniu kagańca, czy
                            założeniu smyczy mowy nie ma. Jedyny sposób to wyjście na baaaardzo długi
                            spacer, na którym się uspokaja nieco. Ale np. ostsni atak nastąpił o 10,30
                            wieczorem. Zaraz po ataku z krwawiącym sercem ( bo on taki biedny) założyłam mu
                            kaganiec i do 4-tej rano trzymałam na smyczy na tapczanie lub spacerowałam po
                            mieszkaniu. Rano nie czułam barków i rąk, bo siła tego małego pieska jest
                            nieprawdopodona. Kilka godzin walki z nim to naprawdę duży wysiłek
                            fizyczny.Jedyny sposób to założenie mu kagańca, wtedy nie szczeka, co nie jest
                            bez znaczenia dla naszych nerwów i ... sąsiadów, chwała partii , wyrozumiałych,
                            ale jak długo?Jednak te ataki, to betka przy codziennym życiu z Drabem. Otóż od
                            czerwca mój pies załatwia swoje potrzeby fizjologiczne w domu. Czuję się jak
                            pisuardessa. Latam ciągle z mopem lub papierem toaletowym, ponieważ pies
                            średnio raz na godzinę zostawia po sobie jakąś niespodziankę. Na spacerzae
                            ostatnio w ogóle nie siusia, wraca i robi to w domu. Koszmar. Jeszcze w
                            chałupie nie śmierdzi, ale to tylko kwestia czasu. Wykupuję wszystkie domestosy
                            w okolicy. Wszyscy znajomi dziwią się, że jeszcze go nie uśpiłam. Ale nie mogę,
                            choć mu to ciągle obiecuję, a ta cholera jakby rozumiała: przez godzinę jest
                            grzeczny.Żyję z nim jak stare małżeństwo : żyć bez niego nie mogę i z nim
                            też.smile)))
                            Nikt by nie uwierył , że pies może powodować takie zniszczenia psychiczne.
                            Dobrze, że jestem odporna, choć czasem mi ręce opadają i sobie popłaczę. sad(
                            Wiem, że nic mnie nie uchroni przed decyzją, ale to okropnie trudne. Ja po
                            prostu z jednej str. nie wytrzymuję (histeria, której nigdy nie miałam), z
                            drugiej jek on patrzy... sad((((, jakby rozumiał. Oblał już wszystkie nowości w
                            domu....
                            Drab miał własnie ataksad( Przez jakieś 5 h bedę do dyspozycji.
                            Dałam mu potrójną dawkę luminalu i przez 5 h psisko połowę przespał, ale b,
                            czujnie. Nie mogłam się ruszyć od komputera, aż mnie 4 litery bolały. O 2-giej
                            zdjęłam mu kaganiec i już zasnął. Tym razem mimo wszystko było lżej, może w
                            porę dałam mu medykamenty. Dzisiaj jest oczywiście pobudzony, ale lekko. Póki
                            nie odejdę od kompa, będzie leżał spokojnie.
                            • natla Re: Kochane zwierzaki......pr: Darb..koniec:( 20.08.05, 20:00
                              Nikt w domu bez przerwy nie szczeka, mogę spokojnie wejść do kuchni - nikt nie
                              dopomina się o jedzenie, prawie nie śmierdzi moczem, bo starałam się wszystko
                              wymyć, wyskrobać, zdezynfekować, mogę spokonie chodzić po domu nie wdeptując
                              w kałużę, nie boję się kolejnego ataku, nie muszę uważać żeby go nie nadepnąć,
                              nikt mnie nie pogryzie, mogłam zdjąć wszystkie koce ochronne z tapczanów, nikt
                              nie rozwala mebli kuchennych, dopominając się ciągle o jedzenie, mogę spokojnie
                              wejść na balkon, nie wdeptująć w kałużę lub coś innego, ale.... nie mam z kim
                              wyjść z musu na wieczorny spacer, nie mam komu rzucić resztek jedzenia, już się
                              do mnie nie przytula, cieplutki i rozkoszny. sad(((((( Mam okropne wyrzuty
                              sumienia. Wiem, że to irracjonalne, że przejdzie, ale...
                              • natla Re: Kochane zwierzaki......chomiki, ryby, koty 21.08.05, 23:36
                                Autor: lilimarlene1
                                Data: 11.11.2004 20:21

                                W dzieciństwie i młodości nigdy nie miałam zwierzaków.
                                Pierwszego z nich-chomika syryjskiego zwanego Kubusiem rudego,o czarnych
                                oczkach jak perełki- kupił mi mąż.
                                Dziecko było zbyt małe,więc tylko ja się nim zajmowałam.
                                Kiedy mieliśmy wyjechać na urlop i nie mniał się nim kto zająć,mąż zaniósł go
                                do pracy,gdzie pracownicy obiecali sie nim opiekować.
                                Po powrocie z urlopu mijały dni,a Kubuś nie mógł być przyniesiony do domu bo
                                ciągle coś stawało na przeszkodzie.
                                Mąż w końcu przyznał sie,że chciał to ukryc i kupić podobnego,bo Kubuś nie żyje.
                                Któregoś dnia kiedy pracownicy zajrzeli do niego leżał zmumifikowany.
                                Czyli ta opieka bez wody i jedzenia-w upalne lato-nie była zbyt troskliwa.
                                Bolało mnie to bardzo.
                                Powiedziałam złośliwie,że mnie to nie dziwi bo tacy są właśnie katolicy-okrutni.
                                Osoby,które deklarowały opiekę były b.religijne.
                                Kubuś żył jednak ponad dwa lata,czyli dośc długo.

                                Póżniej długo były rybki.

                                Moja córka jednak zawsze chciała mieć kotka.
                                Reszta domowników nie wyrażała zgody.
                                Postanowiłam spełnić to życzenie kiedy skończyła studia.
                                Kolega z pracy zapytał-czy chcę kupić kotka.Przyniósł porto folio.
                                Kiedy córka pojechała po wybór kici,okazało się,że wybrała nie tego,którego
                                zamierzała po obejrzeniu zdjęć.
                                Wybrała tego,który ją wybrał.Tego,który pierwszy do niej podszedł,obwąchał jej
                                plecak,dał sie pogłaskac,chociaż jego mama ostro zareagowała.
                                Właścicielka kota-mamy,zanim ją wysterylizowała chciała jej dać szanse na
                                rodzicielstwo.
                                Piękny rudy pers,ale o bużce jak po zderzeniu ze ścianą,został pierwszy
                                raz"zeswatany"z tatusiem-persem szynszylowym,srebrnym,o niebieskich oczach.
                                Urodziła rude,martwe dzieci.
                                Smutne.
                                Następne"zeswatanie"zaowocowało narodzinami dwóch chłopców i dwóch dziewczynek.
                                Wszystkie dzieci zewnętrzną urodę oddziedziczyły po tatusiu.Właściciel tatusia,
                                wziął jednego chłopca.Jedną dzieczynkę też ktoś kupił.
                                Została nasza Lilimarlene vel Luśka i Maciuś jej ogromny brat o sierści
                                pokrytej złotą poświatą.
                                Nasza Lili jest srerno-biała,krótkonoga,długa(przegubowiec),b.puszysta o
                                pięknych bursztynowych oczach(po mamie)i ujmującym wyrazie pyszczka.
                                Te jej oczy przesądzają o braku rasowości,powinne być zielone lub niebieskie.
                                Kiedy kot znalazł sie w naszym domu okazało sie,że my sie go boimy.
                                Zupełnie nie wiedzieliśmy jak sie zachowywac.Zamykaliśmy sypialnię spryskując
                                uprzednio drzwi preparatami odstraszającymi.
                                Kotek drapał w drzwi i żałośnie płakał.On nie spał,my też.
                                W ogóle popełnialiśmy dużo błędów.Kot jednak wszystko przetrzymał.Zawsze był
                                b.czysty i zdyscyplinowany.Witał nas w drzwiach kiedy skąds wracaliśmy,łasił
                                sie,prosił o pieszczoty.
                                Tylko na ręce raczej go brac nie wolno-bo persy tego nie lubią.
                                Nasz kot upodobnił się do nas.Ma nasze charaktery jest indywidualistą.Nie lubi
                                hałasu,oznak motoryzacji jest lękliwy.Często zachowuje się jak pies myśliwski,
                                zwłaszcza w stosunku do owadów wlatujących z ogrodu.Kiedyś nosił spuchnięta
                                wargę po konsumcji trzmiela.
                                Kot jest równiez b.czułym opiekunem nas dorosłych.
                                Zachowuje się dość dziwnie w czasie naszej choroby.
                                Czasami mam wrażenie patrząc na jego samozaparcie w czasie czuwania,że to nie
                                kot.Pytam go nawet,który to jego żywot i kim był w poprzednim wcieleniu.Kiedy
                                wróciłam do domu po dwóch kolejnych operacjach,nie odstępował mnie na krok.
                                Był zaniepokojony kiedy ktoś podchodził do mojego łóżka. Teraz kiedy jestem po
                                zawale,kot cały czas jest obok mnie.Chodzi za mną krok w krok jak pies.Cały
                                czas mnie obserwuje.Kiedy wychodzę do drugiego pokoje on idzie za mną.Teraz
                                również leży obok klawiatury i poddaje się pieszczotom.
                                Odejdzie na chwilę kiedy córka wróci z pracy.Ale w nocy leży obok mnie.A rano
                                łapeczką delikatnie drapie mnie po twarzy miaucząc prosząco abym się obudziła.
                                Moja córka mówi,że nieprzeżyje chwili kiedy ten kot odejdzie.Już dzis się tego
                                boi.
                                A jestem szczęśliwa,że moja emerytura nie jest taka samotna,bo mam towarzysza i
                                dojrzewam do posiadania psa.Będę miała pretekst do wyjścia z domu i zawsze
                                chętne towarzystwo na spacer.Już obserwuję wszystkie pieski i mnie więcej wiem
                                jak ma wyglądac.Im więcej obserwuję ludzi tym bardziej pragnę towarzystwa
                                zwierząt.To chyba starość,a może dojrzałość?




                                • natla Koch zw....Wacek, Koksik i Janinka...pies z kotem 10.01.06, 22:53
                                  misia007 10.01.06, 16:43

                                  Z przyjemnościa opiszę Ci moje zwierzaki ale zdjęcia zamieszczę póżniej, bo mąż
                                  mi musi w tym pomóc a obecnie go nie ma.A więc tak aktualnie mam trzy
                                  koty.Najstarszy jest Wacek znaleziony ponad 3 lata temu przez moją córkę w
                                  stanie
                                  agonalnym.Wyglądał jak wyliniały szczur z łysymi tylnymi łapkami i ogonem.Cud,
                                  ze się z tego wylizał.Teraz jest dużym burym kocurem,rozrabiaką,
                                  złodziejaszkiem, chuliganem.Wszystko mu się wybacza, bo ma spojrzenie Rudolfa
                                  Valentino.Koksik czarny z żółtymi ślepiami wygląda diabelsko ale jest prawdziwym
                                  kocim aniołkiem.Znalazł go syn ponad rok temu, cierpiał na koci katar.Koksik
                                  jest cudowny, słodziutki, milutki, grzeczniutki, najchetniej z kolan by nie
                                  schodził.Latwo się domyślić , ze Wacek uważa go za lizusa i często leje a raczej
                                  lał,bo teraz moi chłopcy mają co innego do roboty.Gdzieś w połowie listopada
                                  tego roku los (a raczej ja) im zesłął prezent o jakin nawet nie
                                  marzyli.Przygarnęliśmy podwórkową 4 miesięczną koteczkę z chorym
                                  oczkiem.Chłopaki oszalały ze szczęścia.Na przemian tulili, myli a nawet piersia
                                  własna karmili kocia panienkę.Konaliśmy ze śmiechu obserwując te kocie umizgi
                                  aż stało się to co się stac musiało, a mianowicie Janinka dostała rui.Miała
                                  wtedy 5 miesięcy a oba koty kastrowane ale wszystkie wiedziały o co chodzi i
                                  rozpoczęły sie erotyczne igraszki.Nie było rady małą trzeba było wysterylizować
                                  w tempie ekspresowym 4 stycznia.Bardzo prędko doszła do siebie i dalej czaruje
                                  chłopców.Zdjęcia zamieszczę niebawem........
                                  ...... Janinka, to prześliczna szara koteczka ,bardzo pręgowana, malutka
                                  i chyba po sterylce juz duzo nie urosnie,Na jedno oczko niedowidzi ale to
                                  jej wcale nie odbiera uroku.

                                  regine 10.01.06, 19:52

                                  Opiszę mój, nie mój, "zwierzyniec". Mam kotkę córki-6 letnią półpersicę.
                                  Dzieci zabrały ją od właściciela domu, gdzie było kłębowisko kotów, nie miał
                                  pieniędzy na sterylizację i koty mnożyły mu się strasznie. Kotka była ostanią
                                  z "6-osobowego" miotu, długo nam chorowała, zanim doszła do siebie, ale nadal
                                  ma coś nie tak z odpornością. Jak tylko przemarznie, ma taką dziwną wydzielinę
                                  z uszu i nosa, jest pod stałą opieką lekarza.
                                  Druga kotka, mojej 2-giej córki przyjeżdza co jakiś czas na "przechowanie",
                                  jeśli córka ma dłuższe wyjazdy, ma 4 lata. Była kupiona na jakieś wyprzedaży
                                  niechcianych kotów - dachowiec, o pięknej pręgowanej sierści, ale dzikus
                                  niesamowity. Od jutra będę miała je obie, do 22 stycznia. Przez 2 dni jest
                                  względny spokój, moja chodzi i prycha urażona, że "obcy" zajmuje jej teren,
                                  potem dochodzi do zabaw, gonitw i spania razem, czyli totalny spokój.
                                  Po wyjeździe "gościa", kotka chodzi jak "głupia", miauczy, zagląda we wszystkie
                                  kąty szukając towarzyszki zabaw...Czasami mi aż żal, że się rozstają.
                                  Mamy jeszcze psa, ale jest z córką, przyjeżdża razem z nią, lub ja do nich z
                                  kotką.
                                  Kotka "ustawiła" sobie psa, dając wszystkim, wyrażnie do zrozumienia, że ona tu
                                  rządzi. Psinie tak się ostatnio "dostało", za to że wyjeżdża, ale skąd kotka o
                                  tym wiedziała ??? Psy doskonale rozumieją zmianę nastrojów w domu, ale po raz
                                  pierwszy spotkałam się, że kot też.
                                  Dzień przed wyjazdem dzieci, strasznie biła psa łapami, wszędzie gdzie go tylko
                                  dorwała, pod stołem, pod fotelem, nawet jak wracał ze spaceru, czyhała pod
                                  drzwiami aby zaatakować zza szafki na buty, prychała, skakała nawet mu na
                                  plecy sad(
                                  A piesek chodził za nią jak "ogupiały", z pytającą miną na mordce: "dlaczego i
                                  za co ???"
                                  Więc (...) wesoło mam w domu, a zwierzaki jakby nie powiedzieć,
                                  pokochały się na swój sposób smile)Szkoda, że tak rzadko są razem....


                  • natla Re: Kochane zwierzaki....pr: Pranie Rudzielców :) 22.08.05, 22:09

                    opowiastki o praniu kotów
                    Autor: toskania8
                    Data: 22.08.2005 21:02

                    odpowiadając na "zamówienie społeczne" znalazłam moje opowieści o praniu kotów
                    i zadymie kąpielowej , więc je wklejam

                    Re: Kąpiel!!!!
                    Autor: toskania8
                    Data: 26.06.2005 21:50

                    oj, wykąpałam moje koty raz tylko, ale zadyma była taka, że już nie spróbuję.
                    koty przerażone były okropnie, akurat jak kończyłam, nadeszła ciocia Hania
                    (onaż hancza) , nakrzyczała na mnie okropnie, że zwariowałam, po czym otuliła
                    biedne skatowane przez panią stworzonka wielkim kocem, przygarnęła do łona i
                    tak spały dwie godziny. Najpierw aż się całe trzęsły, takie były wystraszone,
                    dopiero się stopniowo wygrzały i uspokoiły.
                    Więc uznałam, że eksperyment się nie powiódł i juz nie próbuję.

                    Re: Kąpiel!!!!
                    regine 26.06.2005 22:01


                    Aleś im pranie zrobiła smile)))
                    Kota trzeba bardzo dobrze osuszyć,trzęsły się nie ze strachu tylko z zimna,
                    to ciepłolube bestie.Swoją też zawinęłam w wełniany koc ,niedawno wstała,
                    zjadła i dalej poszła pod kocyk.
                    Dobrze ,że swoje trzymałaś zawinięte,ogrzały się trochę...
                    Ale jestem pełna podziwu...Widzę Ciebie jak walczysz w łazience z dwoma
                    kotami...smile)))Ciekawe,kto był bardziej mokry,one czy Ty ???????

                    Re: Kąpiel!!!!
                    toskania8 27.06.2005 23:00


                    taka jesteś mądra - wysuszyć ! a weź to zrób. Oba dały dyla do najdalszego
                    kąta, jak tylko zdołały się wyrwać, jak się wzięłam za drugiego to pierwszy już
                    się gdzieś zaszył. A "prałam" ich, tak jak pisali w książce, to tam wyczytałam,
                    że można a nawet trzeba, ale to była amerykańska książka. no więc włożyłam
                    ręcznik do zlewozmywaka , żeby sie nie ślizgał pazurami, zmoczyłam rozproszonym
                    strumieniem wody ciepłej, potem koci szampon. Najtrudniejsze było płukanie, bo
                    zwłaszcza ten puchaty (to jeszcze był Rudy) wyrywał się strasznie a miał pełno
                    piany.
                    Zimno im było na pewno, ale stesu było w tym trzęsieniu co najmniej tyle samo,
                    co zimna.
                    Nie, tego eksperymentu już na pewno nie powtórzę

                    Moja kąpiel w wannie to zawsze wielka rodzinna uroczysość. Moja wanna ma taki
                    dość szeroki płaski rant dookoła i w narożniku półkę. Więc jak tylko zaczyna
                    się nalewać woda do wanny , koty siadają na tym trójkącie i czekają, aż pani
                    się zanurzy. A dodatkowa atrakcja jest taka, że jak się z kranu leje do wanny
                    to z tego trójkącika taki strumyczek leci dodatkowo. No więc trzeba tam za
                    każdym razem sprawdzać łapą skąd to się leje. Potem jest chodzenie dookoła
                    wanny i próby napicia się wody, sprawdzania łapą czy aby dość ciepła, wielkie
                    wąchanie melisy, bergamotki albo innego olejku. No i z tego sprawdzania
                    Rudzielec się kiedyś skantolił do wody, bo się za bardzo wychylił. I też była
                    zadyma. Ja już zdążyłam wyjść i zaczynałam się wycierać. Rudzielec jak szybko
                    wskoczył tak jeszcze szybciej wyprysnął. Ja go chciałam złapać i wytrzeć, ale
                    był w szoku i mi się wyrwał i uciekł. A podłoga była mokra i śliska, więc goła
                    rymnęłam na tę podłogę. Ale się pozbierałam i dawaj goła i mokra w pogoń za
                    Rudzielcem, który otrząsał się z wody po całym domu. No w końcu go dogoniłam i
                    trochę wytarłam, ale zadyma była chyba lepsza niż ta kąpiel.





            • natla Re: Śmiechu warte.........cd 20.08.05, 19:09
              Nadmieniam, że Nitka3 , to Takanietaka czyli Takaowaka wink)

              Re: Coś Wam opowiem..... Autor: nitka3 Data: 10.01.2005 19:58
              ...............................................................................
              ...............................................MÓJ WSPANIAŁY
              WYCZYN!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! wyczyniony w styczniu 2005
              roku* * * miejsce akcji: moje mieszkanie ,pokój i korytarzelementy
              akcji:JA,komputer,monitor,głośniki,klawiatura,stół,gniazdko
              elektryczne,gniazdko telefoniczne,router,dwa telefony,(poza tym cała reszta
              mebli w miarę potrzeby ich przesuwania i odsuwania)dywan,drzwi,dziura w
              ścianie miedzy korytarzem a pokojem...może cos zapomniałam!Warunki wstępne: 1.
              ja sie bardzo boję prądu!!2.jestem roztargniona i zawsze czegoś zapomnę lub
              poplączę!!!!!!!!!!!!!!o co chodzi???No wiec rzecz jest następująca-Pokój ma
              okno,gniazdko do prądu jest przy oknie,gniazdko telefoniczne i do neostrady
              jest w korytarzy przy drzwiach.....pomiędzy tym 6 metrów od neostrady i około 4
              metry od prądu stoi komputer,monitor,głośniki klawiatura..Od
              gniazdkaelektrycznego idzie przedłużacz w stronę komputera ,który ma 8 oczek i
              nigdy niegasnącą lampkę..od tego przedłużacza idzie przedłużacz do tego
              routera co jest w korytarzu( bo w korytarzu w ogóle nie ma żadnego kontaktu
              elektrycznego!) a router z tym przedłużaczem jest połączony taka jakąś
              kostka,a sam jest połaczony z gniazdkiem telefonicznym..z korytarza przez ten
              router idzie przewód naeostrady, i przewód do telefonu(telefon w pobliżu okna!)
              Z monitora idzie przewód do komputera i do przedłużacza,z głośników do
              komputera i do przedłużacza po dwa z każdego (chyba?)z komputera do
              klawiatury,z neostrady do komputera przez dziurkę w ścianie miedzy pokojem i
              korytarzem i pod dywanem,ale z przedłużacza do routera na dywanie i pod
              drzwiami (specjalnie podcięte!) przestaliście rozumieć ????Nie martwcie sie ,ja
              nigdy tego nie rozumiałam!!!!!!No i to wszystko kłębiło mi sie pod stołem na
              którym stoi komputer i ta cała cholerna reszta!!! Wraz z ogromnymi
              naelektryzowanymi Kotami z kurzu!Od wielu miesięcy!!Te wszystkie przewody
              splatane z sobą ,idące w przeróżnych kierunkach,pod różnymi kątami,do i od
              czegoś ,powtykane w przeróżne tajemne dziurki,i co najgorsze mruczące i
              szumiące z cicha -jak żywe!no i wiecie co?Wczołgałam sie tam dzisiaj,rozplątałam
              (żeby rozplątać musiałam powyciągać to cholerstwo z tych dziurek i cały czas
              pamiętać w której dziurce co było....!)Złapałam to w specjalne
              zagraniczne "łapki" które przed rokiem dostałam w tym celu od przyjaciółki i w
              których to mniej więcej poukładałam te przewody,włożyłam to wszystko w kosz
              wiklinowy który przed rokiem kupiłam i przed pół rokiem nawet pomalowałam na
              biało,ten kosz pięknie wsunęłam pod stół.............no ........i co .....wy na
              to ????oto moje bohaterstwo dnia codziennegopozdrowienia
              ________________________________________________________________________________
              Re: Coś Wam opowiem..... Autor: takanietaka Data: 27.01.2005 10:52

              AHA,przed kilku laty wreszcie kupiłam sobie nowe radio ,bo zmieniali te
              długości FM i moja "dwójka" miała byc niesłyszalna.Przy okazji oczywiscie było
              to radio z audio CD (wszyscy mieli płyty kompaktowe tylko ja nie !) no i
              postanowiłam sobie kupic jakąś płyte aby mieć pełne doznanie nowości!Weszłam do
              sklepu ,biore do ręki te płyty ....stoję ...oglądam....obracam....nic nie
              rozumiem.....w końcu podchodzi do mnie młody sprzedawca i pyta czy mi w czyms
              pomóc (widocznie tak wygladałam - i słusznie!)-na to ja odpowiadam ze i
              owszem ..bo tak patrze i patrze i widze co jest na stronie "A" ,ale co jest na
              stronie "B".????? Na to on -????????? smile))))))))))) !!!!!!!!!!!
              ________________________________________________________________________________

              Re: Coś Wam opowiem..... Autor: takanietaka Data: 20.01.2005 11:34

              RZYGODA Z DUDKIEM. Bardzo bardzo dawno temu,studiowałam w warszawie ,byłam
              juz bardzo dorosła (bo to pomagisterskie) i nagle w poczcie na dom studencki
              dostałam zaproszenie na dwie osoby do kabaretu Dudek!Wpadłam w ogromne
              podniecenie i zadziwienie bo wtedy sie jeszcze takie rzeczy nie zdarzały,zeby
              cos za darmo,a bilety na Dudka to w ogółe były nie do zdobycia (sprawa sie
              nigdy nie wyjasniła!)!Kawiarnia Nowy świat to raczej droga kawiarnia ,kolezanka
              i ja nie miałysmy pieniedzy ,ale oczywiscie na jakies tam herbaty żesmy
              uściboliły no i poszłysmy (oczywiście elegancko ubrane ..itd)No to
              siedzimy ..patrzymy w karte .zamowiłysmy dokładnie tyle na ile żesmy miały .No
              i cudownie było ,obśmiałyśmy sie do łez..jak norki!!No i na końcu tego
              wszystkiego ...nagle zdajemy sobie sprawe ze nie mamy na szatnie !
              Strasznie ..sromota itd.Ale nie ma rady ,postanowiłysmy przeczekac
              wszystkich ..i na końcu powiedziec ze ...no przeciez płaszcze i tak nam
              wydadza! !Kolezanka w trakcie tego czekania mówi -pójde jeszcze do
              toalety..Poszła ,wróciła ...stanęła w kolejce ..wzieła płaszcze ,dała
              złotówke ....!!???!!!Skąd miałas złotówke ???No to ona cała zmieszana i
              równoczesnie smiejaca sie do rozpuku "Zobaczyłam spodeczek z pieniedzmi babci
              klozetowej i zamiast dodać swoja złótówke ..wzięłam..po prostu!!!No i co mam
              dalej mówic !!??przez następne lata naszych studiów była to jedna z głównych
              opowiesci jak to moja przyjaciółka przebiegle oszukała babcie klozetowa ,a
              ilekroć przechodziłyśmy koło Nowego Swiatu (codzień prawie) była wałkowana
              sprawa kiedy ona wreszcie zwróci tą złotówke!


            • hania48 Re: Śmiechu warte.........cd 21.08.05, 20:42
              Czasem nienawidzę swego komputera
              maryna04 30.01.2005 14:51
              Kiedy kilka lat temu mój pierwszy komputer zaczął podupadać na zdrowiu, to znaczy był coraz wolniejszy kolory mu bladły, a w końcu prawie zniknęły, a domorośli naprawiacze nie bardzo umieli tchnąć w niego życie zawiozłam urządzenie na róg ulicy, gdzie pan miał warsztacik. Specjalista pokiwał głową, odkręcił pokrywkę, wyjął kłęby waty, która powstała z wykładziny dywanowej, na której stal. Pan przedmuchał, włączył....i dalej nic - komputer ledwo dyszał. A ja poczułam się okropnie oszukana przez technikę, przecież tam w środku nie było prawie nic. Wszystko zmieściłoby się omal w kieszeni. Pan doktor od
              komputera zatrzymał stworzenie przez kilka dni i niewiele mu pomógł, potem trochę podreperował go mój syn i zabawa trwała wiele miesięcy. Kto kogo przetrzyma. Mój cud techniki włączał się na trzy sposoby:1. opadającym podnoszącym i opadającym buczeniem uuu...UUU...uuu 2. Z rytmicznym stukotem jakiejś maszyny prostej ..tu tu..tu tu.. 3. Prawie niesłyszalnie. Ten ostatni sposób nie wróżył nic dobrego, za chwile zacznie śmierdzieć, kiedy swad bo nie włączył się wentylator zaczynał grozić zatruciem wyłączałam ustrojstwo, wietrzyłam mieszkanie. Dźwięk.. tu tu.. zapowiadał, ze nic się nie będzie przegrzewało, ale za to stukot można było uspokoić tylko waleniem pięścią w obudowę. Najkorzystniejszy był dźwięk uuu...UUU - wtedy wiadomo było, ze niedługo ucichnie i będzie pracować. Czasami zwężał się obraz na ekranie, kiedy za pierwszym razem załamując ręce klasnęłam...obraz rozszerzył się. Później już to nie pomagało, ale wystarczało walnąć w biurko i obraz posłusznie się naprawiał. Moja dociekliwa rodzina stwierdziła jednak, ze to z tylu wtyczka się poluzowała. Podłożylam kawałek drewienka. Nawet działało, ale drewienko czasem się obsuwało. Więc ktoś wpadł na pomysł, żeby położyć tego zdychającego dziada -na płasko. Działało genialnie. Nie można było jednak specjalnie pokpiwać z tej inteligentnej istoty. Kiedyś drukarka drukowała jakąś ważną prace córki, a my pokpiwałyśmy z komputera, ten się obraził i przerwał robotę w połowie. Nie pomogły prośby i inne zabiegi, drukarka ani drgnęła. Kiedy jednak w końcu zaczęłyśmy mówić, ze trzeba natychmiast wyrzucić tego dziada na śmietnik i kupić cos porządnego, to w tym momencie "dziad" ozdrowiał. Potem przez długi czas włączał się coraz lepiej, obraz taki, ze oprawić w ramki, a jaki raczy. Uwierzyłam, ze komputer to inteligentne zwierze, ale nie na wiele mu to się zdało, swoich poprzednich humorów nie okupił i wylądował na złomowisku
              • natla Śmiechu warte.........cd 22.08.05, 17:28
                maryna04 10.01.2005 20:41

                Ktoregos dnia mam gdzies jechac autem naciskam pilota, azeby otworzyc drzwi,
                cisza - nic nie kliknelo. Ponawiam proby i cisza - szarpie, drzwi zamkniete.
                Groza, nie tylko nie dojade, ale za pol godziny jest sprzatanie ulicy
                (zgodnie z rozkladem na znaku drogowym) jak nie usune auta - to mandat. Ukladam
                plany strategiczne w glowie, nadchodzi moja sasiadka z pietra. Pyta - co sie
                dzieje. Wyjasniam, ona na to pyta cichutko (aktualnie nie ma auta - to zapewne
                nie byla pewna swojej wiedzy), a nie mozna ich otworzyc za pomoca kluczyka w
                zamku? Ano mozna. Potem okazalo sie,ze bateryjke do pilota mialam w kieszeni.
                Kiedy poltora roku temu wysiadlo w polowie Ameryki Pln swiatlo amerykanski
                czlonek mojej rodziny zmartwil sie - no i jak teraz zapalimy gaz. Zapalkami,
                zapalkami - kochanie. (W amerykanskich kuchenkach zapala sie na iskre
                elektryczna, a w starych na plomyczek gazowy). Opowiedzialam to moim
                amerykanskim znajomym jako anegdote. Okazuje sie, ze im nie mial kto
                podpowiedziec o tych cudownych wlasciwosciach zapalek i gazu nie uzywali przez
                dwa dni. Na dodatek mimo, ze mieszkaja na 20-tym pietrze nie przyszlo im do
                glowy, ze pompy wysiada i nie bedzie wody. Na to z duma powiedzialam, ze w
                moim miescie, w dawnych czasach, gdy czesto swiatlo gaslo - pierwsze co robili
                mieszkancy? Lecieli "nalapac" wody.
                _______________________________________________________________________________

                axsa 11.01.2005 12:54

                Zdarzyło się to kilka lat temu,
                ale do dziś wybuchamy śmiechem,
                gdy ktoś mówi latem o przeziębieniu,
                albo o zimie stulecia.

                Było upalne lato.
                Zatelefonowała znajoma, żeby zaprosić nas na spotkanie na działce.
                Powiedziałam, że nie przyjedziemy, bo mój mąż jest przeziębiony.
                -Przy takim upale? Jak to możliwe?
                Ja na to palnęłam bez zastanowienia:
                -Zaziębił sie przez telewizję.
                -???
                -No cóż – siedział na kanapie, ubrany tylko w krótkie spodenki
                i przez dwie godziny oglądał film, którego akcja toczyła się podczas
                zimy stulecia.
                ______________________________________________________________________________

                mada50 11.01.2005 17:10

                Taka niezręczność mi się przytrafiła.
                >Byłam z facetem i jego siostrą w herbaciarni.
                Nastrój jak lubię,przyciemnione światła,małe lampki na stolikach.
                >Usiedliśmy,ale ja nie mogę przeczytać co w karcie,bo nic nie widzę.
                Odezwałam się do swoich dość głośno:"ciemno tu jak w d.... u murzyna".
                >Nie zauważyłam,że obok przy stoliku siedziała para,a on czarny jak heban.
                Moje towarzystwo jak na komendę chrząkało i dawało rozpaczliwe znaki.
                >Chciałam ze wstydu zapaść się pod ziemię.
                ______________________________________________________________________________

                ada296 12.01.2005 00:00

                z d..ą murzyna też się spotkałam smile
                Murzyn był kolegą ze studiów
                wspólna impreza i mój przyszły doszły też tak palnął coś opowiadając

                ja zrobiłam też niezły numer
                był znajomy ale dalszy
                rozmowa o niczym
                zeszło na komórki
                pokazywał mi jakie ma dzwonki w telefonie
                jeden totalnie fikuśny: drin, drin
                potem się znowu spotkaliśmy
                miły pan spytał czy go poznaję
                odpowiedziałam: oczywiście poznaję pana po dzwonku
                najpierw powiedziałam
                potem do nas sens dotarł smile
                _______________________________________________________________________________

                axsa 05.02.2005 21:34

                Jak zaczęłam pracować,
                miałam mało pieniędzy i mało ciuchów.
                Dłubałam więc coś na drutach, nawet nie najgorzej.
                Pracowała ze mną taka bogata paniusia,
                której ktoś przysyłał z Niemiec
                Schick&strick /pisowni nie pomnę/.
                Kiedy już dostała pisemnko,
                wkraczała z nim i z wyższościa oznajmiała
                który sweterek bedzie niedługo miała.
                Robił jej ktos te sweterki
                i rzeczywiście prezentowała je potem.
                Opowiedziałam to kiedyś siostrze,
                a ona wymyśliła taki numer.
                W KMPiK-u były te czasopisma.
                My tam szłyśmy
                i zupełnie nie zajmowałyśmy się tym
                co zawierał aktualny numer, którym owa pani machała wszystkim przed nosem,
                poza ostatnią stroną,
                gdzie była "zajawka" zawartości następnego numeru.
                Ogladałyśmy to przez lupe, robiłyśmy zapiskii niejednokrotnie wracałyśmy tam,
                żeby coś "dopatrzeć" i robiłyśmy 2 sweterki na podstawie tych obserwacji i
                zapisków.
                Po co tak się trudziłyśmy?
                Generalnie, żeby utrzeć nosa nieprzyjemnej paniusi nosa, ale tez, żeby mieć
                nowe ciuchy.
                Jak to działało?
                Jedna z nas produkowała sweterek z okładki
                tego numeru, który miał wyjść dopiero za trzy tygodnie,
                a druga taki jaki jeszcze był pokazany.
                Kiedy owa pani wkraczała z żurnalem,
                ja miałam na sobie "okładkowy" sweterek,
                a następnego dnia drugi.
                Głupie to było, ale wszystkich niezmiernie cieszyło zdziwienie,
                zdunienie i pioruny w oczach tej pani, ktora ani w ząb nie była w stanie
                zrozumiec jak to sie dzieje.
                ni A mnie dodatkowo cieszyło to , ze mam nowy ciuch.

        • natla Re: Opowieści wigilijne......cd...rok póżnij :) 07.01.06, 10:21
          maladanka 22.12.05, 15:09

          Pamiętam z dzieciństwa dwoje zabłąkanych wędrowców.Nie było telefonów, pociągi
          jeżdziły różnie i tak sie stało,że starsi państwo /ona w kraciastej chuście, on
          z wielką walizą /przyjechali do swojej córki do Wrocławia aż spod Przemysla, a
          w tym samym czasie córka wybrała sie do nich.
          No i mój tato wracał z pracy,przyprowadził tych dwoje
          zmarzniętych,wystraszonych ludzi - Wrocław w tej części gdzie mieszkałam, to
          wtedy ruiny i ciemność.
          Tato zostawił w drzwiach wiadomość,gdzie są rodzice do odebrania i prawie 4 dni
          ci państwo mieszkali u nas. Ciasno było ale za to jaka wspaniała kiełbaska była
          i najwięcej pamietam długachne frędzle u chusty,które pani mi pozwalała
          zaplatac i rozplatać.
          _____________________________________________________

          A tutaj opowieść ....owczarka podhalańskiego!
          Opowiadał na forum Zakopane i podsłuchałam i Wam przekazuję
          Przed świętami Bozego Narodzenia moja gaździna kupiła kiełbase jałowcowom. Nad
          piecem jom powiesiła. Hej! Jak piknie ta kiełbasa pachniała! Tym pikniej, ze
          nie wolno mi było jej rusać. Nie boce syćkiego, co zrobiłek w młodości, ale
          chyba musiołek straśnie nagrzysyć, bo niby za co teroz spotkałyby mnie takie
          męki? Pozirać na kiełbase i nie móc jej zjeść to juz jest chyba najokrutniejsa
          kara lo najgorsyk grzysników!
          Ale pomyślołek se tak: idom święta, przed świętami bedzie Wigilia, a podobno w
          Wigilie o północy zwierzęta godajom ludzkim głosem. No to jo, kie juz bede mógł
          zagodnąć po ludzku, powiem bacy i gaździnie, coby dali mi kapecke tej kiełbasy.
          Kie przysła Wigilia, jo ino licyłek, kielo godzin zostało do północy. A kie
          została juz ino godzina, zacąłek licyć minuty. Juz ino pół godzinki! 29
          minutek! 28! 27! I ... krucafuks! Baca z gaździnom zacęli sie zbierać do
          wyjścia. Zupełnie zabocyłek, ze w Wigilie o północy nigdy nimo ik w chałupie,
          bo som w kościele na pasterce! Dyć właśnie dlatego jesce nigdy w noc wigilijnom
          nie godołek po ludzku! Bo nie miołek do kogo! A więc koniec marzeń o kiełbasie?
          Nie! Nie mogłek do tego dopuścić! Owcarku, do dzieła! Do odwaznyk i do kiełbasy
          jałowcowej świat nalezy! Kie baca i gaździna fcieli wyjść z chałupy,
          zagrodziłek im droge i zacąłek głośno scekać.
          - Odsuń sie, fundamencie jeden, bo zaroz wezme miotłe i cie prasne! - krzyknęła
          gaździna.
          - Pocekoj, matka - odezwoł sie baca. - Widziołek kiesik w telewizji film
          dokumentalny o psak. A w tym filmie godali o takim jednym psie, co to nie fcioł
          wypuścić swego pona z domu. W końcu pon nigdzie nie wysedł i zostoł w chałupie,
          a zaroz potem barz źle sie pocuł. Wartko zadzwonił po pogotowie. Przyjechały
          doktory i stwierdziły, ze chłop mioł zawał serca. Uratowali go, ale kieby ten
          pies nie zatrzymoł go w domu, bidok juz by nie zył!
          - Eee, godos, ojciec – pedziała gaździna. – A skąd ten pies wiedzioł, ze jego
          ponu grozi zawał?
          - Instynkt! – odrzekł baca. – Nas pies tyz musi mieć instynkt i jeśli nie fce
          nos puścić, to znacy, ze mo po temu jakiś wazny powód.
          Tu sie baca nie mylił. No bo sami przyznocie, ze miołek wazny powód, aby ik
          zatrzymać w chałupie.
          - Myślis, ojciec, ze tobie abo mnie grozi zawał serca? – spytała gaździna.
          - Moze tak być – pedzioł baca.
          - To jo moze od rozu zadzwonie na pogotowie?
          Gaździna wartko podesła ku telefonowi i wykręciła numer 999.
          - Słucham, pogotowie – odezwoł sie w słuchawce głos jakiejś poni.
          - Dzień dobry – pedziała gaździna. – Fciałak wezwać pomoc, bo jedno z nos mo
          zawał serca.
          - Kto ma zawał serca? – spytała poni z pogotowia.
          - Tego jesce nie wiem – pedziała gaździna.
          - Jak to, nie wie pani? – zdziwiła sie poni z pogotowia.
          - No, abo jo mom zawał, abo mój chłop. Jesce nie wiadomo fto.
          - Chwileczkę, czy tam u państwa jest jakiś lekarz, który stwierdził zawał? –
          zacęła dociekać poni z pogotowia.
          - Nimo haw zadnego lekorza. Jest pies.
          - Jaki znowu pies?
          - No, mój pies.
          - To chyba jakieś kpiny!
          - Zadne kpiny! Mój pies zachowuje sie tak samo jak pies z tego filmu.
          - Pies z filmu? Z jakiego filmu?
          - Z filmu o psak. A z jakiego filmu miołby być pies? O kotak?
          - Proszę skończyć z tymi głupmi żartami, bo zawiadomię policję! – zagroziła w
          końcu poni z pogotowia.
          - Policje! – Gaździna była oburzona. – Cłek potrzebuje pomocy, a tu nie dość,
          ze nie pomogom, to jesce policje fcom wzywać! A do rzyci z takim pogotowiem!
          Gaździna z takom siłom rzuciła słuchawke, ze sam nie wiem, jak to sie stoło, ze
          nas aparat telefonicny nie rozsypoł sie w drobny mak. To był chyba cud, ftóry
          mozliwy jest ino w Wigilie.
          - Źle robis, matka – zwrócił uwage baca. – W tym filmie dokumentalnym chłop
          najpierw źle sie pocuł, a dopiero potem zadzwonił po pogotowie. A ty fciałać
          zrobić na odwyrtke. Trza pocekać, ftóre z nos źle sie pocuje i wtedy wezwiemy
          karetke.
          Gaździna zgodziła sie z bacom. Siedli se tak we dwoje na ławie i zacęli cekać.
          Po paru minutak baca spytoł gaździne:
          - No i jak sie cujes, matka?
          - Dobrze, a ty? – spytała gaździna.
          - Tyz dobrze – odpowiedzioł baca.
          - No to cekomy dalej – pedziała gaździna.
          Wybiła północ. No! Cas sie było odezwać ludzkim głosem i poprosić o kiełbase
          jałowcowom. Stanąłek przed bacom i gaździnom, wciągnołek w płuca powietrze
          i ... krucafuks! ... zamiast ludzkiej mowy, z mojego gardła wydobyło sie jakieś
          takie: Grrhrrgrrrhhrrgrrrgrrrr...
          - Ojciec, co sie stało temu psu? – zaniepokoiła sie gaździna.
          - Nie wiem – odrzekł baca. – Moze fce nom pedzieć, ftóre z nos bedzie mieć
          zawał serca?
          - Grrhrrhrrgrrr – charcołek. Próbowołek zmienić to charcenie w ludzkom mowe,
          ale bez skutku.
          - Piesku – zwróciła sie ku mnie gaździna – powiedz, cy ftóremuś z nos grozi
          zawał serca?
          - Grrhrrhhrgr.
          - Mnie grozi zawał?
          - Hrrhrgrrhrgrrr.
          - Jemu grozi?
          - Grhrhhrrrrgrrr.
          Krucafuks! Krucafuks! Gdybyk dorwoł teroz tego, co wymyślił, ze w noc
          wigilijnom zwierzęta godajom po ludzku, to tak wbiłbyk mu zęby w rzyć, ze bez
          najblizsy miesiąc lezeć mógłby ino na brzuchu! Spojrzołek ku wisącej nad piecem
          kiełbasie, ftóra teroz wydawała mi sie równie odległa jako gwiazdy na niebie.
          Ogarnęła mnie corna rozpac. Zaskowycołek załośnie. Nagle moja gaździna wybuchła
          śmiechem. Po kwili podesła ku kiełbasie i odkroiła wielki kawał.
          - Co ty robis, matka! – zawołoł baca. – Fces, cobyśmy jedli kiełbase teroz, kie
          jednemu z nos grozi zawał? Dyć kiełbasa jest tłusta, a co tłuste, to lo serca
          niezdrowe!
          Gaździna nie zwracała uwagi na to, co godoł baca, ino doła mi kiełbase i
          pedziała cały cas sie śmiejąc:
          - Jedz, hultaju! Dyć o to ci chodziło!
          - Ten pies po prostu fcioł kiełbasy? – zdziwił sie baca.
          - A nie widzis, ojciec, ze przestoł nos zacepiać, ino merdo ogonem i zajado
          jakby bez pół roku nic do zarcia nie dostawoł?
          - Krucafuks! O cymś takim nie było w tym filmie mowy. Ale wyglądo, matka, na
          to, ze mos racje!
          - No, niek se je. Dyć momy święta! A teroz, ojciec, chodźmy wartko na te
          pasterke, bo juz i tak jesteśmy spóźnieni.
          No i baca z gaździnom posli. A jo dzięki tej kiełbasie miołek najpikniejse Boze
          Narodzenie w całym swoim zyciu! I juz nie bedem więcej próbowoł godać po
          ludzku. Po co! Moja gaździna i tak mnie rozumie! Hau!"

          • natla Re: Opowieści wigilijne......cd...rok póżnij :) 07.01.06, 10:25
            dankarol 22.12.05, 20:35


            Może i ja dołożę swoją opowieść. Zdażyło się to porzeszło 20 lat temu.
            Moja mama pojechała do swojego brata na długi urlop. Zbliżały się święta, a ja
            zaprosiłam babcię na Wigilię. Dom wysprzątany wszystkie potrawy oprócz karpia
            już gotowe, stół przygotowany, tylko jeszcze karp pływa w wannie.
            Sąsiad zapalony wędkarz obiecał sprawić tego karpia, gdy tylko u siebie zrobi
            porządek z karpiami. Wreszcie wpadł i zabrał się za tego karpia. Babcia już
            przyszła i razem z moją siostrą kończą ubierać choinkę, a ja szybko do
            pieczenia karpia.
            Pierwszy raz karp zeskoczył mi ze stołu podczas dzielenia na dzwonka, a drugi
            podczas smażenia. Od tego czasu karpia używam tylko po głęgokim zamrożenia.
            Mimo wszystko Wigilia udała się wspaniale, Potem śpiewanie kolęd i pasterka.
            W pierwszy dzień świąt poczułam w łazience jakiś zapaszek, ale ponieważ na
            zewnątrz śnieg topniał, więc stwierdziłam, że pewno z kanału.
            Niestety na drugi dzień w łazience śmierdziało. Zaczęłam więc przeszukiwać
            łazienkę. Okazało się, że sąsiad po sprawieniu karpia wszystkie resztki
            zostawił w wiaderku , przykrył miską i wsunął pod umywalkę, a ja w pośpiechu o
            tym zapomniałam.
            I w ten sposób karp zemścił się na swych oprawcach. Dodam, że następnego
            karpia zjadłam po przeszło 10 latach.
        • natla Re: Opowieści wigilijne......cd 13.12.06, 09:58
          Pamiętna Wigila
          Autor: filomena1 ☺
          Data: 13.12.06, 09:42
          Sama nie wiem czy dlatego pAMIęTNA, że pierwsza z dala od domu i rodziny, czy
          tez dlatego , że
          stan wojenny odciął nas od bliskich i od domu , czy tez dlatego ze na talerzach
          było mięso ?
          z tym tradycyjnym postem wigilijnym to jak z nałogiem?, trudno sie odzwyczaić
          od postu aby w
          Wiglie jeść mięcho. Na pierwszą tu Wigilie 25 lat temu zaprosili nas
          Szwajcarzy . Gośćmi byli tez
          Kanonik i Proboszcz. Mielismy smutne miny, Polska byla odcięta od swiata.
          Nagłówki gazet
          przynosily codziennie wiadomosci o tysiacach poległych stanu wojenngo. Mielismy
          szacha i mata na
          karku. Wigila zapowiadala sie uroczyscie. Zaskoczyly przy wejsciu pieknie
          nakryty i udekorowany
          troche jarmarcznie jak na moj gust stol oraz choinka przyozdobiona na czerono -
          srebrno. . Do stolu
          zasiedlismy zwyczajnie, tzn bezceromanialnie, bez zyczen i oplatka. Zaczęliśmy
          od łososia z bułką z
          masłem, następnie podano pieczn cięleca w jakims sosie. Mielismy ścisk w
          zołądku i w żaden sposob
          nie mogłam ugryźć tej pieczeni. Przełyk miałam zawiązany na supelek. Nie
          udawalo mi sie połknąć
          tej miekkiej i pewnie pysznej cieleciny. Wypiłam łakomie dwa spore kielichy
          przedniego czerwonego
          wina i przystapilam do ataku na cielecine. Gospodarze zauwazyli moje dziwne
          miotanie sie z
          zawartoscia talerza. Nie moglam zrobic takiego afrontu i nie zjesc. Tak Kanonik
          jak i Proboszcz mieli
          juz puste talerze i wszyscy czekali na mnie z nastąpnym daniem . To byla jedyna
          Wigila z mięsem w
          moim zyciu i chyba, mam nadzieje, ostatnia.
          Przyzwyczajenie do tradycji ? holubienie zakorzenionej tradycji to chyba nalog,
          aczkolwiek nie
          niebezpieczny.
          pozdrawiam adwentowo z dwoma zapalonymi swiecztkami
          Filomena


      • natla RÓŻNE OPOWIADANIA 22.08.05, 17:34
        mada50 10.01.2005 18:59

        Miałam dwa lata temu okropnie głupią przygodę ze swoją renówką.
        >Zdarła się na skutek przytrzaskiwania pasami od strony pasażera tzw.tabliczka
        znamionowa.To takie coś na kórym wybity jest nr nadwozia,silnika,kolor lakieru
        i coś tam jeszcze.
        >Tabliczka zrobiona z folii samoprzylepnej.
        Jej brak wykryto podczas badania technicznego.Bardzo ważne, bo dostaje się
        stempel w dow.rej.,a bez przedłużenia ważności nie wolno jeżdzić.
        >Pierwsze kroki do rzeczoznawcy,który nie wiedział gdzie w aucie mam wybity(na
        metalowej tabliczce) nr nadwozia i stwierdził jego brak.
        Wszystkie badania zaznaczam - płatne.
        >Daruję sobie opisywanie ilości urzędów w których załatwiałam dalsze
        sprawy,byłam odsyłana od Annasza do Kajfasza i jescze raz do rzeczoznawcy.
        >Wyszło na to,że nie wolno mi jeździć tym samochodem,nie mogę go
        sprzedać.Sytuacja bez wyjścia,bo brak nr nadwozia sugeruje,że kupiłam kradzione
        auto,albo sama ukradłam.
        >Musiałam dojść do tego o co chodzi w całej tej sprawie,żeby wiedzieć o co
        pytać i czego się domagać.
        >Po dwóch tygodniach nerwów i bieganiny dostałam decyzję ,zrobili nową
        tabliczkę i zapytali gdzie sobie życzę ją przykleić.
        >W między czasie u przedstawiciela Renault na Polskę napisałam krótkie podanie
        do f-my Renault we Francji o przysłanie takiej tabliczki do takiego samochodu.
        >Przysłali,przykleili i po sprawie.
        >Kochane nasze urzędy,urzędniczki i urzędnicy gubią się w gąszczu
        przepisów,które nikomu nie służą.Ludziska coś tam robią, stwarzają pozory pracy
        i utrudniają innym życie.
        >Teraz jestem posiadaczką dwóch tabliczek znamionowych,podobno od przybytku
        głowa nie boli.
        _______________________________________________________________________________

        lilimarlene1 09.01.2005 21:53

        W zeszłym roku,w naszej klatce,w nocy ktoś zwymiotował przez okno.
        Mieszkam na 1 piętrze,a na trzecim była impreza.
        Wracając z córką na drugi dzień z miasta zadzwoniłam domofonem do tego
        mieszkania.
        Odebrał syn,którego znam od dziecka-obecnie jest znanym sportowcem
        a zamieszkuje razem z rodzicami.
        Powiedziałam,że chciałabym aby to co jest na moim parapecie zniknęło.
        On przeprosił,tłumacząc się,że to dziewczyna kolegi była sprawcą tego
        nieprzyjemnego incydentu i zaraz to sprzątnie.
        Po chwili do drzwi zadzwoniła jego b.ładna dziewczyna- z którą miał się żenić-
        ze ściereczką w dłoni.
        Córka wprowadziła ją do sypialni i wskazała na zanieczyszczony parapet.
        Dziewczyna z uśmiechem wszystko zmyła i poszła.
        Po jej wizycie byłam w szoku i zyskałam pewność,że z tej mąki chleba nie będzie.
        Jak można nie mieć szacunku do samej siebie i na polecenie narzeczonego tak się
        poniżyć.
        Po jakimś czasie dziewczyna znikneła z horyzontu,a ojciec sportowca naprawiając
        u mnie jakąś rzecz powiedział,że ślubu nie będzie.

        Dzisiaj rano wychodząc z domu,natknełam się na syna,jak po nocy wychodził z
        małą,czarną-przeciwieństwo poprzedniczki.
        ________________________________________________________________________________

        takanietaka 20.01.2005 11:34

        RZYGODA Z DUDKIEM.

        Bardzo bardzo dawno temu,studiowałam w warszawie ,byłam juz bardzo dorosła (bo
        to pomagisterskie) i nagle w poczcie na dom studencki dostałam zaproszenie na
        dwie osoby do kabaretu Dudek!Wpadłam w ogromne podniecenie i zadziwienie bo
        wtedy sie jeszcze takie rzeczy nie zdarzały,zeby cos za darmo,a bilety na Dudka
        to w ogółe były nie do zdobycia (sprawa sie nigdy nie wyjasniła!)!Kawiarnia
        Nowy świat to raczej droga kawiarnia ,kolezanka i ja nie miałysmy
        pieniedzy ,ale oczywiscie na jakies tam herbaty żesmy uściboliły no i poszłysmy
        (oczywiście elegancko ubrane ..itd)No to siedzimy ..patrzymy w
        karte .zamowiłysmy dokładnie tyle na ile żesmy miały .No i cudownie
        było ,obśmiałyśmy sie do łez..jak norki!!No i na końcu tego
        wszystkiego ...nagle zdajemy sobie sprawe ze nie mamy na szatnie !
        Strasznie ..sromota itd.Ale nie ma rady ,postanowiłysmy przeczekac
        wszystkich ..i na końcu powiedziec ze ...no przeciez płaszcze i tak nam
        wydadza! !Kolezanka w trakcie tego czekania mówi -pójde jeszcze do
        toalety..Poszła ,wróciła ...stanęła w kolejce ..wzieła płaszcze ,dała
        złotówke ....!!???!!!Skąd miałas złotówke ???No to ona cała zmieszana i
        równoczesnie smiejaca sie do rozpuku "Zobaczyłam spodeczek z pieniedzmi babci
        klozetowej i zamiast dodać swoja złótówke ..wzięłam..po prostu!!!
        No i co mam dalej mówic !!??przez następne lata naszych studiów była to jedna z
        głównych opowiesci jak to moja przyjaciółka przebiegle oszukała babcie
        klozetowa ,a ilekroć przechodziłyśmy koło Nowego Swiatu (codzień prawie) była
        wałkowana sprawa kiedy ona wreszcie zwróci tą złotówke!
        _______________________________________________________________________________

        maryna04 16.01.2005 17:42

        Wydarzenie sprzed kilku dni, nie tak calkiem moje, ale jestem tez
        jego "bohaterka". Moja corka pracuje na oddziale intensywnej terapii w szpitalu
        na Manhattanie. W czwartek rano jak zwykle przejrzala liste nowoprzyjetych
        pacjentow. Czyta - Radowski, zeby nie bylo imie Ewelina - mysli (jak wiemy za
        granica nie odmienia sie nazwisk), jest - Ewelina, zeby nie byla z 1914 r.;
        jest- z 1914r. Wiec wlasciwie jest juz pewna, kiedy wchodzi do zaintubowanej,
        nieprzytomnej pacjentki pytaja, czy cos sie stalo, bo jestes taka
        zdenerwowana. Corka; stalo sie, ta starsza pani jest przyjaciolka mojej babci z
        dziecinstwa, mlodosci i lat doroslych. Nigdy jej nie znala, gdyz pani ta
        wywedrowala do Ameryki wraz z rodzina przed jej urodzeniem, ale znala ja z
        opowiadan, listow do babci. Teraz spotkala tak przypadkowo kogos, kto znal jej
        ukochana, dawno zmarla babcie jeszcze w dziecinstwie. Dobrze starsza pani
        miala zawal. Stan ciezki, ale stabilny. Ktos mowi: jej syn jest obok w
        poczekalni. Idzie, a tam spi na fotelu dwoje ludzi, oczywiscie juz starszawych.
        Najpierw mowi o stanie matki, nastepnie przechodzi na polski i mowi, a ja
        jestem wnuczka p.K....Oslupienie tamtych (to corka i syn), oni tez oczywiscie
        doskonale pamietaja babcie. Ponadto, zdazyli ukonczyc szkole srednia ( a
        kobieta jeszcze studia we Wroclawiu) ta samo co moje rodzenstwo. W tej smutnej
        sytuacji zaczynaja sie opowiadania, o mnie, o moich rodzicach (czyli dziadkach
        corki), o miescie, ulicach, ktore ona a zna juz niewiele, przepytywania,
        wspolne znane nazwiska. Corka ma potem do mnie zal - czego tak malo mowisz o
        sobie, o swojej mlodosci. Acha, ta rodzina to Zydzi , mowia absolutnie
        nienaganna polszczyzna i mimo wielu lat w Ameryce sa tacy polscy. Syn
        przepytuje, gdzie tu mozna kupic dobre ciasteczka i kawe, zaraz leci kupic -
        zeby personel sie pozywil, zadnemu Amerykaninowi nie przyszlo by to do glowy.
        Nastepnego dnia, przylecial samolotem maz corki tej starszej pani, koniecznie
        chce spotkac moja corke, on jest tez z tego samego liceum z Polski. Wspolnych
        spraw coraz wiecej. Moze pani odzyska przytomnosc i zobaczy wnuczke swojej
        przyjaciolki? Moja corka strasznie to przezywa, mowi - to wiecej niz zbieg
        okolicznosci.
        Stan zdrowia 90--letniej pani po zawale nie poprawial sie, caly czas pod
        rozliczna aparatura utrzymujaca i kontrolujaca zycie. Ona sama w stanie
        spiaczki, (stosowana teraz powszechnie metoda utrzymywania we snie w stanach
        ciezkich), dwoje doroslo - starych dzieci koczowalo przy matce caly czas. Po
        tygodniu nadzieji, ze moze uda sie wiekowa pania odintubowac nadzieje spadly. W
        miedzyczasie moja corka i jej dzieci zaprzyjaznili sie ogromnie. Codziennie
        dostawalam nowe komunikaty, nowe nazwiska z miasta naszej mlodosci, ktore moja
        corka znala wiecej z opowiadan, ja dostarczalam im swoje wiadomosci.
        Zwierzenia, smutek, anegdoty, w ostatni czwartek za zgoda rodziny zebrala sie
        rada etyczna szpitala - pani zgodnie z amerykanska praktyka miala spisana wole
        zgodnie z ktora jesli nie ma szans na powrot do zycia bez aparatury
        podtr
        • natla RÓŻNE OPOWIADANIA......cd 22.08.05, 18:05
          Zwierzenia, smutek, anegdoty, w ostatni czwartek za zgoda rodziny zebrala sie
          rada etyczna szpitala - pani zgodnie z amerykanska praktyka miala spisana wole
          zgodnie z ktora jesli nie ma szans na powrot do zycia bez aparatury
          podtrzymujacej nalezy ja odlaczyc. Nastapilo to w sobote. Dzis w poniedzialek
          bylysmy na uroczystosci pogrzebowej. Praktycznie wszyscy znali jezyk polski,
          chociaz niekoniecznie mowili. Prowadzaca kobieta - rabin odmowila modlitwe,
          nastepnie corka zaczela czytac wspomnienia o mamie, dokonczyla rabin, ktora
          odczytala chwilami wzruszajace, chwilami wesole wspomnienia syna, ktory sam nie
          byl w stanie tego zrobic, rowniez milo wspominal babcie 39- letni wnuk
          (powiedzial, azeby odprezyc zebranych) ze kazdego roku babcia na urodziny
          przysylala mu czek na ilosc lat plus dwa zera. Po odspiewaniu modliwty za
          umarlych tzw. Kadisz przez rabin poinformowano, ze nastepnie trumna i goscie
          pojada na cmentarz, gdzie zwloki zostana spopielone. Trumna w zwiazku z tym
          byla prosciutenka z niemalowanego drzewa. Kiedy skladalysmy kondolencje corka
          powiedziala - stracilismy mame, ale zyskalismy przyjaciol. A z dwoma jej
          przyjaciolkami z Polski, ktore pamietaly mnie z obozow harcerskich zdazylazmy
          wymienic tyle cieplych wspomnien. Na pewno na tym nasza znajomosc sie nie
          skonczy. Prosto, wzruszajaco - kazdemu zyczyc tak pelnego i interesujacego
          zycia, sprawnosci do ostatniej chwili(w listopadzie dziewiedziesiolatka
          poleciala sama do corki samolotem do Waszyngtonu), odejscia w otoczeniu
          kochajacych dzieci.



    • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE 22.08.05, 12:51
      Poniewaz chcialyscie zebym cos napisal.
      Oto jest pare zdan z mej ostatniej podrozy..

      Do Las Vegas wyruszylismy w niedziele rano.
      Juz po paru milach powital nas maly deszcz, ktory przerodzil sie w snieg
      jak tylko wjechalismy na wyzsze elewacje. Ciekawe dla nas bylo to ze juz w
      odleglosci ok 40 mil (60 km) od domu jechalismy w zimowej scenerii, niczym w
      bialej krainie Krolowej Sniegu. Autostrada do Las Vegas prowadzi przez gory i
      na wysokosci
      Ok 1200 m snieg wital jadace samochody. Rejon ten nazywany tu High Desert
      czyli “wysoko polozna pustynia” ma charakterystyczne do tego klimatu
      Jeshua Tree (drzewa Jeshua). Wygladaly bardzo smiesznie z tymi snieznymi
      czapkami.
      Nie byl to wcale snieg „po pas” jak w innych rejonach kraju ale dla nas to
      wystarczalo
      zeby troche poogladac widoki jakie tylko spotykamy w TV.
      Z 2 postojami dojechalismy do Las Vegas ok 2 po poludniu. W hotelu Flamingo
      pare
      minut trwala rejestracja -dali mi nawet nizsze ceny niz przewidywalem.
      Moi podopieczni byli zmeczeni wiec poszedlem w poszukiwaniu jedzenia.
      Znalazlem na dole w hotelu wloska restauracje i zamowilem 2 pizze, ktore
      zanioslem do pokoju. Pogoda byla deszczowa ale pomimo tego poszlismy poznym
      wieczorem na przechadzke po tej kolorowej glownej ulicy Las Vegas.
      Zahaczylismy o hotel Bellagio (kosztowal ponad 1 miliard dol), gdzie
      zawsze maja ciekawe dekoracje robione z zywych kwiatow- zmieniane w zaleznosci
      od pory roku. Pomimo deszczu, mnostwo ludzi na ulicy. Mnostwo tez turystow
      pochodzenia z Azji; jak z Chin, Japonii, Filipin i innych.
      Jak juz podkreslalem wczesniej syn i zona sa chorzy tak wiec zawsze musialem
      brac poprawke w planach gdyz nie zawsze czuli sie dobrze.
      Drugiego dnia zawiozlem ich na „magic show’. Synowi
      bardzo sie podobaly te rozne „magiczne sztuki”- z tygrysami wlacznie.
      Potem obiad i odpoczynek w pokoju hotelowym. Oni odpoczywali
      a ja poszedlem do hotelu Paris- gdzie jest wieza Eiffla. Jest to wierna kopia
      Tej slynnej wiezy w skali ½- czyli dokladnie polowa. Zaplacilem bilet i razem
      z innym turystami wjechalem winda na taras widokowy. Widok z takiej wysokosci
      rzeczywiscie zapieral dech. Cala glowna ulica Las Vegas na wyciagniecie reki
      a w oddali osniezone gory. Miasto Las Vegas polozone jest na pustyni i otoczone
      ze wszystkich stron gorami. 50 lat temu byla to mala miescina a teraz wedlug
      Statystyki najszybciej rozwijajace sie miasto w USA. Caly czas buduja nowe
      hotele ,kasyna i oczywiscie domy mieszkalne i autostrady. Ceny domow
      podskoczyly w tym rejonie w ciagu roku o 30%. Przecietny kosztuje cos ok 268
      tys dol. Ceny sa wciaz atrakcyjne pomimo tego wzrostu i wciaz sa nowi nabywcy.

      We wtorek pojechalismy na granice stanu Nevada i Arizona zeby zobaczyc
      Hoover Dam (wielka zapora i elektrownia wodna). Zbudowana na poczatku lat 30
      20 wieku jest do dzisiaj jednym z „cudow wspoczesnej architektury”. Ponad 200
      metrow wysoka
      i 200m szeroka u podstawy przedziela rzeke Colorado i tworzy najwiekszy
      zbiornik wodny w USA. Budowana w stylu „art-deco” ktory osobiscie bardzo lubie.
      Kojarzy mi sie ta cala architektura tej poteznej zapory z ksiazka „Atlas
      Shrugged” by A. Rand.
      Po poludniu powrot do hotelu, znowu obiad i odpoczynek.
      Jako ze nie nalezymy do hazardzistow nic nie stracilismy. W wiekszosci jednak
      przyjezdzaja tu ludzie zeby grac w nadziei na „wielka wygrana”. Gdyby tak
      rzeczywiscie
      ludzie wygrywali to nie mogliby przeciez zbudowac tych milardowych hoteli..
      W srode rano wyruszylismy w droge powrotna do domu przez te pustynne tereny.
      Widoki w czasie jazdy sa ciekawe. Dalekie gory we mgle, plaskie jak stol tereny
      porosniete rzadka pustynna roslinnoscia. Kolor wgorz – czerwonawy sprawia
      wrazenie ze jedzie sie jak przez jakies tereny wyjete zywcem z filmow lub
      ksiazek fantastycznych. Po przyjezdzie spojrzalem na licznik. Przejechalismy w
      sumie ok 900 km.
      <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

      ..wrocilem z mego prawie codziennego spaceru.
      Lekarz zawsze sie pyta na badaniach okresowych
      czy duzo chodze wiec zeby nie klamac musze spacerowac.
      Mialem juz kilka razy wam napisac o pewnym kwitnacym teraz drzewie.
      Otoz na trasie mej przechadzki widze od kilkunastu dni kwitnace
      eukaliptusy. Drzewa te przeniesiono na ten grunt z Australii.
      Zastanawialem sie dlaczego teraz kwitna i doszedlem do wniosku
      ze teraz w Australii jest jeszcze wiosna. Eukaliptusy nie wiedza
      napewno ze mieszkaja w Kalifornii i sobie teraz po koniec listopada
      zakwitaja...
      en.wikipedia.org/wiki/Eucalyptus
      znalazlem informacje o eukaliptusach.
      Kliknijcie na zdjecie po prawej stronie - zobaczycie
      w powiekszeniu

      Tak na marginesie czy pamietacie dropsy o smaku eukaliptusowym?
      Pamietam ze kosztowaly 50 gr.
      ________________________________________________________________________
      amcapol 28.11.2004 02:03

      Wlasnie wczoraj bylismy na dlugim spacerze wsrod eukaliptusow, kwitna i jak sie
      polamie lisc to zapach jest bardzo intensywny. Lubie te liscie przyniesc i
      wlozyc do szuflad, polek z ubraniami, bielizna.
      August2 - to nie zajrzeliscie do zadnego buffet ? Ja nigdy nie gram w LV.
      Maz lubi posiedziec przy maszynce. Jest tam tyle atrakcji ze bez gry ma sie
      sporo uciechy. W takim "Venetian" obserwowanie gondolierow wyspiewujacych arie
      zakochanym ktorych przeworza sztucznymi kanalami. W "Mirage" biale lwy.
      Niestety juz nie ma "Sigfrid and Roy" pokazu. Byl zupelnie niesamowity.
      W "Cesear's palace" wojna Bogow. Zachwyca technologia, specjalne efekty i wiele
      z tego jest za darmo.W L.V. mozna zabawic sie, zjesc i zobaczyc shows chyba
      najtaniej ze wszystkich miejsc swiata. August2 ma racje. Za te tanie ceny
      nalezy podziekowac tym co traca $ w ruletke.
      cdn

      • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 12:57
        august2 04.12.2004 17:48

        Moze to i dobry pomysl pisac nawet o tych dawnych wycieczkach i spacerach??
        Piszac te zdanie przypomnial mi sie spacer ostatniej wiosny z mym chorym synem.
        Mamy tu bardzo blisko bardzo przyjemy zakatek-taki mini rezerwat
        starych kalifornijskich debow. Oto co wtedy napisalem:
        Slonce przedzieralo sie przez ciezkie konary kalifornijskich debow...
        Cieple powietrze laskotalo twarz,
        Ptaki przeskakiwaly z galezi na galaz
        zanoszac sie przy tym ta swa ptasia mowa,
        A my szlismy powoli, wijaca sie mala sciezka.Nieopodal przewodnik rozesmianej
        grupki dzieci,
        Takich przedszkolakow w zabawnych slomianych kapelusikach
        Nakazal cisze, I placem wskazal obumarle drzewo,
        My rowniez zadarlismy glowy.. a tam..
        Wysoko w gorze 3 dziecioly pracowicie obstukiwaly pien
        nie zwazajac na obecnosc gosci,
        Jeden z nich z zabawna, czerwona czupryna
        Tak zawziecie stukal ze az wiorka sie sypaly
        Dalej juz poszlismy sami (dzieci skrecily na lewo ),
        Cieplo nadal dotykalo nasze policzki
        a do uszow wdarl sie znajomy dzwiek
        zab, rechoczacych przy malym rozlewisku.
        W powrotnej drodze juz tym razem inna trasa,
        Pochylone galazki krzewow z zaczatkami lisci,
        jakby broniac wstepu, dotykaly naszych ubran,
        Przestraszona jaszczurka smignela pod nogami.
        ....to wszystko zapachnialo mi wiosna....
        ..........................
        Czyzby juz nikt nie chodzil teraz na spacery?
        To moze ja cos napisze...
        Dzisiaj o 7:30 wieczorem wybralem sie na taki krotki spacer.
        Mialem isc dalej ale byla mzawka i nie chcialem ryzykowac
        zbytniego oddalenia od domu.
        Najpierw w ogrodku sprawdzilem jak rosna moje nowe nabytki
        ktore posadzilem w donicach roznej wielkosci w ostatnia sobote.
        Miniaturowe bratki, malutkie biale kwiatuszki podobne do bialych rozyczek
        nazywane White Snow (bialy snieg), Silver Lace (srebrne koronki),
        begonie i inne o czerwonych kwiatuszkach (zapomnialem nazwy) mialy sie dobrze.
        Podniesiony tym widokim na duchu przekroczylem furtke i poszedlem
        ulicami naszego kompleksu. Niebo ciemne, zachmurzone – byla mzawka
        jak wspominalem wczesniej i cisza dokola. Niektore domy mialy juz swiateczne
        dekoracje, w niektorych w oknach staly juz choinki ubrane w blyszczace
        swiecidelka. Nagle ta cisze przeszyl dzwiek fortepianu. Napewno ktos
        probowal odrabiac wieczorna lekcje muzyki. Oddalilem sie wkrotce od
        tego okna i znowu cisza nastala. Tak bylo juz do konca mego spaceru....
        domy rzucaly duze cienie na droge i ta leniwa, wieczorna cisza...Dzisiaj w
        drodze z pracy nie robilem zadnych zakupow
        i dlatego bylem w domu wczesniej. Postanowilem to wykorzystac
        na przechadzke. Obiadu zadnego nie jadlem, gdyz w pracy mielismy
        swiateczne party i bylem „napchany” roznymi smakolykami.
        Tym razem odwiedzilem moja troche ostatnio zaniedbana trase.
        W odleglosci ok 2 km od domu mamy ladne jeziorko.
        Jest to wlasciwie rezerwuar wodny naszego miasta ale wyglada calkiem
        jak jeziorko. Wokol niego jest ladna asfaltowa droga. Te jeziorko
        otoczne jest z 2 stron domami mieszkalnymi polozonymi powyzej drogi
        zbudowanej specjalnie dla spacerowiczow, rowerzystow, biegaczy..
        Dzisiaj jak szedlem zobserwowalem cos ciekawego. Droga miala
        rozne etapy.
        Otoz najpierw idzie sie blisko domow, mozna nawet widziec poprzez siatkowe
        ogrodzenie co ludzie maja przed domami. Pozniej widok jest inny, po lewej
        stronie
        jest zbocze porosniete dzika roslinnoscia i swieza trawa. Po ostanich
        deszczach suche zbocza zaczynaja sie szybko zielenic. Przewazala tam
        roslinnosc z zoltymi kwiatami. Po kilkunastu minutach droga idzie na dol
        i nagle mozna bylo poczuc na plecach zimne powietrze. Taki maly
        mikroklimat. Uslyszalem rechot zab, ktory unosil sie na pobliskich malych
        rozlewiskach.
        Droga poszla w gore i znowu bylo cieplo. Jakies ptaki wydawaly te swe dzwieki
        a zza ogrodzenia, ktore otacza jeziorko wyskoczyl maly zajac. Podskoczyl pare
        razy i tyle go widzialem.
        Roslinnosc znowu sie zmienila. Tym razem zbocze bylo zarosniete kaktusami
        Agawa. Widok westernowy.
        Po nastepnych minutach zbocze juz bylo wysokie, porosniete malymi krzakami
        i bardzo zielone upstrzone kwitnacymi dzikim kwiatkami. Nastepny zajac smignal
        mi pod nogami.
        Potem droga biegla posrod dwoch siatkowych ogrodzen., gdyz po obydwu stronach
        bylo
        Dosyc strome zbocze widace w dol. Droga zrobila pelne kolo i znowu znalazlem sie
        na drodze widacej do punktu gdzie zaczalem wedrowke.
        Po lewej stronie znowu byly blisko domy. Jeden jest taki ze wyglada jak z
        magazynu
        Ilustrowanego. Wszystko tam jest bardzo zadbane a w ogrodku „mieszkaja”
        rozne figurki i wyglada to jak jakis ogrod z Alicji w krainie czarow”.
        Jeszcze kilkanascie metrow i moja wedrowka dobiegla konca. Czas 30 minut.

        >>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

        Mam teraz chwile czasu i postanowilem napisac pare
        slow o moim dzisiejszym,poznym porannym spacerze (ok 11 rano).
        Chce ten watek podtrzymac, gdyz uwazam ze mozemy
        poprzez niego opisac nasze wrazenia z okolic dalekich
        i bliskich.
        Czy pamietacie taki wiersz, ktory ma wersy: „Znasz li ten kraj
        gdzie cytryna dojrzewa? Te wlasnie slowa przypomnialy
        mi sie, kiedy przechodzilem dzisiaj moja drozka asfaltowa
        wokol jeziorka. Wlasnie przy tej tarsie jest dom przy ktorym
        dorodne cytryny wlasnie dojrzewaja. Drzewo male a cytryny
        jedna obok drugiej. Galezie objuczone tymi zotymi owocami
        jak tragarz na orientalnym rynku. Teraz jest wlasnie sezon
        na owoce cytrusowe.
        Jak pisalem wczesniej mamy teraz ten cieply wiatr Santa Ana
        i jak szedlem, dawal sie troche we znaki. Jest takie miejsce
        na tej trasie gdzie droga wiedzie po wysokim, sztucznym wale
        ktory przegradza kanion na dwie czesci. Po jednej stronie jest wlasnie owe
        jeziorko
        a po drugiej w dole maly rezerwat-park. W przyszloscie postaram sie opisac
        ten park gdyz jest on dosyc ciekawy.
        Na tym wlasnie wale wiatr byl najwiekszy. Temperatura ponad 25 stopni,
        niebo niebieskie bez zadnej chmurki a cieply wiatr targal koszulami,
        i wlosami spacerujacych ludzi. Potem kiedy droga skrecila 90 stopni
        w prawo i domy sie pojawily, wiatr ucichl i nawet w niektorych momentach
        calkowicie zamarl.. Jutro rano znowu planuje spacer..musze sie ruszac
        W pracy siedze przy komputerze a potem „druga zmiana w domu”

        <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

        Tak jak pisalem w poscie "widok z okna"
        poszedlem po poludniu na spacer..
        Deszcz akurat przestal padac. Wiatr tez przestal,
        na drodze bylo pelno lisci, igliwia i szyszek. W polowie drogi
        deszcz znowu zaczal kropic ale bylem na to przygotowany.
        Rozwinalem parasol i tak jak w slynnym filmie "Deszczowa piosenka"
        (Singing in the rain) szedlem i nucilem sobie ten znany kiedys przeboj.
        Tak, bylo bardzo fajnie.. Aha..jeszcze jedno. Dzisiaj przyjrzalem
        sie dokladniej dwom dzikim wisniom, ktore rosna obok mego domu.
        Domyslacie sie chyba co zobaczylem.. tak dosyc spore paki. Wkrotce
        bedzie bialo niczym w "Wisniowym sadzie" Czechowa.

        <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

        Koncert byl na zywo, przy moim jeziorku
        przemienionym dzisiaj na filharmonie,
        ktorej sufitem bylo niebiesciutkie niebo
        podzielone przez chmury: te biale, puchowe
        i nawet z muslinu
        a na zachodzie ciemne i jakby brudnawe.

        Glosna kakafonia dzwiekow dobiegala juz z dala,
        nie spoznilem sie jednak - w duchu pomyslalem.
        Zaby zawziecie rechotaly na swa zabia nute
        i kiedy stanalem zaraz przy orkiestrze
        ucichlo... tylko jeden solista wciaz gral
        bez opamietania
        na tym swym zabim instrumencie
        i po chwili skonczyl.
        W ta cisze po nich wskoczyly zaraz
        ptaki mi nieznane ze swym swiergotem.
        Musialem isc dalej
        ptaki wciaz spiewaly.
        Niedaleko furtki,
        juz na pozegnanie
        uszczknale
        • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:03
          Niedaleko furtki,
          juz na pozegnanie
          uszczknalem jeszcze
          zapachu rozy, ktora wychylona przez
          ogrodzenie domagala sie napewno
          ludzkiej dloni..
          na ten Nowy Rok.
          ___________________________________________________________________________

          tesunia 02.01.2005 10:52

          my podobne male jeziorko blisko nas,
          raczej bym powiedziala ze to malenkie"oczko"
          ktore ma miejsce dla labedzi/kaczek/gesi/perkoz
          i w poblizu czajek....a nawet nieraz i czapla sie zaczaiismile)
          na szczescie kot tam nie trafi ,
          zadaleko od domostw,
          wiec wszystko spokojnym rytmem natury przebiega.
          Lubie tam chodzic,siadam pod wielka brzoza na gorce,
          na wielkim plaskim kamieniu,ktory jakby
          specyjalnie "wyrosl w tym miejscu"
          Pozna wiosna jest istnym rajem
          dla oka i ucha,cos niesamowitego,
          to trzeba by bylo samemu zobaczyc i posluchac a nawet i nos nacieszysc,
          gdzie dzikie roze zaczynaja listeczki wypuszczac,
          sygnalizujac swym slodkim zapachem,
          krzewy w multum kawiatow ubrane,
          tworza parawany biale,ptaszyny uwijaja sie przy budowie gniazdek
          a nad nimi kontrole sprawuja sepowac-rozne jastrzebie i sokoly,
          a nawet pojawia sie i orzel ,
          majesttycznie robiac lot kontrolny,
          czasami przebiegnie sarna sploszona ,
          a z norki ciekawie lisek podglada,zajace wielgasne harce najdzikse czynia,
          beztrosko konkurujac o rewir z dzikimi krolikami.
          Lubie tma chodzisc z psiuna,siadamy sobie na tym kamieniu
          i podgladamy,siedzimy jak w zaczarowanym swiecie....po prostu cudosmile))))))))
          _______________________________________________________________________________

          august2 18.01.2005 05:47
          Spacer nad Santa Ana River

          Po tych roznych rodzinych zajeciach
          wykorzystujac cieplo wieczoru
          odwiedzilem park niedaleki
          park Yorba Linda
          ktory snuje sie wzdluz rzeki
          o nazwie Swietej Anny
          rzeka wciaz burzliwa po tych
          sztormowych deszczach
          rzeka bura i brazowa
          ledwo sie zmieszcza
          w swym korycie
          godzina juz sie ciemna robila
          a ludzie wciaz pracowicie
          deptali po asfalcie sciezki
          razem z dziecmi i wiecie
          co jeszcze zobaczylem?
          po asfalcie, czolgala sie gasiennica
          taka czarne i wlochata
          chciala napewno przejsc na druga strone
          gdzie trawy, gdzie rosochata
          sosna sobie rosla
          spieszyla sie napewno zeby
          zdazyc na ta chwile
          kiedy nastapi metamorfoza
          i poleci w swiat pieknym motylem
          cieszyc niejedne oczy
          <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

          Wracajac rano z zakupow wpadl mi do glowy pomysl
          zeby odwiedzic dzisiaj moje jeziorko. Po calonocnym
          deszczu wszystko wygladalo czerstwo i zdrowo.
          Temperatura tez znosna ok 20 stopni.
          Tak tez zrobilem. Zaraz po rozladowaniu zakupow
          pojechalem w odwiedziny.
          Od razu rzucil mi sie w oczy widok tej zieleniutkiej
          trawy na ktorej zdzblach pysznily sie malutkie krople nocnego
          deszczu jak jakies krysztalowe kuleczki.
          Posrod tej trawy wychylaly sie na lodygach zolte
          kwiaty, takie podobne do duzych stokrotek z brazowym
          srodkiem. Po drugiej stronie drozki, na zboczu rosly
          male fioletowe kwiatuszki. Te intensywne kolory
          przypomnialy mi obrazy Vermeera.
          Jak droga poszla na dol, wietrzyk ustal. Koncertu
          zabiego dzisiaj nie bylo. Kto wie moze orkiestra
          pojechala w objazd?
          Szedlem dalej, patrzac na te rozne odcienie zieleni
          i wtedy zauwazylem Blue Jay. Ptak ten podobny do sroki
          siedzial na siatce odgradzajacej jeziorko od sciezki.
          Przeskakiwal z nozki na nozke, odwracal sie przy tym
          jakby chcial zwrocic na siebie uwage. Na koniec
          cos tam powiedzial w tej swej ptasiej mowie I tyle
          go widzialem.
          Idac sciezka napotykalem duzo kaluz deszczowych.
          Niebo przegladalo sie chyba w tych wodnych zwierciadlach
          chcac poprawiac przy tym swe chmurowe koafiury.
          Naokolo sa wzgorza I wydawalo sie ze chmury
          na tym niebieskim niebie dotykaja te pagorki.
          Wydawalo sie ze wystarczy tylko tam pobiegnac na szczyt,
          zeby zanuzyc rece w tym chmurzanym puchu.
          Czy pamietacie ksiazke lub film "O dwoch takich co ukradli
          Ksiezyc"? Tak wlasnie pomyslalem ze wystarczyloby tylko
          wziac siec i zlapac w nie te “biale baranki”.
          Na zboczu pojawily teraz kaktusy, ktore brzemienne
          w paki juz wkrotce pakaza swiatu swe kolorowe
          pociechy. Przyjde tu wkrotce zeby zobaczyc- powiedzialem
          do nich w duchu.
          A pozniej wiecie co zrobilem. Obok sciezki pojawil
          sie taki betonowy rynsztok w ktorym plynela
          wartko dzeszczowka. Wzialem patyczek i wrzucilem
          go na ten wodny nurt. Bedac chlopcem czesto
          po deszczu chodzilismy przy ulicy patrzac na plynaca
          wode, ktora gdzies tam po drodze znikala w czelusciach
          kanalow burzowych. Wrzucalismy wtedy patyki
          i patrzylismy ktory szybciej bedzie plynal…
          Musialem jednak porzucic te wspomnienia I isc dalej.
          Nad jeziorkiem majestatycznie unosil sie jastrzab.
          Bral wiatr w skrzydla i tak sobie wolno szybowal
          bez zadnego widocznego wysilku.
          Na koniec mych odwiedzin przyjalem jak zwykle
          defilade roz, jakis pnacych sie krzewow z czerwonymi
          kwiatami w ksztalcie dzwonow. Jednoczesnie zauwazylem taka mala kaszke
          ktora rosnac przy ziemi starala sie wedrzec na sciezke.
          Pokazala sie furtka I musialem juz wracac.

          • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:07
            Dzisiaj zaciagnalem zone na “Walentynkowy spacer”.
            Zaraz po dentyscie pojechalismy nad nasze jeziorko.
            Bylo przed 5 po poludniu i zaczynalo sie robic chlodnawo.
            Zawsze jak zapowiadaja deszcze robi sie w przeddzien zimniej.
            Zaraz zauwazylem ze od soboty zrobilo sie bardziej zolto
            na jednym ze zboczy. Cale bylo pozlocone takimi rzepako-podobnymi
            roslinami a pomiedzy nimi pojawialy sie grube lodygi chwastow
            z fioletowymi kwiatkami.
            Wlasciwie to bylem caly czas zafascynowany niebem.
            Niebo o tej porze bylo bardzo ciekawe. Po jednej stronie niebieskie,
            opatulone w biala koldre z chmur a po drugiej stronie, tej ktora
            ciagnie sie hen az do Pacyfiku rozswietlone zachodzacym sloncem.
            Po tej wlasnie stronie caly horyzont byl koloru marsjanskiego
            jak ja to sobie nazwalem. Dlaczego? Gdyz dalekie wzgorza
            laczace sie z chmurami, rozswietlone zegnajacym nas sloncem
            byly iscie jak z filmow fantastycznych.
            W pewnym momencie wydawalo sie ze jakis olbrzym musi tam stac
            poza chmurami i swiecic z drugiej stronie olbrzymia, jaskrawa
            latarnie.
            W polowie drogi rozne odcienie czerwieni coraz bardziej
            mieszaly sie z bialymi chmurami na niebieskawym tle.
            Wtedy to slonce jakby juz resztkami sil wydalo z siebie czerwony, migocacy
            blask zza wzgorza.
            Kto wie moze w ten Walentynkowy dzien
            chcialo nam zaswiecic raz jeszcze w tej naszej dzisiejszej eskapadzie.

            <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

            Dzisiaj w przerwie pomiedzy kolejnymi sztormami wyskoczylismy rano
            z zona nad jeziorko. Cudo! Ludzie biegaja, chodza z psami..
            oczywiscie mowimy sobie :"Good Morning" jak sie mijamy...
            Kazdy zadowolony ze deszcz na razie ustal.. Ptaki tez sie cieszyly
            Coz za kakofonia dzwiekow..ptaki male, wieksze i te calkiem duze
            szczebiotaly napewno o tym pieknym slonecznym poranku. Na parkanie przysiadl
            koliberek, ktory mial turkusowy pasek od glowki do ogonka. Glowke z dlugim
            dziobkiem krecil niecierpilwie a moze z zadowolenia ze slonce tak grzalo...
            Inny ptak z zoltawym podbrzuszem podfrunal bardzo blisko. Kto wie? Moze chcial
            sie pochawalic jak dobrze umie robic te swe powietrzne piruety?
            Tak mielismy ladny spacer. Zona zadowolona i pisze sie juz na nastepne..
            Te spacery sa dla niej bardzo dobre... pomaga jej czuc sie lepiej...

            <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

            Dzien pierwszy. 3-07-05

            [….]

            Jak zwykle w czasie kazdej podrozy kupuje gazete, zeby zaznajomic sie z lokalna
            atmosfera. Tak bylo i tym razem Znalazlem w niej pare ciekawych artykulikow z
            ktorymi chcialbym sie podzielic. Gazeta nazywa sie “Williams – Grand Canyon
            News”. Byl w niej artykul historyczny traktujacy o wydarzeniach 1906 roku. Oto
            fragmenty:
            Bylo wtedy w miescie 2 samochody. Na swieto Niepodleglosci 4 Lipca mialy sie
            scigac. Jeden sie zepsul, wiec tylko jeden jeden bral udzial w tych zawodach …
            i wygral.
            Dzialki budowalne kosztowaly wtedy 15-100 dolarow a cena duzego domu ..600
            dolarow. Teraz ceny.. szkoda gadac.
            Tego samego 1906 roku zostala aresztowana w miasteczku Williams kobieta o
            nazwisku Dora Thomas. Za co? Za robienie burdy na lokalnym weslu. Urzedujacy
            wowczas Sedzia
            dal kobiecie 2 alternatywy. 50 dni w “ciupie” albo opuszczenie miasta. Kobieta
            wybrala to drugie rozwiazanie…
            Czyz nie ciekawe czasy to byly?

            Dzien drugi 3-8-05

            Dzisiaj 8 Marca, Slynny Miedzynarodowy Dzien Kobiet. Tutaj nie jest obchodzony
            ale tak przy okazji zyczylem zonie “wesolego dnia”. Dzisiaj czeka nas
            najwieksza atrakcja : jazda pociagiem i zwiedzanie Grand Canyon.. ale zanim to
            nastapilo poszlismy z samego rana na sniadanie. Zapach jedzenia juz z daleka
            unosil sie w powierzu.
            Przypomnialy mi sie dawne chlopiece lata i kolonie. Wszystko bylo z gory
            zaaranzowane. Tak jest tutaj.
            Tu masz spac, tam idziesz na obiad, tam na sniadanie..a tam czekaj na pociag.
            Odbywa sie to na zasadzie dawnia kuponow, gdyz za wszystko juz z gory
            zaplacilem.
            Pieniadze jak na razie daje tylko w postaci napiwkow dla obslugi..
            Ciekawy jestem tego dnia…
            […]
            Wreszcie naszym oczom ukazala sie stacja pociagowa w Grand Canyon.
            Zbudowana z beli drzewnych przypominala goralskie domy.
            Tu nastapila przesiadka na autobus, ktory zawiozl nas najpierw na lunch.
            Najpierw cos dla ciala, zeby byc przygotowanym potem na posilek duchwy w
            postaci oszalamiajacych widokow Grand Canyon.
            Kierowca autobusu zawozil nas w rozne najciekawsze punkty widokowe wyjasniajac
            jednoczesnie historie tego jednego z “siedmiu naturalnych cudow swiata”. Opisac
            sie oczywiscie tego nie da, to po prostu trzeba zobaczyc. Filmy w telewizji,
            najlepsze zdjecia nie oddaja tego rozmachu.
            Jest to takie monumentalne ze az …wydaje sie nienaturalne. Pogoda nam dopisala
            i te niezwykle skaly skapane w promieniach slonca pozostana na zawsze w mej
            pamieci.
            […]
            Dokladnie o 3:30 pociag ruszyl w powrotna droge. Zaraz za stacja , moze pol
            kilometra
            napotkalismy stadko jeleni. Czyzby dyrekcja parku kazala im stac tam na
            pozegnanie?
            Prawda jest chyba taka ze poniewaz caly ten teren jest Narodowym Parkiem
            zwierzeta prawdopodobnie sie przyzwyczaily do ciekawskich, dwunoznych
            przybyszow.
            Monotonie podrozy przerwalo po ilus tam milach 3 zamaskowanych osobnikow
            galopujacych wzdluz pociagu. Nasz konduktor ostrzegl pasazerow, ze niestety ale
            nasz pociag ma na oku banda o nazwie “Cataract Creek Gang”… i trzeba
            przygotowac okup.
            Tak jak powiedzial tak sie stalo..i do naszego wagonu wkroczylo 3 rzezimieszkow
            z wciagnietymi rewolwerami zadajac pieniedzy i kosztownosci. Kazdy musial sie
            okupic paru dolarami. Co dziwne nikt nie protestowal ale nawet z checia dawal
            forse.
            Ba, co niektorzy robili sobie nawet z nimi zdjecia… Przezylismy wiec prawdziwy
            napad na pociag. Tu w tym momencie przypomnialem sobie ze jednym z pierwszych
            filmow fabularnych byl wlasnie krotki film niemy “Napad na pociag”…
            […]

            Dzien trzeci 3-9-05

            W nocy obudzil mnie sygnal z przejezdzajacego pociagu. Prez moment nie
            wiedzialem co sie dzieje. Po chwili uprzytomnilem sobie ze jestesmy w hotelu.
            Ta wczorajsza jazda, odrestaurowany pociag, obsluga ubrana w dawne stroje – te
            typowe okragle czapki konduktorow przyniosly mi na mysl ksiazke i film “Polar
            Express”.
            W tym swiatecznym filmie dzieci jada magicznym pociagiem az na Biegun Polnocny.
            Pociag wygladal identycznie z tym w ktorym my jechalismy wczoraj. Dzieci
            jechaly na spotkanie Mikolaja a my na spotkanie
            z niezwyklym cudem przyrody o nazwie Grand Canyon….
            Po tym dziwnym ni to snie ni to jawie usnalem .. i obudzilem sie rano. Pora na
            sniadanie,
            pakowanie, wymeldowanie sie z hotelu i dlugi powrot do Kalifornii, do Orange
            County. Czeka nas ponad 700 kilometrow jazdy autostrada..
            Nastepny etap juz z domu.
            [….]

            • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:18
              Dzisiaj pojechalem z zona odwiedzic maly osrodek przyrodniczy,
              znajdujacy sie bardzo blisko (oczywiscie na tutejsze warunki tj ok
              5 km)
              naszego domu. Celem moim bylo zobaczyc znajdujacy sie tam
              male muzum przyrodnicze I przypomnienie sobie nazw zwierzat I
              ptakow ktore zamieszkuja nasze okolice.
              Tam na miejscu spotkala nas niespodzainka.
              Wyobrazcie sobie taka scene..
              Ja pochylony robie zblizenie zoltego kwiatu - slysze nadchodzacych
              ludzi odwracam glowe a tu ku memu zaskoczeniu widze przechodzaca
              grupke jakby zywcem wyjeta z National Geographic lub innego
              krajoznawczego magazynu lub programu telewizyjnego.
              Szli tak sobie beztrosko, boso .. ot tak jakby udawali sie na
              wybrzeze Pacyfiku
              gdzie czekaja na nich lodzie w ktorych to mieli plynac na polow..
              Jeden z nich niosl nawet wioslo..
              Otoz jak poszlismy dalej sprawa sie wyjasnila. W osrodku-parku
              maja mala scene, gdzie odbywalo sie mala uroczystosc..
              Wiekszosc obecnych miala rysy podobne do ludzi zamieszkujacych
              Wyspy Pacyfiku. Co niektorzy mieli na sobie stroje w postaci
              Sukienek z trzciny, lub skor przerzuconych przez cialo..
              Slychac bylo bebny i spiew. W powietrzu unosil
              sie zapach kadzidla.. Minelismy nawet po drodze czlowieka
              ubanego w zwierzeca skore, umalowanego na twarzy przypominajacego
              szamana ktorego to
              okadzal inny czlowiek.. wygladalo to troche surrelistycznie.
              Otaczajace nas konary debow, dzwiek bebnow, spiewy-zawodzenia
              i dym. Cos jakby zywcem wyjete z przygod kapitana Cooka..Obok budynku
              przygotowane juz byly stoliki, gdzie po
              tej ich celebracji mieli ucztowac
              Jako ze bylismy dla nich intruzami pobylismy tylko troche i
              udalismy
              sie dalej a dzwieki bebnow, jak afrykanskich tam-tamow towarzyszyly
              nam w drodze do samochodu.

              <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

              W dzisiejszy sobotni poranek wymknelismy sie z zona
              z domu nad nasze jeziorko. O 8-mej godzinie
              Slonce przygrzewalo nadspodziewanie mocno.
              “Santa Ana wiatr” targal w pewnych momentach
              wlosy. Oczywiscie nie moje, tylko zony i spacerujacych ludzi,
              gdyz ja mam ich raczej skapo na glowie.
              Gdy przeszlismy na druga strone jeziorka widok
              byl niezwykly. Prawie czyste niebieskie niebo,
              Pasmo Gor San Bermardino pokryte sniegiem,
              ( w Polsce napewno zapomieliscie juz o sniegu...)
              Potem po kolei, nizsze zielone gorki za ktorymi jest bodajze
              miejscowosc Chino Hills, pozniej domki i wysokie palmy
              a potem zielona trawa, kamieniste zbocze jeziorka
              I wreszcie niebieskie o tej porze nasze “magiczne jeziorko”.
              Dobrze ze mialem aparat i umiescilem ten widok
              w poczcie do was..

              <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

              Chociaz delegacja to nie wycieczka
              ale ja tak traktuje ten moj
              wyjazd do rejonu "silicon valley" (dolina krzemowa-
              tu gdzie zaczela sie rewolucja komputerowa)
              Czyz nie jest zbieg okolicznosci?
              Dzieki komputerom mozemy do siebie stukac..
              Domowe wycieczki sa zawsze na mojej glowie
              i zwiazane z tym okazyjne stresy.
              W delegacji jestem z kolega z pracy.
              On wszystko zaaranzowal tzn samolot, hotel, wypozeczenie
              samochodu, jedzenie. Po raz pierwszy od dlugiego czasu moge siedzec
              na tylnim siedzeniu.. co za ulga.
              Czyli dla mnie to wlasciwie wycieczka.
              Teraz siedze sobie w hotelowym lobby i stukam do was.
              Czyz nie jest wspaniale?
              Dzisiaj mielismy pracowity dzien. Juz od rana
              praca (pomoc innej grupie w ich problemach zwiazanych
              z projektem)
              A potem.. wycieczka do San Francisco.
              Siedzialem sobie na tylnim siedzeniu jak
              w limuzynie.
              ..po drodze kreta droga
              wzdluz wybrzeza Pacyfiku, slynny Golden Geate..
              wiktorianskie domy..strome ulice, i zakupy upominkow do domu.
              Na koniec urodzinowy obiad jednngo z kolegow z pracy
              w restauracji przy Pacyfiku.
              W domu jest starszy syn, tak wiec moglem
              sobie pozwolic na ta delegacje...
              Jutro z samego rana lot powrotny do Orange County, do domu.

              <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

              Zaraz po pracy zrobilem zakupy -lodowka byla prawie pusta.
              Po rozladowaniu i oczywiscie po poukladaniu, wskoczylem
              w krotkie spodenki, t-shirt, sportowe obuwie i pojechalem
              nad nasze “magiczne jeziorko”. Umowilem sie tam z zona,
              ktora poszla tam wczesniej tam piechote. Jak juz wspominalem wczesniej
              obecne leki sa na razie lepsze od ostatnich, gdyz ma ochote
              na dalekie wedrowki.
              Dzisiaj zalozylem tez nowy slomkowy kapelusz. Na metce mial
              napisane ze jest w stylu australijskim. Kiedy juz go mialem na glowie
              przypomnialy mi sie przygody Tomka Wilmowskiego, ktore to opisywal
              w serii ksiazek A. Szklarski. Do tego kapelusza pasowala mi ksiazka
              “ Przygody Tomka w krainie kangurow”. Widzialem w wyobrazni
              Tomka w podobnym do mojego kapeluszu, jak rozmawia z Sally.
              Wlasciwie to nastepna z serii tez mogla by pasowac “ Tomek na wojennej
              sciezce". Jakby nie bylo mieszkamy na Dzikim Zachodzie.
              Czytajac te ksiazki iles lat temu z wypiekami na twarzy nigdy nie pomyslalem
              ze bedzie mi dane mieszkac w takiej scenerii.
              Po drodze napotkalem kepki “california poppies” (kalifornijskie maki)
              ktore sa naszym stanowym kwiatem. Sa one pod ochrona. Oczywiscie nie
              omieszkalem “cyknac” zdjecie. Bylo przed 6 wieczorem a slonce wciaz
              grzalo mocno. Nowy kapelusz sie przydal. Byl nawet taki moment ze musialem
              mocno przechylac spore rondo, zeby uchronic sie od slonecznych promieni.
              W trawie przemknal taki maluski zajaczek. Musial chyba byc niedlugo na tym
              naszym swiecie, gdyz byl taki jak polowa mej dloni.
              Kolega z pracy (prawie zawodowy mysliwy) powiedzial mi ze jezeli sa
              zajace to nalezy sie spodziewac zmij i wezy. Ma racje gdyz w lecie zawsze
              widzimy tu ich sporo. Raz nawet grzechotnik wylegiwal sie w sloncu.
              Co jakis czas pisza w naszej lokalnej prasie o widzianych w okolicy “mountain
              lion” takie tutejsze pumy. Glodne potrafia zaatakowac nawet ludzi.
              Na peryferiach, w gorkach mamy wlasnie takie male przyrodnicze “atrakcje”.
              Kolejny udany spacerek.
              Zachecam wszystkich do wedrowania i pisania
              <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

              • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:23
                Oto obszerne fragmenty z wtorku. Ten dzien byl najlepszy
                i dlatego poswiecilem mu najwiecej miejsca.

                We wtorek nie udalo mi sie zrobic zdjecia wschodu slonca. Obudzilem sie jak
                bylo juz stosunkowo widno a slonce juz spozieralo przez okna w naszym
                angielskim w stylu
                hoteliku. Po porannej ablucji wyskoczylem na poranny oceaniczny spacer w
                oczekiwaniu na zone. Od drzwi do brzegu oceanu bylo tylko 60 krokow-policzylem!
                Na “drewnianym chodniku” wzdluz oceanu bylo juz sporo ludzi. Jedni spacerowali,
                inni biegali a jeszcze inni trzymajac w reku kubek z kawa stali oparci o
                balustrade wpatrzeni w szumiacy Pacyfik.
                Jak tylko zona powiedziala ze jest gotowa, poszlismy na sniadanie. Podawano
                je w pomieszczeniu hotelowym, ktore mialo cos w sobie z jadlodajni jakie sie
                widzi
                w starych filmach z epoki krolowej Wiktorii. Stoliki nakryte cerata, o sciane
                oparty starodawny kredens. Jedzenie bardzo smaczne , w sam raz na sniadanie.
                Tego dnia mielismy jechac na tzw. “wine tour” po okolicznych winiarniach. Przed
                9 rano
                hotelowa recepcjonistka dala mi znac, ze przewodnik przyjedzie ok 9:30.
                Ta wiadomosc dala nam przed dziewiata. Okolo 9 ogloszono w telewizji ze
                wlasnie ukazal sie “bialy dym” z watykanskiego komina co mialo oznaczac ze
                wlasnie wybrano wybrano nowego Papieza.
                Zona zaczela sie niecierpliwic, gdyz chciala sluchac na zywo kto ma byc
                ta nowa glowa kosciola. Niestety, o wyborze kardynala z Niemiec dowiedzielismy
                sie juz w samochodzie, w drodze do winnic w rejonie Paso Robles. Ciekawym
                zbiegiem okolicznosci bylo to ze nowo obrany Papiez wspominal w pierwszych
                slowach o “winiarni Pana”.
                My w tym samym czasie jechalismy posrod przepieknych pagorkow, gdzie zielenily
                sie kalifornijskie deby, gdzie kwitly kolorowe, dziki kwiaty, gdzie wysoka
                trawa kolysala sie w takt wiatru, gdzie zaczynaly sie ukazywac wzgorza, tam
                gdzie rosly winogrona z ktorych to juz za czasow prorokow wyrabiano wino.
                Jechalismy taka wijaca sie droga sluchajac przez pewien czas korespondencji z
                Rzymu.
                Nie moglem wybrac lepszego terminu. Naokolo bylo po prostu przepieknie.
                Zazartowalem nawet z naszym przewodnikiem – i kierowca w jednej osobie, ze
                chcialbym teraz tak po prostu wyjsc z samochodu, polozyc sie w pobliskiej
                trawie i tak po prostu patrzec na plynace obloki. On jednak zaraz przywolal
                mnie do porzadku mowiac, ze nie tak bardzo mozna sie tam klasc, gdyz mnostwo w
                trawie roznego robactwa a I weze tez sie trafniaja. Thanks a lot! – pomyslalem
                w duchu.
                Tu chcialbym wspomniec, ze na tej “winowej wycieczce” bylismy tylko my, czyli
                zona I ja! W sezonie maja ok .10 osob w mikrobusie – teraz 2. Mielismy wiec
                samochod i przewodnika do naszej dyspozycji. Zycie jest czasami dobre!
                Przewodnika mielismy przyjemnego z gatunku “gadatliwych” wiec moglem dowiedziec
                sie mnostwo ciekawych rzeczy o rejonie, winnicach, robieniu wina. Z pozniejszej
                rozmowy dowiedzilem sie nawet ze pochodzi z Oakland. Tam wlasnie przeciez
                spedzilismy 2 pierwsze lata naszej emigracji. W sumie zrobilismy gdzies 80 mil
                (120 km). Bylismy w czterech winiarniach. Przed lunchem w duzych po w malych.
                Po raz pierwszy w zyciu bylem w takiej wielkiej winnicy i od razu poszlismy
                zwiedzac ja od srodka. Zobaczylem tam wielka ilosc debowych beczek w ktorych
                lezakuje wino. Obejrzalem olbrzymie beki do fermentowania, urzadzenia do
                robienia miazszu do transportu winogron.
                Potem testownie win, ktore odbywalo sie w pieknej scenerii. Chardonay smakowal
                mi najbardziej. Nie jestem winowym ekspertem ale te wino z tej winnicy mialo w
                sobie “charakter” jak tu mowia. Nastepna winiarnia miala bardzo ladny ogrod.
                Taki mini botaniczny ogrod. W ten sposob chca przyciagac gosci do testowania i
                oczywiscie do kupowania.
                Na lunch zawieziono nas do centrum Paso Robles. Jedzenie w stylu europejskim.
                Mielismy smakowite kanapki z frytkami.
                Po lunchu kolejne tym ale tym razem mniejsze w skali winnice. Polozone w innym
                miejscu. Ale za to w jakim! Samochod wspinal sie na wysokosc 600 metrow. Po
                bokach drzewa orzechowe a nawet I oliwne gaje, gdzie recznie zrywaja oliwki.
                Gdzie niegdzie pasace sie krowy i hasajace na wybiegu konie, Istna sielanka.
                Tym razem skosztowalem chyba z 5 gatunkow win! Robilem to jak prawdziwy koneser.
                Krecilem kielichem. Grzalem w dloni, wachalem bukiet, probowalem w ustach,
                pilem troszke a reszte wylewalem do specjalnych kublow. W tej winiarni
                zobaczylem na scianie plakat z Festiwalu im Paderewskiego. Iles lat temu
                mieszkal w tym rejonie ten slynny pianista i probowal nawet sam robic
                Zinfandel. Teraz robia w Paso Robles festiwal jego imienia.
                Na polce zobaczylem tez ksiazke “Sideways” . Film ten zrobil to ze ludzie
                koniecznie
                chca tez pojezdzic po winiarniach i kosztowac wina. Dla mnie tez byl pewnego
                rodzaju inspiracja.
                Ostatnia winiarnia byla w stylu francuskim. Miala rzeczywiscie niezle wina
                Chardonay.
                Byl to nasz ostani postoj I powrot do hotelu kreta droga poprzez niesamowite
                zielone wzgorza. Byla to podroz- cudo. Pelna widokow, nowych
                wiadomosci o winch i pelna wrazen smakowych wprost z debowych beczek.
                Mam nadzieje ze wroce tu jeszcze raz.

                <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                Tak niewiele potrzeba. Troche nieba nad glowa, troche zieleni po ktorej mozna
                stapac a kwiaty to juz dodatek cudowny. Tak sobie pomyslalem i w drodze do domu
                zajechalem do Ogrodu Botanicznego znajdujacego sie w miescie Fullerton przy
                szkole wyzszej - Fullerton College.
                Od razu poszedlem do sekcji z kaktusami. Reklamowali ja niedawno w naszej
                lokalnej Gazecie Orange County Register. Nie jest tak duza jak w ogrodzie w San
                Marino ale ma swoj urok. Kaktusy na szczescie jescze nie przekwitnely.
                Pozowaly mi do zdjecia kwiaty zolte, purpurowe i takie zielonkawego koloru.
                Wygladaly tak apetycznie ze przyciagaly owady i nawet mrowki. Po raz pierwszy
                widzialem tam kaktusy z Madagaskaru. Najezone kolce strzegly dobrze te
                madagaskarowe dziwadla.
                Chcialbym teraz napisac cos o agawie. W ogrodzie sa dwie potezne agawy z ktorych
                stercza olbrzymie tyki z malymi porostami. Na tabliczce informacyjnej
                przeczytalem ciekawe rzeczy o agawie:
                Legenda mowi ze agawa zyje 100 lat, potem zakwita i umiera. Brzmi to troche
                romantycznie ale to tylko taka bajka. W rzeczywistosci agawa zyje pomiedzy 10-
                30 lat. Ta historia z “zakwitnieciem sie na smierc” jest prawdziwa.
                Jak agawa zaczyna osiagac wiek dojrzaly, wytwarza duzo skrobi, cukru co jest
                wykorzystywane przy produkcji alkoholu.
                Majac tyle tych produktow agawa zaczyna kwitnac wykorzystujac cala energie na
                kwiaty i olbrzymia ilosc nasion. Potem niestety umiera.
                Agawa byla bardzo ceniona wsrod Indian Apaczow. Wykorzystywano agawe do
                produkcji sznurow, igiel, koszykow. Byla pokarmem jak rowniez robino z niej
                napoj odurzajacy- czyli po naszemu gorzala.
                Pozniej zrobilem maly obchod szukajac ciekawych obiektow do fotografowania. Czy
                wiecie ze jest tam europejska brzoska? Stoi sobie tam samotna
                obok japonskiej kuzynki – o nazwie “cherry birch tree” .
                Zajrzalem tez do ogrodka gdzie uczniowie maja swe grzadki. Zlapalem tam w
                aparacie deserowo wygladajce jezyny. Niektore czerwone a inne juz prawie
                czarne – gotowe do jedzenia.
                Oparty o plot stal strach na wroble. Pilnowal ogrodowego dobytku wiec niestety
                nie moglem sprobowac tych jezynowych specjalow.
                Niedaleko wejscia, na zielonym wzgorku, pod olbrzymim dabem natknlaem sie
                na mloda para. Tak pisze tu mloda pare. Ona w slubnej sukni, on w garniturze.
                Fotograf robil im zdjecia. Robili rozne ujecia, z pocalunkiem wlacznie.
                Mialem wiec ciekawie zakonczony spacer w ogrodzie.
                Do mych stalych adresato
                • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:28
                  Do mych stalych adresatow posylam
                  pare zdjec. Staralem sie wybrac najlepsze. Jak sie spodobaja to moge dorzucic
                  pozniej wiecej.
                  <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                  Sroda godz 7 :15 wieczorem.
                  Juz postanowione ze wychodze na spacer. Krotkie spodenki, koszula T-Shirt
                  i oczywiscie buty. Na glowe czapka, gdyz wlosy mozna policzyc a slonce jeszcze
                  przygrzewa.
                  Jeszcze tylko przekrecic klucz w zamku, 2 schodki, zielona furtka, pare metrow
                  chodnika, znowu schody
                  i juz jestem na mej spacerowej trasie. Najpierw robie rundke przez nasze
                  osiedle,
                  patrze jak drzewa, krzewy rosna jak na drozdzach. Ludzie mowia ze tu mozna kij
                  do ziemi wsadzic, podlac woda i bedzie rosl. W okresie “zimowym”
                  przycinaja niektore drzewa tak drastycznie, za tylko same kikuty stercza. Jest
                  prawie nie do pomyslenia ze po paru miesiacach tak sie rozrastaja. Maja juz one
                  znowu olbrzymie korony. Liscie podobne do topoli. Ide tak sobie ta
                  nasza kreta
                  uliczka, ktora opasuje osiedle jak jakis pierscien i ogladam domy. Domy sa
                  zbudowane na styl wloski ba nawet uliczki maja nazwy z wloska brzmiace.
                  Poniewaz mieszkamy na zboczu wzgorza, porobione sa tarasy. Oczywiscie wszystko
                  tonie w zieleni.
                  Posadzone mamy tu takie rodzaje roslin ktore sa zielone caly rok. Nie wiem czy
                  kiedys poznam te ich nazwy. Mamy i lisciaste, iglaste jak rowniez sezonowo
                  sadzone kwiatki.
                  Moze gdzies 50 metrow od domu, koliber stal sobie w powietrzu i z ogromna
                  predkoscia trzepotal skrzydelkami. Wcale nie uciekal i prawie pod nim
                  przeszedlem.
                  Jeszcze okolo 100 metrow i juz przekroczylem brame.
                  Nacisnalem guzik na swiatlach i czekalem az napis WALK sie pojawi.
                  Po przejscie na druga strone ulicy chodnik idzie po plaskim terenie. Po lewej
                  stronie domy jednorodzinne- tak troche na skarpie a po prawej kompleks podobny
                  do mojego
                  ale o innej zupelnie architekturze. Niedawno wycinali niektore stare krzewy
                  zeby w to miejsce posadzic jakies zupelnie inne.
                  Przyszedl czas na zakret w lewo ( tuz obok wysokasnych palm) i teraz trzeba
                  troche wysilku. Chodnik wspina sie do gory. Niektore drzewa siegaja swa korona
                  nad chodnik i szedlem tak jak pod jakims Kwitnacym baldachimem.
                  Koliber znowu sie pojawil. Tym razem spijal nektar z fioletowych kwiatow lilii.
                  On tak sobie popijal a inne ptaki ( niestety nie wiem jakie) gwizdaly wesolo.
                  Obok szkoly (podstawowej po polsku ) zakret 90 stopni w lewo i znowu
                  pod gorke. Szkole zbudowano niedawno. Wyglad nawet wcale niezly pod wzgledem
                  architektonicznym. W dali jest spore wzgorze, juz koloru rudawego. W ubieglym
                  tygodniu zaczal sie u nas oficjalnie tzw “fire season” (sezon pozarow). Deszcze
                  zawitaja
                  do nas dopiero w zimie a tym czasie trawy i krzewy na roznych dzikich terenach
                  wysychaja i staja sie wtedy latwym lupem pozarow. Np te wzgorze o ktorym
                  wspomnialem pare lat temu sie palilo. Na szczescie szybko ugasili.
                  Wokol domow, przy ulicach tereny sa nawadniane ale te dalej na uroczyskach
                  czesto sie pala. W ubieglym roku mielismy olbrzymie pozary w odleglosci ok 90
                  km. Wiatr przynosil popioly nawet do nas i samochody pokrywaly sie szarymi
                  platkami.
                  Chodnik szedl caly czas do gory zaraz obok domkow jednorodzinnych. Kazdy tu
                  dba o te domy i tereny przed nimi. Zawsze czysto posprzatane, trawa zielona i
                  zawsze ladnie przystrzyzona. Czy wiecie ze od frontu nie ma tu wcale plotow?
                  Czasami sa niskie
                  po bokach oddzielajace sasiadow ale do drzwi frontowych mozna swobodnie
                  dojsc bez zadanych przeszkod.
                  Kolejne swiatla i przechodze na druga strone. Teraz to juz isc latwo. Chodnik
                  wije sie na dol. Drzewa pieprzowe pokryly sie nowymi liscimi pomiedzy ktorymi
                  widac dojrzewajace malutkie czewonawe kulki.
                  Ta koncowke spaceru zawsze lubie, gdyz nogi same niosa. W oddali widac wzgorza
                  innego miasta a calkiem w dali bardzo wysokie gory. Jeszcze pare krokow i juz
                  nasze osiedle. Kolejny udany spacer.

                  <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                  W srode mialem kolejne “spotkanie z przyroda”. Tym razem Los Angeles County
                  Arboretum and Botanic Garden. Czekalem z ta wizyta dosyc dlugo.
                  Pare lat temu przejezdzalem obok tego parku-ogrodu dosyc czesto w drodze do
                  szpitala. Widzialem z autostrady nazwe tego miejsca dziesiatki razy. I wiecie
                  co czekanie te sie sowicie oplacilo. Ten park bardzo mi sie spodobal.
                  Juz na powitanie uslyszalem krzyczace pawie. Chodzily sobie tak
                  po chodniku jak normalni przechodnie. Panie pawice skromnie ubrane czesto z
                  gromadka
                  malych dzieci- pawiatek. Panowie za to ubrani w kolorowe stroje z pior (pawich)
                  i puszyli sie bardzo. Co jakis czas jeden po drugim rozwijaly te swe przepiekne
                  stroje
                  chcac chyba przez to powiedziec: “hej ludzie czy widzicie me pawie piora? Czyz
                  nie jestem pieknym okazem?” (skad my to znamy?)
                  Las australijski jest tam ogromny. Mnostwo eukaliptusow. Czy wiecie ze niektore
                  rosna 3-5 metrow rocznie? Mnostwo krzewow –te szczotko podobne, te butelko-
                  podobne tez. Ciekawa byla roslina z rodziny lilli, cala pelna niebieskich
                  korali. Chodzilem tak i tylko czekalem az pojawi sie niedzwiadek koala, kangur
                  a moze nawet strus lub pies Dingo.
                  Nic z tego – ze zwierzat pojawila sie tylko ruda wiewiorka.
                  W srodku ogrodu jest spore Jezioro - Baldwin Lake. Rosna tam wokol rozne
                  tropikalne rosliny i drzewa. Pawdziwa dzungla. Poniewz jest niedaleko do
                  Hollywood- krecono tu sporo filmow. Czy pamietacie dawne filmy z Tarzanem? To
                  wlasnie tu Tarzan przezywal swe przygody.
                  Jest tez tam taka spora willa zywana Queen Anne Cottage. W przewodniku
                  wyczytalem ze E. K. Baldwin zbudowac mial ten dom dla swej czwartej zony. Dom
                  jest w znakomitym stanie i mozna przez szyby zerknac do srodka. Mozna tak
                  chodzic dookola i zagladac do kazdego pokoju ( do srodka sie nie wchodzi). W
                  srodku jakby czas stanal w miejscu. Stare meble, obrazy, rozne przedmioty
                  codziennego uzytku. W jednym
                  z pokoju jest stol do gry, zrobiony tak jakby wlasnie przed chwila ludzie od
                  niego odeszli.. dziwne uczucie.
                  Niedaleko jest budowla- stary domy pierwszego wlasciciela tych terenow.
                  Nazywal sie Don Perfecto Hugo Reid , pochodzenia Szkot , ktory przyjal
                  obywatelstwo Meksykanskie. Obok zrekonstruowano domostwa Indian Tongva. Oni to
                  zamieszkawali te tereny kiedy pojawili sie tu Hiszapnie.
                  Na koniec trafilem do malej stacyjki kolejowej Santa Anita. Prawdziwe cacko.
                  W malych pokoikach urzadzono wystawe roznych przedmiotow codziennego uzytku
                  z przelomu 19 i 20 wieku. Co ciekawsze niektore z nich uzywano w mym domu kiedy
                  bylem maly. Tam juz byla historia a u nas wciaz sie uzywalo.
                  Spacerkiem wrocilem do bramy. 3 godziny przeszlo “jak z bicza strzelil”.
                  Kolejne miejsce gdzie bede wracal.

                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:33
                    takanietaka 22.01.2005 01:08

                    Moja najefektowniejsza podróz to była Australia.Wyjechałam z Polski w lutym
                    (mróz17stopni!)przyleciałam do Sydney -upał jak holera!!Przedtem powiedziałam
                    kolezance ,zgodnie z prawda, ze upały znosze doskonale ,i ze nie maja sie o
                    mnie martwić.Przyleciałam w czwartek..odpoczęłam ( w mieszkaniu klimatyzacja!)
                    i oto mnie pytaja co chce zwiedzac najpierw..ja oczywiście ze ZOO!!!
                    Mąż przyjaciółki wiózł mnie około 200 km do jakiegos bardzo efektownego ZOO-
                    samochód klimatyzowany ,wszystko super.Wyszlismy i zaczynamy ogladać..samych
                    ptaków setki..slicznosci i cudownosci. koale...ale słońce grzeje nie do
                    wytrzymania..ledwo zyję..no ..prawie padam.Głupio mi ..jechałam tak daleko ..za
                    nic sie nie przyznam ..jakos wytrzymam.Ogladamy i ogladamy ..ja przemysliwuje
                    jak dostane zawału czy cós ..co oni ze mna w taki upał...Zaparłam sie ..niech
                    umre !!!On mi czyta te tabliczki na klatkach ..tłumaczy kazdą ..ja ..........no
                    co wam mam tłumaczyc ..trwało to godzinami-widze ze przeceniłam swoje siły i
                    jednak ta róznica miedzy Polska a Australia nie da sie zniwelować w dwa dni
                    aklimatyzacji ,bo czuję, ze nie daje rady.Raz tylko siedliśmy na lody-jedyna
                    przyjemna chwila!! !!Wracamy ,w klimatyzacji,.ja ledwo sie przywracam zyciu.Po
                    powrocie przyjaciółka mnie pyta jak było,no to ja jej szczerze ze
                    strasznie!! ,ale ze nie chciałam sie przyznac i narobic kłopotu ,skoro im
                    tłumaczyłam ze super znosze upały.Poszła sobie ..za chwile wraca i pęka ze
                    smiechu ,wiesz co powiedział mój mąż".."ta to ma zdrowie,myslałem ze nigdy nie
                    skończy tego ogladania,tylko raz usiedliśmy ,ledwo wytrzymywałem w tym upale!!!
                    I wiecie co? Tego dnia padł jakis rekord upałów (nie mam pamieci do cyfr) i nic
                    dziwnego ze tak umierałam z gorąca!
                    _______________________________________________________________________________

                    kla-ra 02.12.2004 19:29

                    W Krakowie wyjatkowo,jak na te pore roku cieplo/8stopni+/.
                    Wlasnie wrocilam z trzy godzinnego spacerku.Z domu pieszo do Rynku 30 minut.
                    Na rynku odbywaja sie targi swiateczne.W tym roku znacznie okrojone z powodu
                    remontu plyty.Kramy ustawiono od strony kosciola Mariackiego.
                    Ile w tych kramach dobra od bombek ekologicznych/biale szklo a w srodku
                    sianko,sloma/kolorowe po zawrot glowy i tenajdrozsz/10zl 1 szt/ w starym
                    stylu /barok/,to trzeba zobaczyc,opisac sie nie da.Ozdoby ze slomki,male i duze
                    aniolki,gwiazdy z sianka,ktore mozna powiesic na scianie,polozyc na stole i np
                    wlozyc w srodeczek swiece,cuda.
                    Oczywiscie kramy z jedzonkiem,grzancem.
                    Ide przez rynek,pieknie oswietlony kosciol Mariacki,Sukiennice i dziekuje
                    Bogu,za to piekno i za to,ze moge to widziec i tu byc.Poczulam wielkie
                    szczescie i to tez trudno opisac.

                    <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                    Okolo godziny 11-tej jechalam do hotelu Royal,ktory miesci sie po drugiej
                    stronie Wawelu.Swiecilo piekne sloneczko.Szkoda bylo pogody na dluzsze pogaduch
                    przy kawie.
                    Minela godzina i juz szlam plantami do Rynku.Oczywiscie jeszcze raz obeszlam
                    kramy i zakupilam kilka bialych,dlugich swiec,oplatki,jemiole zlota.
                    Leniwym krokiem szlam do kosciola Mariackiego.Czas podziekowac sw.Antoniemu,za
                    to ze ciagle na moje wezwanie jest przy mnie i pomaga w szukaniu rzeczy
                    z"zaginionych"
                    Zaskoczyly mnie tlumy ludzi.Po chwili zorientowalam sie,ze ludzie czekali do
                    konfesjonalow na spowiedz.Takich tlumow dawno nie widzialam.

                    <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                    Wczoraj bylam w Ogrodzie Botanicznym.
                    Na wstepie pierwsze zaskoczenie.Bilety wstepu podrozaly z 3 na 5 zl.
                    Ludzi jak na lekarstwo.Natomiast ogrodowych kotow chyba przybylo.
                    Male to jeszcze,ale dokazuja na calej przestrzeni.
                    Magnolie te biale w pelnym rozkwicie,rozowe w pakach,jedna mizerota zolta.
                    I to bylo moje kolejne rozczarowanie.
                    Natomiast tulipanowy widok ukoil moje serce.
                    Tulipany od tych malutkich skalnuch po duze dorodne w kolorach rozmaitych.
                    Zapisalam sobie kilka gatunkow,ktore musze miec w ogrodzie:
                    Tulipan "Candela" zolty wys.okolo 30cm,
                    "Fringed Elegans" wys.40 cm,
                    "Toronto" wys.okolo 20 cm,
                    "Liliaceae" niskie do 10 cm,
                    i "Aladdin" wys.do 40 cm
                    Oczywiscie w ogrodzie pelno niezapominajek,sasanek i bratkow, te ostatnie w
                    przeroznych kolorach.
                    W Ogrodzie jest tez sprzedaz roslin.
                    Biala magnolia w doniczce wysoka na 1 metr to koszt 120 zl
                    Lilak czyli bez 25 zl.
                    ______________________________________________________________________________
                    natla 28.01.2005 16:48

                    Pojechaliśmy do naszego pięknego, olbrzymiego parku, w jego najładniejszą
                    część. Dwugodzinny spacer obfitował w różne atrakcje. Przede wszystkim widoki.
                    Najpierw zamarznięty, zaśnieżony staw, otoczony brzozami, z których zwisają
                    skrzące się kiście śniegu. Między drzewami pobłyskuje zimowe słońce
                    a promienie rozczepiają się na gałęziach i wbijają w dno lasu. Niebo w 3/4
                    ciemno niebieskie. Gdzieniegdzie zieleń iglaków. Cisza i tylko skrzypienie
                    naszych butów na nieprzetartych ścieżkach, czasem cicha rozmowa. I tak
                    brnęliśmy oczarowani nastrojem.
                    W pewnym momencie rozlegać sie zaczął śpiew jakiegoś ptaszka. Potem zawtórował
                    mu drugi.
                    Wreszcie po napojeniu się widokami i nastrojem, zaczęliśmy wygłupy, co było też
                    spowodowane przybiegnięciem do nas młodego bokserka, z którym wariowaliśmy na
                    polance, tarzając się w śniegu. Zrobiło się zbyt głośno, więc przywołaliśmy się
                    do porządku i zaczęliśmy się rozglądać za właścicielem pieseczka. Nie było.
                    Piesek obszedł z nami pół parku, już dochodziliśmy do restauracji na obiad,
                    kiedy wypadła z bocznej alei pani w nasz wieku drąc się "Bubuś, gdzieś ty
                    był".
                    Szukała go od godziny. Bubuś nawet łaskawie sie z nią przywitał, pani ochłonęła
                    i.... zabrała sie z nami na obiad.
                    Restauracja w stylu zakopiańskim. Zajęty tylko 1 stolik przez zakochaną parkę.
                    Zajęliśmy stolik z widokiem na opisany wcześniej stawek, przemiła obsługa
                    i kilka drinków na rozgrzewkę dopełniło szczęścia. Bubuś buszował sobie po
                    całej knajpce i jej zapleczu, aż w końcu padł przy moim krześle.
                    Po przepysznym obiedzie, spacer w dół, wśród brzózek i dopiero tu spotkaliśmy
                    pierwszych ludzi (nie licząc pani z Bubusiem i parki w knajpce).
                    I to właśnie dodało uroku całemu spacerowi - nie było ludzi. smile


                    • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:37
                      poloninka 12.02.2005 23:55

                      Ja wiem, że zima też jest piękna, ale coraz bardziej robię się zwierzątkiem
                      ciepłolubym. Może to idzie z wiekiem smile
                      Ale mam w pamięci kilka widoków zimowych, których nigdy nie zapomnę.
                      Jest cos takiego jak szadź. Wszystko pokryte jest białymi kryształkami. Ale ja
                      widziałam coś cudowniejszego. Późną jesienią w pustych już górach. W nocy na
                      połoninie wiał ostry wiatr, tak wilgotny, że zamarzał na wszystkim - To było coś
                      posredniego między wilgotnym wiatrem a jeszcze nie deszczem. I powstał bajkowy
                      krajobraz. Na drzewach, gałązkach, suchych trawach i różnych źdźebełkach
                      powstały niezwykłe nawisy, nawet takie na ok. 10 cm. Długie, wąskie, wszystkie
                      pod jednym katem, tak jak wiał wiatr. Podchodziliśmy dosyć wcześnie, jeszcze nie
                      objeło nas słońce. Calkowita cisza, spokój. Widok nieziemski..
                      W trakcie podchodzenia, powoli obejmowały wszystko promienie słoneczne, nie
                      podejmuję się dzisiaj opisać tego widoku smile po kilkunastu minutach słonecznych
                      kapieli "nawisy" odpadały.. ciszę wypełniał trzask tych spadających kryształków,
                      sopelków.. Gdy po 2 godzinach schodzilismy tą samą trasą, mieliśmy wrażenie,
                      jakby to wszystko było tylko snem, nie było już śladu po tym kosmicznym wręcz
                      zjawisku.
                      To była taka niespodzianka, z tych które trafiaja sie tym wariatom, którzy
                      zamiast spać smacznie w łóżeczku, zrywają się, tytłają w błocie, czasem nawet
                      klną przy tym siarczyście ale przedzierają przez ciemności, by zobaczyć wschód
                      słońca ze szczytu górskiego.
                      ___________________________________________________________
                      maladanka 25.02.2005 14:27

                      A ja opowiem o zimowym spacerze, ale na nartach.Pochwaliłam się tym na forum
                      narty - tam nie trzeba się było logować.Ale tamto forum jest bardzo
                      specjalistyczne i chyba tu bardziej ten opis pasuje.
                      No to opowiadam. Dnia 19.02.br.o godz.9.oo zadebiutowałam na nartkach
                      biegowych.Znajomi mnie wywiezli,zapięli poszli do przodu - no to co miałam
                      robic?Poczłapałam i ja. A tu las,okiście sniegu,cisza,ślady rózne - głowa lata
                      w kółko. Ni stąd ni zowąd okazało się,ze 10 km za nami! Wywaliłam się raz - i
                      to mnie wkurzyło,nie że się wywaliłam,tylko wstawanie jest duzo gorsze.Na
                      zjazdówkach moment i stoję - a tu kij znikął w sniegu,nogi z nartami też gdzies
                      zakopane,hm... Najpierw mi sie chciało smiać,potem płakać.Znajomi widząc,ze
                      sobie radzę,poszli het, a mąż - również debiutant leżał 100 m dalej i też
                      walczył
                      podobnie jak ja. A...jeszcze plecak z prowiantem i gorzałeczką na 2 dni swoje
                      ważył.Ale udało się. Dotarlismy do pieknej polany,na końcu której widac było
                      dach domu i dach studni.Tu mamy nocować - ale najpierw trzeba się przekopać
                      przez snieg,żeby znależć dziurę do klucza i potem otworzyć drzwi.A potem -
                      ogromny piec taki,że babcia i dziadek mogą na nim spać,drewno,moment i ciepło
                      wszędzie.Najpierw szybciutko wiadro sniegu,żeby herbatke z prądem zrobic, potem
                      odkopywanie drogi do studni i studni,potem autostrada do kibelka....raj na
                      ziemi!Sople metrowe! No i juz kiełbaska skwierczy,opowieści płyną - jeszcze
                      przepchanie luftu w piecyku w sieni i następne żródło ciepła.A wieczorem
                      odwiedził nas jeleń.I długie,nocne rodaków rozmowy...A świtkiem o 9.oo -
                      panowie do sniegu w celu umycia się - normalnie do połowy goli w tym sniegu sie
                      odświeżali,panie sie troszkę krępowały ...śniadanko.Narteczki i 10 km petelka
                      po sniegu zupełnie nie tkniętym - i 2 śniadanko, pakowanie,sprzątanie,i
                      słoneczko wyszło i 20 km przed nami..
                      To sie działo w Beskidzie Niskim. A ja mam lat 50 i plus i uważam,że co
                      najmniej 40 straciłam,nie próbując biegówek do tej pory. Pozdrówka

                      <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                      Opowiem dziś o wczorajszym spacerze zimowym.Wyjechalismy grupką autobusem ok.40
                      min.Kilka osób z nartami biegowymi,kilka "na butach".Wiek od 30 do 60 z duzym
                      plusem.Pod cerkiewką małe ustalenie co dalej,ponieważ od słowackiej strony
                      spodziewalismy się wizyty grupy narciarzy biegowych.I wyruszyliśmy - cisza,oko
                      biegnie hen daleko,śnieg iskrzy,aż żal naruszać ten śnieżny obrus.Czasami jak
                      hafcik ślad zwierzątka lub ptaszka.Szliśmy tak ok.godziny - nawet się mówić
                      wtedy nie chce.
                      Słowacy jak burza wypadli z lasu - radosne powitanie - i przyjechała granica.No
                      tak,ponieważ dojście do pkt.granicznego było zawiane,więc WOP na skuterze
                      śnieznym przyjechał do nas.Nie wiem właściwie po co - przecież jest Unia,ale
                      pewno się nudzili - zresztą sympatyczni panowie.
                      Teraz wspólnie na gorący bigos i śliwowicę słowacką straszliwej mocy.
                      A potem podział - ci "na butach" na szlak,a narciarze w inną stronę.Porwałam
                      się z narciarzami ale...to mój drugi raz na biegówkach i wróciłam - nie
                      chciałam grupy wstrzymywać.Moi znajomi już wyruszyli na trasę i tak sobie
                      zostałam sama. Człapałam wg sił ok.3 godz. - to był biały
                      raj,cieplutko,cichutko,czułam jak ogarnia mnie radośc,że jestem tu i teraz,że
                      widzę to co widzę..Doszłam do strumyczka - już wesoły,śniegi od spodu trochę
                      topnieją i wody więcej - to sobie słuchając go odpoczęłam. Ok.15.oo doszłam do
                      fajnej chaty w której można zjeść łemkowskie potrawy,napić się dzięgielówki.
                      Moi znajomi i ślubny także wrócili,no i do domku...

                      _<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                      Niedziela rano,busik na 18 miejsc,wszyscy punktualni - ruszamy! Ok.9.30
                      jesteśmy w Lipnicy Murowanej,miejscowości,która ma dziś swój wielki
                      dzień.Uliczkami podążają mężczyźni - po kilku jeden za drugim - na
                      ramionach,jak zwinięte dywany - niosą palmy.Te o długości do 10 m i trochę
                      więcej ustawiane są wokół metalowego ogrodzenia dookoła kolumny - pomnika
                      błogosławionego Szymona.Palmy wykonane są z wikliny i przystrojone kwiatami z
                      bibuły,suszonymi,ziołami.Kolory wspaniałe!
                      Wszyscy czekają na te najdłuższe.Wniesione,ułozone troskliwie na bruku rynku
                      czekają na ustawienie do pionu.A jest to bardzo skomplikowane
                      przedsięwzięcie.Palma nie może mieć żadnych wzmacniaczy
                      metalowych,prętów,drutów itp.W najgrubszym miejscu ma obwód ok.30 cm, a
                      wysokość - no właśnie - rekordzistka tegoroczna ma 26,87 cm! Do palmy
                      przymocowane zostają grube powrozy, których końce trzymają zwinni chłopcy
                      siedzący na ogromnych pobliskich drzewach.Sznury przechodzą przez system
                      bloczków.Do podpierania wznoszonej palmy służą widły z końcówką w kształcie
                      litery U i o bardzo długich trzonkach.Zaczyna się wznoszenie palmy do pionu!
                      Delikatnie podciągana i podpierana przez kilkunastu mężczyzn zaczyna się
                      wznosić wyżej i wyżej! Wszyscy wstrzymują oddech - czy wytrzyma jej
                      konstrukcja, czy się nie złamie! Czasami się to zdarza,niestety... Tym razem
                      obie rekordzistki dumnie powiewały piuropuszami z kolorowej bibuły ponad nami.
                      Palm przybywa,kolorowo jest wszędzie. Bo to i na scenie występy zespołów
                      ludowych i kramy ze stroikami,pisankami,barankami.A tu wóz drabiniasty
                      wymoszczony sianem,na którym bochny chleba o metrowej średnicy i rogale i bułki
                      wypieczone ślicznie,a tu kuchnia polowa wojskowa z pachnącą grochówką, tu
                      kiełbachy i mięsa niezdrowe ale jakże apetycznie uwędzone, a kołacze z
                      kruszonką - gospodynie lipnickie pokazują swój kunszt kulinarny.I kramy z
                      zabawkami pamiętanymi z dzieciństwa: kurka chodząca po pochylni,konik
                      kolorowy,motyl kłapiący skrzydłami gdy sie go popychało,rózności rózniste!
                      Wszyscy spacerujący mają palmy od maleńkich jak zabawki do ogromnych - o
                      godz.11.oo - następuje poświęcenie palm.Gdy wszyscy wznoszą swoje do góry -
                      rynek lipnicki wygląda jak ogromny,ogromny bukiet kwiatów.
                      Posileni i zaopatrzeni w jadła,miody,pisanki,palemki i inne rzeczy ruszamy
                      dalej do Noweg
                      • natla Re: ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:41
                        Posileni i zaopatrzeni w jadła,miody,pisanki,palemki i inne rzeczy ruszamy
                        dalej do Nowego Wiśnicza.Tu czeka zwiedzanie wspaniałego zamku,jego ogrom
                        zapiera dech! I dla kontrastu malutki drewniany dworek,właściwie chata,
                        tzw.Koryznówka - miejsce odpoczynku Jana Matejki. Pięknie o malarzu i ludziach
                        z tych czasów opowiada jego przewodniczka i krewna .
                        No i pora wracać - kilka godzin, a tyle wrażeń i takich różnych!
                        Zwiedzajcie Polskę - warto!
                        A tu stronki do bardziej szczegółowych danych o tym co wyżej:
                        www.gminalipnicamurowana.republika.pl/
                        www.muzeum.tarnow.pl/koryzn/koryzn.htm
                        zamki.res.pl/wisnicz.htm
                        <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                        Otóż mija mi kolejna rocznica ślubu...i tak sobie pomyślałam,że nie było o
                        podróżach poślubnych, przedślubnych, lub innych,szczególnie romantycznych.
                        Nasza podróż poślubna czekała na realizację 30 lat! Ale to miał być Paryż i
                        tylko Paryż! No i ...jedziemy...mnóstwo planów i bicia serca jak to będzie?
                        Przygotowana piękna bielizna bo to w końcu podróż poślubna! I z tej emocji
                        pewno mi sie poprzestawiało no i domyślacie się,prawda?
                        Ale i tak było pięknie - a na pamiątkę mąż napisał wiersz:
                        IMPRESJA

                        Nad Paryżem - Sacre Coeur lśni jak lampa w oceanie
                        Nieopodal plac De Tetre, z czerwonymi markizami
                        I kafejki kolorowe i sztalugi z malarzami,
                        I malarze z beretami i obrazy z pejzażami.
                        A na schodkach na Montmartre
                        Z uroczymi latarniami, złote liście goni wiatr.
                        Stare domki z mansardami, gdzie artyści z modelkami
                        Za szybami z prymulkami, urokliwy tworzą świat.
                        Takim rad! Takim rad! żeśmy razem szli Montmartre
                        Żeśmy Miła szli, a z nami, szli malarze z modelkami.
                        Patrz! Karuzela, ze złotymi konikami.
                        Inny Paryż, inny świat.
                        <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
                        Wróciłam z tradycyjnego wypadu na wiosnę do Wrocławia.To moje rodzinne miasto
                        ale tu gdzie mieszkam czuje się dobrze.Wrocław pięknieje w oczach.Pogoda tym
                        razem pomieszała mi szyki trochę.
                        Nie wchodziłam w drogę naszemu prezydentowi,który również był wtedy we
                        Wrocławiu- dzień wczesniej obejrzałam próbę generalną defilady.O,przypomniało
                        mi się,że forumowe spotkanie w Krakowie także przecinało prezydenckie ściezki!
                        Wzruszyłam się na Rynku - ustawiono tam wagony,w jakich jechali ludzie na
                        Ziemie Odzyskane.Moi Rodzice wracali w takich z robót przymusowych w Niemczech -
                        14 dni w okropnych warunkach.Wystawa jest bardzo symboliczna.Gdy zobaczyłam
                        drewniane walizki,druki przepustek itp.to wróciły wspomnienia domu,gdzie,przy
                        stole słuchało się opowiadań.
                        A spacer po ogrodzie japońskim to znowu wyciszenie,spiew ptaków,zapach kwiatów
                        po deszczu.Jak zwykle robiłam zdjęcia,które troszkę pozwolą przywołać miłe
                        wspomnienia.
                        Niestety- nie udało się wyjście do teatru ani kina,muzea w poniedziałki
                        zamknięte.
                        Bardzo cieszę się każdym wyjazdem do Wrocławia,a w drodze powrotnej oczywiście
                        trafiłam na kota. Pociąg ma duzo wagonów,w każdym duzo przedziałow, w jednym z
                        nich kicia -no i ja ,jak po sznurku do kici trafiłam. Kicia była
                        czarna,lsniąca, dystyngowana i po dłuższym spoglądaniu na mnie - zdecydowała,że
                        zasługuję na zaszczyt potrzymania jej na kolanach.Byłam wniebowzieta.Gdy
                        nadszedł kres kociej podrózy grzecznie wskoczyła do plecaka,wystawiła łepek
                        i ...chyba mi pomachała łapką smile
                        <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
                        .......... ja opowiem o wędrówce sobotniej.
                        Piękne słońce,rześkie powietrze, lekki wiaterek - dookoła zieleń taka świeżutka
                        jaka jest tylko w maju. Górki łagodnie pofałdowane bo to przecież Beskid Niski.
                        Na granicy czekamy na turystów ze Słowacji - mamy takie spotkania od lat - oni
                        do nas, my do nich,wspólne wędrowanie w lecie, a na biegówkach w zimie.
                        Po wymianie "miśków" ,hejkach i ahojkach - ruszamy na trasę. To bardzo
                        spacerowa wyprawa, taka na rozruszanie się.Idziemy lasem w którym widac dużo
                        zniszczeń po wichurach.Takie potężne buki złamane w połowie pokazują co może
                        wiatr.W lesie dopiero wczesna wiosna.Zawilce,fiołki i wykluwające sie pastorały
                        jeszcze maleńkie,paproci.Liście na drzewach delikatne i cudownie przezroczyste
                        pod słońce.
                        Krótka przerwa na śniadanie, wzajemne częstowanie się itp..Oczywiście nie
                        wchodzimy do malutkiego schroniska - wolimy siedzieć przed nim i podziwiać
                        widoki. Idziemy dalej - napotykamy zagubiony cmentarzyk z I wojny światowej.
                        Ogrodzenie z kamieni pokryte mchem,zarysy wspólnych mogił i drewniane,mocnojuż
                        zniszczone krzyże.Tu była historia, tu walczyli Polacy przeciw Polakom w
                        armiach zaborców, tu razem leżą..
                        Dalej wędrujemy skrótami, ostrężyny jak drut kolczasty, trzeba uważać bo
                        pochowały się w suchych liściach.Mnie taka "liana" zagroziła drogę i solidnie
                        podrapała łydki. Czasem drogę zagradzaja powalone drzewa, które solidnie dają w
                        kość przy ich pokonywaniu.Moja technika to kładę się na pniu na brzuchu i
                        przeturliwuję się!
                        Las przewaznie bukowy, a pnie drzew są powyginane w niesamowite figury.
                        Potem w nagrodę mamy zielony dywan - dosłownie! Rozpościera się przed nami łąka
                        o tak intensywnej zieleni młodej trawy,że oczy się cieszą - to życiodajna
                        maseczka dla nich. A po prawej stronie ściana kwitnących drzew - i zapach!
                        Łania wybiega nam na przeciw - ale spłoszona znika..dalej zielony dywan ma nowy
                        wzór - miliony żółtych gwiazdek - mleczy.Nikt nic nie mówi ... piękno nas
                        otaczające nie pozwala na to...odruchowo zamierają rozmowy...
                        Potem idziemy polną drogą, podziwiają nas melancholijne krowy i obszczekują
                        Burki, jeszcze między drzewami, het na łąkach konie się pasą zupełnie wolne..
                        Cerkiew - obecnie kościół - piękna,drewniana,zadbana ..
                        A po trudach - odpoczynek,ognisko i kiełbasa na patykach - żadne potrawy z
                        grilla jej nie zastąpią. I piesek zagląda ostrożnie,czy czasem kawałek
                        kiełbaski mu się nie trafi.. piosenki płyną słowackie rzewne i skoczne - raz
                        my, raz oni i to zadziwienie - po co granica? Czym się różnimy?
                        I ja kiełbaskę jadłam,piosenki spiewałam i wzystko solennie obfotografowałam...


                        • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:44
                          Majówka rozpoczęła się śmiesznie,poniewaz tak się wszyscy radośnie witali,że
                          przegapilismy odjazd autobusu!smileNic to! Zaraz był prywatny busik - czyciutki i
                          tańszy.I wędrówka rozpoczęta, słoneczko przypieka - trochę idziemy drogą wśród
                          łąk,mijamy renesansowy dwór obronny ciągle remontowany.Nareszcie las - pachnie
                          miodem,jest cisza - to południe więc ptaszki odpoczywają.Po ostatnich deszczach
                          drogi zamieniły się miejscami w błotniste przeszkody,trzeba obchodzić
                          bokiem.Trochę idziemy szlakiem architektury drewnianej - napotykamy cerkiew z
                          XIXw.drewnianą bardzo pięknie utrzymaną - dołem szumi rzeczka, niebezpieczy
                          wąski mostek z jedną poręczą, odpoczynek na leśnej polanie długi i leniwy.
                          Trasa do przebycia jest na ok.3 godz.czyli spacer właściwie i tak sobie
                          leżymy,jemy kanapki,żartujemy i kolejny raz stwierdzamy jak jest pięknie .
                          Idziemy dalej - przypatrujemy się omszałym drzewom,dziwimy sile wiatru,która
                          potrafi drzewa z korzeniami wyrywać - sporo takich napotykamy.Upłynął tydzień
                          od poprzedniej wędrówki po lesie - a już zniknęły wiosenne kwiaty.
                          No i jest polana,a na niej nasza chatka!
                          A z polany widok aż po Tatry - widać je przez lornetkę, ale i delikatny zarys
                          gołym okiem widać. Pomyslcie, są o 180 km od nas!
                          Dochodzą znajomi,którzy wybrali inną trasę. Gitara pobrzękuje już zaraz
                          ognisko zapalimy, jeszcze zaostrzanie patyków.Znajomych przybywa - pocztą
                          pantoflową, a raczej sms-ową wieść,że coś się w Chatce dzieje powoduje,że jest
                          nas już prawie 30 osób!
                          I ambitni rowerzyści górscy też pokonali wertepy,żeby kiełbaskę zjeśc i
                          pośpiewać. Ktoś w szopie znalazł drewnianą replikę pepeszy i się zaczęło!
                          Panowie niemal ją sobie wyrywali - wieczni chłopcy! Manewry prawie zrobili!
                          Już zachodzi słoneczko,ognisko trzaska,iskry wzlatują i nasze turystyczne
                          piosenki płyną w dal.Jałowiec wrzucony do ogniska daje piękny zapach.
                          I tańce góralskie na trawie, ale najwięcej śpiewamy.Nie wiadomo kiedy dochodzi
                          północ, szybciutko sprzątamy, częśc osób już poszła nie zostają na noc.
                          Wszystkie śmieci,opakowania itp.do worków - znoszą je na dół,nie zostawiają
                          gospodarzowi.
                          Wszyscy śpią..ja widzę z okna dogasające ognisko,wstaję,owijam się kocem i
                          siadam przy ogniu - jestem sama na tle gór,cisza i takie zawieszenie i ogromna
                          błogość.
                          Śpię tylko 3 godz.ptaszki drą się i wołają,że szkoda dnia.Wychodzę boso - rosa
                          zimna i łażę tak sobie, zwały chmur podzieliły góry,powoli reszta
                          wstaje,wszyscy zaliczają spacer po rosie.
                          No i śniadanko na łące przy drewnianych stołach,kawa,trochę leniuchujemy,
                          znowu dochodzą inni znajomi.Zamykamy chatkę i wymarsz do domu - przed nami ok
                          15 km.W lesie już obeschło trochę,łatwiej się idzie.Nie wiadomo kiedy droga
                          zleciała, pora się rozstać. Do zobaczenia na szlaku!
                          <<<<<<<<<<<<<<<<<
                          To prawda,że mam fajny punkt zyciowy! W promieniu 180km mam Tatry,
                          Bieszczady,troszkę bliżej Pieniny i oczywiście w zasięgu ręki nasze beskidzkie
                          górki.Czasem wędrujemy tylko 4-5 osób, czasem grupą z PTTK,jest pręzne koło.Ja
                          myslę,że w wielu miejscowościach są takie piesze wycieczki tylko trzeba
                          poszukac ogłoszeń.A turyści to ludzie przyjaźni i szybko się dogadują.A
                          najważniejsze to buty i dobry humor.
                          Kiedyś gdy mieszkałam we Wrocławiu szukałam ogłoszeń w codziennej gazecie -
                          była podana trasa i np.godzina zbiórki pod kasą nr 7, wystarczyło raz pójśc i
                          już się bakcykla łapało.
                          Czasem z koleżanką lub mężem lub mężem koleżanki jedziemy autobusem potem
                          wracamy pieszo albo całą trasę albo kawałek - jak sie nam spodoba.
                          Zachęcam do chodzenia!
                          <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                          W trakcie trwających upałów ,przy okazji przeglądania zdjęć
                          znalazłam "dokumentację" z pobytu nad wodospadem na Renie.
                          Córka zawiozła tam mnie i męża gdy bylismy u niej na urlopie w lipcu
                          2004r.Pzyjeżdza się do małego miasteczka, przechodzi obok kamiennego zamku,
                          zaczynają się schodki w dół i ...zaczyna narastać szum,potem huk! Nagle staje
                          się przed widokiem spienionej,ryczącej wody. Nad wodą ciągle jest tęcza
                          zawieszona we mgle kropelek.Na środku rzeki wystają skały,oczywiście powiewa
                          szwajcarska flaga!Skały wydają się bardzo kruche i widok śmiałków tam się
                          znajdujących natychmiast budzi we mnie reakcję - ja też tam muszę!
                          No i podpływa łódź z baldachimem - mieści się w niej ok.30 osób - najpierw
                          przepływamy na drugą stronę rzeki, tam przesiadka i teraz już dośc mocno się
                          kołysząc i starając uniknąć zalania wodą przedostającą się ponad burtą do
                          łodzi - dopływamy do skałek.Wśród kipiącej wody znajduje się mały,spokojny
                          przesmyk i tamtędy łódź płynie - dobijamy do brzegu , stojąc w długiej kolejce
                          powolutku zbliżamy do platformy widokowej na szczycie skałek. Jest bardzo wąsko
                          i panie o obfitszych kształtach mają problem z minięciem się na schodkach.
                          Tam kilka minut podziwiania wodospadu z góry i robimy miejsce nastepnym.Powrót
                          łódką z przesiadką,jeszcze idziemy na platformy widokowe, gdzie stoi się niemal
                          o dotyk dłoni od przelewających się z rykiem mas wody.
                          I wracamy do cichego,sennego miasteczka,którego nikt by nie posądził o to,że u
                          jego stóp szaleją żywioły!
                          A co widziałam to sfotografowałam i zapraszam - zerknijcie
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=91&w=24542461
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=91&w=24542803
                          forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=91&w=24542803
                          <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                          Korzystając z ciągle pięknej pogody wybrałam się na przejażdżkę rowerową.Mąż
                          towarzyszył mi jako serwis techniczny i żeby było raźniej.
                          Zawsze przejazd przez moje małe ale bardzo zatłoczone samochodami miasteczko
                          powoduje stres i cieszę się,gdy mam to za sobą.
                          Mamy taką ulubioną spacerową trasę – najpierw pomiędzy ogródkami działkowymi
                          wypieszczonymi i pachnącymi, a potem cisza i sielanka.Wąska asfaltowa droga
                          bardzo wygodna, powiew wiaterku od rzeki i łąki,kopy siana,schludne domy
                          biedniejsze ale i bogate,zdziwione kozy – dość sporo ich spotykamy ,no i koty –
                          albo wygrzewają się pod domami, albo nieruchome nad jakąś jamką albo idące
                          szybko przed siebie swoimi kocimi drogami.
                          O,jeszcze wierzby rozczochrane !
                          Potem droga prowadzi pod górkę,po lewej stronie kapliczka ,która już nam dawała
                          schronienie w czasie deszczu – ma obszerny dach i ławeczke.A potem zjazd,że
                          tylko szumi w uszach i koniec asfaltu,droga przechodzi w szutrową
                          scieżkę.Jeszcze podziwiamy konstrukcję w stylu Hasiora – to taki wiatrak i
                          stodoła w stylu Gaudiego – ani jednej prostej linii.Gdy nam za gorąco,
                          stawiamy rowery na brzegu rzeki, w której woda teraz ma ok.10-20cm głębokości i
                          siedząc na kamieniach odświeżamy nogi w czyściutkiej zimnej wodzie.
                          Trudno uwierzyć jak potrafi się zmienić w rozszalały żywioł czasem w ciągu
                          kilku godzin.
                          Pozdrawiamy tradycyjnym „Szczęść Boże” ludzi ustawiających kopy siana i
                          orzących konikiem .Na horyzoncie cebulowa kopuła nowej cerkwi wybudowanej kilka
                          lat temu .
                          Oko cieszą maki – miły akcent wśród zieleni.
                          • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:47
                            ...wycieczka w Tatry.
                            Nic się nie przyznawałam, że szykuje się wyjazd w Tatry żeby nie zapeszyć.
                            Niedziela rano, wyjazd o 6.oo – wszyscy na miejscu już 15 min.wcześniej.
                            Wspaniała jest dyscyplina uczestników, nie trzeba czekać na spóźnialskich.
                            Drzemiemy ,ponieważ drogę znamy doskonale. Postój na przełęczy Snozka – jedni
                            zastygają w podziwie, bo już Tatry się wyłaniaja inni biegną do lasku ,a inni
                            idą do pomnika utrwalaczy czyli organów Hasiora.Pomnik w stanie opłakanym,ale z
                            platformy na której stoi jest cudowny widok na pobliskie wsie i część zalewu.
                            I już dojeżdżamy do Zakopanego.Pogoda w sam raz.Część wycieczkowiczów
                            wysiada,będzie sobie zwiedzać Zakopane na własną rekę,a my dalej do Kir.I już
                            jestesmy w Dolinie Kościeliskiej.Pierwsza niespodzianka – puściutko!
                            Cudowne,rześkie powietrze,brzdąkaja dzwoneczki i owieczki beczą na powitanie.Po
                            drodze rozdzielamy się – nie ma narzuconego planu zwiedzania.Kto chce idzie do
                            Krakowa –tajemniczego wąwozu,mali chłopcy ciągną rodziców koniecznie do Jaskini
                            Mroźnej,inni przysiadają przy drewnianych stołach nad potokiem i cieszą się
                            jego szumem i widokami wokół. Ja z mężem idę bardzo szybko prosto do schroniska
                            na Hali Ornak – ponieważ znam dolinę doskonale.Mamy w planie wejście na
                            Ornak.Przy schronisku znowu miłe zaskoczenie – tylko my i chłopak z
                            dziewczyną.Zjadamy domowe kanapki, a herbata z wody źródlanej – ależ smakuje!I
                            znowu idziemy – trochę czasu zajmuje mi bieganie za sójkami – jednak nie dają
                            się sfotografować,jedynie sójkowe pisklę,które szukało okruszków pod stołami
                            zostało w moim aparaciku. Wchodzimy w ciemny las,pusto,pusto, trochę mam
                            stracha bo wiem,że misie już nie śpią i stosowne ostrzeżenie przed nimi swoje
                            robi.
                            Trudno uwierzyć,że w ciągu ok.2 godz. nie spotykamy nikogo. Droga daje się we
                            znaki, jest ślisko. No i weszlismy na Przełęcz Iwaniacką,a tu deszcz! Niestety
                            nici z wyjścia na Ornak. Schodzenie w dół po śliskich kamieniach trwa dłużej
                            niż wchodzenie.A autobus ma określoną godzinę odjazdu .Zmieniamy plan – idziemy
                            do Doliny Chochołowskiej. Mamy w związku z tym dużo czasu i możemy cieszyć się
                            samotnością w tatrzańskim lesie.
                            Wreszcie spotykamy turystów. A tu nagle szlak nie do przebycia! Halny szalał
                            strasznie,masę zwalonych drzew, gałęzi.W to mi graj! Bardzo lubię takie
                            niespodziewane przeszkody.
                            Mamy czas,powoli pokonujemy utrudnienia. Deszcz przestał padać,słoneczko świeci
                            nie jest gorąco – życie jest piękne!
                            I już Dolina Chochołowska, po szybkim marszu wsiadamy do „taradajki” czyli
                            fajnego pojazdu,który nas podwozi do wejścia do Doliny.Jedziemy nią dlatego,że
                            nie znoszę maszerowania po asfalcie, a nie ma tu innej drogi.
                            No i wycieczka się kończy – posilamy się oscypkiem z grilla,pyyyyycha! Piwko do
                            tego – i widok na pasące się barany .
                            Wszyscy punktualnie są na miejscu zbiórki, a niektórzy zrobili naprawdę piękne
                            i dalekie trasy.
                            Aż do przełęczy Snozka towarzyszy nam widok Tatr jeszcze dość mocno
                            pośnieżonych.
                            Mnie zawsze zachwyca w Tatrach ogromna wola życia maleńkich
                            kwiatuszków,roślinek,które rosną w najmniejszych szparkach kamieni, w skałach,
                            na kamieniach w potoku.
                            Albo drzewa poskręcane i właściwie nie wiadomo jak trzymające się podłoża.
                            Widziałam Alpy, ale Tatry to jest po prostu cud świata – szczególnie, gdy się
                            je lepiej pozna.
                            Jak zwykle dokumentacja fotograficzna przygotowana tylko nie wiem czy wszyscy
                            chcą otrzymywać te moje foto-przesyłki? Ale pocieszam sie,że każdy ma dostęp do
                            kosza,prawda?
                            No to telo!...
                            <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
                            ...wałęsałam się! ...
                            Obudziłam się w niedzielę rano z ponurą miną,ponieważ za oknem także było
                            ponuro.
                            Jednak o 7.oo rano nasz kolorowy busik odpalił i po 40 min.jazdy – grupka
                            ruszyła przez las.Droga wygodna ale mozolna – i do tego muchy! Niewiarygodne
                            ilości.Na szczęście wyszło słoneczko i muchy zniknęły! Las pachnący i
                            ogłuszający śpiew ptaków!Tylko powalone przez halny drzewa mącą wesoły
                            nastrój.Takie piękne,zdrowe i już martwe.Początkowo je liczyłam – przy setnym
                            przestałam.
                            Po ok.2 godz. takiego lesnego spaceru urozmaiconego pokonywaniem zwalonych
                            drzew wychodzimy na szlak prowadzący na Jaworzynę Krynicką.
                            Na szlaku nie spotkalismy turystów pieszych natomiast sporo dzieci jadących na
                            rowerach górskich.Dzieciom towarzyszyli opiekunowie.Wszyscy w
                            kaskach .Wyglądali nader bojowo!
                            Oczywiście musiałam spotkać kota i to jakiego! Norweski leśny – cudo ! Jego
                            pani prowadziła go na smyczy ale do zdjęcia wzięła na ręce ponieważ troszkę się
                            zestresował naszym zainteresowaniem.
                            No i chmurki się rozwiewaja,słoneczko przygrzewa w sam raz,wiaterek chłodzi.
                            Słyszymy skoczne dźwięki kapeli ludowej. Schronisko na Jaworzynie Krynickiej
                            obchodzi swoje święto!Kapela wita przybywających, a do tego otrzymujemy pyszny
                            bigos.Pali się już ognisko i czekają kiełbaski i patyki do pieczenia.No to
                            skoro muzyka to i tany! Troszkę w butach turystycznych trudno ale co tam! Nasza
                            grupka jest pierwsza do śpiewu i tańca!Wciagamy do zabawy kuracjuszy,którzy
                            wjechali kolejką jak i tych co się wdrapali szlakiem.Wężyki, mostki
                            itp.wywijasy .Trudno uwierzyć,że gdzieś tam na dole jakieś kłopoty i brudna
                            polityka istnieje!
                            Jest i konkurs dla dzieci zorganizowany przez firmę Milka. Dzieci śpiewaja
                            piosenki i w nagrodę otrzymują czekolady,kapelusiki itp..
                            Do łez rozśmieszyły nas dwie rezolutne dziewuszki /8 letnie/ bo je przepytałam,
                            a w tym wieku się lat nie ukrywa.Odśpiewały taki song: - cytuję to co
                            zapamiętałam:

                            Początek – „Nie umieraj,nie umieraj,nie umieraj dżdżownico! 2x
                            Leci bocian ponad lasem
                            Wymachując swym ogonem
                            Bo zobaczył swoją żonę...

                            Ref. Nie umieraj....itd..
                            Gillette najlepsze dla mężczyzny
                            Gillette zostawia same blizny
                            Ref.Nie umieraj ..itd..
                            A w Wenecji na gondoli
                            Jakaś para się kołysze
                            I zakłóca nocną ciszę..
                            Ref.Nie umieraj dżdżownico!...

                            Występ został zakłócony pojawieniem się opiekunki, a dziewczynki stwierdziły,że
                            znają jeszcze wiele zwrotek!

                            No ale pora ruszac w dalsza drogę, najedzeni,wytańczeni,rozśmieszeni schodzimy
                            w dół do Krynicy.Idzie się trochę trudno – po deszczach jest ślisko i czasem
                            ktoś ląduje na pupie.
                            Na taką okoliczność zawsze jakis zastępczy przyodziewek mamy w plecakach. W
                            Krynicy –
                            Francja-elegancja! Tłumy kuracjuszek i mało kuracjuszy,wszyscy
                            eleganccy,powolutku się przechadzają – troszkę się czuję nieswojo w moich
                            butach lekko upapranych delikatnie to nazywając.
                            Posileni lodami i napojeni wodą w pijalni,która zawsze we mnie wzbudza chęć
                            uduszenia architekta ruszamy do miodowej Kamiannej.
                            Tu oglądamy przedziwne ule,kupujemy miody, obowiązkowo zaliczamy grzaniec z
                            pitnego miodu –no i pora do domu...
                            Kolejna niedziela minęła ...

                            <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<
                            • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:53
                              Oj, ale mi się nazbierało różności! Bo to i wyprawa do Krakowa i wędrówki z
                              córką i mężem po okolicy i niedziela wędrująca.
                              Córka już odfrunęła wczoraj rano,trudno taki los, że pisklę wyrusza.Nadrabiam
                              miną jednak zawsze cichutko łezka kapnie.Bo nie tylko to córka ale i kumpel i
                              doradca...
                              No nic – jak meldowałam wyruszyłam na spotkanie polsko-słowackie na górze
                              Busov.Mąż został w domu,za dużo marszu mu zafundowałam w czwartek i złapał
                              kontuzję. Raniutko powietrze jak brzytwa nogi same idą.Po 40 min. jazdy
                              busikiem zaczynamy wędrówkę polną drogą ,a czasem w trawach których mnie nie
                              było widać.Wszędzie dzwonki,rumianki,wyka, różowe osty,mnóstwo polnych
                              kwiatów.Nagle wyrasta jak spod ziemi dwóch groźnych panów – kontrola
                              graniczna,a przecież właściwie granic nie ma!Zabawna taka symboliczna granica w
                              trawie po pas.Po wymianie grzeczności zasuwamy dalej.Jest polanka i kapliczka i
                              studnia z wodą o nadzwyczajnym smaku.Tu jemy śniadanie,ptaki drą się i zapach
                              skoszonej łąki i lasu – no,nie potrafię tego opisać –cudownie jest!
                              Idziemy dalej – na horyzoncie pięknie wyglądający nasz cel – trójszczytowy
                              Busov- najwyższy szczyt Beskidu Niskiego.Słoneczko przypieka solidnie.Po drodze
                              mała wioseczka z zapyziałym sklepikiem jak to u nas strasznie dawno
                              bywało.Mnóstwo Cyganów – mają blisko swoją siedzibę.Koledzy jeszcze szybko piją
                              piwo,trochę rozmawiamy z "tubylcami" – język jest tak podobny,że nie ma
                              problemu w porozumiewaniu się.I specyficzna ciekawostka słowackich wiosek –
                              głośniki na słupach.Dawniej słychac z nich było pieśni bojowe itp..a teraz –
                              reklamy!
                              Zaczyna się las i mozolne podchodzenie.Wędrówki w Beskidzie często są bardziej
                              męczące niż w Tatrach.Ale za to las jest jak z zaczarowanej baśni.Niesamowicie
                              poskręcane buki poowijane wokół siebie, rozczapierzone jak straszne czarownice,
                              wąwozy, a wszystkiemu towarzyszy intensywna ,wręcz męcząca woń czosnku .Przez
                              sporą częśc trasy musimy wędrować depcząc liście tej rośliny,która zarosła
                              zupełnie szlak turystyczny.Trochę zbieramy do kanapek- jest pyszny,tylko zapach
                              bardzo intensywny.W lesie jest chłodno i bardzo ponuro.
                              Dochodzi południe – i nagle robi się kolorowo i rojno. Ze wszystkich stron
                              wyłaniaja się turyści w wieku od lat 2 do chyba 80?Powitania,uściski,całusy –
                              wiele osób znamy.Po oficjalnym powitaniu schodzimy bardzo stromo po śliskich
                              liściach ,uważając by nie spaść do głębokiego wąwozu.Na szczęście kije
                              trekkingowe są bardzo pomocne no i wzajemne podpieranie się również.
                              Uff,stromizna się skończyła – przed nami łąka bezkresna i daleko widać
                              wioseczkę z malowniczym czerwonym dachem i wieżą kościółka. W wiosce czeka nas
                              poczęstunek – czyli gulaszova polevka i słowackie piwo.A do tego skoczne i
                              rzewne słowackie piosenki śpiewane przez śliczną dziewczynę .Potem jest i
                              orkiestra i tańce-wywijańce.
                              Przyplątał się do nas piękny bokser – ufny i oblizujący wszystkich radośnie.A
                              szczególnie tych,którzy mu dali odrobinę piwa! Został naszym honorowym
                              turystą .Ale nie chciał iść do Polski.Pewno wolał zostać w pobliżu słowackiego
                              piwa.
                              Trzeba jednak ruszać w drogę powrotną.Rozochoceni koledzy zaproponowali drogę
                              na skróty- jak się to skończyło domyślacie się pewnie.
                              Skrót trwał prawie 5 godz! Dobrze,że dzień długi i widno do 21.oo!
                              Przekroczylismy granicę „na zielono”-wpadlismy do błota takiego,że buta kijem
                              szukałam,bo został w błocie,podrapane nogi mam jak chłopaczysko.Jak
                              wyglądalismy po wyjściu z opresji lepiej nie mówić! Dobrze,że się strumyk
                              trafił i jako tako doprowadzilismy się do porządku.Ale przy strumyku były
                              poziomki! Ludzie,jakie słodziutkie, wynagrodziły cały trud! Jedliśmy je
                              garściami.
                              Na zakończenie wypiliśmy malutką fajkę pokoju wybaczając miłosiernie sprawcom
                              naszej dodatkowej atrakcji, wrócilismy cali i zdrowi w domowe pielesza.
                              Niestety w połowie drogi wysiadła mi bateria w aparacie, więc nie zobaczycie
                              waszej koleżanki,jak wyglądała po tych przeprawach, – ale może i dobrze, bo
                              pewno wolelibyście się do takiego straszydła nie przyznawać!

                              <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                              oj,tylko kilka słów dzisiaj bo wróciłam przed godziną z moimi debiutantami na
                              szlakach tatrzańskich.Spisali sie doskonale. Szlismy na Hale Gąsienicową przez
                              Boczań, potem sniadanko w schronisku i zgrzytanie zębami,że herbata aż 4 zł
                              kosztuje! i do Czarnego Stawu, a po drodze ulewa - taka prawdziwa i czarny Staw
                              jak kałuża brzydka i bura.Młodzież pyta: ciociu co dalej, gdzie mielismy isć?
                              pokazuje im tam czyli zwał burych chmur - tam,ale nic nie widac, pewno wrócimy,
                              a młodzież- Ciociu i tak leje to lepiej moknąć wysoko! No i rozbroili mnie i
                              ucieszyli ogromnie. Zaczęlismy sie wspinac na karb Kościelców, a tu koniec
                              deszczu,słoneczko, widoki.I znowu pytanie - Ciociu, dlaczego w górach ludzie są
                              tacy mili? Rozmawiają, usmiechają się,przepuszczają..no właśnie, dlaczego?
                              I moja góra wymarzona Kościelec, ale mokry,śliski, no cóż - kiedyś się spotkamy
                              na szczycie.Schodzimy do Stawków - jeszcze jest ładnie, ale od schroniska znowu
                              leje! A od momentu zejścia do Doliny Jaworzynki - słoneczko.
                              Najbardziej wzruszyły mnie słowa młodego kuzyna - Ciociu, tak myślałem, po co
                              my w te góry jedziemy? Ale teraz wiem i sie nie mogę doczekać,kiedy znowu
                              pójdziemy.
                              A to cieplutkie jeszcze zdjęcie Czarnego Stawu Gąsienicowego
                              img310.imageshack.us/my.php?image=tatry070336sa.jpg
                              Muszę Wam cos napisac - na poczatku wędrówki niedzielnej tak ok.godz.9.oo na
                              szlaku na Boczań,który potem poprowadził nas do Murowańca i dalej jak pisałam
                              wczesniej - spotkałam dziadka idącego juz z gór.Ubrany był w jasny
                              garniturek,półbuciki - koszulka - strój wybitnie kościelno-odświętny,a w ręce
                              zwinięta reklamówka z czymś.Zagadnęłam go,bo bym nie wytrzymała - skąd wraca.
                              Usmiechnął sie tak ślicznie i wyjasnił,ze on wyszedł w góry o 2.oo w
                              nocy,poszedł przez Goryczkową na Kasprowy i potem na Gąsienicową i wraca sobie -
                              to jest tak ok.10 godz.marszu dobrego turysty.A poszedł po zioło, ale mi nie
                              powie jakie,bo nie myśli umierac jeszcze,ma dopiero 82 roki - a zdradzi sekret
                              zioła przed śmiercią! Zioło podobno pomaga na wszystko! I patrząc na tego
                              pogodnego dziadka - to musi być prawda.

                              <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                              "Piątka" - to popularna nazwa Doliny Pięciu Stawów Polskich - mojego ulubionego
                              miejsca w Tatrach.
                              Wyjazd raniutko - drogę przespałam dopiero od Bukowiny sie obudziłam - a tam
                              piekne powitanie z Tatrami
                              img129.imageshack.us/my.php?image=dol5staww0059kg.jpg
                              jedynie leciutka mgiełka powodowała,że zdjęcie jest mało ostre.
                              Potem juz tak pieknie nie było ale i tak "ogumienia" jak nazywa płaszczyki od
                              deszczu mój znajomy nie trzeba było wyciągac.
                              Szybciutko przebywamy 5km asfaltu i skręt w bok, na szlak do "Piątki" - gdzies
                              znikają tłumy turystów,jest cichutko,potoki bulgoczą i to powietrze! Nie mam
                              okreslenia na ten zapach.Troche lasu
                              img11.imageshack.us/my.php?image=dol5staww023las1vs.jpg
                              potem rozglądanie sie czy wytrzyma bez deszczu? ale takie Tatry lubie
                              najbardziej -posępne, poważne,choć do robienia zdjęć niewdzięczne.
                              Jeszcze troszke do góry i jeszcze -i jest!Wielka Siklawa! Grzmiąca i cudowna
                              spadająca z wysokości 76 m!
                              <a href="img17
                              • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 13:58
                                img171.imageshack.us/my.php?image=dol5staww098ws3vv.jpg
                                A potem cisza i zamyslenie - Dolina Pięciu Stawów - turyści gdzieś się pogubią -
                                najwięcej ich przy schronisku - jednak to nie to co przy Morskim Oku.
                                Góry majestatyczne odbijające sie wodzie,chmury, coś nieuchwytnego i zawsze
                                łapiącego za serce.
                                img293.imageshack.us/my.php?image=dol5staww086wnawst7qg.jpg
                                No i żeby nie było za pięknie - odezwała sie kontuzja w kolanie
                                slubnego.Chwalebny zamiar przejścia przez Szpiglasową Przełęcz i zejście do
                                Morskiego Oka odlożone na ...hm...na kiedyś.Ja już tam byłam ale slubny nie i
                                trochę mu żal.
                                Musimy wracać tą samą drogą. Ale nie szkodzi - idziemy powolutku podziwiając
                                kwiatki, a ja zostałam nadwornym fotografem turystów - co chilka sympatyczni
                                ludzie prosili - zrobi nam pani zdjęcie? No i robiłam.
                                I tak sobie wedrując i słuchając bulgotu wody i popijając piwko doszlismy do
                                autobusu.Tu troche niemiła niespodzianka - parę osób wyrwało się na Rysy i nie
                                zdążyło na czas - musieliśmy czekać.Dostali solidną reprymendę.
                                Więcej zdjęć porozsyłam.

                                ________________________________________________________________________________

                                axsa 02.03.2005 07:49

                                Wyjazd do Dusznik i Zieleńca udany, choć niezupełnie.
                                Na szóstkę - zima i w Dusznikach i w Zieleńcu, gdzie snieg niemal zakrywa
                                informacyjną część znaków drogowych, narciarskie uciechy, bo kolejki do
                                wyciągów najwyzej kilkuosobowe / wszędzie jest śnieg, więc obłożenie
                                narciarzami jest mniejsze niż zwykle, kiedy to Zieleniec bywał jedyną ostoją
                                śniegu/.
                                smile)))))
                                Na piątkę-zakwaterowanie, jedzenie, zabiegi, organizacja kolejnych dni,
                                spacery, widoki, wypad do Nahodu po piwo i nie tylko, dostęp do przyjemności i
                                używek.
                                smile))))
                                Na czwórkę - kilka dni zamglonych dni, kiedy widoczność była ograniczona i nie
                                za bardzo można było robić zdjęcia.
                                smile)))
                                Na tróję i na dwóję - dogadywanie się z niektórymi osobami co to jadą zimą w
                                góry, a są zdziwione, że nie ma morza, ciepła i plaży. I za cholerę nie chca
                                zrozumieć, że jak się jedzie w góry to się jest w górach i trzeba z tego
                                korzystać. a jak się chce być na plaży to trzeba jechać nad morze.
                                wink)) smile)
                                Na jedynkę - to, że ja nie mogłam jeździć na nartach, o!
                                smile
                                ________________________________________________________________________

                                toskania8 09.03.2005 23:22

                                Jak już donosiłam, spędziłyśmy z Hanczą zimowy weekend nad morzem.
                                Na pohybel temu, kto by mówił, że zimą, to tylko góry. Zawsze powtarzałam, że
                                morze niesie uroki i niespodzianki o każdej porze roku.
                                A więc było tak.
                                Zgodnie z naszą świecką tradycją wyruszamy przy dźwiękach hejnału. Dzień jest
                                szary i smętny, coś prószy, snują się chmurzyska i mgły. Ale po niewielkiej pół
                                godzince, nagle zaczynają przezierać skrawki błękitu. Zdobywają coraz
                                wyraźniejszą przewagę. I oto kiedy dojeżdżamy, za horyzontem znikają resztki
                                szarych, ciężkich zwałów a nad nami błękit i chylące się ku zachodowi słońce.
                                Porzucamy bagaże, zmieniamy buty i zbiegamy na plażę. A tam - niezwykłe ! Na
                                kamieniach, falochronach, pniach pochylonych drzew wielkie, potężne czapy.
                                Plaża pod grubą, białą kołdrą. Powietrze pachnie jodem, morzem, solą i
                                radością. Mamy ochotę tańczyć i śpiewać na tej zaśnieżonej, pustej plaży.
                                Wracamy, bo czeka nas kolejna atrakcja. Zabieramy butlę szampana i schodzimy do
                                jaccuzzi. Hancza - Twoje zdrowie ! Wytaczamy się o własnych siłach , czeka nas
                                jeszcze wytworna proszona kolacja . Zasypiamy szczęśliwe. Zegar biologiczny
                                każe nam ocknąć się koło siódmej, ale zostaje nam to wymagrodzone - do okienka
                                puka wielka, purpurowa kula na tle błękitu. Z satysfakcją otulamy się
                                kołderkami - dziś nie wstajemy, jeszcze nie. Po późnym śniadanku biegniemy na
                                plażę. Świat jest jeszcze piękniejszy, niż wczoraj, bo te wszystkie czapy
                                jeszcze lśnią i skrzą się w słońcu. Nasz marsz aż do orłowskiego molo zostaje
                                wynagrodzony, już z dala dochodzi nas zapach świeżutko uwędzonych rybek.
                                Stojące obok kutry są świadectwem, że te rybki jeszcze całkiem niedawno pląsały
                                w odmętach. Smakują bosko.
                                Po spacerze - kolejna atrakcja. Smarują mnie całą czekoladą (to oczywiście taki
                                preparat kosmetyczny na bazie czekolady - pachnie niebiańsko), zawijają w kocyk
                                i lulu na godzinkę. A wieczorem - pokaz mody . Moda wydaje nam się dziwnie
                                znajoma, bo modne będą lata sześćdziesiąte.
                                Niedziela jest nieco wietrzna, ale wcale się nie martiwmy, z rozkoszą zapadamy
                                w łóżeczka z romansową książeczką.
                                To niezwykłe, jaki ładunek energii może dac taki nadmorski weekend. Wracamy jak
                                po wakacjach.
                                Jedźcie nad morze !!

                                <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<


                                • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:02
                                  lato już w pełni a tu wątek wycieczkowy tak mało aktywny ! Ostatnie wpisy
                                  sprzed tygodnia.
                                  Karynicę i Kamiannę ( a może Kamianną ?)pamiętam z dawnych czasów, (ach, te
                                  miodki, choć jak już tu pisywałam, mam zaprzyjaźnioną pasiekę, nie tak sławną,
                                  ale miodki nie gorsze) , dzięki za przypomnienie.
                                  A ja pierwszy raz od dawna , oj, od bardzo dawna spędziłam mile i spokojnie
                                  trzy dni.
                                  Zawsze powtarzałam, że morze jest dobre na wszystko, a zwłaszcza na leczenie
                                  chorej duszy.
                                  Wybrałam się więc do Gdyni, w moje zaprzyjaźnione miejsce.
                                  Spacery plażą, ciepły piaseczek, fala opływająca stopy... Chyba nigdzie nie ma
                                  tak pięknego, klifowego wybrzeża, jak w Gdyni właśnie, ściana kipiącej zieleni
                                  wznosząca się tuż nad piaskiem plaży , a raz po raz przerywana stromą, pionową,
                                  wysoką na kilkadziesiat metrów skałą.
                                  Ludzie tamtejsi mają najwyraźniej instynkty stadne, bo kłębią się na plaży
                                  tłumnie, a tuż opodal zupełnie puste a nie mniej piękne miejsca tejże plaży.
                                  No i tak sobie szłam, szłam tą plażą aż doszłam z centum Gdyni do Sopotu.
                                  Wieczorami czekały mnie jeszcze atrakcje w postaci a to masażu podwodnego, a to
                                  namaszczania różnymi tam algami i innymi cudami. No i jeszcze miłe pogwędki
                                  wieczorne.
                                  I po raz pierwszy od niepamiętnych czasów naprawdę odpoczęłam i zupełnie się
                                  wyluzowałam.
                                  To były pierwsze moje dni, kiedy otwierałam oczy z cudownym uczuciem , że nic,
                                  ale to nic dziś nie muszę.
                                  To był niezwykle piękny weekend.
                                  Kiedy indziej byłby może taki sobie zwyczajny, ale dla mnie tym razem był
                                  naprawdę wspaniały.
                                  _______________________________________________________________________________

                                  regine 18.04.2005 14:51

                                  Niedzię spędziłam u córki-było wspaniale!!! Pojechałam pociągiem-odebrali mnie
                                  z Warszawy Wsch. samochodem.Obiad i 2 godzinny spaceru po lesie.Mieszkają na
                                  Nowym Bródnie.Jest obok osiedla las.Piękna pogoda ,świeże powietrze,świergot
                                  ptaków.Marzenie.Przyjechałam do domu padnięta.Ale widziałam kwitnące
                                  zawilce .Las jest dość duży ,większość drzew to: brzoza biała ,sosna i czarna
                                  olcha.Aleje brzozowe przepiękne .Drzewa choć jeszcze bezlistne, patrząc z
                                  daleka na korony ,osnute są zielonawą mgiełką -to liście .I ten
                                  zapach ,budzącej się z drzemki ziemi ,roślin,drzew.Uwielbiam las ,tutaj
                                  najbliżej mam do Puszczy Kampinoskiej.Ale fatalny dojazd .I ten zakaz jazdy na
                                  rowerze .A tak bym wsiadła i pojechała przed siebie.Ale i to dobre co mam .W
                                  sobotę miałam prawdziwą wiosenną burzę z grzmotami-a jaki zapach po
                                  niej..Wiosna jednak pozytywnie działa na człowieka ,Coś się w nas budzi,jakiś
                                  optymizm i nadzieja.
                                  ______________________________________________________________________________

                                  krista57 30.05.2005 11:30
                                  Świnoujście.
                                  Jak dobrze wrócić do domu !Nie przeczytam wszystkich wpisow...ale widzę ,ze
                                  byliście bardzo aktywni i bawiliscie sie doskonale.Czyżby nikt nie wyjeżdzał ?
                                  Mój nadmorski wyjazd zaliczam do bardzo udanych i wcale nie było tłoku.Rano
                                  spacer nad Bałtyk ,potem ukrywanie się przed upałem w cieniu drzew z zimnym
                                  piwem w ręku.Wieczorem tańce .Nie oglądalam zachodu słońca,bo to wiązało sie z
                                  przejsciem alejką wśród krzewow nad morze.Strasznie dużo komarow !!!!!!!!
                                  Jestem przez nie pożarta i zamiast opalenizny najbardziej widać ślady po
                                  pogryzieniu.
                                  W piątek wybraliśmy sie Europejską Linią Autobusową nr 9 /za 10 zł/ do odwiedzin
                                  niemieckich miejscowości nadmorskich Ahlbeck,Heringsdorf i Basin.Część
                                  odległosci między nimi pokonaliśmy nadmorską plażą a część wygodnym midi-
                                  autobusem.Kurorty śliczne jak z landszaftu ,wszędzie niemiecka czystość.
                                  Większosc turystów to rowerzyści i często z pieskami umieszczonymi w koszykach.
                                  Oczywiście po obu stronach granicy najczęściej to ludzie starsi.Cieszy,że nasi
                                  emeryci coraz więcej podróżują.
                                  W Heringsdorf na końcu mola w eleganckiej,ciekawej architektonicznie restauracji
                                  wypiliśmy kawe za 5 EUR.
                                  Wszystkim,którzy tego lata odwiedzą Świnoujscie polecam tego typu całodzienną
                                  wycieczkę.
                                  Czy wiecie,ze Świnoujscie otrzymało prawo miejskie z rąk Fryderyka Wielkiego
                                  w 1765 roku ?Wyspy Uznam i Wolin przyjęły chrzescijanstwo z rąk biskupa Ottona
                                  von Bamberga.
                                  <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:05
                                    krista57 07.06.2005 14:58

                                    Toruń.
                                    Moje spotkanie z miastem rozpoczęło sie od wejścia Bramą Klasztorną,potem Krzywa
                                    Wieża,Spichlerze,dom Kopernika,Dwór Artusa,Kościoły/nie wymienię wszystkich/z
                                    pokonaniem ponoć 200 schodów na wieżę Bazyliki Kadedralnej,....pałace,ruiny
                                    Zamku Krzyżackiego.
                                    Na każdej ulicy starego miasta czuć powiew historii a Starówka należy do
                                    najlepiej zachowanych w Polsce i Europie.
                                    Zchwycałam sie murowanymi o czerwonych dachach kamiennicami mieszczan o bogato
                                    zdobionych portalach.
                                    Były zdjecia pod pomnikami Kopernika i Flisaka,wizyta w Planetarium.
                                    Duże wrazenie zrobił na mnie czystość i porzadek/brak psich odchodów/.
                                    Turystów takich jak my wielu....biedni przewodnicy muszą się przekrzykiwać w
                                    wielu językach.
                                    Toruń miał szczęście,bo nie uległ zniszczeniu podczas działań wojennych w latach
                                    1939-45/poza mostami na Wiśle/.Miasto kwitnie .
                                    Po zakupie pierników i odwiedzinami w cukierni "Sowy" udaliśmy sie na nocleg.
                                    Twierdza Toruń ma wiele fortów wzniesionych w latach 1879-1884 i w jednym z nich
                                    FORT IV -mieliśmy swoją bazę.Przygotowano nam ognisko z kiełbaskami,smalcem i
                                    ogórkami małosolnymi.Niestety impreza odbyła się pod zadaszeniem a kiełbaski
                                    zjedliśmy na zimno,nikomu nie chciało się moknąć z kijem w ręku.Oczywiscie
                                    spiewy,konkursy i coś mocniejszego ! Dobrze po północy,kiedy przestało padać
                                    zaczęliśmy piec w folii aluminiowej ziemniaki z czosnkiem i masłem.Pycha!!!
                                    Po 3 godzinach spania przewodnik musiał nam pokazać "resztę" Torunia i jedziemy
                                    do Ciechocinka.Tam dwukrotnie doszczętnie zmokliśmy,kelnerzy robili awanturę,gdy
                                    udaliśmy się na obiad...każdy znas ociekał wodą..nie mieliśmy już nic na
                                    przebranie.Nawet tęznie nie działały.
                                    Z piosenką "na ustach" wracaliśmy do domu.

                                    <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                                    Od slicznego opisywania gór jest tu Maladanka.Ja tylko mogę zdac relację z mego
                                    pobytu w Karkonoszach.
                                    Podróz pociągiem trwała 9 godzin/jedyne bezposrednie połączenie z Jelenią
                                    Górą/,potem busikiem do Karpacz Biały Jar a dalej ciuchcią do Karpacza Gornego.
                                    Wysiadłam i do pensjonatu mordercza droga z walizą pod solidną górkę.Już
                                    wiedziałam co mnie czeka.Pokój z łazienka i z widokiem na Snieżkę.Mam nieco
                                    lepszy nastrój.Moje 12-osobowe towarzystwo wiekowo od 10 lat...i ja ,chyba
                                    najstarsza.
                                    Wiem,ze kazdy oczekuje innych "rozrywek".Przyjechałam pochodzić!
                                    Kocham Karkonosze,byłam tu z przyjaciółką kilka lat temu,która wolała
                                    chodzić...ale po płaskim terenie.
                                    Niektórzy juz planuja podróze,poniewaz w Kotlinie Jeleniogórskiej jest
                                    niezliczona liczba zabytków w tym 22 pałace,zamki i dworki.Wybierają się oglądac
                                    te perełki architektury jak XIV -wieczny zamek na skale w Chojniku,pałac
                                    Staniszów,do Książa czy Krzeszowa.
                                    Inni jadą na jedniodniowe wycieczki do Pragi wzbogacone o wieczorne widowisko
                                    światło-dzwięk przy Kriżkowej Fontannie lub do Drezna podziwiać obrazy dawnych
                                    mistrzów w Zwingerze albo do Skalnego Miasta oglądać dziwaczne piaskowcowe formy
                                    skalne.Nie jestem wycieczkami tego typu zainteresowana,poniewaz "zaliczyłam" to
                                    wszystko we wrzesniu ubiegłego roku.
                                    Dla mnie Karkonosze to jedno z najpiękniejszych miejsc na Ziemi,kupuje wiec mapę
                                    i planujemy trasy.Wychodzimy po sniadaniu na ca 7 godzin wędrówki zaopatrzeni w
                                    kanapki a ja dodatkowo zawsze w sandały do schodzenia z gór.Organizm nie jest
                                    odpowiednio przygotowany,a i wiek nie ten...wracam z obolałymi tylko
                                    nogami....reszta ok!I tak przez 6 dni.Trudno mi opisać kazdą trasę,na kazdej
                                    ciągle zdejmowałam bluzę,kurtkę potem wkładałam bluzę,kurtkę ...i tak
                                    kilkakrotnie.Pogoda jak to w górach raz słonce,potem wiatr i deszcz.
                                    Njpiękniejsza trasa to wędrówka pod górę do Pielgrzymów/skałki granitowe
                                    dochodzące do 25 m wysokości/ i Słonecznika w deszczu i mgle.Potem szczytami do
                                    Strzechy Akademickiej.Nie mozna oderwać wzroku od Wielkiego i Małego Stawu oraz
                                    pięknej panoramy z wysokości 1400 m npm.Zbocza kotła Wielkiego Stawu porasta
                                    bogata roslinność-sasanka alpejska,skalnica śnieżna/jedyna w
                                    Europie/,kosodrzewina.Ponoć zimą teren jest b.niebezpieczny-zagrożenie lawinowe.
                                    Byłam w Białym Jarze poniżej Równi pod Śnieżką,Kotle
                                    Łomniczki-polodowcowy,największy i najgłębszy w Karkonoszach,widziałam Śnieżne
                                    Kotły,spacerkiem doszłam do łąki górskiej Złotówka 1300 m npm z ktorej widac
                                    rowniez pasmo Karkonoszy a na niej schronisko.
                                    No i Śnieżka 1603 m npm zdobyta przy silnym wietrze i zamgleniu.Ponoć niekiedy
                                    widoczność z niej jest na odległość ponad 100 km.Miałam szczęscie bo na szczycie
                                    była feta z okazji sw.Wawrzyńca z prezydentem Czech na czele.
                                    Wieczorami mieliśmy czas i na ognisko i na zejscie do centrum na przysłowiowe
                                    piwo.Zycie jest piękne !!!
                                    Dla mnie Karkonosze
                                    ________________________________________________________________________________

                                    takanietaka 07.06.2005 15:44 + odpowiedz

                                    Zabawne!Ja dosyc nieoczekiwanie tez wycieczkowałam w sobotę i
                                    niedziele ..byłam w Toruniu,który mnie nigdy nie nudzi i jest coraz piekniejszy!
                                    oczywiscie byłam we wszystkich kosciołach co to nalezy być ,ogladam je
                                    zawsze ..i mój ulubiony franciszkański koło rynku.Spacerkiem po Szerokiej na
                                    której sie kiedyś zakochałam od pierwszego wejrzenia i na smierc...Bulwarem
                                    filadelfijskim...no odkryłam ze w Krzywej Wieży jest kawiarenka i
                                    sklepik "Spotkanie z Afryką "..cos dla mnie !Co roku sobie chodze troche po
                                    Toruniu ,bo to duza przyjemność!Byłam tez w Chełmnie ,jak kto nie był niech
                                    koniecznie zwiedzi przy okazji -malutkie i "cacane " miasteczko ,które kiedys
                                    było bogate i wazne i otrzymało pierwsze w polsce zezwolenie na
                                    uniwersytet ..przed jagiellońskim ..ale jakos karawany kupieckie zboczyły ..no
                                    i miasteczko wielkie niegdyś (kościoły ogromne co krok!) podupadło.Ale ma jeden
                                    z najśliczniejszych ratuszy renesansowych !Jak tort bezowy od Sowy!.Było
                                    ogólnie relaksowo ..no i deszcze były wszędzie albo przed nami ,albo po nas !
                                    Jak widac trafiały zawsze na Kristę !!




                                    • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:07
                                      danurn 01.06.2005 01:30

                                      Z wizyty w Licheniu
                                      A ja wraz z mężem i wnuczką zrobiłam rajzę po Kujawach i Wielkopolsce. Pierwszy
                                      raz byliśmy w Licheniu - bazylika robi wrażenie, największa w Polsce, 7. w
                                      Europie i 11. w świecie, ale czy taka ogromna pasuje do tego otoczenia? A już
                                      ten dolny kościół jest zdecydowanie w złym guście. Następny dzień to Strzelno
                                      ze swymi zabytkami romańskimi - kościół pw św Prokopa i pw.Świętej Trójcy. A
                                      potem wizyta w Biskupinie - rekonstrukcji zabudowań sprzed 2.500 lat. w sobotę
                                      zwiedzaliśmy katedrę w Gnieźnie, podziwialiśmy słynne drzwi gnieźnieńskie,
                                      muzeum diecezjalne oraz wrapaliśmy się na wieżę.Ponoć 240 stopni - panorama
                                      miasta wspaniała. Tego samego dnia pojechaliśmy, zgodnie z sugestią mojej
                                      koleżanki archeolożki, na ostrów lednicki - tam Bolesław Chrobry przyjmował w
                                      1000 roku cesarza Ottona . Ostatni dzień naszych wojaży to zwiedzanie pałacu w
                                      Rogalinie, niestety tylko bocznych skrzydeł, powozowni i galerii malarstwa .
                                      Potem zamek w Kórniku Działyńskich, wpaniałe wrażenia. W drodze powrotnej
                                      zatrzymaliśmy się w Gostyniu, jest tam kościól - wierna kopia kościoła
                                      weneckiego pw Santa Maria della Salute przy Canale Grande - mająca status
                                      bazyliki mniejszej, jeden z głównych ośrodków kultu religijnego w Wielkopolsce.

                                      <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                                      Witam po dwudniowej przerwie. Opowiem gdzie byłam wczoraj. Otóż najpierw
                                      pojechaliśmy do Głuszycy , do podziemnego miasta pn Osówka. Jest to podziemny
                                      kompleks korytarzy budowanych w latach 1943-45, tj do ostatniego dnia wojny/8
                                      maja/ rękami więźniów z pobliskiego obozu koncentracyjnego Gross Rosen. Akurat
                                      w tym obiekcie wykuto w litej skale 1700 m korytarzy. Podczas prac zginęło
                                      wiele tysięcy robotników. Podobnych obiektów w najbliższej okolicy jest pięć, z
                                      tego udostępnionych do zwiedzania dwa. Jest wiele hipotez na temat celowości
                                      tej budowy i założeń jej przyszłego przeznaczenia. Od nowej kwatery Hitlera po
                                      usytuowanie banku mającego finansować /lata 50-te XX wieku/ III wojnę światową
                                      z ZSRR. Był zamysł połączenia wszystkich obiektów podziemną siecią korytarzy.
                                      W.w. obiekty od lat stanowią nieustanną inspirację wszelkiej maści badaczy,
                                      eksploratorów, poszukiwaczy skarbów,itp. Następnie zjedliśmy posiłek pod
                                      chmurką i pojechalismy do Czech, do Skalnego Miasta -pn Skały Adrszpaskie/ pięć
                                      spółgłosek pod rząd - to w polskim języku się nie zdarza - prawda?/ Tylko ja z
                                      całego towarzystwa byłam tam po raz pierwszy. Rzeczywiście robią ogromne
                                      wrażenie, odrobinę tylko przypominają mi nasze Gory Stołowe. Niesamowite formy
                                      skalne, wodospady, przejażdżka po jeziorku z dowcipnym komentarzem sternika.
                                      Odkryte dla turystyki na początku XVIII. W 1790 odwiedził to miejsce
                                      J.W.Goethe, co upamiętniono tablicą pamiątkową z jego popiersiem. Ale to nie
                                      koniec naszej eskapady, w drodze powrotnej całą czwórką wstąpiliśmy do
                                      Lubachowa, do daczy znajomych. Tam zjedliśmy smaczne co nie co, wypiliśmy po
                                      kieliszku wódki Ouzo i po dwóch godzinach w okolicy 22 godz. byliśmy w domu,
                                      zmęczeni ale zadowoleni z udanego dnia i ze spotkania z przyjaciółmi.

                                      <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                                      Dzisiaj opowiem o naszym wypadzie do Lubiąża. Z inspiracji kolejnych naszych
                                      znajomych wybraliśmy się dzisiaj do Pocysterskiego Zespołu Klasztornego
                                      oddalonego od nas o 38 km, a położonego pięknie w zakolu Odry. Składa się on z
                                      kościoła, klasztoru i pałacu opatów.Właśnie dzisiaj i jutro, są to te dwa dni w
                                      roku, gdy cały kompleks jest udostępniony turystom. Jak wynika ze słow
                                      przewodnika jest to, po Eskurialu w Hiszpanii, największy kubaturowo obiekt w
                                      całej Europie. Czasy świetności dawno ma za sobą, ale robi ogromne wrażenie;
                                      2,5 ha! samego dachu położono nowy ze środków RFN . Kościół, klasztor i pałac
                                      opatów tworzą niezwykle długą fasadę - 223 m! Jego kubatura to 330 tys. m
                                      3.Obejmuje ponad 300 pomieszczeń , Całkowicie odrestaurowana Sala Książęca,
                                      wysoka na 14 m z ogromnym malowidłem na płótnie, na suficie o powierzchni 250
                                      m2. Sala Książęca to najpiękniejsze, obok wrocławskiej Auli Leopoldyńskiej,
                                      dzieło świeckiego baroku. Ogromnie dużo przepięknych rzeźb, wszystkie
                                      zachowane. W ostatnim czasie odrestaurowany został także piękny refektarz z
                                      przepiękną marmurową posadzką. W największym rozkwicie klasztoru żyło tam
                                      zaledwie 70 mnichów!!!. Kościół z XIII wieku, a zabudowania klasztorne i pałac
                                      opatów z wieku XVIII.To była taka <centrala< zakonu na Polskę. A mieli mnisi
                                      za co budowaĆ, kopalnia złota w Złotoryji, stawy milickie, ok.60 wsi i dużo,
                                      dużo więcej było w ich posiadaniu. Ciekawostką podaną przez przewodnika było,
                                      to, że w tym zdewastowanym kościele brała ślub córka Cz.Niemena, ojca na ślubie
                                      nie było.

                                      • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:09
                                        mira54 03.06.2005 00:26

                                        We wtorek bylam na wycieczce. Mielismy zwiedzac Krakow i Wadowice.
                                        Wycieczka byla z przygodami. 65 km przed Krakowem popsol nam sie autokar.
                                        Kierowca pomeczyl sie przez godzine w deszczu i zimnie i autokar ruszyl.
                                        Dojechalismy do Krakowa i na ul. Kosciuszki stanal i ani drgnal. Wszyscy
                                        wysiedli i poszlismy zwiedzac miasto. Mialam kontakt telefoniczny z kierowca.
                                        Okazalo sie, ze pomoc drogowa z PKS zaholowala go do bazy, gdzie go zaczeto
                                        naprawiac. Byla to wycieczka organizowana przez dzialkowiczow i Opieke
                                        Spoleczna. Byli na niej ludzie w roznym wieku. Sporo bylo seniorow, ktorzy
                                        mieli klopot z chodzeniem. Kiedy dzwonilam do kierowcy poinformowal mnie, ze
                                        naprawa moze potrwac do godziny 20-tej, a na autokar poczekamy na parkingu
                                        przed Wawelem. Zwiedzilismy: Rynek, Sukiennice, Kosciol Mariacki,
                                        odspiewalismy "Barke" przed pomnikiem Papieza, zapalilismy znicze, zwiedzilismy
                                        Ogrod Botaniczny i Wawel. Osoby, ktore nie mogly za wiele chodzic w umowionym
                                        miejscu czekaly na grupe. Autokar byl zaopatrzony w prowiant. W drodze do
                                        Krakowa na parkingu byla akcja "stoliczku nakryj sie" i zrobilismy mnostwo
                                        kanapek do herbatki. Posilek integracyjny. Cale szczescie, ze w Krakowie nie
                                        padal deszcz i mozna bylo spokojnie zwiedzac miasto. Autokar naprawiony
                                        podjechal na parking przed 20-ta, ale z wycieczki do Wadowic musielismy
                                        zrezygnowac. W zamian zawiozlam wszystkich do Lagiewnik. Sanktuarium bylo juz
                                        zamkniete, poogladali wszyscy z zewnatrz i bylismy w kaplicy sw. Faustyny.
                                        Po takim dniu na parkingu zrobilismy wspolna kolacje: bigos, chlebek, buleczki
                                        drozdzowe, paczki, kanapki, herbatka, kawka. Powrocilismy do domu szczesliwie
                                        na godzine 2-ga w nocy. Pojechalam na ta wycieczke, ze wzgledu na Wadowice, bo
                                        w Krakowie bylam bardzo wiele razy. No coz nie udalo sie zobaczyc Wadowic, ale
                                        mam nadzieje, ze jeszcze kiedys tam pojade.

                                        <<<<<<<<<<<<<<<<<<<<

                                        Przez cale dwa tygodnie pobytu w Swinoujsciu pogode mialam w kratke.
                                        Za to tance byly codziennie, co sprawialo mi wielka przyjemnosc - uwielbiam
                                        tanczyc. Pospiewalam sobie takze na wieczorkach tanecznych z zespolami
                                        grajacymi. Wybralam sie rowniez na wycieczke w dniu 7 sierpnia "Szwecja i Dania
                                        w pigulce". Byla to wycieczka 24 godzinna. Wyjazd o 2-giej w nocy. Bardzo
                                        jestem zadowolona, ze moglam w niej uczestniczyc. Koszt wynosil 190 zl.
                                        W Swinoujsciu przekraczalismy granice, a tuz za przejsciem czekal na nas
                                        niemiecki autokar pietrowy, ktorym pokonalismy cala trase liczaca ponad 1000
                                        km. Ponad 2,5 godziny jechalismy do miejscowosci Rostock, gdzie odbyla sie
                                        przeprawa promowa do Danii do miejscowosci Gedser. Dalej udalismy sie autokarem
                                        do Szwecji. Jechaliśmy trasa: tunel podmorski, sztuczna wyspa i przepiekny most
                                        na morzu laczacy Danie ze Szwecja. Niesamowite wrazenie, przepiekna konstrukcja
                                        mostu, polecam wszystkim, ktorzy nie byli na tej trasie.
                                        W Szwecji zwiedzalismy Malmo i Lund. Miedzy 10-ta a 11-ta bylam na Rynku w
                                        Malmo. Zastanawia mnie dlaczego o tej porze nie ma tam spacerujacych ludzi.
                                        Miasteczko jeszcze sie nie obudzilo ze snu. Godzinke zwiedzalismy Rynek i
                                        pobliskie uliczki Malmo. Reszta podziwiana z okien autokaru. Na trasie Lund i
                                        przeprawa promowa w miejscowosci Helsingborg do Helsinger. Nastepnie
                                        zwiedzalismy zamek Hamleta - Kronborg Slot i wyjazd do Kopenhagi. Zwiedzanie
                                        stolicy Danii mielismy do godziny 18-tej. Bardzo mi sie podobalo to miasto.
                                        Powrot ta sama trasa do Swinoujscia, czyli przeprawa promowa w Getser do
                                        Rostocku i na godz druga w nocy bylam juz w swoim lozeczku. Piekna trasa,
                                        bardzo meczaca, ale nie zaluje, bo byc moze nigdy bym tych okolic nie zobaczyla.
                                        Warto bylo pojechac na ta wycieczke. Pozostana mile wspomnienia, a to
                                        polaczenie Danii ze Szwecja jest niesamowicie piekne.


                                        • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:21
                                          ka-mil 28.11.2004 05:21

                                          Przyjedz do Niagara Falls - Canada , tutaj atrakcji mamy tez co niemiara a dla
                                          meza Kasyno otwarte non-stop 24 godz. , 7 dni w tygodniu , 365 dni w roku :
                                          www.infoniagara.com/d-att.html
                                          po lewej stronie sa odnosniki do atrakcji ktore czekaja na turyste np. Zegar
                                          Kwiatowy ( Floral Clock ) ktorego tarcza to 16 tys. roslin i kwiatow
                                          zmieniane
                                          dwa razy w roku .
                                          ________________________________________________________________________________

                                          amcapol 28.11.2004 19:39
                                          Niagara Falls

                                          Dzieki za zaproszenie. Bylam tam. Szczegolnie strona kanadyjska jest
                                          atrakcyjna. Zaliczylismy tour stateczkiem ( taki mini) z tych pelerynach
                                          podjezdzajacy blisko wodospadu. Potem byl obiad w tej krecacej sie restauracji
                                          na szczycie wiezy. Piekny widok na wodospad i jak dobra widocznosc do 50ciu mil
                                          wokolo.Ciagle mam pare zdjec stamtad na
                                          Niagara falls ma zupelnie inny charakter niz Las Vegas, lub Hoover Dam...Trzeba
                                          kazde z tych mniejsc obejrzec.

                                          • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:25
                                            toskania8 16.02.2005 21:49

                                            TOSKANIA - dziennik podróży w odcinkach

                                            Odcinek pierwszy :

                                            Ta podróż marzyła nam się dawno. Przygotowane „naukowo”, zaopatrzone w trzy
                                            przewodniki, książkę Frances Mayle „Bella Toskania” , artykuł o Sienie w
                                            ostatnim numerze Kuchni, mapy i dużo entuzjazmu, równo z hejnałem z Wieży
                                            Mariackiej ruszamy.
                                            Pierwszy dzień podróży upływa pod znakiem robót drogowych, więc podróż trwa
                                            przydługo ale wzmacniamy nadwątlone siły pierogami w Wiejskiej Chacie i
                                            układamy się do snu w Cieszynie .
                                            O wpół do ósmej rano już jesteśmy za granicą. Przez Czechy przejeżdżamy bez
                                            zdarzeń, nie odmawiamy sobie jednak wizyty w Ekskaliburze, najdziwniejszym
                                            sklepie wolnocłowym świata.
                                            Przez Wiedeń przeprawiamy się dzielnie , pokonanie Alp wbija nas w dumę i
                                            zachwyt i oto przy dźwiękach Marsza Toreadorów o godzinie 18.15 przekraczamy
                                            granicę włoską, której zresztą nie ma, wszak to Unia , jest tylko tabliczka ,
                                            że oto przybyłyśmy z ziemi polskiej do włoskiej.
                                            Rano wyruszamy wcześnie . Na tyle wcześnie, że możemy ulec
                                            pokusie „zawinięcia” do Florencji. Mimo gęstego tłumu, wszechobecnych
                                            sprzedawców pamiątek, Florencja jest zawsze ta sama, ciągle przypomina, że to
                                            przecież te same domy, te same ulice , którymi chodził Michał Anioł. Michał
                                            Anioł – moja kwintesencja sztuki. Mimo należnego szacunku, jaki oddaję
                                            współczesnej rzeźbie czy malarstwu, to Dawid, Pieta, Kaplica Sykstyńska
                                            sprawiają, że jednocześnie czuję się malutka i nieważna ale i wielka i
                                            wspaniała, jakby na mnie jakaś cząsteczka ich wielkości spływała, czyniąc
                                            mnie wspanialszą. Nie były dobre moje ostatnie miesiące i niesporo mi do
                                            radosnych uniesień. Ale pijąc capuccino na Piazza Duomo pomyślałam sobie, że
                                            tyle zła i nieszczęść tego świata przemija i minie a Florencja trwa i trwać
                                            będzie. To dobrze, że są takie miejsca na świecie, człowiek może poczuć się
                                            lepszy.
                                            Pora sobotniej sjesty pozwala nam wyjechać z miasta bez kłopotów i
                                            zanurzamy się w tylekroć opisywany toskański krajobraz. Tyle się naczytałyśmy
                                            reportaży, opowieści, opisów, że wydawało się, że nic już nam ta ziemia o
                                            sobie nie będzie miała do powiedzenia nowego. A jednak. Najpierw to niby
                                            tylko pagórkowaty krajobraz, jak nasze Beskidy. Ale oto na szczycie wzgórza
                                            przyklejone średniowieczne miasteczko z wysoką kościelna wieżą. A tam droga
                                            wysadzana na przemian wykrzyknikami cyprysów i parasolami pinii. I jeszcze
                                            plantacje oliwnych drzewek no i wszechobecne winnice. Wszak to kraina win. Co
                                            kawałek spotykać będziemy tabliczki „Strada di vino di Montecucco” albo „di
                                            Toscana”, albo „di Montepulciano”. Tu każde miasteczko ma swoje, tylko dla
                                            siebie charakterystyczne wino – a to vernaccia z San Giminiano, a to Vino
                                            Nobile z Montepulciano a to wreszcie brunello – ponoć najlepsze włoskie
                                            wino, którym słynie Monticiano.
                                            Ale wracajmy do podróży. Jesteśmy na miejscu. Prawie, bo oto przed nami
                                            jeszcze ostatni, ale jakże emocjonujący kilometr. Wąska, wyboista żwirowa
                                            dróżka pnie się stromo , równocześnie snując fantazyjne zakosy. Później
                                            nauczymy się ten tor przeszkód pokonywać, na razie budzi lekkie przerażenie.
                                            Za to domek jest miły – to właściwie część kamiennego, starego domu (na
                                            którymś kamieniu wyryto datę „18...”, na dole kuchenka, zaopatrzona we
                                            wszystko co trzeba, nawet maszynkę do wyciskania makaronu, stolik , nawet
                                            kominek, choć się w taką upalną pogodę nie przyda. Na górze sypialna i mała
                                            ale czyściutka i miła łazienka. Przed domem stolik i krzesełka. Będziemy tam
                                            jadać kolacje z widokiem na toskański zachód słońca, który ktoś zaliczył do
                                            najwspanialszych rzeczy, jakie są na świecie. Będzie nas tam odwiedzać
                                            prawdziwa menażeria – kocia rodzinka, która stopniowo rozrośnie się do
                                            czwórki , od rana głośnym miauczeniem dopominającej się śniadania, będzie
                                            zaglądać piesek sąsiadów, pojawi się nawet stadko owiec.

                                            Odcinek drugi:

                                            Niespokojne duchy oczywiście nie wytrzymują do jutra i po prysznicu i herbatce
                                            wyruszamy spenetrować okolicę. Miasteczko Grosetto Pascal
                                            nazwał „przygnębiającym”, ale jest tam parę miłych zakątków, starówka otoczona
                                            potężnym murem, placyk koło katedry. W księgarni dokonujemy naszego
                                            najcenniejszego zakupu – dokładna, wielka mapa Toskanii ze wszystkimi dróżkami,
                                            wioseczkami, bardzo nam się przyda. Słońce zachodzi, pora wracać.
                                            Ale to okazuje się wcale nie być takie proste. Z pewnością rasowego pilota
                                            pokazuję drogę : stąd przyjechałyśmy, skręć tu a potem w lewo...ale jest nakaz
                                            jazdy w prawo, po chwili jeździmy w kółko, tracąc już zupełnie orientację i
                                            kierunek, znajdujemy drogowskazy, które po chwili gubimy bo są znów jakieś
                                            nakazy i „senso unico”, w końcu niby jesteśmy za miastem, ale nieopacznie
                                            wjeżdżamy na autostradę. Słońce zaszło, zapada zmierzch, jesteśmy w obcym
                                            terenie a ja ciągle mam przed oczami te nasze 900 metrów ze wszystkimi
                                            podjazdami, wertepami i zawijasami. Zaczyna się robić niewesoło. W desperacji
                                            próbuję sobie pomóc tą nową mapą ale jest ogromna, więc rozkładam ją
                                            zasłaniając Hani dokładnie całą przednią szybę, w czasie jazdy, a jakże. W
                                            końcu znajdujemy zjazd z tej cholernej autostrady , wracamy do miasta, jakiś
                                            młodzieniec wreszcie pokazuje nam drogę. Jest !!! Wyjechałyśmy, ale do domu
                                            jeszcze dwadzieścia parę kilometrów. Hania dzielnie pokonuje podjazd w
                                            zupełnych już ciemnościach. Jesteśmy w domu! Teraz tylko duży kielich brandy
                                            kupionej przewidująco w Ekskaliburze jest w stanie przywrócić nam równowagę
                                            ducha.
                                            Jest absolutna cisza, słychać tylko granie cykad, nad nami nieprzeliczona ilość
                                            gwiazd i księżyc rogalik, w oddali widać migoczące światełka okien na
                                            sąsiednich wzgórzach. Spokój.

                                            Ranek niedzielny wstaje słoneczny, należy nam się odpoczynek, jedziemy na
                                            plażę. Jest piaszczysta a woda po tym rekordowym lecie jak w morzach
                                            tropikalnych. Żeby się na dobry początek nie spalić żywcem na słońcu ,
                                            schodzimy po trzech godzinach i wybieramy się na przejażdżkę po okolicznych
                                            miasteczkach z zamiarem zjedzenia obiadu. Tu jednak pierwsza nauka – sjesta
                                            rzecz święta, wszędzie cisza, restauracje otwierają się o dwudziestej. I tak
                                            już jest, będziemy więc głównie zdane na własny wikt, co nie znaczy, by się nam
                                            działa krzywda. Na szczęście zapobiegliwe gospodynie wzięły ze sobą trochę
                                            zapasów, przyrządzamy więc wcale smakowitą wieczerzę. I znów , jak każdego
                                            wieczoru koncert cykad. Są dwa dźwięki działające jak balsam na moją duszę, to
                                            szum morza i granie cykad.
                                            Zasypiamy spokojnie.

                                            Poniedziałek, nasze pierwsze większe zwiedzanie. Siena. Kojarzy się z
                                            barwnikiem - odcieniem żółci czy raczej jasnego brązu. Taki kolor mają tu
                                            wszystkie domy – fotografia miasta z lotu ptaka pokazuje raczej
                                            monochromatyczną kolorystykę miasta, właśnie w kolorze siena. Takiego koloru
                                            zresztą jest toskańska ziemia, w tym roku szczególnie znękana suszą, ale
                                            zorane po żniwach stoki mienią się odcieniami rudości, żółtego, podkreślone
                                            jeszcze promieniami zachodzącego słońca. Taka ciepła kolorystyka. I na tym tle
                                            winnice. Gaje oliwne i wszechobecne cyprysy.
                                            Ale wróćmy do Sieny. Na początek dość wyczynowe parkowanie – trzeba się na
                                            stromej ulicy wśliznąć w rząd samochodów a potem jeszcze wyrównać cofając pod
                                            górkę przy pomocy ręcznego hamulca. Cóż, jak człowiek musi, nauczy się
                                            wszystkiego.
                                            Zresztą na pewno warto, bo to co zobaczymy za chwilę warte jest pokonania
                                            każdej przeszkody.
                                            A więc najpierw Duomo. Większość toskańskich katedr ma ten styl – na przemian
                                            pasy białego, lekko zielonkawego i czarnego marmuru, rzeźby , figurki, smukłe
                                            kolumienki. Wszystko wygląda niezwykle lekko i finezyjnie. Różne to od naszego
                                            północnego, monumentalnego gotyku. Fasadę projektował Pisano – ojciec.
                                            Wewnątrz – mamy szczęśc
                                            • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:29
                                              Wewnątrz – mamy szczęście . Posadzka, składająca się z podobno
                                              siedemdziesięciu dwóch bogato zdobionych płyt z kolorowego marmuru jest
                                              podobno ukazywana tylko na kilka tygodni w sierpniu, a poza tym jest zakryta
                                              dechami w obawie przed zadeptaniem. Mamy tam boczny ołtarz z białego marmuru z
                                              rzeźbami młodego jeszcze Michała Anioła. Jest ogromna, wspaniała ambona dłuta
                                              Pisana – syna. Są jeszcze rzeźby Donatella, wspaniałe malowidła. Jesteśmy wszak
                                              w mieście, które przez wiele dziesiątków a nawet i setek lat skutecznie
                                              konkurowało z Florencją, niejednokrotnie zdobywając przewagę. Katedra miała
                                              szansę zostać drugą największą we Włoszech a więc i na świecie po Watykanie,
                                              gdyby powiodły się ambitne plany miejskich rajców. Niestety, a to morowa zaraza
                                              a to gospodarcza dekoniunktura sprawiły, że z nowej, ogromnej nawy zdążyła
                                              powstać i stoi po dziś dzień tylko jedna ściana.
                                              Napatrzywszy się do woli, idziemy na niezwykły sieneński plac, Campo. Montaigne
                                              nazwał go najpiękniejszym placem na świecie. Cóż, jest coś na rzeczy. Najpierw
                                              więc kształt – ma on kształt muszli, półokrągły, nachylony ku środkowi. Ten
                                              środek to Palazzo Publico, siedziba Rady Dziewięciu z 97 – metrową dzwonnicą.
                                              Po przeciwnej stronie fontanna z białego marmuru Jacoppo della Quercia. Stadko
                                              gołębi za nic ma sobie te wspaniałości i zażywa kąpieli w fontannie a jeden
                                              przysiadł na głowie jakiegoś groźnego zwierza, chyba wilka i spija strumyczek
                                              wody tryskający z jego pyska. I piękne, wytwornie powściągliwe w formie pałace
                                              wokół placu. Filiżanka capuccino z widokiem na Campo daje chwilę wytchnienia i
                                              ruszamy dalej. Przy końcu głównej handlowej ulicy Banchi di Sopra nie możemy
                                              pominąć ponoć najlepszej w Sienie lodziarni. Bagatelizując dostojeństwo
                                              jakiegoś sieneńskiego wielmoży, na stopniach jego pomnika liżemy pistacje i
                                              melony, które naprawdę smakują tak, jak się nazywają.
                                              I jeszcze San Domenico, dość surowy w formie kościół z czerwonej cegły. Jest
                                              tu trochę spokojniej, mniej tłoczno. Tuż za nim sanktuarium Katarzyny –
                                              miejscowej świętej. Gubimy się trochę w wąskich, krętych uliczkach. Miasto jest
                                              położone na kilku wzgórzach, co chwilę więc odsłania się coraz to nowy, z innej
                                              strony widok na wieże Duomo, Palazzo Publico. Zanim wrócimy do samochodu
                                              jeszcze jeden obowiązek – trzeba tu kupić cantuccini, maleńkie twarde
                                              ciasteczka z migdałami, jada się je maczane w winie – smakują pysznie. I drugi
                                              miejscowy przysmak – panforte. To ciasto, składające się głównie z bakalii,
                                              kandyzowanej skórki pomarańczowej, migdałów i orzechów. Pychotka. Sklepy ze
                                              słodyczami, winem i wszelakim „prodotti tipici” oczywiście co krok.. Kupujemy
                                              torebeczki - na wieczory z cykadami i na prezenty. Można by tu spacerować
                                              jeszcze długo, jest jeszcze wiele pięknych zakątków, chciałoby się zobaczyć
                                              Campo czy Duomo w blasku latarni, ale pora wracać na nasze Zielone Wzgórze.
                                              Nakładamy trochę drogi, by dotrzeć do San Galgano, niezwykłych ruin
                                              cysterskiego opactwa ale trochę gubimy drogę i wąskimi serpentynami wracamy do
                                              domu. Po drodze jeszcze pierwsze zakupy – żywność jest tu jednak znacznie
                                              droższa. Nie mogę pojąć, jak to jest, że winogrona tu kosztujące dwa euro, po
                                              przebyciu pół europy tanieją gwałtownie o połowę na polskim targu włoskie
                                              winogrona kupuję poniżej jednego euro. Ale kupujemy bakłażany, paprykę,
                                              cukinie, pomidory, cebulę, czosnek. No i oczywiście makarony i pierożki. Wszak
                                              postanowiłyśmy się same gospodarzyć. Nie zapominamy też o butelce wina. Miły
                                              dźwięk korka wysuwającego się z butelki będzie nam towarzyszył nieodłącznie.
                                              Jesteśmy w najbardziej winnym regionie Włoch, to zobowiązuje.

                                              Odcinek trzeci:

                                              Wtorek – rano targ w Cinigiano, sąsiedniej wiosce. Po wczesnym śniadaniu
                                              jedziemy, spodziewając się atrakcji podobnych jak w zeszłym roku w Acireale na
                                              Sycylii. Tam targ był wspaniały – wielki plac, a na nim mnóstwo straganów ze
                                              stosami pomidorów, cukinii, bakłażanów , wszelakich innych warzyw, pękami
                                              bazylii, oregano, rukoli i najrozmaitszych sałat i zielsk, sery, beczki
                                              oliwek, ogromne w całości wędzone a raczej tradycyjnymi metodami suszone
                                              szynki, salami, oczywiście mnóstwo śmiejących się kolorowych owoców. No i do
                                              tego przekrzykujący się przekupnie, weseli, przyjaźni, zapraszający do
                                              skosztowania i kupna ich wyrobów. To była prawdziwa frajda. Tu jednak spotyka
                                              nas srogie rozczarowanie. Cały targ to słownie trzy stragany. Jeden z owocami i
                                              warzywami – mój stały dostawca spaliłby się ze wstydu i nigdy by się nie
                                              pokazał na targu z takimi pomidorami. Winogrona też nie lepsze. Kupujemy parę
                                              pomidorów, trochę winogron, świeżą bazylię w maleńkich doniczkach (to nasz
                                              najlepszy zakup). Na sąsiednim straganie kupujemy kawałek ostrego, owczego sera
                                              z Pienzy (tam są ponoć najlepsze) i wracamy. Wyprawa się nie udała.
                                              Dzień się dopiero zaczął, więc zostawiamy w domu zakupy i wybieramy się do
                                              Massa Maritima. To niewielkie miasteczko, na wzgórzu jak wszystkie tutaj,
                                              średniowieczne, też jak wszystkie. Spokojne, z dala od głównych turystycznych
                                              szlaków. Jego największy rozkwit datuje się na XIII wiek, dzięki zyskom z
                                              górnictwa. Potem epidemia dżumy i malarii przetrzebiła ludność i miast już się
                                              nie podniosło do dawnej świetności. Przewodnik zachwala piękne i bogate wnętrze
                                              katedry, ale przychodzi nam zadowolić się podziwianiem fasady, bo drzwi
                                              zamknięte są na głucho. To niestety częsty tutejszy zwyczaj. Na ładnym
                                              trójkątnym placyku przed katedrą – Piazza Garibaldi, siadamy pod parasolami –
                                              pora na pizzę i spaghetti – jesteśmy wszak we Włoszech. Przynoszą nam ogromną,
                                              chrupiącą pizzę i michę spaghetti z zielonym sosem pesto, pachnącym świeżą
                                              bazylią i oliwą. Dzielimy się po połowie. Tak pokrzepione wdrapujemy się
                                              stromą Via Moncini do najstarszej, średniowiecznej części miasta ale skwar
                                              wczesnego popołudnia zniechęca nas do wspinania się na wieżę.
                                              Jest jeszcze na tyle wcześnie, że postanawiamy wybrać się jeszcze raz do San
                                              Galgano. Tym razem znajdujemy je bez trudu. I warto. Ruiny potężnego,
                                              gotyckiego opactwa na zupełnym pustkowiu , wyrastające wprost z pola
                                              słoneczników, to coś rzeczywiście niezwykłego. Mury stoją niemal nienaruszone,
                                              są delikatnie zdobione kapitele smukłych kolumienek. Ale nie ma dachu i okien.
                                              Nad głową, zamiast żebrowanych sklepień - błękitne niebo. To trochę takie
                                              uczucie jakby z tej zrujnowanej świątyni było bliżej do Boga. W jednym oknie
                                              tuż przy ziemi pozostały masywne kraty, a przez nie prześwituje sielski
                                              toskański krajobraz – słoneczniki, cyprys. Taki dziwny kontrast.
                                              Wracamy znaną już drogą, przez Roccastrada, średniowieczne (a jakże !)
                                              miasteczko - tuż nad ulicą wznosi się groźnie wyglądający, potężny mur,
                                              zdobny w kilka wież. Zatrzymujemy się, żeby przespacerować się mrocznymi
                                              uliczkami. Miasto nie ma centralnego rynku czy też piazza, tylko maleńkie
                                              placyki koło kościoła i przy końcu głównej ulicy. Widać, że wykorzystywano
                                              każdy skrawek miejsca, zabudowa jest niezwykle ciasna.
                                              I to jest właśnie frajda podróżowania samochodem – można zajrzeć do takich
                                              różnych zakamarków, których autokarowi turyści nigdy nie zobaczą, poznać kraj
                                              nie to że dokładnie, bo na to za mało, ale jednak zupełnie inaczej.
                                              Wieczorem – uczta. Przygotowuję wielką misę ratatoulie , posypuję świeżą
                                              bazylią i parmezanem , z czerwonym winem smakuje pysznie. Na deser słodki
                                              arbuz i winogrona. Prawdziwie śródziemnomorska kolacja. Jak to zwykle
                                              wieczorem, schodzą się nasze stołowniczki. Za pierwszą, najodważniejszą,
                                              przyszły następne, zwabione zapachem smakołyków, które zawsze tu spadają z
                                              pańskiego stołu
                                              Jutro wczesna pobudka, przed nami najważniejsza wypraw – Asyż. Byłam już tutaj
                                              wiele lat temu. I tu widać, jak różnie działa pamięć. Wiele widzianych miejsc
                                              ula
                                              • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:33
                                                Jutro wczesna pobudka, przed nami najważniejsza wypraw – Asyż. Byłam już tutaj
                                                wiele lat temu. I tu widać, jak różnie działa pamięć. Wiele widzianych miejsc
                                                ulatuje szybko, ale są takie, które zostają bodaj na zawsze. Ten Asyż
                                                pamiętałam, jakbym tu była wczoraj. A więc najpierw przedmieście, kiedyś osobne
                                                miasteczko – Santa Maria delli Angeli. Wielki, monumentalny, dość paskudny
                                                kościół a w nim, wewnątrz przycupnięta Porciunkula – maciupeńki kościółek,
                                                kapliczka właściwie, gdzie lubił modlić się i rozmyślać ten najbardziej
                                                Święty spośród świętych. I obok różany ogródek z taką ładna legendą, że róże
                                                straciły kolce, gdy rzucił się na nie chcąc odpędzić pokusę.
                                                Ruchome schody z parkingu wynoszą nas do stóp kościoła Świętej Klary, tej jego
                                                towarzyszki i żeńskiej naśladowniczki. To od niej wywodzą się klaryski.
                                                A potem już przez wiodące środkiem miasta uliczki, które trwają tak, jak
                                                wtedy, do Jego bazyliki. Pamiętam przerażenie, kiedy słuchałam o oglądałam
                                                relacje z wielkiego trzęsienia ziemi przed trzema laty. Bazylika była przecież
                                                wtedy bardzo zagrożona, w rezultacie ucierpiała niewiele, podobnie jak samo
                                                miasto.
                                                Bazylika na skraju miasta, tu schodzą się wiodące równolegle przez miasto
                                                ulice. Przed górnym kościołem rozległy trawnik, z daleka widać gładką,
                                                pozbawioną właściwie ozdób fasadę, tylko wielka rozeta nad portalem.
                                                W środku – ściany przyozdobione freskami Giotta. Spośród wszystkich,
                                                zapełniających całe ściany zapamiętałam jeden fragment – wzięłam go sobie do
                                                domu – kazanie do ptaków.
                                                W dolnym – zejście do krypty grobowej. Nie ma przeładowania dekoracjami, ale
                                                dla Niego – nazywanego wszak Biedaczyną to chyba jeszcze i tak zbyt bogato.
                                                Cóż, gdyby w kościele było więcej takich jak On, jakże inaczej wyglądałaby
                                                historia Kościoła a i historia świata.

                                                Odcinek czwarty :

                                                Czwartek – San Giminiano. Śmiejemy się z Hanią, że tu wszystko jest albo San
                                                albo Monte, już nam się trochę plączą te nazwy. San Giminiano nie bez
                                                przyczyny nazywane jest miastem wież. W niewielkim przecież miasteczku , (w
                                                szczytowym swoim okresie, przypadającym na XII – XIII wiek, liczyło 15 000
                                                mieszkańców, teraz o połowę mniej) żyli członkowie dwóch konkurujących ze sobą
                                                szlacheckich rodów – Ardingellich i Salvuccich. Zdobili wieżami swoje domy by
                                                były wspanialsze niż konkurentów. I tak powstały aż 72 wieże, teraz zostało ich
                                                14, co na niewielkiej przestrzeni wygląda i tak imponująco. Miasteczko jest
                                                pełne turystów, sklepików z winem, kupować należy oczywiście miejscową
                                                specjalność – vernaccię, z innymi specjałami, z kolorową miejscową ceramiką. To
                                                dzień moich urodzin, należy więc wydać przyjęcie i kupić sobie prezent.
                                                Przyjęcie jest wspaniałe – składa się z gigantycznego wafla napełnionego
                                                najlepszymi na świecie lodami. Wyrabia je signore Sergio, zdobywca mnóstwa
                                                nagród na krajowych i międzynarodowych konkursach. Są niebywałe – z szafranem,
                                                najznakomitszą czekoladą, pistacjami, nie pamiętam, czym jeszcze. Ale do końca
                                                pobytu już ani razu nie spróbowałam lodów, bo na pewno nie byłyby takie. I nie
                                                prędko spróbuję. No a prezent – dwa śliczne żółte dzbanuszki z wzorem gałązek
                                                czarnej oliwki , jeden do oliwy, drugi do octu. Hania od siebie dokłada
                                                miseczkę z takim samym wzorem. Wszędzie tu pełno najznakomitszej olio
                                                extravergine d’oliva. Smakuje nawet po prostu pokropiona na kromkę świeżego
                                                chleba z odrobiną soli.
                                                Miasto, oprócz tych wież nie ma właściwie innych znakomitych atrakcji, ale po
                                                prostu potrafiło się sprzedać. Ludzi są tłumy, w niezliczonych sklepikach ruch,
                                                wesoło i kolorowo.
                                                Zupełnie inny nastrój w pobliskiej Volterze.
                                                To zaledwie dwadzieścia parę kilometrów, ten sam krajobraz wokół, ta sama
                                                epoka, podobna uroda. A jednak inaczej. Dociera tu znacznie mniej turystów,
                                                mniej więc sklepików, mniej knajpek. A przecież miasto ma historię z czasów
                                                jeszcze etruskich się datującą i wiele z tego czasu zachowanych śladów.
                                                Palazzo del Priori, najstarszy toskański ratusz był prawdopodobnie wzorcem dla
                                                florenckiego Palazzo Vecchio .Niestety fasada jest zasłonięta z racji remontu,
                                                wierzymy więc Pascalowi na słowo w opisie jego urody. Jest i romańska
                                                katedra z nieodzownym baptysterium. Przez swój spokój miasto jest
                                                jakby „prawdziwsze”, lepiej jakoś można wczuć się w tę średniowieczną urodę.

                                                Wieczorem wypijamy toast za moje zdrowie vernaccią a potem jeszcze otwieramy
                                                butelkę vin santo, słodkiego wina w którym należy maczać kupione w Sienie
                                                cantuccini.
                                                Wieczorem zrywa się wiatr. Szybko potężnieje w wichurę, nie tylko nie daje nam
                                                spać w nocy, zawodząc w gałęziach i trzaskając drzwiami ale i zatrzymuje nas
                                                na cały piątkowy dzień w domu. Obawiamy się łamiących się gałęzi drzew na
                                                drodze a poza tym wędrowanie w taką wichurę to żadna przyjemność. Wiatr jest
                                                ciepły, ale nieprawdopodobnie silny. Dopiero wieczorem dowiemy się z tv, że na
                                                północy, w Lombardii były nie tylko wichury ale i potężne ulewy a nawet
                                                gradobicie. Grad doprawdy wielkości jaja wybijał szyby w oknach i samochodach.
                                                To gwałtowne załamanie pogody po tych rekordowych upałach lata. I po tych
                                                ulewach zacznie się już jesień. Pogoda się poprawi, ale nie będzie już takiego
                                                skwaru, wieczory będą wyraźnie chłodniejsze. W ostatnich dniach trzeba
                                                wieczorem wciągnąć bluzę a którejś nocy nawet w nocy przyda się kocyk.
                                                Leniuchujemy więc na całego. Taki dzień odpoczynku akurat na półmetku bardzo
                                                nam się zresztą przyda. Książki, drzemki, trochę pogawędki. Pojadamy owoce,
                                                popijamy winko. Na obiad oczywiście makaron z aromatycznym sosem pomidorowym,
                                                dodałam do niego sporo czosnku, świeżej bazylii i maciupeńki strączek
                                                pepperoncino – to takie centymetrowe chyba strączki piekielnie ostre.. popijane
                                                zimnym białym winkiem – bajka. Pod wieczór wiatr się ucisza, w nocy jest
                                                już spokojnie.



                                                • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:35
                                                  Odcinek piąty :

                                                  Po dniu odpoczynku wstępuje w nas nowy duch, więc program soboty jest
                                                  wypełniony. Po drodze zatrzymujemy się, jest niezwykle długi kawałek prostej
                                                  drogi, chyba całe 500 metrów, bo drogi tutejsze składają się głównie z
                                                  zakrętów. Miejsce jest tak wyjątkowo malownicze, że zwalniam i zjeżdżam na
                                                  pobocze. To właściwie kwintesencja całego piękna, jakie ma do zaoferowania
                                                  Toskania. Tuż obok drogi winnica – robię „portret” ogromnej kiści czarnych
                                                  winogron prześwitującej przez nasłonecznione liście. Za winnicą na łagodnym
                                                  wzgórzu plantacja drzewek oliwkowych, posadzonych w równiutkich rządkach,
                                                  tworzą taką regularną kratkę. Na szczycie wzgórza kamienne , stare domostwo,
                                                  farma ocieniona rzędem smukłych cyprysów. Jedziemy dalej, bo dziś bogaty
                                                  program. Mijamy Monticiano, wrócimy tam w powrotnej drodze. Nasz pierwszy dziś
                                                  przystanek to Pienza. Dość niezwykłe miasteczko. Pochodził stamtąd papież Pius
                                                  II , postanowił przebudować swą rodzinną wioskę i stworzyć „miasto idealne”. Te
                                                  ambitne plany zniweczyła śmierć papieża, ale i tak zdążył pobudować znamienitą
                                                  jak na tak niewielkie miasteczko katedrę z rzędem smukłych kolumn z białego i
                                                  czarnego marmuru, naprzeciwko ratusz wzorowany na florenckiej Signorii. Jest
                                                  tam jeszcze kilka pięknych, renesansowych pałaców i kościołów, wszystko
                                                  skupione na niewielkiej powierzchni. Miasteczko nigdy się nie rozrosło i
                                                  wspaniałość budowli jest dziwnym kontrastem do jego wielkości a raczej małości.
                                                  Ale nie tylko z urody słynie Pienza. To miasto serów. Na okolicznych wzgórzach
                                                  pasą się owce i stąd pochodzi najsławniejsze peccorino, czyli ostry, dość
                                                  twardy ser o niezwykle intensywnym aromacie. Cieniutko krojony, jest znakomitym
                                                  dodatkiem do wina, zwłaszcza z kontrapunktem słodkich winogron.
                                                  Całe miasto można przejść w dziesięć minut więc nie zabawiamy tu długo i
                                                  oczywiście zaopatrzone w zapas serów ruszamy do Montepulciano. Montepulciano to
                                                  kolejna stolica winnego regionu. Tym razem jednak stolica istnieje. Kiedy
                                                  bowiem usiłowałyśmy znaleźć inną stolicę, Montecucco, efekt był dość dziwny. W
                                                  okolicy naszej rezydencji wszędzie napotykałyśmy tabliczki Strada di vino di
                                                  Montecucco. Dowiedziałyśmy się, że marka Montecucco należy do bardziej
                                                  cenionych wśród winiarzy. Kiedy jednak wybrałyśmy się tam, okazało się,
                                                  że...tego Montecucco wcale nie ma. Tam gdzie widniało na mapie i dokąd
                                                  prowadziły drogowskazy były przy niezwykle wąskiej i krętej drodze ze dwa
                                                  gospodarstwa, kilometry winnic i tyle.
                                                  Ale Montepulciano to całkiem słuszne miasto. Leży wysoko, na wysokości 600 m.,
                                                  jego oś stanowi Corso, długa, centalna ulica. Zaczyna się właściwie tuż przy
                                                  głównej miejskiej bramie i wzdłuż niej są wszystkie właściwie atrakcje miasta.
                                                  A więc kościół San Agostino, renesansowa loggia i nieco w głębi prawdziwa
                                                  perełeczka – kościółek Santa Lucia, maleńki, ale pięknie zdobiony z cenną
                                                  Madonną o niezwykle pięknej, subtelnej twarzy.. Corso doprowadza nas do
                                                  rozległego placu. Jest tam, a jakże Palazzo Comunale, niestety też w remoncie,
                                                  kilka pięknych, renesansowych pałaców. Katedra jest ciekawa w środku, ale ma do
                                                  dziś niewykończoną fasadę, jej budowniczowie nie zdążyli dokończyć a potem –
                                                  pewnie się nikomu nie chciało. Wracamy trochę inną drogą i napotykamy
                                                  kościółek San Francisco. Kościółek niczym się nie wyróżnia, za to z placyku
                                                  przed nim roztacza się znów widok bajeczny. A więc znów cyprysy, jakieś
                                                  oddalone palazzo, te krajobrazy można podziwiać ciągle na nowo, każdy jest inny
                                                  choć niby tak podobne.
                                                  Przed opuszczeniem miasta dopełniamy jeszcze obowiązku kupienia Vino Nobile –
                                                  to bardzo sławne tutejsze wino , białe, wytrawne, niezwykle szlachetne, jak
                                                  zresztą wskazuje nazwa. A także cena. Ale to jeszcze nie jest nasz dzisiejszy
                                                  rekord.
                                                  Z mapy wynika, że jesteśmy blisko Bagno Vignoni – to takie datujące się jeszcze
                                                  z czasów rzymskich sanatorium. Główny plac miasta jest wielkim basenem, gdzie
                                                  biją siarkowe źródła a na kuracje przyjeżdżali tu Medyceusze, papież Pius II
                                                  (ten z Pienzy) i inni możni tego świata, od wieków po dziś dzień.
                                                  Mamy dziś dzień odwiedzania ciekawych zakątków. Boczna, oczywiście kręta droga
                                                  prowadzi do Monte Olivietto Maggiore – najwspanialszego klasztoru Toskanii.
                                                  Miejsce jest doprawdy niezwykłe. Otoczone gęsto podszytym sosnowym lasem,
                                                  tchnie atmosferą spokoju i zadumy. Do samych budynków klasztornych idzie się
                                                  kilkaset metrów tą leśną dróżką, jakby oddalając się od zewnętrznego świata. I
                                                  oto jest, wyłania się zza zakrętu ścieżki. Czerwonawo miodowa cegła, prosta
                                                  forma, żadnych ozdób na zewnątrz, potęgują to uczucie spokoju. Wewnątrz
                                                  krużganek przyozdobiony malowidłami obrazującymi życie Św. Benedykta,
                                                  założyciela klasztoru i jego towarzyszy. Był szlachcicem, kiedy został
                                                  oślepiony , schronił się w tym miejscu , najpierw z dwoma towarzyszami, potem
                                                  przybyło ich więcej i taki był początek klasztoru i zakonu olivietan czyli
                                                  benedyktynów białych. To jest miejsce, które opuszcza się niechętnie. Chciałoby
                                                  się tu zostać choć parę dni i może nabrać dystansu do spraw tego świata –
                                                  pewnie wiele z nich nagle zyskałoby zupełnie inny wymiar i rangę , te
                                                  niezwykle ważne może by zmalały a całkiem inne nagle się odnalazły.
                                                  Ale to tylko taka chwila , jeszcze tylko rzut oka na półki pełne rozmaitych
                                                  nalewek, mieszanek ziół, leków przez braciszków narządzonych wedle receptur
                                                  starodawnych i pora wracać do rzeczywistości. Wszak czeka nas dziś jeszcze
                                                  Monticiano, słynące przede wszystkim z najlepszego ponoć włoskiego wina
                                                  brunello. Spacerujemy chwilę, miasto jest też niewielkie, nieco podobne do
                                                  Montepulciano, ale mniejsze nieco i znacznie spokojniejsze. Zagląda tu niewielu
                                                  przybyszów, tylko tacy jak my najwytrwalsi szperacze. Brunello kupujemy nie w
                                                  sklepie oferującym rozmaite turystyczne atrakcje, jakich tu wiele (wszystkie
                                                  oferują specjale makarony, miody, suszone grzybki, suszone pomidory, oliwę,
                                                  także oliwę aromatyzowaną na różne sposoby – nie mogę sobie odmówić
                                                  aromatyzowanej truflami, prosciutto – suszoną szynkę krojoną w pergaminowe
                                                  plasterki z całej ogromnej nogi, cantucci i inne lokalne smakołyki). Takiego
                                                  zakupu należy dokonać u fachowców , idziemy więc do sklepu firmowanego przez
                                                  pobliską fattorię. Na prostych stołach i półkach stoją rzędy butelek, niektóre
                                                  w cenach zapierających dech w piersi. Wyłożony jest wykaz roczników z
                                                  oznaczeniem od * do *****, wedle tego jak były bądź nie udane dla winiarzy.
                                                  Udaje nam się kupić rocznik oznaczony *****, wprawdzie nie riserva, na nią nas
                                                  naprawdę nie stać, zamykamy oczy i płacimy kartą, żeby mniej bolało. Będzie na
                                                  jakąś szczególną okazję. Jeszcze butelka oliwy no i butelka vino de la tavola
                                                  (za skromną cenę, ale okazuje się być naprawdę dobre) na dziś wieczór i
                                                  możemy zmierzać do samochodu i dzień uznać za udany. Wracamy naszą malowniczą
                                                  drogą i znów zasiadamy na naszym wzgórzu. Zachody słońca nad tymi wzgórzami
                                                  są tak malownicze, że aż wydają się nieprawdziwe. I codziennie inne.

                                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 14:39
                                                    Odcinek szósty :

                                                    Niedziela – dzień odpoczynku. Jedziemy na plażę. W to samo miejsce. Jest co
                                                    prawda trochę dalej, ale bliżej miasta plaża ponoć jest brudna i zatłoczona, o
                                                    czym dowiadujemy się od spotkanej na plaży mieszkającej tu Polki. Niestety
                                                    dziś nad morzem prawdziwy sztorm. Słońce świeci pięknie ale morze jest tak
                                                    wzburzone, że o kąpieli właściwie nie ma mowy, można się tylko potaplać przy
                                                    samym brzegu, bacząc, by fala nóg nie podcięła znienacka. Wylegujemy się parę
                                                    godzin, więc dziś dzień właściwie bez zdarzeń.
                                                    Poniedziałek – ostatnia wyprawa. Piza. Jedziemy drogą szybkiego ruchu, koło
                                                    Livorno krzyżuje się i rozgałęzia kilka dróg, oznakowania są kiepskie i
                                                    niejednoznaczne więc najpierw wydaje nam się, że pogubiłyśmy drogę ale potem
                                                    okazuje się, że tak właśnie nasza droga prowadzi. W nagrodę , gdy droga zbliża
                                                    się do samego nadbrzeża, dostajemy widok wysokiej fali rozbijającej się o
                                                    malownicze skały, wzbijając wielką biała fontannę. Wszystkie samochody
                                                    zwalniają w tym miejscu, żeby się napatrzeć. W samej Pizie krążymy trochę po
                                                    mieście, bo dojazd do centrum jest wyjątkowo źle oznakowany, znaki są, potem
                                                    się gubią. Kiedy wreszcie postanawiamy zaparkować w bocznej ulicy i rozpytać o
                                                    drogę, okazuje się, że Krzywą Wieżę mamy tuż za plecami, o sto metrów. Ale
                                                    zanim ku niej pójdziemy, szukam , kto rozmieni mi drobne na automat parkingowy
                                                    i trafiam do piekarni. Jest tu tyle rozmaitych chlebków, małych ale i wielki
                                                    bochen, chyba metrowej długości, sprzedawany po kawałku, bułki, placuszki,
                                                    najlepiej kupiłabym wszystko. Ale kupuję tylko kawałek chleba do domu , dwie
                                                    bułeczki do zjedzenia natychmiast i dwie a do nich parę plastrów świeżutkiego,
                                                    pachnącego prosciutto toscana. To będzie nasz lunch. A teraz już Wieża. Jest
                                                    krzywa w rzeczy samej. Kilka razy próbowali ją prostować lub choćby nie
                                                    dopuścić do dalszego skrzywienia, ale za każdym razem kończyło się to dalszym,
                                                    gwałtownym zwiększeniem przechyłu. Tym razem znaleziono podobno wreszcie
                                                    skuteczną metodę, jakieś dociążanie fundamentów ołowiem. W każdym razie po
                                                    kilku latach przerwy można już na nią wchodzić. Cena biletu za wejście jest
                                                    rekordowa, 15 euro, ale nie dziwota, te prace przy utrzymaniu wieży kosztują
                                                    niewyobrażalny majątek. Więc niech kosztuje. Ale my nie wchodzimy. Wchodzimy za
                                                    to do katedry, gdzie napotykamy kolejną już ambonę Pisana, cóż, chyba tak
                                                    rozumiał swoje dziejowe posłannictwo. Ambona zresztą też jest wielkiej urody.
                                                    Baptysterium za to bardzo skromne wewnątrz, choć i tu a jakże, ambona, nieco
                                                    mniejsza, tym razem Pisana syna. Trzeba jeszcze zajrzeć do Campo Santo ,
                                                    opisywanego jako najpiękniejszy cmentarz na świecie. Pojęcie cmentarz , a w
                                                    każdym razie to co nam się z tym słowem kojarzy niekoniecznie odpowiada temu,
                                                    co znajdujemy wewnątrz. Od zewnątrz bowiem widać tylko mur, gładki, niemal bez
                                                    ozdób, tylko dwa wejścia. Okazuje się, że wewnątrz jest to krużganek otaczający
                                                    niewielki, trawiasty placyk. I w tym krużganku grobowce - z rzeźbami
                                                    figuralnymi, inne w postaci płaskorzeźb, jeszcze inne to po prostu płyty w
                                                    posadzce. Ze zdziwieniem znajdujemy płyty datowane bardzo niedawno, ze dwa lata
                                                    temu. Z tego wynika, że miejsce to służy pewnie jako coś w rodzaju Alei
                                                    Zasłużonych. Wiele rzeźb jest podniszczonych ale dzieje się sporo prac
                                                    konserwatorskich. W każdym razie jest tu naprawdę pięknie, nagromadzenie
                                                    pięknych postaci zaklętych w biały marmur, z różnych epok i stylów , to
                                                    odizolowanie murem od zewnętrznego świata, spokój pustego placyku wewnątrz daje
                                                    taką chwilę zatrzymania myśli.
                                                    Ale wracamy już na gwarny dziedziniec, długi rząd kramów z cudeńkami, mnóstwo
                                                    wycieczek, długa kolejka do najlepszego miejsca, w którym można sobie zrobić
                                                    obowiązkowe zdjęcie pod wieżą, albo też w pozie podtrzymującej wieżę rękami.
                                                    Tłum i gwar każą szybko stamtąd uciekać. Tuż za rogiem , gdzie zaczyna się
                                                    uliczka prowadząca do Piazza Cavalieri, centrum średniowiecznej Pizy jest już
                                                    spokojnie. Tam nie docierają wycieczkowi turyści, oni dostają tylko pół
                                                    godziny, które wolą spędzić buszując po kramach. I dobrze, bo placyk jest
                                                    piękny, ma półkolisty kształt, w pałacu Medyceuszów jest teraz szkoła,
                                                    nieduży kościołek i miejska wieża zegarowa.
                                                    Czasu mamy jeszcze sporo, wiec zdążymy jeszcze pojechać do Lukki, to tylko
                                                    dwadzieścia parę kilometrów .
                                                    A na pewno warto. Mniej okrzyczana w przewodnikach, nie umieszczana w planach
                                                    wycieczek „Włochy klasyczne”. I dzięki Bogu. Bo urodę ma nie mniejszą niż te
                                                    często nawiedzane, ale, jak to już było na przykład porównując San Giminiano i
                                                    Volterę, spokój i cisza, choć nie pustka, pozwalają tę urodę chłonąć zupełnie
                                                    inaczej, nawiązać z nią kontakt bliższy, bardziej bezpośredni. Po prostu krąży
                                                    się po uliczkach, właściwie bez określonego celu, choć jest parę miejsc, które
                                                    chcemy znaleźć. Najpierw trafiamy do katedry. Charakterystyczna dla Toskanii
                                                    fasada z rzędami arkad i kolumienek, wygląda leciutko i wdzięcznie. Fasada
                                                    jest asymetryczna, bo inaczej nie zmieściła by się dzwonnica. Wewnątrz piękny
                                                    marmurowy grobowiec pięknej młodej patrycjuszki, ze zwiniętym u jej stóp małym
                                                    pieskiem, rzeźbiony przez Jacoppo della Quercia. Jest też Koronacja Madonny,
                                                    piękny obraz Girlandaja. Ale najpiękniejszy jest kościół San Michele in Foro.
                                                    Wzniesiono wspaniała fasadę, lekką i pięknie dekorowaną, ale fasada sięga
                                                    wyżej, niż ściany głównej, nawy, bo na dalszą budowę zabrakło pieniędzy. Dość
                                                    często w nieustannych waśniach i rywalizacji miast – państw charakterystycznych
                                                    dla włoskiej historii bywało tak, że miasto zyskiwało splendor i bogactwa a
                                                    potem było pokonywane przez inne i podupadało, albo też upadek powodowała
                                                    epidemia jakiej zarazy i tak zostawały budowle, których już potem nikt nie miał
                                                    środków albo ochoty dokończyć.
                                                    Zaglądamy jeszcze na Piazza Anfiteatro, ładny, urokliwy placyk w kształcie
                                                    koła. Pierwszy raz nie mamy planu miasta, nie ma go w przewodniku, nie
                                                    znalazłyśmy też biura informacji turystycznej, które tu działają znakomicie.
                                                    Więc zupełnie nie wiemy, gdzie jesteśmy. Ale wolnym spacerkiem odnajdujemy
                                                    drogę do katedry, a stamtąd już do naszej lagunki parę kroków.
                                                    Wtorek – trzeba odpocząć przed podróżą, zresztą nasz program wykonałyśmy z
                                                    naddatkiem Więc już tylko krótka przejażdżka po okolicy , resztę dnia spędzamy
                                                    na leżaczkach koło domu z książką. Wieczorem pora zacząć się pakować.
                                                    W środę ostatnie plażowanie. Najwspanialsze, morze spokojne, niebo bezchmurne,
                                                    leciutka bryza łagodzi upał. Oj, jak się nie chce wyjeżdżać !
                                                    Ale niestety pora wracać. Ostatni wieczór jak zwykle pogodny i spokojny.
                                                    Przed szóstą jesteśmy na nogach, nasz gospodarz przyjeżdża po klucze i o
                                                    siódmej ruszamy.
                                                    Tym razem nie zatrzymujemy się nigdzie, tylko jeszcze ostatnie capuccino w
                                                    przydrożnym barze. Jeszcze bajeczny widok, kiedy znajdujemy się u podnóża Alp i
                                                    zanurzamy się w nie stopniowo. Potem zielone pagórki Styrii, jak z reklamy
                                                    czekolady Milka.
                                                    Wiedeń pokonujemy wolniutko , bo korki, ale bez problemów. Jeszcze
                                                    kilkadziesiąt kilometrów i jesteśmy w Czechach. Hotel pozostawia nieco do
                                                    życzenia, ale za to pstrąg z rusztu na kolację chrupiący, świeżutki i pyszny.
                                                    Rano znów wcześnie w samochodzie, Czechy to już nieco gorsze drogi ale po
                                                    czterech godzinach jesteśmy w kraju.
                                                    Zajeżdżamy na obiadek do naszej ulubionej Wiejskiej Chaty, gdzie fundujemy
                                                    sobie rozliczne atrakcje, od pysznego barszczyku, poprzez pyszną cielęcinkę,
                                                    placuszek z jabłkami i na koniec nie możemy sobie odmówić domowego jabłecznego
                                                    kisielku z gęsta wiejską śmietaną.
                                                    Wszystkie porcje bierzemy na pół ale i tak ledwie dychamy.

                                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 15:12
                                                    Autor: hancza47 Data: 21.02.2005 21:30

                                                    EGIPT

                                                    Barwy rafy koralowej, zapach mango i smak soku z limony czyli ja i Egipt...

                                                    O północy wyjeżdżamy z Bydgoszczy. Wszyscy się znamy, więc żądni wrażeń
                                                    plotkujemy, żartujemy, pijemy za młodość, przyjaźń i przygodę. Na lotnisku, w
                                                    sklepie wolnocłowym, pod zdziwionym spojrzeniem Japończyka kupującego
                                                    czekoladki, pakujemy z Jolą do koszyka wódkę i butelkę Martini. Lekarstwo dla
                                                    ciała i duszy oszczędzałyśmy do ostatniego dnia wycieczki. Z okien samolotu po
                                                    bezkresie Morza Śródziemnego majaczą pustynne obszary Afryki. Są też piramidy w
                                                    Gizie!Wyjście z samolotu wspominam jak otwarty piekarnik. Przeskakujemy
                                                    temperaturę od +8 do +30 stopni Celsjusza. Na lotnisku pierwsze zderzenie z
                                                    innym światem. Rozpychając się łokciami w tłumie Rosjan, Ukraińców i Francuzów
                                                    kupuję wizę i stoję w koszmarnej kolejce do odprawy paszportowej. Wielką ulgę
                                                    odczuwam też po odnalezieniu bagażu i przebrana w letni strój wsiadam do
                                                    autokaru. Drugi szok w spotkaniu z inną rzeczywistością – podziwiamy dworzec
                                                    autobusowy w Hurghadzie. Początek Ramadanu oznacza liczne podróże. Arabowie
                                                    tłumnie odwiedzają rodzinę, podróżują do Mekki. Tutaj nikomu nie przeszkadza
                                                    brud. W oczekiwaniu na autokary śpią na ziemi lub na szczątkach materaców,
                                                    wśród porozrzucanych resztek żywności, pustych opakowań, w zapachu zgnilizny i
                                                    moczu. Nie korzystam z toalety, dopiero później oswajam się z tym innym
                                                    światem. ( brak wody ! wszak jesteśmy na pustyni ! ).Nasz autokar w uformowanym
                                                    konwoju policyjnym sunie na południe, do Asuanu. Mam trudny dzień. Zmęczona
                                                    podróżą, walcząc z sennością podziwiam krajobrazy górzyste, pustynne. Niestety
                                                    muszę zrezygnować z wyjazdu do Abu Simble, nie wytrzymam kondycyjnie następnej
                                                    nocnej wyprawy. O zachodzie słońca ... ciekawostka kultury islamu. Zaczyna się
                                                    Ramadan. Ludzie na ulicach cieszą się, dzielą żywnością i napojami. ( w czasie
                                                    ramadanu muzułmanom wolno jeść i pić dopiero po zachodzie słońca ). Podają
                                                    chleb i butelkę z wodą naszemu kierowcy ( oj,, na imię ma Osama!?). Ten cieszy
                                                    się klaszcze w dłonie, śpiewa: „ramadan, o ramadan...”. Kolację w naszym
                                                    hotelu spożywam z pewną nieśmiałością. Staram się nie patrzeć na obrusy,
                                                    sztućce, talerze, ręce i ubrania kelnerów ( potem, to zobojętnieje ). Po
                                                    posiłku dosłownie biegniemy do pokoju aby przy szumie klimatyzatora ( jednak go
                                                    nie wyłączymy ), profilaktycznie, tabletki na przypadłości żołądkowe popić
                                                    czystą wódką! Może nie dotknie nas „klątwa faraona”.Zęby oczywiście czyścimy
                                                    tylko wodą mineralną. Zasypiam a w pamięci mam gonitwę obrazów z tego co
                                                    przeżyłam.17.10.2004. Asuan to najbardziej południowe i najbardziej afrykańskie
                                                    miasto, które widziałam (tak tu blisko do Zwrotnika Raka ). To dopiero jest
                                                    atmosfera. Gwar ulicy z dominującym dźwiękiem klaksonów. Wszak tu zawsze
                                                    samochody „polują” na pieszych. Wezwania muezzinów do modlitwy. Arabowie w
                                                    galabijach modlą się na ulicy, nachalnie wciągają do sklepów, jadą na
                                                    osiołkach. Ulica, a zwłaszcza targ, kuszą, czarują, a nawet jej specyficzny
                                                    zapach traktuję jako stały element krajobrazu. Uczymy się trudnej dla
                                                    Europejczyków sztuki targowania cen. To dopiero emocje i frajda. Prześcigamy
                                                    się między sobą jak w sporcie, jednak małemu obdartemu chłopcu przepłacam cenę
                                                    limonek i wody mineralnej.Wizyta w kościele Koptyjskim musi zastąpić niedzielną
                                                    mszę. Feluka uskrzydlona wiatrem niesie nas po Nilu, jest jak w bajce z tysiąca
                                                    i jednej nocy. Po południu jedziemy podziwiać tamę asuańską- gigantyczne
                                                    wspomnienie przyjaźni egipsko-radzieckiej. Widoki piękne. Jezioro Nasera w
                                                    swych tajemnych głębiach skrywa żyjące na wolności krokodyle ( nie ma ich już w
                                                    Nilu ). Świątynia na File - nostalgia za ostatnią świątynią Izydy. Największy
                                                    po Abu-Simble nubijski chram Kalabsza- refleksja nad krzywdą uczynioną
                                                    Nubijczykom, którym budowa tamy odebrała domy.Podziwiamy też kunszt
                                                    starożytnych budowniczych w kamieniołomie. Ślady ich mrówczej pracy przy użyciu
                                                    twardego kamienia diorytu i drewnianych klinów. Pozostał tu niedokończony,
                                                    pęknięty obelisk, nie wiem dla którego z władców...Miasto ożywa nocą. Piękne
                                                    kobiety, nie wszystkie z zakrytą twarzą, spacerują po ulicy z ślicznymi,
                                                    czystymi dzieciakami (przyrost naturalny wynosi tu około 1 mln rocznie!)Widok
                                                    podświetlonych grobowców starożytnych dygnitarzy na wyspie Elefantyna
                                                    towarzyszy naszemu nocnemu spacerowi wzdłuż Nilu. W kawiarence ulicznej wypijam
                                                    z wielką przyjemnością szklankę zimnego soku z limony, niezapomniany smak w
                                                    niezapomnianej atmosferze – poezja smaku!Po raz pierwszy palę też sziszę i już
                                                    wiem, że lubię delikatny tytoń o zapachu i smaku jabłkowym –wiem, że jeszcze
                                                    nie raz podczas pobytu w Egipcie powtórzę tę frajdę. Atrakcja możliwa jest
                                                    przecież tylko w tym klimacie. Upał lżejszy, lecz nadal gorąco. 18.10.2004. W
                                                    rześki poranek sprawni bagażowi znoszą nasze walizki do autokaru. Trochę z
                                                    niepokojem obserwuję naszych ochroniarzy. Nic się nie dzieje, ale są
                                                    uzbrojeni „po zęby” i pilnie strzegą nas, turystów, chyba jednak mają swoje
                                                    powody. Ukradkiem fotografuję strażników w kuloodpornych kamizelkach, na
                                                    wielbłądach i przy posterunkach.Zwiedzamy świątynię Kom Ombo. Poświęcona jest
                                                    złemu Sethowi i dobremu Horusowi. Wśród reliefów bliskie nam obrazki narzędzi
                                                    chirurgicznych, dowód na wielką wiedzę medyczną sprzed 3 tysięcy lat ! – być
                                                    może takimi samymi posługiwał się Egipcjanin Sinuhe - bohater jednej z moich
                                                    ulubionych książek ? W Edfu zaś podziwiamy świątynię ku czci wszechpotężnego
                                                    boga Sokoła- Horusa, uosobienia czujności. Wszystko to jednak jest przedsmakiem
                                                    zapierającego dech w piersiach Karnaku z jego aleją sfinksów o głowie barana,
                                                    monumentalną kolumnadą, majestatycznym kolosem Ramzesa II, obeliskiem
                                                    Hatszepsut, świętym jeziorem... Wszak to świątynia koronacyjna faraonów. Muskam
                                                    dłonią monumenty próbując „rozmawiać z kamieniem” i na moment zapominam o żarze
                                                    lejącym się z nieba. Wieczór w Luksorze. Jeszcze pod wrażeniem dnia, z tarasu
                                                    na dachu hotelu, owiewana ciepłym wiatrem patrzę na oświetlone nabrzeże Nilu,
                                                    zarysy świątyni. Na wieczornym spacerze nasz kolega Karol przedstawia Arabom 7
                                                    towarzyszących mu kobiet jako swoje siostry i żony ( a mama??).„Klątwa faraona”
                                                    jeszcze mnie nie dotknęła - regularnie stosowane lekarstwo ?!19.10.2004.
                                                    Wcześnie rano wyjeżdżamy do Doliny Królów. Po drodze podziwiamy Kolosy Memnona –
                                                    pozostałości po światyni Amenhotepa III, naprawione już nie śpiewają, ale
                                                    legenda pozostała. Wraz z tłumem turystów depczemy po ziemi grobów królewskich.
                                                    Upał dokucza nawet Włochom i Hiszpanom. Grobowce okradli już starożytni
                                                    rabusie, pozostałe, złożone tu kiedyś skarby zobaczymy w muzeum w Kairze. Barwy
                                                    kolorowych reliefów przetrwały tysiące lat, jest co podziwiać. Świątynia
                                                    Hatszepsut zlokalizowana jest na pustynnym odsłoniętym miejscu. Dopiero tu
                                                    rozumiem co to upał. W dali widzę maleńkie figurki pracujących archeologów - to
                                                    przecież polska ekipa. Oglądam świątynię Hator i Anubisa odczytując z reliefów
                                                    treści pozostawione nam przez ludzi żyjących 3 tysiące lat temu.Po powrocie do
                                                    hotelu biorę szybką kąpiel i wyruszam na przejażdżkę wielbłądem ( pięknym
                                                    zwierzęciem o długich rzęsach i smutnym spojrzeniu ). Z jego grzbietu podziwiam
                                                    panoramę zielonych obszarów rolniczych, w tym kraju są one tylko w okolicach
                                                    Nilu. Zwiedzam też wyspę bananową... robię zdjęcia bananowcom, zbiegającym się
                                                    dzieciakom rozdaję cukierki. Na dachu hotelu jeszcze patrzę na zachód słońca
                                                    nad Nilem...Za chwilę z minaretów zawołają na modlitwę, a radosne wystrzały z
                                                    petard ogłoszą muzułmanom ... ramadan...ramadan.Wieczorem w atmosferze
                                                    tajemniczości, wśród świateł ustawionych przez człowieka, przy odgłosach
                                                    modlitwy z meczetu ( wybudowanego na ruinach ), zwiedzamy świątynię w Luksor
                                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 15:21
                                                    Wieczorem w atmosferze tajemniczości, wśród świateł ustawionych przez
                                                    człowieka, przy odgłosach modlitwy z meczetu ( wybudowanego na ruinach ),
                                                    zwiedzamy świątynię w Luksorze. Poziomy rogalik księżyca lśni pomiędzy
                                                    kolumnadą i kolosalnymi statuami królewskiej mocy sprawczej Ka. Wypijam
                                                    szklankę soku z mango – to tak jakby wypełnić szczelinę w niedosycie wrażeń.
                                                    Aleja prawdziwych sfinksów liczyła 1950 metrów. Wybór pory wieczornej na ich
                                                    oglądanie uznaję za wyborny.
                                                    20.10.2004. Długi przejazd z Luksoru do Minya. W pełnej eskorcie policyjnej z
                                                    okien autokaru oglądam Egipt środkowy. Biedny, podzielony religijnie, z
                                                    żebrzącymi dzieciakami, pralnią w Nilu, suszącym się na płotach łajnem,
                                                    wiejskimi domami, bez dachu i podłogi. Tu podobno jest siedlisko egipskiego
                                                    fundamentalizmu. Po drodze zwiedzamy świątynię Ozyrysa w Abydos. Uzbrojeni
                                                    policjanci na wielbłądach wkomponowani są w pustynny krajobraz. Oglądamy
                                                    listę władców Egiptu, sceny z życia Sethi I i jego syna Ramzesa II.
                                                    Budowla wyraźnie wymaga konserwacji, niszczeje z powodu obecności wód
                                                    gruntowych i grzybów. Wśród reliefów niepokój budzą-podobno ? -wyraźne zarysy
                                                    łodzi podwodnej, samolotu i wozu pancernego. Zagadka starożytnych czy też
                                                    tajemnica z innego świata ?
                                                    Docieramy też w inne magiczne, pustynne miejsce. Tell el Amarna była tu
                                                    kiedyś efemeryczna stolica faraona Echnatona, teraz są to tylko zarysy
                                                    fundamentów i wielka smutna pustynia. W Minyi nawet nie wolno nam opuścić
                                                    hotelu.
                                                    21.10.2004. Do Beni Hassan docieramy wczesnym porankiem. Schody w cienistym
                                                    chłodzie prowadzą nas do grobowców bogatych dostojników Państwa Średniego, są
                                                    one malowane, nie ma reliefów. Oglądamy sceny z życia codziennego i jest to
                                                    źródło wielu ciekawych informacji- nazwano je tekstami sarkofagów.
                                                    Przez pustynie docieramy do ostatniego celu naszej wyprawy. W oddali jeszcze
                                                    majaczą zarysy Oazy El Fajut. Dojeżdżamy do Gizy - są piramidy,
                                                    podobno „wszystko się boi czasu, a czas się boi piramid”. Wśród znanych mi z
                                                    książek i telewizji widoków oraz w środku piramidy Mykerinosa poszukuję
                                                    harmonii, uporządkowania w krainie światłości. Może gdzieś plącze się tu duch
                                                    pięknej Rhodopis, egipskiego Kopciuszka poślubionego przez faraona Menkaura.
                                                    Nie zobaczę co prawda pierwszej piramidy w Sakkarze, ale nie ominie mnie tu
                                                    wspomnienie genialnego mistrza Immenthopa, lekarza, w którego głowie powstał
                                                    projekt jej budowy. Wieczorem w naszyjniku z kwiatów jaśminu pływam feluką po
                                                    Nilu. Rejs rozpoczynamy co prawda odśpiewaniem swojskich piosenek
                                                    żeglarskich, lecz kończymy tańcząc arabskie rytmy. Miłe zakończenie dnia ...
                                                    szisza i bajeczny sok z mango.
                                                    22.10.2004. Kair... „matka miast”, skrzyżowanie kontynentów i trzech religii.
                                                    Skarby nieprzebrane Muzeum Egipskiego... jestem pod wrażeniem złotej maski
                                                    Tutanchamona. Biegając w słabo klimatyzowanych pomieszczeniach odczuwam
                                                    zawrót głowy, to nie jest możliwe aby wszystko zobaczyć, znaleźć tu to co
                                                    chcę zobaczyć... Eksponaty ustawione są chyba dość chaotycznie, zupełnie nie
                                                    potrafię się w tym nie zgubić. Mam jednak mało czasu.
                                                    Egipcjanie długo nie zdawali sobie sprawy z posiadanych bogactw, nie
                                                    rozumieli ich wartości ponad kulturowych, ponadczasowych. Gdyby nie Francuz
                                                    Auguste Mariette nie zaczęto by walki o ocalenie ich dla pokoleń. Z piramid
                                                    przecież pobierano budulec do budowy domów mieszkalnych !
                                                    Po południu zwiedzamy z Jolą wąskie uliczki Dzielnicy Koptyjskiej, Cytadelę,
                                                    kościoły chrześcijańskie, synagogę i alabastrowy meczet Muhammada Alego
                                                    Paszy. Miasto jest przedziwne, pełne kontrastów, biedy, przeludnione. Ok. 3
                                                    milionów ludzi żyje w Mieście Umarłych – w starożytnych grobowcach
                                                    przemienionych w mieszkania. „Smak orientu” to również spacer po bazarze Chan
                                                    al-Chalili zakończony o zachodzie słońca pod meczetem El Housejna.
                                                    Obserwując muzułmanów tłumnie zbierających się na posiłek wypijam herbatą z
                                                    miętą.
                                                    Miasto spowite gęstym smogiem znów zmusza mnie do myślenia. Nie wiem jakie
                                                    ono jest, nie widzę nawet piramid a słońce też zachodzi za szarą ścianę
                                                    spalin i dymu. To był bardzo udany dzień.
                                                    23.10.2004 i dalej do końca
                                                    Hurghada. Miałam tu odpocząć, a już myślę, że marnuję czas leżąc na plaży.
                                                    Dopiero za dwa dni opuszcza mnie irytacja ( chyba nie umiem nic nie
                                                    robić??? ). Miejscowość nie wzbudza mojego entuzjazmu. Blokowisko hoteli na
                                                    pustyni. Morze fajne, ciepłe ale w takim słońcu nie potrafię się opalać.
                                                    Dopiero spotkanie z rafą koralową – tak to rozumiem. Świat podwodny może
                                                    urzec. Przeżywam niesamowicie jej barwy, dotykam nieśmiało- są twarde. A
                                                    ryby... skubią ręce, wprost wpływają na twarz, naprawdę mogą przestraszyć.
                                                    Ubieram kapoki i leżę z głową pod wodą. Trzeba uważać, aby fala nie rzuciła
                                                    nas na koralowce, można się pokaleczyć. Kolory ryb... proszę bardzo: żółte,
                                                    fioletowe, turkusowe, czerwone, są też w paski, w kropki, małe, duże, jest
                                                    murena, tuńczyk, są delfiny i różne inne, dostojne i płochliwe, jak na
                                                    filmie ..., a jednak prawdziwe.
                                                    Wracając z rafy patrzę z zachwytem na widok lądującego samolotu
                                                    skomponowanego w kulę zachodzącego słońca. Tak, czas wracać do domu.

                                                    ps.
                                                    W synagodze stałam cichutko gapiąc się na organizację miejsca modlitwy. Bałam
                                                    się trochę bo bardzo szczegółowo nas rewidowali przed wejściem. Nie odbiegała
                                                    szczególnie od tych w innych miejscach.
                                                    Meczet zaś to jedyny, który wolno zwiedzać kobietom. Wchodzi się oczywiście na
                                                    boso i siedzi na dywanie gapiąc na potęgę marmurowej budowli. W środku
                                                    siedziało kilka grup turystów zasłuchanych w opowieści przewodników.


                                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 15:35
                                                    natla

                                                    O EGIPCIE INACZEJ

                                                    Za dobrych czasów gierkowskich smile, pojechałyśmy z Mamą do Egiptu w wycieczce
                                                    orbisowskiej.
                                                    O przelocie samolotem nie będę pisać, choc mnie korci. Te widoki.... mogłabym
                                                    latac całe życie.
                                                    Międzylądowanie w Nikozji na Cyprze i pierwsze wrażenia. Wyjście z samolotu
                                                    i przejście do portu, w szpalerze uzbrojonych po zęby mężczyzn. Zrobiło to na
                                                    mnie strasznie wrażenie. No i to co opisała Hańcza: fizyczne uderzenie gorącego
                                                    powietrza ( tylko ja byłam chytrzejsza, ubrałam się na cebulkęsmile))) W porcie
                                                    mielismy przeczekać ok. 1 godz. Okropne sie wszystkim chciało pić , a nikt
                                                    (przynajmnie) oficjalniesmile) nie miał przy sobie pieniędzy. Jeszcze jako naród
                                                    bylismy conieco onieśmieleni i nikt nie ruszył się za jaimś napitkiem. Poniewaz
                                                    ja jestem bardzo nieodporna na pragnienie, więc po kilkunastu min. podeszłam do
                                                    baru (lotnisko było duże i puste) i poprosiłam barmana o szklanke wody
                                                    z kranu. On niezadowolony, koniecznie chciał, żebym kupiła jakiś sok, ale mu
                                                    wytłumaczyłam, że nie mam i nikt z obecnych nie ma przy sobie pieniędzy. Woda
                                                    była wspaniała i lodowata. Po moim odwaznym kroku, cała grupa ruszyła po to
                                                    samo, a barman bardzo cierpliwie "wydawał" tą wode z kranu. Ja oczywiście
                                                    starałam sie go cały czas bajrować.smile Kiedy zaczęliśmy iść do samolotu,
                                                    wyleciał za mną i dał mi oszronioną butlę coca-coli.
                                                    Pierwszy tydzień spędzaliśmy w Kairze. Oczywiście zwiedzanie. I ten potworny
                                                    upał. Na każdym kroku, przy wejściach do muzeów, restauracji i innych lokali
                                                    stały worki z piaskiem. Też bardzo niesympatyczne wrażenie wojny i czyhającego
                                                    niebezpieczeństwa. Przy posiłkach w pieknym ukwieconym patio, cichutko krążyli
                                                    koło nas kelnerzy w galabijach, a od pierwszej kolacji pokazywał się też jakiś
                                                    jegomość wzrostu siedzacego psa (Chmielewska), ubrany prawie w łachmany,
                                                    robiacy wrażenie brudnego. Myslałam, że to żebrak. Jak kolejny wieczór podszedł
                                                    do naszego stolika i zaczął zagadywać, dałam mu polska monetę, którą przyjął
                                                    z uśmiechem i entuzjazmem. Poogladał, schował do kieszeni i poszedł. O tym
                                                    incydencie opowiedziałam naszemu egipskiemu przewodnikowi ( mówił perfekt po
                                                    polsku) na wieczornym winku w naszym pokoju. I on nas uswiadomił. Ten człowiek
                                                    o wygladzie zebraka był jednym z najbogatszych Egipcjan. Olbrzymia sieć hoteli
                                                    i cała flota pływajaca po Nilu to jego własność. Chyba to była pierwsza nuczka,
                                                    że człowieka nie ocenia sie po wyglądzie. W przedostatnim dniu naszej bytności
                                                    w Kairze, pan ów zaproponował nam (4 osobom) przejażdżkę po Nilu, w czasie
                                                    zachodu słońca i miasta w światłach. Wrażenia nie do opisania. Pod koniec tej
                                                    przejażdżki, pan poczestował mnie jakimś proszkiem. Wysypał go sobie u nasady
                                                    kciuka i kazał mi powachać, ale mocno wciagając powietrze. Nic nie
                                                    podejrzewałam. To była tabaka, której w życiu nie widziałam. Pociagnęłam!!!
                                                    Dobrze, że zrobił mi tego psikusa pod koniec, bo straciłabym całą przyjemność
                                                    z widoków. Przestałam płakać późnym wieczorem w pokoju. Na drugi dzień dostałam
                                                    przepiekny bukiet egzotycznych kwiatów. Myślałam, że to przeprosiny, a to były
                                                    oswiadczyny ojca w imieniu jednego z 4 synów (nie widziałam ani jednegosmile)).
                                                    Na prędce wymysliłam kochającego męża w Polsce, na co on mi pokazał zdjecie
                                                    swojego syna. Fakt, dech mi zaparło. Niemożliwe aby on był ojcem.smile))
                                                    W czasie pobytu w Kairze, oczywiście było ogladanie piramid i Sfinksa,
                                                    spektaklu swiatło i dźwięk pod piramidami, dzienna i nocna (piramidy
                                                    podświetlone od tyłu księżycem w pełmi) przejażdżka wielbładem, wszechobecny
                                                    bakszysz i powtarzaną na okragło przez dzieci i dorosłych Bolandą (Polska),
                                                    zapachami itp. Nie będe dokładnie opisywać, bo ma być inaczej. smile))
                                                    Po tym tygodniu autokar zawiózł nas do kurortu pod Aleksandrią, gdzie
                                                    byczyłyśmy sie 2 tygodnie i gdzie przezywałam chwile wstydu, radosci i zabawy.
                                                    Mieszkałysmy w ślicznym hotelu, na skraju plaży, z wyjściem z osobistego tarasu
                                                    po paru schodkach prosto na na szeroką, bezkresną plażę o nieco szarawym
                                                    piasku. Plaża była półpusta, właściwie tylko dla naszej grupy. Pokój codziennie
                                                    sprzątał "niańka", jak nazwałyśmy go z Mama. Niańka dbał o nas niesamowicie,
                                                    Pokój i łazienka były utrzymane we wzorowej czystości, codziennie świeże
                                                    kwiaty, dobre rady m.in. jak uchroić się przed karaluchami, które czasem się
                                                    pojawiają. Pamiętam, że w nocy nie spałam tylko nasłuchiwałam szelestu. Nianka
                                                    bywał u nas kilka razy dziennie i sprawdzał czy wszystko w porządku, musiałyśmy
                                                    uważać, żeby nie zostawić brudnej bielizny, czy ubrań na wierzchu, bo zaraz
                                                    prał i.... perfumował. A przy tym był bardzo dyskretny, cichutki, uśmiechnięty
                                                    i nie właził do pokoju jak mysmy w nim były. Nieraz w życiu marzyłam potem
                                                    o takim Niańce w domu. smile)) No i cóż Wam tu będe opowiadać. Dolce farniente.
                                                    Rano po wspaniałym śniadaniu, plaża z atrakcjami, zabawami, wygłupami. Po
                                                    obiedzie plaża, potem "strojenie się " na kolację, no i na ogół dyskoteka.
                                                    Miałam świetne towarzystwo, 2 medyków na poziomie, więc szaleliśmy prawie co
                                                    wieczór, obsrwując przy tym zwyczaje zabawowe Egipcjan.
                                                    Spędzaliśmy też urocze wieczory na tarasie, z winkiem i do późnej nocy
                                                    toczyliśmy nocne Polaków rozmowy. Nastrój tych wieczorów był niepowtarzalny, bo
                                                    mieliśmy w grupie wielu ciekawych ludzi, m.in. poetkę -matematyczkę, komika
                                                    prawie zawodowego, rzeżbiarza, nade wszystko historyka zajmującego się
                                                    starozytnością i jedną czarna owcę, którą wszyscyśmy dokładnie obgadywali. )))
                                                    Ponieważ byłam wtedy jasną, wypłowiałą już w słońcu blondynką, to musiałam
                                                    wszędzie chadzać z asystą, a po ostrzeżeniu od bardzo przestraszonego piota, że
                                                    szykują sie na porwanie mnie, moi medycy pojechali po nóż sprężynowy do
                                                    Aleksandrii i nie odstępowali mnie na krok. Muszę powiedzieć, że miałam pietra,
                                                    choć dodało to troche pieprzyka do wakacji.
                                                    Wprowadzić Egipcjan w zachwyt jest bardzo łatwo, wystarczą blond włosy
                                                    i jasne oczy, reszta sie nie liczy za bardzo. W życiu (poza moja pracą) nie
                                                    dostawałm tylu kwiatów co tam. A co najsmieszniejsze, były to na ogół kwiaty
                                                    kradzione z przepięknych ogrodów, przepięknych wilii bogaczy.
                                                    Moja Mama, która wtedy była mniej więcej w naszym wieku, ze swoimi prawdziwymi
                                                    jsnozłocistymi włosami, też chodziła cały czas w asyście przemiłego małżeństwa.
                                                    Oczywiście nie byczyłyśmy sie tylko na plaży. Jeździłyśmy na tzw. wycieczki
                                                    fakultatywne. M.in el Alamain czy Aleksandria. Nie pokuszę sie o opisywanie
                                                    ich, bo po tych wielu latach zostały tylko wrażenia i duże przeżycia .
                                                    Upał nad morzem w ogóle nie doskwierał, gorzej było w miastach, a najgorzej
                                                    w autokarach, chyba bez klimatyzacji. Pamietam, że zawsze miałyśmy mokre
                                                    ręczniki, które lądowały na dermowych siedzach i dzięki temu nie przyklejałysmy
                                                    sie do nich.

                                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 15:37
                                                    Grobowce faraonów, wiek ruin, historia robiły na mnie niesamowite wrażenie.
                                                    Chodziłam jak zaczarowana, w jakims nierealnym świecie.
                                                    Pod koniec pobytu w Egipcie nauczyłam się trochę ich języka, a jakim cudem?
                                                    Otóz pewnego dnia, po obiedzie pojechalismy "na zwiedzanie" po raz 2
                                                    Aleksandrii.
                                                    Wysiedliśmy w centrum na olbrzymim placu. Na prośbę kilku osób , pilot zgodził
                                                    się na 3 h czasu wolnego.
                                                    Szliśmy grupą szeroka ulicą.
                                                    Tu musze powiedziec jak byłm ubrana. Biała mini sukienka, no nie taka jak
                                                    dziesiaj, ale zawsze, duży dekold w szpic z przodu i z tyłu. No w koncu upał
                                                    prawie 40 st., na nogach szpilki, bo całe lata w nich chodziłam. Makijażu 0,
                                                    długie włosy upięte.
                                                    Po kilkunastu metrach przejścia z grupą jakąś dużą ulicą, zostałyśmy nagle
                                                    z Mamą same. Rodacy po angielsku urwali sie na handelek. Pilot też się
                                                    zawieruszył. Szłysmy sobie jeszcze chwilę,szukając kafejki
                                                    i pilota, oraz słysząc dookoła siebie powtarzane słowo "szarmuta" (piszę
                                                    fonetycznie). Jak tej szarmucie zaczęły towarzyszyć śmiechy, zaczepki, łapanie
                                                    za rece i w ogóle ogólne podekscytowanie, stwierdziłyśmy,że wrócimy do
                                                    autokaru. Zorientowałyśmy się, że chodzi o mój ubiór, a głównie o długość
                                                    sukienki.
                                                    Wszysto skończyłoby sie tylko na zmarnowanym popołudniu, gdyby nie to, że
                                                    autokar sobie pojechał i miał wrócić na plac po 2 h, o czym nie wiedzałyśmy.
                                                    W kazdym razie nie było go.
                                                    Siadłysmy więc na centralnym skwerze na ławce. Za chwile zaczął sie zbierać
                                                    tłumek. W przeciagu kwadransa otaczało nas koło Arabów, głównie płci odmiennej
                                                    i wszyscy sie śmiali, gadali i gestykulowali pokazując na nas palcami. Moja
                                                    Mama jakby mogła , to by mnie zabiła. W furii wyciągnęła z torebki "Przekrój"
                                                    i zakryła mi nim kolana, a na ramiona narzuciła mi siatkę na zakupysmile)
                                                    Siedziałysmy tak prawie 2 h, a szpaler ludzi sie poszerzał i otaczał, tworząc
                                                    zamkniete koło w odległości ok. 5 m. No i ciagle wyławiałam to
                                                    słowo "szarmuta". Siedziałam przerazona, skruszona i wściekła. A że moja
                                                    Mama nie pękła to cud.
                                                    W pewnym momencie zauważyłam, że przez szpaler ludzi przepycha się policjant.
                                                    Odetchnęłysmy z ulgą. A on jak stanał przed nami, zaczął sie też śmiać
                                                    i gestykulować. To chyba był najgorszy moment.
                                                    Na szczęście niedługo po tym incydencie przepchał sie do nas kierowca autokaru,
                                                    bardzo zdenerwowany nawrzeszczał coś na najbliższych Arabów i biegiem, torując
                                                    nam drogę, przeprowadził nas do autokaru, co nie było proste, bo plac duży i ze
                                                    środka trzeba było sie dostać na obwód. Część obserwatorów leciała za nami.
                                                    Wskoczylismy do autokaru, kierowca zamknął go natychmiast i kazał sie nam
                                                    położyć na tylnych siedzeniach. I tak leżałysmy z pół h, do przyjscia grupy
                                                    i rozlezienia się gapiów. Oczywiście na początku tej pół godziny Mama zaczęła
                                                    kazanie, ja słuchałam skruszona, wyryczałam się, chyba bardziej "z narwów", ale
                                                    jak się nasi pokazali, to nam przeszło.
                                                    Pilot sie bardzo kajał , że to jego wina. W końcu zrobiło się wesoło, wszyscy
                                                    sie ubawili nasza przygodą.
                                                    Oczywiście jak opowiadałam pilotowi, to nie omieszkałam się zapytać co to
                                                    znaczy "szarmuta". On stwierdził, ze to nie wazne, ale jak naparłam to sie
                                                    dowiedziałam, że to znaczy "panienka lekkich obyczajów". Podróże kształcąsmile)
                                                    Od tego czasu słowo to funkcjonuje w naszej rodzinie, bo i tak nikt obcy nie
                                                    zna jego znaczenia. smile))))) Teraz poza Wami. Ale Wy już nie obcy. smile
                                                    Były to jedne z najdłuższych 2 godzin w moim życiu. Pamiętam jak bałyśmy się
                                                    tego tłumu, nie wiedziałyśmy co oni mogą wymyśleć.
                                                    Teraz wiem, ze oni się tylko świetmne bawili naszym kosztem, ale wtedy
                                                    przychodziło nam na myśl porwanie, ciąganie siła po ulicach i takie tam. smile)))

                                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 17:19
                                                    natla 18.02.2005 20:13

                                                    Przygoda w Tatrach.

                                                    Pojechałam w lutym na tydzień do Zakopanego. Tak się złożyło, że stare kwatery
                                                    były zajęte, więc poszukałam nowej. Śliczna, zadbana willa na Orkana.
                                                    Właściciel starszy, przystojny i samotny pan. Miłe wejście, cena troche
                                                    wygórowana ale warunki bdb i 7 wieczór, więc sie nie zastanawiałam. Oczywiście
                                                    łaziłam po ośnieżonych górach. Najpierw po dolinkach i reglach , potem
                                                    zaryzykowałam wyżej, ale nie za wysoko, bo to w końcu zima.
                                                    W trzecim dniu, po kolejnej wycieczce, wlazłam wieczorem do łóżka. W domu byłam
                                                    tylko ja i właściciel. Najpierw słyszałam przez dobra godzinę. jak pan sie
                                                    pluskał w łazience, podśpiewując całkiem głośno i fałszywie. Potem zaczęło się
                                                    pukanie do dzrwi. Udawałam, ze śpie, ale ile można udawać, więc go odgoniłam.
                                                    Były prośby, groźby i szantaż, że od jutra mam sobie poszukać nowego lokum.
                                                    Pan się obraził i chwała Bogu. To tak na marginesie.
                                                    Na drugi dzień była piękna pogoda. Pojechałam do doliny Chochołowskiej
                                                    i poszłam do jej odnogi, dol. Starorobociańskiej. Jest to dol. z prześliczną
                                                    halą pnącą sie aż pod szczyty Starorobociańskiego i Ornaku.
                                                    Szłam oczywiście tylko do samej hali, w śniegu po kolana. Pogoda jak z baśni:
                                                    granatowe niebo, bielutki śnieg, zielone iglaki no i słońce, a na hali szałasy.
                                                    Kompletna cisza. Byłam samiutka. Wprost rewelacja. na hali sobie posiedziałam
                                                    trochę, ale było dopiero ok. 11-tej, więc zaczęłam iść halą troszeczkę wyżej.
                                                    Tak i się dobrze szło, że nie zauważyłam, iż hala robi sie coraz stromsza.
                                                    Kiedy
                                                    to w końcu do mnie dotarło, było już za późno. Zejście w dół wydawało mi sie
                                                    niemożliwe., a i w górę zaczęło być ślisko, gdyż śnieg był pokryty lodem. Cóż
                                                    miałam zrobić? Wyjęłam krem Niwea, zdjęłam jego "metalową" pokrywkę i wyrąbując
                                                    nią uchwyty i stopnie wylazłam na przełęcz. Było po drugiej. Widoki
                                                    nieprawdopodobne. Do opisanych barw doszedł jeszcze silny róż zachodzącego
                                                    słońca na olbrzymim masywie Czerwonych wierchów. Stałam jak urzeczona. Nagle do
                                                    mnie dotarło, że za troszkę ponad godzinę zajdzie słońce. Więc aczkolwiek
                                                    niechętnie ruszyłam dalej. Jedyna droga przez szczyt Ornaku okazała sie nie do
                                                    przejścia. Wróciłam na przełęcz, szukając drogi obejścia szczytu, Znalazłam
                                                    ale.....musiałam zrobić trawers ok. 10-metrowy na zboczu prawie pionowym (w
                                                    zimie piony się zwiększają). Doszło do mnie, że nie dam rady. Zaczęła do mnie
                                                    docierać groza i moja osobista głupota. Zaczynałam trawers trzykrotnie
                                                    i trzykrotnie się wracała ze spodniami pełnymi strachu. Zaczęłam kombinować,
                                                    czy uda mi się przenocować. Doszłam do wniosku, że przy moim ekwipunku (szłam
                                                    w końcu na mały spacer) i 20- stopniowym mrozie, jest to niemozliwe. Miałam
                                                    więc do wyboru: albo zamarznięcie, albo ekspresowe lądowanie w dol. Kościelisk,
                                                    albo szczęście w przejściu przez zbocze. Te wszystkie możliwości kotłowały się
                                                    w mojej mózgownicy, w okropnej panice. Wiedziałam, że w tym stanie nie mogę nic
                                                    zrobić. Znalazłam sobie dogodny głaz, zasiadłam na kurtce i zaczęłam płakać,
                                                    najpierw cichutko , potem coraz głośniej. Trwało to chyba dobrych kilkanaście
                                                    minut .......
                                                    Tak, to był na pewno napad histerii. Wyryczałam się, wypaliłam 3 papierosy
                                                    i "raz kozie śmierć".
                                                    Oblodzony stromy, wschodni stok Ornaku przeszłam leżąc prawie oparta na lewym
                                                    boku. Raz mi sie noga "omskła"(jak w każdym katastroficznym filmiesmile, ale na
                                                    szczęście natrafiłam na jedyny minimalnie wystający kamol.
                                                    Nie będe Was już dłużej trzymać w niepewności. Przeszłam i wyszłam w swiatło
                                                    zachodzącego czerwonego słońca na płaski szczyt Ornaku. Na odmiane wpadłam
                                                    w krótkotrwałą euforię i idąc grzbietem góry śmiałam się jak wariatka (ale
                                                    cichutko) Zobaczyłam nawet ludzi, ale tak nisko i daleko, że nie próbowałam
                                                    wołać. Zresztą byłoby mi wstyd. A jakbyście mnie zobaczyli....Byłam ubrana
                                                    w buty na grubej podeszwie, ale gładkiej (bo to miał byc tylko malutki
                                                    spacerek), dżinsy, koszulke na ramiączkach. Średnio gruby golf i letnia kurtka
                                                    ortalionowa były zawiązane w pasie.
                                                    No i tak szczęśliwa idę sobie do zejścia ze szczytu. Cicho , tylko śnieg coraz
                                                    bardziej zmrożony chrzęści. I nagle słyszę jakis hałas za mną. Oglądam się,
                                                    a tu olbrzymi kawał śniegu, który okazał sie nawisem i na którym były moje
                                                    ślady , zaczął odrywac się i leciec do Koscieliskiej. Stanełam jak wryta, serce
                                                    poleciało w kosmos, a za to wracać zaczął rozsądek.
                                                    Zanim doszłam do zejscia, znikł rózowy kolor. Schodzić zaczęłam do Iwaniackiej
                                                    przełeczy juz w szarudze. Wtedy zdałam sobie sprawę, że jestem w naprawde
                                                    trudnej sytuacji. Za chwile bedzie ciemno, zejście w lecie strome, w zimie robi
                                                    wrażenie prawie prostopadłego, drogi żadnej nie widać i zbocze oblodzone.
                                                    Miałam szczęście. Przede mną kiedyś tam musiał iść ktoś z kijkiem narciarskim.
                                                    Siadłam więc na śniegu, wbiłam wskazujący palec prawej ręki w dziurę po kijku,
                                                    lewą piętą wyrąbałam oparcie w lodzie i kawałek zjechałam, wbiłam, wyrąbałam
                                                    zjechałam....i tak az do przełęczy. Stanełam na własnych, trzęsacych sie ze
                                                    zmeczenia nogach opierając sie o drzewo. Było juz ciemno, noc bezksięzycowa,
                                                    śniegu coraz mniej, ale za to lód. Do tej pory tak zajeta byłam schodzeniem na
                                                    4 literach i palcu, że dopiero teraz zdałam sobie sprawe, że to tylko pół
                                                    drogi. Teraz zaczęłam bać sie swojego zmeczenia i złamania czegokolwiek.
                                                    Oszczędzę Wam już szczegółów , a było wiele chwil grozy.
                                                    Znalazłam się wreszcie na hali Pisanej (dalej w koszulce bez ramiączek )
                                                    i dopiero tu po chwili odczułam zimno. Tak mocno przez cały czas grzały mnie
                                                    emocje. Ubrałam sie w to com miała i potwornie zmeczona zaczełam isć te kilka
                                                    km w kierunku wylotu doliny. Jedynym jasniejszym odcieniem na tle czerni był
                                                    śnieg i lód. To one "oświetlały" mi drogę.


                                                  • natla ŚWIAT JEST PIĘKNY.....ŻYCIE JEST PIEKNE cd 22.08.05, 17:21
                                                    Na hali Pisanej przez lata stały dorozki, którymi zmęczone cepry mogły wrocić
                                                    do wylotu doliny. Ja oczywiscie nigdy nie "zbrukałam" sie taka jazdą.
                                                    Wstydziłabym się, taka taterniczka.smile))))) Ale ile razy o tym marzyłam, po
                                                    przeżyciu całego dnia wysoko w górach, to tylko ja wiem.smile

                                                    Otóż powłócząc nogami lazłam w dół hali i nagle tuż przy uchu usłyszałam rżenie
                                                    konia. Zamarłam, bo wiedziałam, że tam już dawno nie ma postoju, zreszta na
                                                    pewno nie o tej porze w zimie. Bardzo powoli zaczęłam się rozglądać. Zadnego
                                                    konia nie było. Do dziś nie rozumiem tego zdarzenia. Rżeninie było tak
                                                    wyraziste i głośne i tak blisko, że mogłabym przysięgać, iż koń musiał być tuż
                                                    obok mnie. Ale nie, nie było. Wiecej sie to nie powtórzyło. Zawsze myslałam
                                                    i myslę do dziś, że całkowicie panuję nad swoim umysłem, a jednak wtedy musiała
                                                    zadziałać podświadomość. Podświadome marzenie o transporcie, podświadome, bo na
                                                    jawie mi to nawet do głowy nie przyszło, jako rzecz nierealna.
                                                    Muszę przyznac, że w tym momencie dostałam lekkiego przyspieszeniasmile)
                                                    Po kilkudziesięciu krokach zobaczyłam w odległości kilkudziesięciu metrów, po
                                                    drugiej stronie potoku, olbrzymia zajawę, białego ducha, ku któremu zmierzałam.
                                                    Serce znów powędrowało gdzieś sobie, ale nogi nie zwolniły, było mi wszystko
                                                    jedno, w duchy nie wierzę i choć się przestraszyłam, myslałam racjonalnie,
                                                    broniąc sie tym przed zwidami. Po kilku krokach zorientowałam się, że to
                                                    zamarznięty wodospadzik. smile))
                                                    Ale szłam zdenerwowana, rozglądając sie, czy znów mnie coś nie zaskoczy. Tak
                                                    gdzieś w połowie doliny usłyszałam tupot konia i trzeszcznie sań. Po sekundzie
                                                    przerazenia , zorientowałam się , że jedzie dorożka. Zatrzymała się, dorożkarz
                                                    i bardzo przystojny pasażer zaniemówili na mój widok. "Co pani tu robi?". Nie
                                                    puścili mnie, namówili na jazdę do schroniska, do którego jechał pasażer na
                                                    towarzyskie spotkanie. Po drodze opowiedziałam w skrócie swoje przygody,
                                                    wysłuchałam kazania dorożkarza ( a gdzie ma pani plecak, chciałam skłamac, że
                                                    zgubiłam, ale się przyznałam , że nie mam nic innego przy sobie, poza odzieżą),
                                                    i zaczęły się opowiesci pasażera. Otóż ten pan też przezył w tym dniu niezłą
                                                    przygodę. Jechał samochodem i nadział się na dyszel wozu w ten sposób, że
                                                    przebił on przednią szybę i przeleciał tuz obok prawego jego ramienia, "lekko"
                                                    o nie zahaczając. Potem policja, szpital, ale ze spotkania nie chciał
                                                    zrezygnować. W czasie tych wszystkich opowiesci wypilsmy pirsióweczkę, bo zimno
                                                    było jak cholera (nawet mniesmile) Pasażer jechał zaopatrzony na spotkaniesmile).
                                                    W schronisku towarzystwo (najlepsze, bo taternickie, to wspaniała rasa ludzi)
                                                    zatrzymywło mnie , namawiało do wspólnej zabawy, ale z żalem musiałam odmówić,
                                                    gdyż bałam się, że mój gospodarz w Zakopanem zawiadomi policję. Jak sie później
                                                    okazało, miał taki zamiar.
                                                    Wsiadłam z powrotem w sanie i wróciłam do wylotu doliny. Kiedy dojeżdżaliśmy,
                                                    widziałam, że na przystanku stoi autobus do Zakopanego, więc pędem rzuciłam sie
                                                    w jego kierunku, gdyż nastepny mógł byc nie widomo kiedy. Ulica była czarna
                                                    i sucha. Kierowca widząc mój rozpaczliwy bieg i machanie rękami , zaczekał.
                                                    Dopadłam przednich drzwi, otworzyłam je i znalazłam się ...pod autobusem. Po
                                                    raz drugi tego dnia sie serdecznie rozpłakałam, raczej ze złości i z komicznej
                                                    sytuacji też. Nie mogłam się przez dłuższą chwile podnieść, bo na tej czarnej ,
                                                    suchej drodze, była jedyna ok. metrowa tafla lodu i to akurat tam, gdzie ja
                                                    wsiadałam do autobusu.smile)
                                                    Przyjechałam w końcu do Zakpanego, ale na dworzec, więc musiałam jeszcze
                                                    przejść całe miasto, żeby wylądować w domu.
                                                    Zadzwoniłam, w drzwiach pokazał sie zdenerwowany gospodarz, pachnący,
                                                    śliczniutki, w garniturku, jakby na pogrzeb się wybierał i natychmiast poprosił
                                                    mnie do swojego pokoju. Poszłam , bo w międzyczasie, juz ktoś w domu poza mną
                                                    zamieszkiwał. Zdębiałam. Stół nakryty, żarcia na kompanię wojska, koniaczek
                                                    też, a jakże. Ponieważ cały dzień nic nie jadłam, więc rzuciłam się na to
                                                    wszystko, jak dziki pies, w przerwach kłapiąc dziobem o swoich przygodach. Na
                                                    koniec łyknęłam kielonka, podziękowałam za pyszną kolację i zaczęłam się
                                                    zbierac do swojego pokoju. Na to pan powiedział, że taką kolację
                                                    należy "odpracować towarzysko", chciał zamknąć drzwi na klucz, ale
                                                    powiedziałam, że będę tak wrzeszczeć, że pół Zakopanego sie dowie co z niego za
                                                    drań. Udało mi się wyrwać. Zamknęłam się na klucz w moim pokoju. Chyłkiem
                                                    przemknęłam do łazienki i tak też wróciłam do siebie. Otwieram drzwi, a to
                                                    podstarzałe męskie pudło, leży w moim łóżku w pachnącej wyprasowanej piżamie.
                                                    Dostałam takiego napadu szału, że chłop wylądował z zaczerwienionym policzkiem
                                                    na korytarzu, wrzeszcząc , że jutro mnie tu nie chce widzieć. Uspokoił się
                                                    w chwili, w której z pokoju wylazła młoda kobieta z wałkami na głowie i prośbą
                                                    na ustach o spokój. Na drugi dzień wyjechałam zostawiając panu kartkę
                                                    o treści "za kolację", w którą zawinęłam odpowiednią sumkę pieniędzy. Kolejne 3
                                                    dni zamieszkiwałam u bardzo sympatycznej pani.
                                                    Nigdy przedtem, ani nigdy potem nie miałam takigo dnia. Nazywam ten dzień "moim
                                                    życiowym dniem". Nauczyłam się bardzo wiele, a bliskość śmierci pozwoliła mi
                                                    inaczej spoglądać na życie.
                                                    Każdemu młodemu człowiekowi należy życzyć takich przygód, ze szczęśliwym
                                                    końcem.
                                                    A do widoków z tego dnia wracam zawsze w trudnych i nie tylko , chwilach. Te
                                                    kolory, kształty i widoki......smile)
                                                    Pardon, ale chętnie o tym opowiadam, przezywając
                                                    wszystko jeszcze raz.


    • natla Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:38
      PANIE >>>> ¤ <<<< PANOWIE,
      WITAM!
      PRZEPRASZAM, ŻE NOWY WĄTEK ZAKŁADAM....
      Zapytacie - CO TO MA BYĆ?
      Postanowiłam napisać historyjkę używając tytułów wątków z naszego forum.
      Nasze wątki to SŁÓWKA, SŁOWA, A NAWET CAŁE ZDANIA.
      Są PIĘKNE, DOWCIPNE, DZIWNE i bywają STRASZNE.....
      DLACZEGO PISZEMY NA FORUM?
      Powodów jest wiele. Jednym EMERYTURA dostarczyła wolnego czasu, innym
      potrzebne są DOBRE RADY.
      Zastanawiamy się czy DOŻYJEMY do jakichś wydarzeń, pytamy czy DOBIJAMY DZIŚ DO
      3000? A niebawem odpowiadamy:
      DOBIJAMY DO KOLEJNEGO REKORDU ILOŚCI LIŚCIKÓW i jest to 8000, a nawet 9000 już
      niedługo.
      Na początku ktoś krzyczał: MACIE KONKURENCJE!!!
      Nie było jeszcze wiadomo czy to OBAWY PRZESADNE CZY UZASADNIONE?????
      Teraz już wiemy – nieuzasadnione, bo nawet JESTESMY NA GLOWNEJ STRONIE GAZETY,
      co bardzo poprawia MÓJ DZISIEJSZY NASTRÓJ

      CIEKAWE KIEDY DOROBIMY SIE GWIAZDKI..


      PIĘĆDZIESIĘCIOLATKI TO MY.
      Nawet takie anonse u nas zamieszczają POZNAM 50-TKE Z CHICAGO LUB OKOLIC lub
      MASZ 50+ I MOZE MIESZKASZ W MICHIGAN i nie pozostają one bez interesujących
      odpowiedzi np. takich: JESTEM 51 LETNIA EMERYTKA, meldują się też POLONIJNE 50-
      CIO LATKI. Czyli 50KA/TEK BEZ PARY - NIE DO KOŃCA PESYMISTYCZNIE Zdarzają się
      przecież ZWIĄZKI PO 50-TCE. Wynika to z tego zdania: W WIEKU 50 LAT ZACZELAM
      NOWE ZYCIE. Czyli jest SPOSOB NA SAMOTNOŚC I ŻYCIE PO 50-TCE. A jak się trafi
      MĘŻCZYZNA PRZED PIĘĆDZIESIĄTKĄ? To popracujemy nad nim i zabierzemy na I ZLOT
      50-LATEK.
      TAK SOBIE więc myślę: PIĘĆDZIESIĄTKA TO FAJNY WIEK i zaraz nasuwa mi się
      pytanie: A SZEŚĆDZIESIĄTKA? GORSZA?

      ]
      Weekend, weekend I zaraz będzie PO WEEKENDZIE,
      więc pytam: KTO JESZCZE "MARKUJE" PO NOCY?
      Już wiem, to EMERYCI SZALEJA W INTERNECIE.
      No I POROBILO SIE....
      CZY TO NIE JEST CHORE?!
      Zamiast korzystać z tego, że jest CIEPLO I PRZYTULNIE,
      zawołać: PODUSZECZKO, GDZIE JESTEŚ???,przytulić się a potem powiedzieć:
      DOBRANOC, ŚNIJCIE CUDA lub życzyć sobie WSPANIALYCH SNOW I RADOSCI O PORANKU,
      to oni pieszczą klawiaturę, tylko czasem zainteresuje ich WIDOK Z OKNA.
      Jeśli to są akurat panowie to dla nich nieważne czy JESTESCIE ZORGANIZOWANE CZY
      ROZTRZEPANE i CO TO DLA WAS ZNACZY – dopiero późną nocą namawiają na SEKS Z
      WIEKIEM CORAZ BARDZIEJ UDANY.
      Wszyscy się głowia CO Z TYM ZROBIĆ ??
      Odpowiadam – wykorzystać!!!
      Nawet jeśli wiadomo, że jutro rano budzik będzie wrzeszczał jak opętany: 8.00
      POBUDKA!!!!, 8.00 POBUDKA!!!!, 8.00 POBUDKA!!!!
      Traktujcie jego pokrzykiwania jako RADOSNE PRZEBUDZENIE i powtarzajcie sobie:
      UWIELBIAM PORANKI zwłaszcza takie….
      • natla Re: Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:40
        Wiadomo, EUROPA DA SIĘ LUBIĆ!
        Inne kontynenty też.
        Biorąc to pod uwagę CZY ZAPLANOWALISCIE JUŻ PODROZE, WYCIECZKI A NAWET DLUGIE
        SPACERY??
        Pamiętajcie też, że czasem przed wyjazdem konieczna jest WYMIANA DOKUMENTOW.
        Plany można rozłożyć na CZTERY PORY ROKU. ZIMA to najczęściej NARTY, LYZWY,
        SANKI..
        Potem WIOSNA....WIOSNA... kiedy SŁOŃCE ŚWIECI CZAS NA SPACER Z PSAMI i
        PAMIĘTANIE O OGRODACH.
        Zawsze jednak najciekawsze jest lato. W odpowiednim czasie piszę podanie:
        UPRZEJMNIE DONASZAM, ZE BIERE WOLNE, NIE BĘDZIE MNIE...... , bo tego ...
        wyjeżdżam.
        I wyjeżdżam.
        Kupuję widokówki i przez jakiś czas zajmują mnie ADRESY I ADRESOWANIE,
        wysyłanie pozdrowień.
        Wakacje trwają, trwają, potem nagle się kończą.
        Znowu jestem w domu, informuję wszystkich, że już WRÓCIŁAM.
        WRÓCIŁAM, bo TĘSKNIŁAM ZA WAMI,
        BRAKOWALO MI WAS, gołym okiem zobaczyłam, że OD UCZUĆ NIE MA URLOPU...
        I co dalej?
        Jak to co?
        Podróże, podróże - zaPLANUJEMY na NASTEPNE 50 LAT! ! !


        Siedze tak od godziny i kombinuję CO MAM DZIsiaj GOTOWAĆ?
        Otwieram kolejny raz lodówke, a tam tylko MLEKO, MLEKO SOJOWE i swiatło. A ja
        DZIŚ MAM OCHOTĘ na tradycyjne schabowe. Muszę sie obejść smakiem, żeby to
        chociaż był SMAK HERBATY. Kurcze blade, nie wiem co robić, leżę, całkowicie
        leżę. A co Wy robicie w takiej sytuacji? ILE KAW STAWIA WAS NA NOGI?
        Ale oco ja pytam. Gdyby tu była KAWA, albo chociaż KAKAO to świat wygladałby
        zupełnie inaczej. A może macie ULUBIONE KAWIARENKI i tam uciekacie przed takimi
        problemami?
        Ostatnia deska ratunku - zagladam na WĄTEK O ZUPIE. Skutek jest taki , że się
        rozmarzyłam jak zobaczyłam te wszystkie NASZE WYPRÓBOWANE PRZEPISY.
        A wieć, MAM WĄTRÓBKE CIELĘCĄ, PRZYPRAWY, SZAFRAN...
        No co? Pomarzyć nie wolno???


        Niebawem wiosna. ZAGLADALYSCIE JUZ DO SZAFY? Ja tak . I doszłam do wniosku,
        że NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ..... Wszszystko jest zbyt ciasne,bo TYJE W
        PUPIE !!! i nie tylko.
        Jedyne luźne rzeczy to PEREŁKI i "PIÓRKA" wokół szyi, a jest jeszcze
        BLIZNIAK po ciotce Kleopatrze. Wiecie przecież co to BLIŹNIAK- taki sweterek i
        bluzeczka.
        A na dole co? Same majtki? Nie dosyć, że kuse, to jeszcze z prześwitującą
        koronką.
        A WY jaka lubicie bieliznę?
        Nie mam wyjścia, trzeba kupić nowe ciuchy. Byłam nawet w tym celu w mieście,
        coś niecoś sobie upatrzyłam, ale … CENY,ACH TE CENY.! Co ja mam począć? Mam
        biegać w bieliźnie?
        A tak na marginesie, to jestem niezmiernie ciekawa jak jest MODA W SZWECJI.
        Podobno na wybiegach pokazów mody królują BLONDYNKI! Która nie blondynka
        uzna, że chce być trendy, tej pozostaje FARBA DO WLOSOW, nasiadówka u
        fryzjera i chudsza portmonetka.
        A CO PANIE O TYM MYSLĄ?
      • natla Re: Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:41
        DZIENDOBERKI – takie zdrobnionko w myśl zasady, że "MALE JEST PIEKNE".
        TAK SOBIE WAS DZIEWCZYNKI CZYTAM i jako gospodyni w swoim domu, zadaję sobie
        pytanie: CZY JEDEN CZLOWIEK... może być odpowiedzialny za NASZE ZWIERZAKI, za
        DOKARMIANIE PTAKOW i za to, żeby NASI ULUBIEŃCY byli zadowoleni. Trzeba
        przecież znosić IRYTUJACE NAWYKI DOMOWNIKOW, zrobić pranie, wywiesić je do
        suszenia na NASZE LINKI.
        Wprzęgnięta w ten KOŁOWROTEK musze jeszcze pamiętać, że MAM DZISIAJ KOLEDĘ, nie
        wolno mi zapomnieć, że trzeba „obskoczyć” BECIKOWE, WESELA, CHRZCINY ITD... i
        jeszcze , jak trzeba to wołać
        RATUNKU! ZALAŁO MNIE!
        Jeśli coś się zatnie w trybach mojej machiny to zaraz OSKARŻENIE i wtedy od
        razu najlepiej się zorientować jak powinien wyglądać NIEZBEDNIK DLA PORZUCONYCH.
        Narzekam?
        No narzekam, ale widzę też to co nie jest takie stresujące np. NASZE
        ZAINTERESOWANIA
        i….HOBBY czy FOTOGRAFIE RODZINNE. JAKIE TO MILE , że mam na to choć chwilkę
        czasu.
        No i KOMPUTER - nieważne -STARY CZY NOWY, byle działał, ale CZASEM NIENAWIDZĘ
        MOJEGO KOMPUTERA, bo … bo… mnie zwyczajnie wkurza.
        I jeszcze dużo radości GDY PATRZE NA MOJE WNUKI. Wtedy bywa, że mam ochote
        powiedzieć swojemu dziecku: NIE MOW DO MNIE MAMO..... przecież wiesz, że ja
        jestem babcią.
        Co robicie, żeby w tym wszystkim nie ześwirować?
        MOZE TROCHE HUMORU ?
        Albo radio?
        ECH MUZYKA, MUZYKA, MUZYKA... dobrze, że ma za zadanie łagodzenie obyczajów.


        CZY JEST COŚ GORSZEGO niż HUMORY KOBIETY?
        Tak jest. To są rozważania na temat KOBIETY – MĘŻCZYŹNI – PŁEĆ MÓZGU.
        No bo czy moglibyście mi powiedzieć o czym tu gadać?
        Przecież mózg, w zależności od tego do kogo należy,
        ma odpowiedni charakter, tzn. może być męski, żeński lub nijaki.
        Właścicieli tego ostatniego rodzaju mózgu nie polecam. Mam wrażenie, że taki
        mają moi niektórzy SĄSIEDZI, ale PST! ZACHOWAJcie TO DLA SIEBIE, bo coś mi się
        wydaje, że w tych czasach, kiedy CZŁOWIEK CZŁOWIEKOWI wilkiem /hm, a jakby to
        brzmiało gdyby zamienić role – czyli wilk wilkowi człowiekiem/ lepiej nie
        ujawniać swoich sądów na ten temat.
        Nie warto też się zastanawiać JAK MOŻESZ POMÓC. Najprościej jest uważać, że to
        OPTYMIŚCI specjalnej troski, którzy wiedzą na pewno, że jakoś to będzie i
        jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było.
        Tacy nie zastanawiają się kto to jest PRZYJACIÓŁKA. Im niepotrzebni są
        PRZYJACIELE.
        Oni nie mają problemu czy PRAWDĘ MÓWIĆ, CZY KŁAMAĆ. Oni żyją na luzie. A że
        często zimno
        i zjeść nie ma co… No to co?
        Nie samym chlebem człowiek żyje.
        ZGADZACIE SIĘ Z TYM?
      • natla Re: Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:42
        COŚ WAM OPOWIEM.
        PRZEPRASZAM, ZAPOMNIAŁAM SIĘ PRZEDSTAWIĆ,
        no bo ja zwyczajnie mam kłopot z pamięcią do nazwisk.
        Kolejny raz już WRACAM pamiecią DO KRAJU PUSTYCH SZKLANEK.
        Jak to się mówi? Do połowy pustych… od połowy pustych… czy jakoś tak?
        Wracam i JESTEM DUMNA Z MOICH DZIECI, BO WIDZĘ, ŻE NA LUDZI WYSZŁY..
        Zawsze w takich sytuacjach ludziom zbiera się na wspominanie.
        U mnie mało tego wspominania,
        bo tylko MÓJ PIERWSZY BAL,
        MÓJ PIERWSZY SAMOCHÓD,
        CHOROBY NASZE I NASZYCH NAJBLIŻSZYCH.
        Przy takich tematach smutno się jakoś tak robi,
        więc lepiej powspominajmy NASZE NAJPIĘKNIEJSZE BALE
        i inne najpiękniejsze chwile w życiu,
        może też to czego NAJBARDZIEJ MI ŻAL.
        E tam... tak się jakoś ckliwie porobiło.

        Chyba czas zacząć pisać pamiętnik.

        X odcinek

        Przychodzi baba do doktora,
        a on właśnie wychodzi z gabinetu.
        -ZATRZYMAJ SIĘ W BIEGU PRZYJACIELU,
        NIE PĘDŹ TAK.
        A…spieszysz się.
        To może BANKI CZASU by się przydały?
        Wziąłbyś trochę czasu i oddawałbys w ratach.
        - Nie, to nie to.
        Zwyczajne MAM SUPERDOŁA,
        ALE SIĘ DO WAS,
        dobra kobieto, UŚMIECHNĘ
        - Dziękuję doktorze za to Pana POLSKIE SERCE
        i za to, że wie pan
        jaka TERAPIA HORMONALNA na MENOPAUZĘ
        i JAK WYPRZEDZIĆ RAKA.
        Co na BÓLE RAMION,
        jaka recepta na ŁAMANIE JĘZYKA,
        na STRES, ZMĘCZENIE, na to kiedy RĘCE OPADAJĄ
        i umie pan powiedzieć
        kiedy należy zastosować ASERTYWNOŚĆ.
        Ja zawsze do pana jak w dym,
        nawet wtedy, gdy nie wiem CZY WYBACZĘ ZDRADĘ
        i kiedy REHABILITACJI SZUKAM W DOBRYM SANATORIUM,
        albo jak nie wiem które tabletki zastosować,
        żeby nie dopadła mnie LEWORĘCZNOŚĆ.
        Niech się pan więc nie zdziwi,
        gdy będzie pan przechodził przez cmentarz,
        a z jakiegos grobu rozlegnie się głos:
        -Panie doktorze, ma pan cos na robaki?
        Wie pan, że EUTANAZJA to nie NAJLEPSZA RZECZ.
        Pamiętam, że zawsze pan powtarza:
        ŻYJ- choćby tylko – SWOIM ŻYCIEM i RATUJMY SIĘ JAK MOŻEMY.
        - Kocham pana za to, panie doktorze.
        I nie interesuje mnie JAKIE MACIE NA TEN TEMAT ZDANIE.


        Swięta, święta...
        Zaraz po pierwszolistopadowym swięcie
        w sklepach zaczęli nadawać kolędy.
        Przeraziłam się strasznie.
        Czyżby prawie dwa miesiące „wypadły” z kalendarza?
        Ja zawsze myślałam, ze kolędy zaczyna się śpiewać w wigilię.
        Taki stan trwał jednak kilkadziesiąt dni.
        W odpowiednim momencie ktoś zawołał:
        POZOSTAŁY DWA TYGODNIE DO ŚWIĄT.
        I wtedy zaczęło się okropne zamieszanie
        – sprzątanie, pucowanie, szorowanie, mycie okien,
        wariackie zakupy, gonitwa nie wiadomo za czym,
        znoszenie i zwożenie do domu różności.
        Od razu też wszyscy uznali,
        że mimo wszystko najważniejsza jest CHOINKA,
        no i jeszcze JEMIOŁA.
        W następnej kolejności wysyłamy
        ŚWIĄTECZNE ŻYCZENIA DLA FORUMOWICZÓW
        i otrzymujemy ŚMIESZNE ŻYCZENIA OD POLONII AMERYKAŃSKIEJ,
        a do swoich to zwyczajnie – bla, bla, bla i takie tam.
        A KTO CHCE ODE MNIE DOSTAĆ KARTKĘ,
        ten musi być grzeczny przez cały rok.
        Szczególnie panie, bo ja rozsyłam
        takiego przystojnego Gwiazdoro- Mikołaja,
        który zdejmuje ubranko, nie tylko to służbowe.

        Następnie kompletujemy ŚWIĄTECZNE PRZEPISY
        i gotujemy, pieczemy, przelewamy, mieszamy,
        ucieramy, trzepiemy, obieramy, kroimy, przekładamy,
        podgrzewamy, studzimy, pichcimy, smażymy,
        bo u nas WSPÓLNA WIGILIA,
        podczas której snujemy
        OPOWIEŚCI WIGILIJNE I ŚWIĄTECZNE.
        WYBITNI AKTORZY, NASI ULUBIEŃCY FILMU I TEATRU
        zaśpiewają kolędy, my zanucimy niektóre pod nosem,
        a potem już tylko PREZENTY, PREZENTY.
        • natla Re: Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:44
          Niektórzy twierdzą,
          że nastąpiła DEWLUACJA WIGILII,
          że ludzie zachowują się rutynowo, ż
          e „odfajkowują” kolejny dzień w kalendarzu
          i nawet jeśli pójdą na PASTERKĘ
          to i tak nie zrobi to na nich większego znaczenia.

          A święta?
          Normalnie… i... po świętach.

          Niektórzy twierdzą,
          że nastąpiła DEWLUACJA WIGILII,
          że ludzie zachowują się rutynowo,
          że „odfajkowują” kolejny dzień w kalendarzu
          i nawet jeśli pójdą na PASTERKĘ
          to i tak nie zrobi to na nich większego wrażenia


          Chcecie poznac formowe plotki i ciekawostki?

          Proszę bardzo.
          Tylko spokojnie.
          Auguście, nie zadawaj tylu pytań. C
          hciałbys wszystko od razu wiedzieć.
          Po kolei to było tak:
          LLILIMARLEM poszła DO KLARY,
          żeby ją poinformować,
          że to NATKA jest OPERATOREM NA TYM FORUM.
          Ale nic z tego,
          bo KLARA NAM SIĘ GDZIES ZAWIERUSZYŁA.
          Nie wiadomo tez CO SIĘ STAŁO Z GOSCIÓWĄ2 ?
          Wszystko się pomieszało i zapętliło
          przez te NICKI I INTERNETOWE ZNAJOMOŚCI,
          a MOŻE to przez te HERBY?
          Ja tam nic nie wiem,
          ale jak się dowiem,
          to zaraz Wam powiem.
          MOJE JEDNO ŻYCZENIE jest takie:
          – chciałabym znać odpowiedź na takie pytanie:
          KA-MIL, Z KIM NAS ZDRADZASZ?
          -Nie odpowiesz?
          Twoja sprawa. I tak się dowiem.
          Wiesz co zrobie?
          Zwróce się z tym pytaniem
          DO NATLI, TESUNI LUB AXSY,
          a może Ty POLONINKO WIESZ COŚ NA TEN TEMAT.
          Aż mnie skręca,
          żeby wreszcie wywlec na światło dzienne
          informację o tym, kto Ci zawrócił w głowie.
          Może to…
          ANNA WALENTYNOWICZ,
          GRAŻYNA SZAPOŁOWSKA,
          KRYSTYNA KOFTA,
          MAGDALENA ŚRODA,
          czy ogólnie ZBUNTOWANE PIĘĆDZIESIĘCIOLATKI?
          I nie mów nam –
          WRESZCIE JESTEM SOBĄ,
          A NIE JAKMŚ TAM LUTY05.
          Przeciez to oczywiste,
          że Ty to BZOWSKI LUB JANOTA BZOWSKI,
          każdy przecież słyszał jak mówiłeś:
          JESTEM KIMS INNYM.
          Ty chłopie lepiej sprawdź
          CO SIĘ KRYJE POD TWOIM NICKIEM,
          bo DZIEWCZYNY MAJĄ SPOSOBY na wszystko,
          nawet na FENOMEN OWSIAKA,
          a co dopiero na taki pryszcz jak forumowa ZDRADA.

          To jest moje zdanie i ja go nie zmienię.
          • natla Re: Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:45
            Witam, witam i o zdrowie pytam?

            A co? Ja też mogę zapytać,
            skoro widzę tu tyle osób dopytujących się o różne sprawy.
            Każdy chce się czegoś dowiedzieć.
            Jednych interesuje SKĄD PRZYBYWAMY,
            ci sami zresztą, zaraz stawiają kolejne pytanie o to
            CO SIĘ DZISIAJ DZIEJE Z LOGOWANIEM,
            a za chwilę znowu interesuje ich
            CO CZYTACIE W TW JESIENNE DNI.
            No tak, ale przecież teraz jest zima.
            Inni kompletuja drużynę i szukaja kogoś KTO GRA W BRYDŻA.
            Panie bez pary interesują się tym CZY SĄ TU SAMOTNI?
            A wszystkie bez wyjatku zastanawiają się
            ZA CO NAJBARDZIEJ KOCHAMY NASZYCH MĘŻCZYZN
            I CO NAJBARDZIEJ DRAŻNI WAS U MĘŻCZYZN
            lub CZY ON MA RACJĘ twierdząc,
            ze DZIŚ NAJBARDZIEJ DOŁUJĄCY DZIEŃ W ROKU.
            Niektóre pytają czy UKŁADAMY dla nich FRASZKI, WIERSZE I POEMATY?
            A MĘŻCZYZNA?
            No cóż. Zastanawia się JAK TAM Z WASZĄ PAMIĘCIĄ
            i czy WIERZYCIE WE WRÓŻBY I PRZESĄDY?
            Rozważa co mu się ”upiecze”,
            a co nie ujdzie płazem, gdy narozrabia.
            Kombinuje czy wystarcza kwiaty,
            czy musi być konkretny prezent, a jeśli już,
            to JAKIE PREZENTY W POLSCE SĄ DOBRZE WIDZIANE?
            Tych wszystkich pytań jest DOKŁADNIE tyle,
            że nie wiadomo kiedy wpiszemy na nie odpowiedzi.
            Jakoś postaramy się.
            Ja osobiście jestem ciekawa KTO NAS TYLKO CZYTA?
            Dużo Was jest?
            CO WY NA TO? Napiszcie.


            Od jakiegoś czasu wszyscy zadają sobie pytanie –
            CO Z TĄ POGODĄ?
            Kiedy wreszcie na MAJÓWKI?
            Odpowiadam.
            Może już dzisiaj, to znaczy 20.05. 2005 roku,
            bo TAKA DATA zdarza się tylko raz w roku.
            i to tylko od 2001 do 2012.
            Potem już nie będzie możliwości.
            Słońce świeci na całego
            i w związku z tym na miejscu jest pytanie
            CZY ISTNIEJE ZDROWA OPALENIZNA?
            Jeśli tak, to JESTEM CIEKAWA jak sobie radzić z miejscami
            GDZIE SŁOŃCE NIE DOCHODZI?
            Oczywiście koniecznie trzeba nakryć głowę.
            LILIOWY KAPELUSZ nadaje się do tego doskonale.
            Odwieczne babskie stwierdzenie –
            JA NIE MAM CO NA SIEBIE WŁOŻYC
            u nas wyrażone pytaniem ZAGLĄDAŁYŚCIE JUŻ DO SZAFY
            nie wybija się na pierwszy plan,
            bo niewiele ubrań potrzeba,
            żeby wystawić ciało do słonka.
            Oczywiście, KTO MA PROBLEM Z NADWAGA,
            potrzebuje troszke wiecej szmatki
            na przysłonięcie kształtów.
            Tylko proszę nie przedawkować promieni,
            bo resztę dnia trzeba będzie spędzić w kolejce
            przed GABINECIKIEN FELINE, a szansa
            na KOLACJĘ PRZY ŚWIECACH I ŚNIADANIE PRZY KOMPUTERZE,
            czy na RADOSNE PRZEBUDZENIE będzie dopiero jak skóra zlezie!



            Zasiadłam, żeby pooglądać FOTOGRAFIE RODZINNE.
            Już od pierwszego Zdjęcia muszę TRZYMAC EMOCJE NA WODZY.
            No bo co my tu widzimy? SPOTKANIE W KRAKOWIE.
            Wszyscy uśmiechnięci, wystrojeni w niezłe PIÓRKA,
            tylko ja, AXSA, wyglądam jakby mi było brak nie tylko piątej,
            ale i SZÓSTEJ KLEPKI.
            A przecież to nie jest OBRAZ PRAWDZIWY.
            Choćby ten mój kuzyn – potomek wichru i burzy
            – tuman jeden, szczerzy się wyjątkowo.
            Na mordzie SZCZĘŚCIE, a generalnie
            … szara rzeczywistość czyli mieszanina
            – biały człowiek i jego czarne myśli.
            Albo moje kuzyneczki – ZAZDROŚNICE.
            Na zdjęciu jak ANIOŁY, a w rzeczywistości?
            Każdy wie, że powinny mieć trzeci kurek przy kranie,
            żeby w odpowiedniej chwili mogły sobie napuścić zielonego pojęcia.
            A ja?
            Po kiego grzyba tak się ciskam?
            Powinnam włączyć elewator i uśmiechać się jak pozostali,
            bo przecież JAK CIĘ WIDZĄ TAK CIĘ PISZĄ.
            Ale to normalka - ja zawsze odwrotnie,
            w związku z tym napiszę o sobie
            – niech zobaczą jak to ze mną jest.
            Ja jestem kobietą wertykalną,
            stoję mocno na niekoniecznie mocnych nogach.
            Nigdy nie padam przed nikim na kolana,
            nie płaszczę się.
            Mam głowę na karku i noszę ją wysoko,
            czasem nawet w chmurach,
            ale nosa nie zadzieram.
            Często odnoszę wrażenie,
            że mam cztery ręce i do tego wszystkie cztery prawe.
            To dlatego pracy się nie boję.
            Wiem, że wystarczy odpowiednio wysoko zakasać rękawy
            i odpowiednio nisko zgiąć grzbiet,
            żeby na efekty nie trzeba było długo czekać.
            I co z tego?
            Dla większości to zupełnie BEZ SENSU.
            Gdzie jest SPRAWIEDLIWOŚĆ??
            DLACZEGO MNIE TO SPOTKAŁO?
            Wracając do zdjęcia … to stoję jak ta głupia,
            obok tego mojego przyszłego eksmęża.
            Minę mam nietęgą i na tle tej mojej promiennej rodzinki… ech…
            Dlaczego w odpowiedniej chwili
            nie umieściłam tego zdjęcia tam,
            gdzie jego miejsce czyli w okrągłym segregatorze??
            • natla Re: Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:46
              Wykonane.
              Proszę tylko nie zgłaszać zastrzeżeń do jakości, bo w końcu co mogłabym napisać
              w tak krótkim czasie, a do tego wena jest na mnie z lekka obrażona z powodu
              braku mojego nia zainteresowania.

              PORY ROKU – każdy wie, że podstawowe są cztery,.
              CIEKAWA JESTEM, która lubicie najbardziej?
              O co ja się pytam, przecież to oczywiste.
              WIOSNA to najpiękniejsza pora roku.
              NASZE KWIATKI rozsiewają przepiekne zapach, chodzimy na SPACERY.
              Podglądamy co się dzieje za GAWIARENKOWYM płotem,
              bo NATKA, KRISTA i ZEZŁOLIK formują rabatki
              i nawołuja: PODUSZECZKO POMÓŻ NAM.
              Wydłubują jakieś kłącza z ziemi – to DLA REGINE,
              bo złożyła zamówienie na nowe rośliny.
              Przydałby się jeszcze ktoś do pomocy, ale coż…
              KLARA NAN SIĘ ZAWIERUSZYŁA.
              Ale nie będzie tak źle – nadchodzą MIRA i WIKTORIA.
              Może już wystarczy ludzi, żeby zrobić WIOSENNE PORZĄDKI.
              Gdyby jeszcze ktoś był w stanie powiedzieć choćby
              TYLKO KILKA SŁÓW O WIOSENNEJ pogodzie.
              Kiedy wreszcie…..???

              No dobra, niech stracę. wink))
              Wpisuję poza umową, bo mogłoby sie zdeaktualizować.

              KTO MNIE WOŁAŁ? CZEGO CHCIAŁ? Przecież jestem zajęta,
              bo rozpoczął się SEZON TRUSKAWKOWY.
              Cały świat pachnie konfiturami i dżemem.
              NASZE WYPRÓBOWANE PRZEPISY znowu są w cenie,
              więc MOŻE DO PRACY?
              Jak ktoś sobie nie radzi to może poprosić
              o pomoc.
              Powszechnie wiadomo,
              że PYTANIA DNIA to DO MALWINY.
              Ona nie ma problemu z wyjaśnianiem
              np. takich truskawkowych wątpliwości:
              - JAKIE PRZYPRAWY DO truskawek/
              - Ile cukru?
              - Czy można kupić takie, żeby były od razu ze śmietaną
              i z cukrem?
              - A koktajl truskawkowy? To jakim jogurtem?
              - Jak JESTEM NA DIECIE KOPENHASKIEJ to na truskawki mam tylko patrzeć?
              - A kto powinien zajmować się przdziałem na zielone i czerwone?
              - I kiedy wreszczie przestać??

              No nie da się ukryć, truskawki to teraz GORĄCY TEMAT,
              w sam raz na UPAŁY.
              MAM PROPOZYCJĘ.
              Może zrobimy forumowe truskawkowe zapasy na zimę?
              Obok KAWIARENKI i drewutni jest takie pomieszczenie,
              które można zagospodarować na spiżarnię.
              Każda zaradna gospodyni, która wie,
              że ŻYCIE BEZ takiej KOMÓRKI jest trudne,
              wrzuci tam kilka słoiczków ze smakołykami.
              Zamelinujemy tam też WINA I INNE ALKOHOLE.
              Istnieje tylko zagrożenie dla zapasów
              jak Wojciech pójdzie do drewutni
              … niby to drewno rąbać…

              LISTONOSZ PUKA DO DRZWI.
              OTWIERAM.
              GALERIĘ pięknych obrazków mi dostarczył. otwieram więc ten ogromny album.
              O rety!! Już na pierwszej stronie ogromny tytuł: ZAPRASZAM NA MAŁY
              FOTOREPORTAŻ. Piękne to. CAŁA POLSKA NA ZDJĘCIACH – WARTO OBEJRZEĆ. Dalej
              GDAŃSK PRZEZ OKO KAMER i rozważania na temat –ZLOT 50-LATEK – POLSKA PÓŁNOCNA –
              MOŻE TORUŃ?
              Następny album – zdjęcia pokazują CO SIĘ DZIEJE W TEJ KALIFORNI.
              Dalej oferty spędzania wolnego czasu i podpowiedzi jak zaplanować PODRÓŻE,
              WYCIECZKI A NAWET DŁUGIE SPACERY.
              kolejna strona nosi interesujący tytuł: GALERIA – DZIERGADEŁKA. zawiera zdjęcia
              robótek „wydziobanych” drutami i szydełkiem,
              Jest też dział zawierający różne propozycje.. A to na PREZENT URODZINOWY, a to
              znowu podrzuca POMYSŁY UŁATWIAJĄCE ŻYCIE.
              Dzięki temu albumowi udało mi się obejrzeć PIĘKNE MIEJSCA.
              Ale, ale, najzabawniejsze jest na końcu. toż to istny SŁUP OGŁOSZENIOWY i wcale
              nie taki zwyczajny tylko taki towarzysko-matrymonialny, a anonse zaczynaja się
              tak:
              - MASZ 50+ I MOŻE MIESZKASZ W MICHIGAN…
              - 50-LATEK BEZ PARY…
              - JESTEM 51- LETNIĄ EMERYTKA
              - NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO…66 – LETNIA…
              - BLIŹNIAK, WODNIK poszukuje
              - SAMOTNY SYLWESTER pozna…
              A to poniżej to REKLAMA usług erotycznych:
              - DZIEWCZYNY…
              - BLONDYNKI..
              -STARE JAK NOWE…
              - NIEMAM CO NA SIEBIE WŁOŻYĆ…
              - HEJ, CHŁOPCY do usług…
              - Dziś mam ochotę na…
              - PIĘKNE NUMERKI…
              Jak to czytam, to się zastanawiam – piąta czy SZÓSTA KLEPKA się poluzowała,
              mnie, czy może ogłoszeniodawcom
              • natla Re: Twórczosć Axsy..."Historyjki wątkami pisane" 09.09.05, 12:47
                Natla zarzadziła wink)),
                że nowe opowiadanko ma być co tydzień, więc nie dopuszczam myśli, że ...kto nie
                słucha ocja,
                Natli... ten słucha...


                ODCINEK XIX

                Zbliża się 60 TATY. CO SENSOWNEGO DAĆ W PREZENCIE?
                DOBRY BOŻE…i Ty się pytasz chłopie?
                Przyjrzyj się jego staremu samochodowi.
                I co??? RDZEWIEJE, CZY NIE??
                MASZ JUŻ OBRAZ PRAWDZIWY?!
                Teraz pewnie się zastanawiasz JAK TO SIĘ STAŁO, że Twój ojciec jeszcze nim
                jeździ?
                No cóż, przecież wiesz, że PRZYSŁOWIA MADROŚCIĄ NARODU. Znasz zapewne takie:
                Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.
                Mam nadzieję, że teraz już wiesz z jakim prezentem powinieneś się zjawić na
                urodzinowej imprezie.
                Moja propozycja to NOWY MODEL BMW.
                DLA DRESA się nie nadaje , bo to samochód nieprzystosowany do takich
                wyszukanych wymogów. Tacy to są twórcy wysokiej klasy. Jednym jedynym ruchem
                nogi potrafią stworzyć niewyobrażalny HORROR NA DRODZE.
                Kiedy jakimś sposobem uda im się ujść z życiem i zobaczyć swoje „arcydzieło”,
                a policja pyta o genezę, to nie mają żadnej wątpliwości czy PRAWDĘ MÓWIĆ, CZY
                KŁAMAĆ. Tu nawet niepotrzebny RANKING KŁAMCÓW, bo ogólnie wiadomo, że jak oni
                występują to tylko najwyższy stopień podium jest zajęty. Z niemówieniem prawdy
                są niezwykle obyci, więc nawet jeden najmniejszy mięsień twarzy im nie drgnie,
                gdy będą robić przysłowiowy TEATR i z prawidłowo jadącego kierowcy uczynią
                pirata drogowego i przestępcę.
                A jaka GESTYKULACJA temu towarzyszy – BEZ UMIARU.


                PODCZYTUJĘ WAS I…ZNIKNĘLIŚCIE.
                Ganiam, szukam, pytam każdą napotkaną istotę? Nikt nic nie wie,
                nikt niczego nie słyszał na temat jakiegoś odgórnego forumowego
                „wymiatania” niezsubordynowanych społeczeństw rezydujących
                przy Gazecie Wyborczej.
                Samego diabła chyba trzeba zapytać GDZIE SĄ WSZYSCY?
                Jakby tego jeszcze było mało to również NIE MA RÓWIEŚNIKÓW
                W KATALOGU FORÓW.
                Ja rozumiem, czas jest taki, że niektórym to w głowie tylko
                „PODRÓŻE, WYCIECZKI…, ale żeby tak nagle,
                zbiorowo opuścić forum.
                Rozumiem też, ze kobiety mogły się przejąć wątkiem
                „CO POWINNA DOBRA ŻONA”, poleciały do kuchni
                i tłuką garami, bo zrozumiały, że ENERGIA Z PUSZKI,
                może nie wystarczyć, nawet jak to jest Żywiec w postaci schaboszczaka.
                No dobra, można trochę popitrasić, ale nie tak BEZ UMIARU.
                Niektóre to już mają niesamowite „osiągnięcia” w tym względzie
                – 72 godziny przez trzy doby!!.
                No co Wy?
                Tak Wam zależy, żeby się dowiedzieć jak smakuje UCZUCIE AKCEPTACJI???
                Nie przejmujcie się tak, bo od zmartwień to tylko ZMARSZCZKI powstają.
                Wracajcie do klawiaturek!!
                Właśnie zakończyłam rozwieszanie czerwonych nitek na krzaczkach i płotach,
                żeby Wam wskazać właściwą drogę,
                bo RÓWIEŚNIKÓW /NASZYCH/ WYKRYŁAM.

                Kontynuując, jakby, poprzedni odcinek to jeszcze to Wam powiem, że mężczyzna to
                jest zupełnie inny gatunek człowieka. Z mojego punktu widzenia – drugi, a może
                nawet trzeci /biorąc pod uwagę dzieci/.
                No bo jak to inaczej zaklasyfikować??
                Przychodzi /jakby samochodem się chodziło/ z pracy. Zmęczony, wyczerpany,
                głodny, zmarnowany i od tego momentu on o c z e k u j e. Nie ma znaczenia,
                że kobieta wróciła, też z pracy, tylko jakieś siedem i pół minuty wcześniej.
                On uważa, że dla panów jest zarezerwowana gazeta, telewizorek /najlepiej
                audycja o paniach z gołymi siusiakami *)/ i wyrażanie zniecierpliwienia, że
                obiadek jeszcze nie został podstawiony pod pyszczek, dla pań pełne prawo do
                spełniania roli służącej.
                CZY TO UCZCIWY UKŁAD? CHYBA NIE DO KOŃCA?
                Ludzie… Jakie „chyba”???
                Przecież KAŻDY.. gołym okiem widzi, że jest to postawione na głowie.
                Kobitki, po co się dajecie tak traktować? Co, zależy Wam, żeby wyższa była
                WYCENA GOSPODYNI DOMOWEJ? Same doprowadzacie do tego, że facet tkwi w swoim
                błogostanie, zachwycony tym, że nawet Najwyższemu może się w razie czego
                odszczeknąć: JAKIEGO MNIE BOZIU STWORZYŁES, TAKIEGO MNIE MASZ.
                Jak się już ze stwórcą rozprawi to tradycyjnie – 3 X P: piwko, pilocik,
                PODUSZECZKO, GDZIE JESTEŚ… i w „kimono”. Gdy już chrapie tak, że ściany
                wibrują , to spróbuj wyłączyć telewizor. Natychmiast usłyszysz – „przecież
                oglądam”. Najlepiej nie staraj się wtedy ustalać o czym był ten program, który
                on „oglądał”.
                Życie się toczy, a takiemu nawet nie chce się pomyśleć, CZY JESTEŚCIE ŁASE NA
                KOMPLEMENTY i że żonie nie wystarcza PRZYJACIÓŁKA. PRZYJACIELE mogą się zacząć
                kręcić na horyzoncie, a jeden z drugim nawet nie dopuszcza do siebie takiej
                myśli.
                Mój, to jakby już zauważył jakiegoś konkurenta, to pewnie zmierzyłby delikwenta
                wzrokiem znad okularów i rzuciłby znad gazety: PROSZĘ NIE KUSIĆ AXSY!!


                NARESZCIE PIĄTEK.
                Można zarzadzić cotygodniową kąpiel. wink))
                Trzeba się tylko zastanowić z czego skorzystać – WANNA CZY PRYSZNIC?
                Generalnie wolę wannę,
                bo można się uwalić i myśleć o niebieskich migdałach.
                Biorę coś do picia, jakieś łakocie,
                zanurzam się i zaczynam popijać, SMAKOWAĆ.
                Zamykam oczy, z radia wydobywają się DŹWIĘKI.
                Nie znam tego utworu, a to podobno PIOSENKA ANTYDEPRESYJNA.
                SŁUCHAĆ mi się nie chce,
                bo pod powiekami KOLORY się zlewają i rozdzielają,
                zlewają i układają w cudowną mozaikę.
                W ustach rozpływa się CZEKOLADA
                produkcji zakladów im. 22 LIPCA dE WEDEL.
                Przypomina mi się SMAK HERBATY i KAWA.
                W łazience CIEPŁO I PRZYTULNIE….

                Aż tu nagle z zadumy wyrywają mnie męskie głosy
                dobiegające z wywietrznika.
                Słyszę wyraźnie: AXSAAAA… PODGLĄDAMYYYYY.
                BOCIANY przegoniliśmy,
                gniazdo z komina przełożyliśmy w inne miejsce,
                peryskop „do góry nogami” wcisnęliśmy w komin…
                No nie wygłupiaj się!!
                Tyle zachodu, a Ty nam oczy mydlisz …
      • natla Twórczosć Axsy.."Jest na mapie świta maleńki znak" 09.09.05, 17:25
        • Jest na mapie świata maleńki znak...
        axsa 08.09.05, 17:56

        Np: w Polsce Warszawa,
        albo... inne miejscowości... o dużo ciekawszych nazwach /to te pisane
        wielkimi literami/.

        Wybrali sie panowie do MIŁOSNEJ
        przez SUCZKI, STARE JUCHY i HULTAJEWO.
        Obserwują pobocze szosy.
        I co widzą?
        TUPADŁY NOWE LASKI I NOWE RUMUNKI.
        Startuja do dziewczyn,
        a tu SWORNE GACIE i NOGAWKI długachne,
        bo jedna ma KRZYWE KOLANO,
        a druga jakieś takie GNATY WIEŚNIATY.
        Ogólnie ZGNITOCHA i STARE NIEMYJE.
        To nie to co BABKI OLECKIE i ich PUPKI.
        ________________________________________________________________________________

        KŁOPOTY STANISŁAWY / Natla, nie bijwink))/ zaczęły się, gdy postanowiono wybrać
        Mistera.
        Panowie się zgłosili, a jakże.
        Najpierw TEOLOG, za nim RUSEK MAŁY, dwa SZWABY, trzy KAŁMUKI, RUSEK WIELKI.
        Następnie ŻEBRAK, BARTKI MOCARZE i ŁAPIGUZ
        Wszystko LEŚNE BOHATERY, co drugi to BUJNY KSIĄŻĘ, ale generalnie to LENIE
        WIELKIE. Jeden mówi, że ma PIĘĆMORGI, drugi, że mieszka za KOBYLĄ GÓRĄ, trzeci
        opowiadał NOWINY KASJERSKIE, temu smakuje WIŃSKO, a innemu ZIMNA WÓDKA.
        Każdy pręży się i TWORZYMINKI.

        W jury siedzą kolejno KRZYCZKI ŻABICZKI, potem STARA WRONA, dalej PSZCZÓŁKI,
        za nimi KOCE-BASIE. ZAWITAŁA też PARAFIANKA.

        Nastąpiło otwarcie, najpierw normalnie, a potem zaczęły się GOŁE ŁAZY.
        Nie mierzyli im CYCÓW tylko POGUBIE TYLNE. Najważniejsze jednak były DOLNE
        WYMIARY i odpowiedź na pytanie czy DZIADOWA KŁODA już NIETUPA.
        Przyszło do ogłoszenia wyników. Panowie nie byli w stanie się pogodzić z
        orzeczeniem jury i wtedy okazało się, że całe to towarzystwo to SZKARADOWO i
        CHAMSK.
        Zrobił się niezły MŁYNEK NIEŚWIESKI.
        ŁYSOBYKI się POBIŁY, więc uzbrojeni w STARE ŁOMY ochroniarze brali ich
        ZAMORDUJE, ZAGACIE i do PIEKŁA!!
        • tofika Re: Twórczosć Axsy.."Jest na mapie świta maleńki 11.11.05, 22:58
          zerknijcie,ile tu czytania...
    • annal74 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 11.11.05, 23:16
      Wspaniały pomysł, życzę pwodzenia w twórczości może wena dopisze i mnie to coś
      popełnię.
      • axsa Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 15.11.05, 07:30
        Trzeba zatrudnić redaktora
        /proszę nie spoglądać na mnie,
        teraz nie mam wolnych mocy przerobowych/,
        bo inaczej cała ta twórczość splesnieje w szufladzie.
        • natla !!!!! 16.11.05, 22:30
          Bardzo prosiłam nie dyskutować w tym wątku, tylko np. w plotkarskim.
          Axsa redaktorami jesteśmy wszyscy, wielokrotnie prosiłam o szukanie ciekawych
          wypowiedzi i kopiowanie tu.....groch o ściane, leniuchy wink))
          Jak już przeleccie wszystkie wątki, to sie wydrukuje, zrobi korekte i prawdziwą
          książkę dla nas, a kto będzie chciał ja zakupić, to po cenie kosztów, czyli
          druku. Tak sobie to wyobrażam, tak pisałam, ale też tak mnie czytacie
          i słuchacie.
          Ale Wam nagadałam. wink))))))
          • natla Re: !!!!! ??????????? 26.11.05, 10:10

            • natla Re: !!!!! ??????????? 20.12.05, 23:18

    • natla Historia pewnej podróży.......by Czarby Humor ;)) 13.02.06, 12:26
      Hen zza morza, zza wielkiego,
      Dżordż zaprosił drucha swego.
      A ten, gdy go kowboy wspiera,
      Za ocean się wybiera.
      Rajzefiber kuper ściska,
      Ale trudno - nie ma wyjścia!

      Pierwsza podróż w obce strony,
      Ma się odbyć wszak bez żony??
      Piękna Dama – Pierwsza pono,
      Co wieczora na swe łono
      Kładzie kaczą główkę przecie.
      Bez tych pieszczot – pewnie wiecie
      Prezio na sen traci szansę,
      Więc – nie patrząc na niuanse,
      Na brak miejsca w samolocie
      I że to kosztuje krocie,
      Pierwszy ...watel Reczpos..plity,
      Nie zostawi tu kobity!
      Nadto - tu – w pobliżu jego,
      Jest podobny ktoś do niego
      Jak dwie krople okowitki !!!
      NIE ZOSTAWIĘ TU KOBITKI !!!!
      Na myśl samą szuka barku,
      Skóra cierpnie mu na karku,
      Przerażony stroszy pióra,
      Robi mu się GĘSIA (!) skóra!!
      A poza tym – w obcej dali,
      Nie wiadomo co by dali,
      Do jedzenia i do picia,
      Czy się wyśpi bez przykrycia
      Skrzydłem swojej cud huryski??!!
      Czy nie wsypią mu do whisky
      Czegoś, co mu spowoduje ...!??

      Oooo! - NIE!!

      Mania wszystkich przypilnuje!!
      Nad mężusiem pieczę ma,
      Papu, tutu sama da.
      I języki cudze zna,
      Jakie? – nie wiem. Ale DWA!!
      A do tego ta dzierlatka,
      W porę zawsze da po łapkach,
      Gdy się „w gościach” zacznie drapać,
      Siorbać, mlaskać, głośno chrapać
      Na przyjęciu w Białym Domu,
      Dłubać w nosie, bez pardonu
      Bez krępacji i bez sromu,
      W czas nauczy go bon-tonu.

      Jak pomyślał – tak też zrobił.
      Żonkę pięknie przyozdobił
      Płaszczyk – nówka!! Pierwsza klasa!
      By się nie czepiała prasa.
      Kostium, szalik, rękawiczki
      Dessous seksi, cud trzewiczki,
      Naturalne wszystko!! – Zdrowe!
      Eleganckie! Piękne! Nowe!

      Z „Galerii Centrum”! – Tanie nie było,
      I na torebkę już nie starczyło,
      Więc, żeby w locie swe fanty miał,
      W rękę żoneczce foliówkę dał.

      Pierwsza Dama w podróż bierze.
      Niczym - z pieskiem na spacerze,
      Reklamówkę – ach! – foliową!!
      Lekko zmiętą i nienową.
      Nadruk na niej „przypadkowy”,
      Wpadnie grosik nadplanowy!

      Do tej torby dla wygody,
      Kazał swoje skarby włożyć:
      Kryształ, co Dżordżowi da,
      By nie myślał, że on dziad,
      Wódzi czystej trzy połówki
      Polską szynkę, litr „Żubrówki”
      Sztuczną szczękę – zapasową,
      Kapcie, gacie, spinkę nową,
      Szklaną kulę, piwka skrzynkę,
      Z gliny piękną okarynkę,
      Bo gdy się zagubi w tłumie,
      Gra se na niej - choć nie umie.
      Jaśka w gwiazdki, i w kaczuszkę,
      Kabanosy, śledzi puszkę,
      Bigos, boczek, żur z ogonem,
      I szlafmycę – tę z pomponem.
      Zdjęcie brata w złotej ramce,
      Od mamusi mleczko w szklance,
      Jałowcową, pomidorki,
      Na zgrychę z sera korki,
      I na twardo jajek sześć,
      Bo w podróży TRZEBA jeść!!

      Eeech! Użyje wreszcie świata!
      Przecież w kraju całe lata
      Klepał biedę, świtem wstawał!
      Całe pensje biednym dawał.
      Nieraz w nerwach tak wpalił,
      Że – gdzie pieprz - dziady spieprzali.
      A Wałęsa i Kwaśniewski
      Podkładali mu pinezki –
      To w przenośni – tak się rzecze,
      Lecz go kuper bolał przecie.
      Od tych razów niewybrednych,
      I od słów okrutnych - wrednych.
      Na wycieczki nie miał czasu.
      Co najwyżej gdzieś do lasu.
      Teraz, za to – gdy go stać,
      Z życia szczęście chciałby brać.

      Co użyje - heeen daleko,
      Czy zaszczytów się doczeka,
      Co zostanie z rajzy w głowie,
      Po powrocie nam opowie.

      A w następną podróż – cóż
      Weźmie brata! No i już!!!

      • natla Re: Historia pewnej podróży.......by Czarby Humor 13.02.06, 12:31
        Zanim będę ciągnął wieść,
        To poprawkę muszę wnieść:
        „Teraz, za to – gdy NAS(!) stać,
        Z życia szczęście BĘDZIE(!) brać!

        Ale!! - Już jest bagaż w luku,
        Silnik robi sporo huku,
        On do lotu już się rwie
        I przy oknie siedzieć chce.
        Ledwo ujrzał samolocik,
        Głośno pierdnął ... i się spocił!!
        TYM SIĘ LATA?- myśli chwat.
        Przecież TO ma ze STO lat!!
        TYM MODELEM LATAŁ STALIN!!!
        A JAK W GÓRZE GDZIEŚ NAWALI??!!
        Sam na skrzydłach bym się wzbił,
        Lecz mi już brakuje sił!
        I skrzydełka mi zmalały,
        Odkąd to kuperek cały
        Na krzesełku się nie mieści
        I się leje w dużej części
        Poza obrys nooo ...siedziska!!
        Myśli tak, a ... męstwo pryska.
        Oczy dostał jak podstawki,
        Sztachnął se trzy razy trawki,
        Jeszcze oczy zdołał wznieść ...
        ... BOR na pokład musiał wnieść
        To bezwładne, wiotkie ciało,
        By na płycie nie zostało.

        Na pokładzie samolotu,
        Wigor wnet odzyskał, bo tu
        Jojnt, co wcześniej go przypalił,
        W ciepłym wnętrzu moc „wywalił”.
        Włożył dresik – wzór z „Pruszkowa”,
        Ubiór mu swobody dodał,
        Siadł PRZY OKNIE!! – się odważył!!
        Wezwał czterech ochroniarzy,
        Trzech rozstawił przy drzwiach, klapie,
        Z czwartym usiadł na kanapie,
        Spojrzał w okno – Ja p ... chrmolę!!
        Już samolot był „na kole”!!
        Litra wypili od razu,
        Dla fantazji i kurażu,
        Po czym szybko tracąc ego,
        Zasnął snem sprawiedliwego.
        I prawego! – jasna rzecz!
        Na dywanie – tak chciał lec!

        Śpiąc tak słodko - śnił odważnie,
        Jankesom pokaaażę!! – ważne,
        Żeby sobie nie pozwolić
        Wleźć na głowę, zmyć jej, zgolić.
        Łukaszence! –mam myśl! Huraaa!!
        Zrobię ostro koło pióra!! smile)
        Pewność siebie im pokażę!!
        Poprzedników wziętość zmażę!
        Na Wołodię się poskarżę,
        A jak się odezwą wraże
        Głosy?! -
        - się przeleje złości czara,
        Wizy więc wprowadzę zaraz!
        W sprawie wiz Dżordż głuch i niemy??!!!
        To w Iraku zostaniemy,
        Na następne dziesięć lat!!
        Bęęędą mieeeli!! Tyyylko bat
        Nad głową ich nauczy
        Że się Lacha nie da zwłóczyć.
        Tak se we śnie debatował,
        Ściskał piąstki i pomstował,
        Po dywanie ciskał, chował,
        Pobyt „w gościach” zaplanował.

        Już lądowań blisko strefa,
        Trzeba by obudzić szefa.
        Łatwo borowcom nie było,
        Lecz szczęśliwie się złożyło,
        Że się lekko walnął w główkę
        I zobaczył reklamówkę.
        Ocknął i rozejrzał się,
        Załkał, jęknął: MANIA GDZIEEE??!!
        No, a żonka na „Okęciu”
        Już z udziału w przedsięwzięciu
        Rezygnacji wzięła krok
        Z trapu zrobiła skok w bok.
        I z pustego bagaż-luku
        Skoczyła na pas bez huku.
        Choć rozpaczał straszie mały,
        Wizyt plan mu się zawalił,
        To się w końcu godząc z tym,
        Do kontroli szedł jak w dym.
        Dezynfekcję mu zrobili,
        Potem jeszcze raz sprawdzili -
        Na wypadek wszelki tak,
        Czy H5M1 brak
        Strasznej grypy – tej z Europy
        Boją się tam wszystkie chłopy,
        Nooo!! - i jeszcze ichnie baby
        Tak strachliwe są, że aby
        Go pamiętać – kupę fotek,
        I odciski z wszystkich lotek,
        Zdjęły sprawnie na lotnisku,
        Z torby mu zabrały wszystko.
        Się rozpłakał, więc po wszystkim,
        Tłumaczyli biedaczysku:
        „Że terroryzm ciągle groźny”!
        Tere-fere! – pewnie głodni!

        Wreszcie po tych jest odprawach,
        Wyszedł z hallu – wzrokiem bada,
        Cały parking i ulicę,
        Czy Dżordż przysłał jaką brykę.
        Czasu trochę miał na zbyciu,
        Więc popwtarzał se w ukryciu,
        Trudne te tubylcze słowa,
        Bo chciał Dżordża oczarować
        Myślał – wypadnę po Pańsku!
        Tylko, czy w amerykańskim:
        „Kocham Cię”?? - To „Ja liubliu”??
        Wtem go ujrzał !! - DŻORDŻ!!! - DABLJU!!
        Wymamrotać tylko zdołał,
        W lędźwiach wymiękł, Colą polał,
        Krew mu odpłynęła z żył,
        I z wrażenia zemdlał-był!



        Na razie tyle!! smile))

    • sagittarius954 Uwięzione...dramat w 5 aktach. 01.03.06, 14:35
      Białołeka, więzienie dla kobiet internowanych i nie przystających do sytacji w
      Polsce 2008 roku.

      Cela 25

      Godz 17 . W celi na pryczy leży natla , kryzar i malwina . Nerwowo przechadza
      się delwa.57.


      Moje Panie do Pracy!!!!! :dd
      • del.wa.57 Re: Uwięzione...dramat w 5 aktach. 01.03.06, 17:26
        Akt pierwszy!!!!
        Dziewczyny!!co tak lezycie,wczasy jakies czy co? cholera ,fajki mi sie
        kończą,zabrali mi całą sztangę,bez fajek nie wytrzymam,ma która co zapalić? no
        co!! nic na to nie poradzę,ze Wy nie palicie i dym Wam na cere szkodzi co?
        dziewczyny róbmy coś,tu można zwariowac,chyba zacznę spiewać,ze co!,że dołoza mi
        jest mi wszystko jedno.Da sie wogule wylezec na tych pryczach?nie jestescie
        głodne? kiedy tu do stołu zapraszają?cos bym zjadła a Wy?
      • natla Re: Uwięzione...dramat w 5 aktach. 01.03.06, 17:41
        Delwa! Bagam siądź na chwilke, bo szału dostanę i ściągnę jakiegoś
        kaczklawisza - mówiła Natla...a w ogóle, to cicho dziewczyny, bo słyszę od
        dłuższego czasu jakieś rytmiczne stukoty....zna któraś alfabet
        Morse'a?....ćśśśśś....
        Ńagle nasze internowane usłyszały trzask zamka i w dzrzwiach stanął kaczklaw.
        Kobiety skuliły sie, bo juz myslały, że dostaną kolejna porcję zdrowasiek za
        karę, a tu.....paczka!!! Kaczkklaw rzucił ja na podłogę i trzasnąwszy drzwiami,
        wyszedł, dwa razy przekręcając klucz.
        Delwa, Malwina i Natla rzuciły sie w kierunku paczki.
        Skąd, kto , od kogo - przekrzykiwały się nawzajem. Delwa pierwsza dopadła
        paczki, rozszarpała sznurek i papier nie bacząc na nadawcę.
        Tu trzeba nadmienić, że Delwa najbardziej cierpiała z powodu głodu, gdyz nie
        mogła przełknać niczego z dostarczanych "dań". Malwina i Natla jadły, zatykając
        nosy, bo wiedziały, że muszą przetrwać. Próbowały przekonać Delwę po dobroci i
        po złosci, i spokojnie, i tłumacząc, i wciskajac jedzenie na siłe w jej usta.
        Nic nie pomagało. Delwa była wycieńczona i podminowana. Koleżanki patrzyły
        z litościa, czekając aż biedna Delwa padnie.....
        Tak więc nie miały koleżance za złe gdy rzuciła sie na paczke. Delwa złapała
        kawałek czegoś i jadła, jadła, jadła wodząc nieprzytomnym wzrokiem po celi.
        Malwina i Natla poszukały nadawcy.....jest - wrzasneła Natla. Obie z Malwiną
        popatrzyły i .....no właśnie, kto mógł im i co przysłać w paczce?
        • sagittarius954 Re: Uwięzione...dramat w 5 aktach. 02.03.06, 03:21
          Zanim zdążyły przeczytać gryps , bo on sprawił nerwowe ruchy natli i malwiny
          przy paczce, rozległo się znów walenie do okutych drzwi celi. Natla zgrabnym
          ruchem schowała gryps pod pończochę, odsłaniając zgrabną nogę.Del.wa spojrzała
          się nie przerywając jedzenia i strzepała okruszki z bluzki.
          -wolniej dziewczyno, bo się zadławisz-stwierdziła Malwina.
          Tymczasem w drzwiach rozległ się szczęk klucza wrota do raju , jak nazywały je
          kobiety, uchyliły się i ukazała się zwalista postać klawisza sagitariusa.
          Pod pachą trzymał plik tygodników wydawanych przez koncern prasowy
          Rydzyka.Podszedł do delwy, trzymanymi w ręku kluczami przesunął ją pod ścianę.
          -I tak sobie myślicie, że jesteście na wczasach tak?-spytał i nie czekając na
          odpowiedź ciągnął dalej przysuwając się do delwy bardzo blisko- żadnego
          meldunku, żadnego poważania , bo i po co? Nieprawdaż? Leżymy sobie kryzar ,
          leżymy i czekamy na prasę , nieprawdaż? Co jemy- zaglądał do ust delwy, oddychał
          w kark dziewczyny przyciskając ją czymś twardym do ściany- Nie bojsja, to tylko
          klucze.
          Gwałtownie obrócił się . Oparł się na delwie rozpłaszczając ją na ścianie .
          Kobieta jękneła .
          - to jak będzie -spytał całkiem spokojnie jakby zapraszał je na
          wycieczkę-chcecie ze mną żyć w zgodzie , czy w dalszym ciągu opierać się. Lewą
          ręką machał tygodnikami i wymownie patrzył na kryzar.
          • maladanka Toskania o Toskanii 24.03.06, 21:58
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=23923&w=20682786&a=20682786
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=23923&w=20682786&a=20715831
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=23923&w=20682786&a=20765625
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=23923&w=20682786&a=20796323
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=23923&w=20682786&a=20827010
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=23923&w=20682786&a=20863595
            ufff- jest wszystkie 6 odcinków!
            • natla Re: Toskania o Toskanii 25.03.06, 03:43
              Jesteś genialna z tymi linkami. Choć nie jestem do końca pewna, czy w tej
              postaci przetrwają, dlatego lepiej przekopiować słowo pisane. Przynajmniej na
              razie, póki nie będzie pewne, że linki wątków kasowanych tutaj sie zachowają.
              • natla PODRÓŻE TOSKANII n/t 12.07.06, 12:54

                • natla Zielona wyspa i spełnione marzenie (Korfu) 12.07.06, 12:55
                  już wróciłam, a oto trochę moich wspominek z Korfu.
                  Odcinek pierwszy.

                  Zielona wyspa – tak o Korfu napisał ktoś w internetowych wspominkach.
                  Kto inny napisał, że kto szuka prawdziwie greckich klimatów, tam ich nie
                  znajdzie.
                  To pierwsze jest prawdą na pewno. Może sprawił to początek lata, kiedy słońce
                  nie zdążyło jeszcze wypalić wszystkiego, co żyje a może nieco przekropna
                  pogoda – już pierwszego dnia pobytu wylegujących się plażowiczów skropił
                  cieplutki deszczyk a tej samej nocy rozpętała się nad wyspą taka burza i
                  ulewa, jakiej dawno nie widziałam. A nie był to ostatni tego tygodnia
                  deszczyk. Tego, że w lipcu w Polsce będzie bardziej upalnie niż na
                  śródziemnomorskiej wyspie chyba nikt nie mógł przewidzieć. Za to ta
                  największa spośród wysp Jońskich, a raczej jej wybrzeże, tonie rzeczywiście
                  w kipiącej zieleni.

                  Co do klimatów zaś – oczywiście nadmorskie kurorty nie mają ich ani krzty,
                  to rzędy hoteli i pensjonatów, budowanych tuż obok siebie i pozbawionych
                  jakiegokolwiek wyrazistego charakteru. Może tyle tylko, że turystyczna
                  zabudowa greckich wysp to na szczęście nie potężne blokowiska, jak to bywa w
                  Hiszpanii czy Włoszech, ale przeważnie kameralne, jedno, najwyżej dwupiętrowe
                  budyneczki.
                  Ale wystarczy opuścić wybrzeże i zapuścić się w kręte górskie drogi, by
                  znaleźć się w innym zgoła świecie. O tych różnych światach będziemy jeszcze
                  mówić. A także o przewrotnie spełnionych marzeniach.

                  Zacznijmy jednak od początku.

                  Nocna podróż z lotniska pozwoliła tylko dostrzec, ze droga jest strasznie
                  serpentynowa i stroma i prowadzi tuż nad morzem.
                  Usypiało nas śpiewanie cykad, ten dźwięk będzie nam towarzyszył wszędzie i o
                  każdej porze dnia i nocy.
                  Ranek ukazał tuż za oknem rozłożystą palmę, kępę kwitnących oleandrów a
                  dalej w tle potężną górę o stromych, dzikich, skalistych zboczach. Niżej
                  między gęstymi zaroślami przebłyskiwało morze.
                  Plaża niestety, wbrew zapowiedziom w przewodnikach okazała się kamienista.
                  Ale za to chociaż szeroka i spokojna. W sąsiednim, znacznie większym i
                  wytworniejszym od naszego maleńkiego Barbati Ipsos plaża była ledwie na
                  szerokość jednego rzędu ciasno ustawionych leżaków a do tego tuż nad głową
                  jeździły samochody przelotowej drogi.
                  Dzień błogiego lenistwa, patrzenia w płynące nad głową białe chmurki,
                  kołysania się na falach, bosko.

                  Dzień drugi - wycieczka. Ranne wstawanie idzie nam niesporo (godzinna różnica
                  czasu), ale przed ósmą wsiadamy do autobusu, za pół godziny jesteśmy już na
                  statku . Plan wycieczki zapowiada odwiedzenie sąsiednich wysp Paxos i i
                  Antipaxos. Wysepek rozsianych na morzu jest mnóstwo, określenie „sąsiednia”
                  odczytujemy więc jako krótką przejażdżkę. Pierwszy raz przybijamy jednak do
                  brzegu po dobrych dwóch godzinach, ale nie nudzimy się ani chwili. Co chwila
                  mijamy, jako się rzekło całe łańcuchy większych i całkiem maleńkich wysepek,
                  czasem to po prostu wynurzające się z wody samotne skałki.
                  Przybijamy do portu Gaios. Nie ma tam plaży, tylko skałki i jachtowa marina,
                  kilka uliczek z mnóstwem kramów i sklepików z cudeńkami radującymi oko
                  turysty i małych knajpeczek. Wypijamy parzoną w tygielku greek coffee i pora
                  odpływać.
                  Pobliska Antipaxos jest niemal bezludna, jej atrakcją są tak zwane
                  Błękitne Groty. Zbliżamy się do sporej pieczary, sporej, ale jednak
                  stanowczo za niskiej, by zmieścił się tam nasz całkiem spory stateczek. A
                  jednak - po chwili u stóp mamy szmaragdowo – turkusową głębinę a nad
                  głowami skalisty strop. Od sklepienia odbija się echo zachwyconych ochów.
                  Takich jaskiń odwiedzimy jeszcze kilka, każda wydaje się za niska, jedna
                  okazuje się tylko wysokim kominem, otoczoną stromymi ścianami studnią bez
                  stropu.
                  Dla śmiałków przerwa na kąpiel. Statek nie przybija oczywiście do plaży, ale
                  zatrzymuje się opodal, spuszcza kotwicę i drabinkę, można zejść do wody i
                  popływać.

                  Wracamy na Paxos (zwaną też czasem Paxi) . Tym razem zawijamy do portu Lakka.
                  Przez chwilę wydaje się, że wylądujemy na jakimś kompletnym odludziu, ale po
                  chwili zza skałek ukazuje się głęboko schowana zatoka .
                  Zielonkawa, pokryta patyną figurka młodzieńca tuż przy nadmorskim deptaku
                  każe mi zapytać jaki jest rodzaj męski od „Statua” – skojarzenie z tą
                  nowojorską jest nieodparte. Próbujemy znaleźć jakieś miejsce na obiad w
                  plątaninie uliczek. Święta pora sjesty jest jednak ważniejsza od fanaberii
                  turystów, którzy w takie upalne, wczesne popołudnie chcieliby akurat się
                  pożywiać.
                  Udaje nam się w końcu znaleźć jakiś czynny bar, ale blisko deptaku, czyli tam
                  gdzie zawsze jest drogo ale za to rzadko kiedy naprawdę smacznie. Souvlaki,
                  czyli rodzaj szaszłyka ze szklaneczką czerwonego wina okazują się jednak być
                  całkiem smakowite.
                  Kupujemy jeszcze miejscową doskonałą oliwę i pora wracać. Dzień jest długi,
                  nie obejrzymy więc zachodu słońca , ale kiedy schodzimy na ląd mocno chyli
                  się ku zachodowi.
                  Jeszcze wieczorem ziemia będzie nam się trochę kiwać pod stopami, jutro pora
                  znów poleniuchować na plaży.
                  Po dniu leniuchowania pora ruszyć na kolejną wycieczkę.
                  Dziś wypożyczamy dwa małe samochodziki, na szczęście z klimatyzacją i ruszamy.
                  Najpierw wspinamy się na szczyt Pantokratora. To najwyższy szczyt wyspy, ma od
                  906 do 917 metrów (różnie to podają). Biorąc pod uwagę, że ruszamy z
                  poziomu „0”, wspinaczka jest niezła.
                  Już po kilku chwilach jesteśmy w zupełnie innym świecie. Mijamy senne
                  wioseczki, gdzie czas płynie innym rytmem. Im bardziej się wspinamy, tym widoki
                  są coraz bardziej bajeczne. Wokół nas surowy, skalisty krajobraz, droga wije
                  się ostrymi, stromymi zakosami, niżej wybrzeże kipiące zielenią przeplataną raz
                  różowymi, to znów fioletowymi a ówdzie białymi bukietami kwitnących oleandrów i
                  wszechobecnych bugenwilli, a w dole spokojny błękit morza i rozsypane koraliki
                  maleńkich wysepek, to zielonych, to znów skalistych.
                  Nasi kierowcy muszą się jednak dobrze nakręcić, autka wspinają się dzielnie,
                  choć miejscami na jedynce. Wreszcie – jesteśmy na szczycie. Urodę krajobrazu
                  psuje las stalowych konstrukcji masztów rozmaitych przekaźników – RTV,
                  telefonów, komórek i Bóg wie czego jeszcze. U stóp tej masy żelastwa przycupnął
                  mały, stareńki kościółek . Kiedyś był tu klasztor, teraz mieszka tylko jeden
                  mnich. Sklepik obok kościółka oferuje pamiątki, miniaturki ikon i produkowany w
                  okolicy miód i tradycyjnie wytłaczaną oliwę. Podobno 60 % produkcji greckiej
                  oliwy pochodzi właśnie z Korfu, ale przyjmuję tę informację z pewną rezerwą bo
                  podobne słyszałam też na Thassos. Widoki z góry wynagradzają trud wspinaczki,
                  oglądamy strome wybrzeże, zatoczki i odległe tylko o pięć kilometrów
                  wybrzeże Albanii.

                  Zjeżdżamy w dół bo przed nami jeszcze długa dziś droga. I to, jak się okaże,
                  znacznie dłuższa, niż nam się wydaje.

                  Docieramy do Paleokastritsa. To miejsce jest ciekawe z kilku powodów. Wymieńmy
                  je według chronologii zdarzeń.
                  Najpierw wyjątkowo malowniczo ukształtowała je natura, tworząc , jak podają
                  przewodniki pięciopalczasty półwysep. Linia wybrzeża jest rzeczywiście
                  urozmaicona, sprzyja sportom wodnym, może mniej plażowaniu, bo jak zwykle na
                  wyspie, piaseczku nie uświadczysz.
                  Potem, w XIII wieku powstał tu , na szczycie jednego z otaczających półwysep
                  wzgórz, klasztor Moni Theotokos czyli Najświętszej Marii Panny. Istnieje do
                  dziś, zabudowania klasztorne warte są odwiedzenia - oprócz malowniczych
                  widoczków z murów można tu odwiedzić muzeum ikon, prezentujące też szkielet
                  jakiegoś tajemniczego potwora, przedmioty liturgiczne , haftowane ornaty i inne
                  cudeńka.
                  Kościołek jest malutki, ale sporo w nim pięknych malowideł, obrazów, ikon.
                  Najważniejsza z nich to oczywiście ikona patronki klasztoru. Klasztor otacza
                  piękny, wypielęgnowany ogród, podobno z ciekawymi okazami drzew.
                  Niestety, już dojazd do klasztoru przeraża. Mijamy najpierw gwarny, tłoczny,
                  gęsto z
                  • natla Re: Zielona wyspa i spełnione marzenie (Korfu) 12.07.06, 12:57
                    Niestety, już dojazd do klasztoru przeraża. Mijamy najpierw gwarny, tłoczny,
                    gęsto zabudowany kurort, który się na półwyspie rozłożył. Potem przeciskamy
                    się wąską dróżką w tłumie samochodów i autokarów, z trudem udaje się znaleźć
                    jakiś skrawek na parkingu. W klasztornych krużgankach i zaułkach kłębi się taki
                    tłum, że gubię się, nie umiem się skupić, nie umiem właściwie nic zobaczyć.
                    Kręcę się parę chwil bez sensu, właściwe gotowa do ucieczki. Na szczęście
                    rozlega się dzwonek oznajmiający godzinę 13.00. Sjesta. Jak kto woli przerwa
                    obiadowa. I to mnie ratuje. Tłum rzednie, a ja choć na chwilę zdążę jeszcze w
                    jakim takim spokoju zajrzeć do kościółka, przyjrzeć się pięknej twarzyczce
                    Madonny skrytej za srebrną sukienką. Jeszcze rzut oka na obraz Świętego
                    Spirydona, patrona wyspy (to dlatego podobno co drugi mieszkaniec wyspy ma na
                    imię Spiros) i pora wychodzić. Jeszcze tylko chwila w sklepiku – to tu podobno
                    mnisi sprzedają produkowaną przez siebie na tradycyjnych żarnach ponoć
                    najlepszą na Korfu oliwę. Kupuję też pękatą buteleczkę wyrabianego przez
                    braciszków wina. Parking w międzyczasie opustoszał, spokojnie zjeżdżamy w dół.

                    Chcemy teraz dotrzeć do Agii Deka, małej wioski w środku wyspy. Jest tam
                    podobno stara, pięknie urządzona kawiarnia a obok piekarnia, gdzie można kupić
                    gorący, prosto z kamiennego pieca chleb.
                    To znaczy można by, gdyby nie…sjesta. Musimy zadowolić się napojami w dość
                    obskurnym barze naprzeciwko i ruszamy dalej.

                    Tu jednak zaczynają się prawdziwe schody. Dotychczas drogi nie były oznakowane
                    najlepiej, kilka razy zatrzymywaliśmy się na skrzyżowaniach dumając, czy aby
                    dobrze jedziemy. Teraz jednak nie ma już ani nazw mijanych wiosek ani żadnych
                    drogowskazów, mimo, że droga nasza oznaczona jest na mapie jako dość główna. Do
                    naszego następnego celu miało być raptem kilkanaście kilometrów. W pewnym
                    momencie gubię się już zupełnie, zanim się połapię gdzie jesteśmy , okazuje
                    się, że dotarliśmy na południowy kraniec wyspy.
                    W końcu jednak udaje nam się dotrzeć do Boukaris . Warto było pobłądzić by to
                    miejsce znaleźć! Wioska jak wioska, plaża kamienista i bardzo wąska. Ale
                    wzdłuż wybrzeża ciągnie się rząd knajpek a na każdej napis „Fresh fish.
                    Lobster.” Czyli, proszę wycieczki, świeże ryby i langusty.
                    Rozsiadamy się przy stolikach rozstawionych o parę kroków od brzegu morza.
                    Sympatyczny kelner zaprasza do kuchni by wskazać kucharzowi którą mianowicie
                    rybkę pragniemy spożyć. Szef kuchni otwiera wielką szafę a tam w szufladach, na
                    warstwie lodu leżą najrozmaitsze ryby i inne morskie zwierzątka. Wielu z nich
                    nawet nie potrafiłabym nazwać.
                    Po chwili przynoszą nam przystawkę – grillowaną fetę, na małych patelenkach,
                    polaną oliwką, posypaną przyprawami i zapieczoną. Z lodowatą retsiną smakuje
                    bosko. Retsina to specyficzne greckie wino, które smakuje świetnie ale tylko w
                    tamtym klimacie. Musi być lodowate bo inaczej ma smak pasty do podłogi – jest
                    przechowywane w beczkach nasyconych terpentyną.
                    Za chwilę dostaję wybranego kalmara nadzianego mieszaniną warzyw, papryki,
                    pomidora i cebulki (chyba) i apetycznie zrumienionego na grillu. Do tego kilka
                    maleńkich ośmiorniczek. Pychotka. Na deser jeszcze doskonale zaparzona, mocna,
                    aż gęsta greek coffee.
                    Dzień się chyli, pora wracać, przed nami jeszcze stolica wyspy. Korfu Town jak
                    je nazywają tubylcy.

                    Nasza droga wije się tuż nad brzegiem, z okna samochodu można niemal zanurzyć
                    rękę w morzu.
                    Miasto Korfu (nazywane też przez Greków, podobnie jak wyspa, Kerkirą) ma
                    charakter nieco kosmopolityczny. W ciągu wieków wiele razy wyspa a z nią i
                    miasto przechodziła z rąk do rąk. Widać tu wpływy weneckie (długi czas
                    Wenecjanie panowali na wyspie, francuskie, ale i klimaty typowego
                    śródziemnomorskiego miasteczka z wąskimi uliczkami i suszącą się bielizną.
                    Po czasach wpływów bizantyjskich pozostała tak zwana Stara Twierdza, zaś
                    Wenecjanie pobudowali opodal potężny gmach Nowej Twierdzy.
                    Najelegantsze miejsce miasta to tak zwany Liston. Kiedy w czasach
                    napoleońskich zdobyli miasto Francuzi, wybudowali Liston jako kopię wytwornej
                    paryskiej Rue Rivoli. W podcieniach ciągu arkad mieszczą się najelegantsze
                    kawiarnie, Liston i leżąca tuż obok Esplanada to ulubione miejsce spacerów i
                    spotkań korfian.
                    Do kościoła Św. Spirydona, gdzie znajduje się jego grób udaje nam się wejść na
                    chwilę przed zamknięciem, do Katedry z grobem Św. Teodory już nie zdążymy. Ale
                    miło jest po prostu pokręcić się w kolorowym tłumie po uliczkach pięknej
                    stolicy.
                    Wyjeżdżamy kiedy nad zatoką zapalają się światła, do portu przybija stateczek z
                    ostatnimi dziś wycieczkowiczami.
                    Piękny i ciekawy mieliśmy dziś dzień.
                    • natla Re: Zielona wyspa i spełnione marzenie (Albania 13.07.06, 00:27
                      A oto przed nami kolejny wycieczkowy dzień, tydzień to niewiele, jeśli się
                      chce sporo zobaczyć.

                      Dziś będzie o spełnionym marzeniu. Cóż, podobno jak chce Pan Bóg kogoś ukarać,
                      to mu czasem spełnia marzenia. Tylko za co ta kara ?
                      A było tak. W epoce minionej i głęboko niesłusznej, przed filmami w kinie nie
                      wyświetlano reklam tylko kronikę filmową i tak zwany dodatek. Były to krótkie
                      filmiki, czasem dokumentalne, czasem małe formy fabularne a czasem turystyczne.
                      I taki właśnie był film o Albanii. Pokazano ją pięknie. Malownicze, górzyste
                      krajobrazy, piękne morskie wybrzeże, drewniane zabytkowe domy z wysuniętymi
                      podcieniami, drzewka obsypane owocami pomarańczy, cytryn, brzoskwiń. Raj na
                      ziemi. Wtedy nawet mi się jeszcze nie marzyły zagraniczne podróże ale zamarzyła
                      mi się ta Albania, marzyłam, jak by było pięknie taki kawałek raju zobaczyć.
                      No i właśnie po wielu latach zobaczyłam. Zderzenie z rzeczywistością było
                      bardzo bolesne.
                      Wybrzeże Albanii dzieli od Korfu tylko pięć kilometrów, więc mnóstwo turystów
                      urządza sobie takie jednodniowe wycieczki.
                      Zbliżamy się do wybrzeża. Przed nami dzikie, skaliste, niemal pozbawione
                      roślinności i bezludne góry. Tylko nad samym brzegiem skupisko domów,
                      kilkudziesięciotysięczne miasto – Saranda. Kiedy podpływamy bliżej, widać, że
                      większość z tych domów dopiero się buduje, tak, jakby dziesięć lat temu tego
                      miasta w ogóle nie było. A może była jakaś niewielka osada. Budynki są wysokie,
                      w większości wielopiętrowe. Wiele z nich to prawdopodobnie hotele. Widać, że
                      Albańczycy bardzo próbują stawiać na rozwój turystyki . Hotele jak hotele,
                      niektóre może i niezłe. Tyle, że z każdego hotelu trzeba przecież czasem wyjść.
                      A tu doprawdy nie ma gdzie i po co.
                      Ale po kolei. Wysiadamy, autobus podwozi nas do chyba jedynej jako tako
                      przyzwoitej kawiarni – restauracji. Przed wejściem grupka kobiet oferuje nam
                      haftowane serwetki i rozmaite przedmioty z albańskim herbem – wszystkie są
                      czerwone z czarnym dwugłowym orłem. Czapki, torebki, notesy, portfele, nawet
                      zapalniczki. Kelner proponuje cappuccino …po czym przynosi rozpuszczalną kawę
                      z czapką bitej śmietany.
                      Za parę minut ruszamy do Butrintu. To 24 kilometry od Sarandy, osada, gdzie
                      przed kilkoma laty odkryto ruiny miasta z czasów rzymskich, są też budowle z
                      wczesnego chrześcijaństwa, z epoki bizantyjskiej, z czasów weneckich wreszcie.
                      Za środki UNESCO pracuje tam intensywnie międzynarodowa ekipa archeologów.
                      Sporo już odkopano, duży amfiteatr, świątynie, łaźnie, wczesnochrześcijańska
                      bazylikę. Na szczycie wzgórza pozostałości murów i rekonstrukcja
                      średniowiecznego zamku. Z zamkowych murów piękny widok na wybrzeże, podobno
                      naturalny kanał (choć jak na naturalny ma dziwnie równiutkie linie brzegowe),
                      łączący morze z pobliskim jeziorem, gdzie widać sporą hodowlę ostryg.
                      Ale zanim tam dotrzemy czeka nas prawdziwy tor przeszkód. Droga jest wyboista,
                      niemiłosiernie wąska. Kiedy mijamy się z drugim autobusem, zamieram, nasze koła
                      zawisają niemal w powietrzu, nad stromą przepaścią. Wysiadamy na chwilę po
                      drodze, i natychmiast natykamy się na półkolistą, betonową wypukłość – to
                      bunkier. Szaleniec Hodża wybudował ich 800 000, wydając na to kilka miliardów
                      dolarów. Miały chronić przed atakiem wojsk NATO. Wzdłuż drogi widać je co
                      kilkadziesiąt metrów. Koszmar.
                      Asfaltowa droga kończy się w Butrincie, bo dalej nie docierają turyści, więc
                      starczy szutrowa.
                      Mijane wioski są biedne ale i straszliwe bałaganiarskie. Wszędzie góry śmieci,
                      gruzu, rozwalone, zaniedbane obejścia. Po drodze mnóstwo drzewek oliwnych, pól
                      uprawnych bardzo mało, podobno rozwija się uprawa cytrusów ale nie widzieliśmy.
                      Czasy dyktatury Hodży, chyba jeszcze gorszej niż stalinowska (nam chociaż
                      bunkrów nie budowali) trwały kilkadziesiąt lat, właściwie do lat
                      dziewięćdziesiątych a i teraz rządzą tam postkomuniści. To tak przeorało
                      mentalność ludzi, że dwa pokolenia muszą tam wymrzeć, by coś sensownego mogło
                      się tam zdarzyć. I potrzebne jest wielkie mnóstwo zagranicznego kapitału.
                      Albania rozpoczęła drogę do Unii, ale ta droga jest jeszcze bardzo, bardzo
                      długa i wyboista.
                      Oczywiście, co charakterystyczne dla takich krajów z wojenną, dyktatorską
                      przeszłością i rozchwianą gospodarką szaleje mafia, korupcja, przestępczość.
                      Po wertepach jeżdżą najbardziej luksusowe samochody. A tuż obok nędza.
                      Wracamy do Sarandy. Obiad jemy w podobno najlepszej restauracji. Okazuje się
                      być tym samy miejscem, gdzie piliśmy kawę. Proste, podobne do greckiego
                      jedzenie.
                      Po obiedzie chwila wolnego, spaceruję nadmorską promenadą. Plaża wąziutka i
                      kamienista, mijane restauracje wyglądają ubogo, są puste, chyba pozamykane.
                      Może to pora sjesty.
                      Wreszcie trafiam na jedyny sklep. Na wieszaku kilka lichych plażowych
                      ręczników, obok dwa stoliki. Na jednym parę szydełkowych serwetek , marne
                      koraliki z muszelek, sznurka i czegoś tam jeszcze . Na sąsiednim –
                      butelka „koniaku” za pięć euro i butelki mętnej raki ( bimber z winogronowych
                      wytłoczyn, popularny wszędzie na Bałkanach) za dwa euro. I to wszystko.
                      Ta promenada to jedyne miejsce, gdzie można wyjść, choć mało atrakcyjne,
                      niewiele zieleni, żadnych kawiarenek, sklepików, nic, co przyciąga turystę. A
                      poza promenadą – dramat. Brud, wertepy, kurz, sterty śmieci. Bardzo mało
                      zieleni, gdzie niegdzie palma lub bugenwilla. Wrażenie pustki i nieopisanego
                      bałaganu.
                      Za chwilę pora już wracać na statek , autobus przewozi nas jeszcze główną
                      ulicą miasta, obdrapane domy, parę biednych sklepików.
                      Wchodzimy na pokład w milczeniu.
                      Odbijamy od nadbrzeża. Patrzę ze smutkiem na oddalające się miasto i myślę,
                      jak odległe od rzeczywistości mogą być marzenia. Zyczę im jak najlepiej, bo
                      tragiczną mieli historię, od zarania dziejów zawsze przechodzili z rąk do rąk a
                      ostanie klikadziesiat lat popadli w niewolę swoich, może najgorsza ze
                      wszystkich. Oby się potrafili od tego odbić.
                      Choć natknęłam się na stronę z opisem wrażeń z Albanii całkiem miłych.
                      www.kontynenty.tpi.pl/Albania Może to ja tak źle trafiłam. Ale jest tam też
                      opis rzeczonej Sarandy, dość wyraźnie inny od mojego . Cóż, każdy widzi po
                      swojemu i bardzo dobrze.

                      Morze jest dziś spokojne, nie ma wiatru więc godzinna podróż powrotna upływa
                      miło.

                      A przed nami jeszcze dwa dni plażowego lenistwa i pora wracać. Samolot startuje
                      z niezwykle króciutkiego pasa, za chwilę jesteśmy w powietrzu.
                      Po dwóch godzinach, o 23.00 lądujemy w Warszawie, na zewnątrz 25 stopni. W
                      Polsce jest znacznie bardziej gorąco, niż w Grecji.
                      A ja wrócę tam już za dwa miesiące, tym razem na Cyklady.
                • natla Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce-odc.1 02.10.06, 15:55
                  toskania8 02.10.06, 12:44


                  POD ŻAGLAMI JASMINA ŻYCIE PŁYNIE JAK W BAJCE
                  Cyklady 16 – 30 września 2003


                  Wyjeżdżamy z nieco mieszanymi uczuciami. Z jednej strony to przecież nasze
                  wymarzone wyspy greckie. Z drugiej jednak, po próbnym pływaniu po Zatoce
                  Gdańskiej, kiedy łódka stawała sztorcem na jednej burcie a Janka cichutko
                  rzygała na zawietrzną nasz entuzjazm jakby nieco podupadł. No i jeszcze siedem
                  osób, w tym dwie w ogóle nam nieznane na przestrzeni kilku metrów razem niemal
                  dzień i noc. Może być różnie.
                  Noc przed podróżą spędzamy w malowniczym pałacyku o wdzięcznej nazwie Pałac
                  Kawalera w Świerklańcu pod Tarnowskimi Górami. O czwartej jesteśmy już na
                  lotnisku, o dziewiątej wita nas upalny ateński poranek. Jedziemy do Kalamati,
                  gdzie wśród kilku tysięcy łódek musimy wyszukać naszą. Jest! Nazywa się
                  poetycznie Jasmin. Jest typu Bavaria 36, co znaczy, że ma 36 stóp długości.
                  Nasze kierownictwo dokonuje szczegółowego przeglądu i odbioru łódki. My idziemy
                  po zakupy. Na szczęście właściciele okolicznych sklepów oferują dowiezienie z
                  licznymi pakunkami na jacht. Dla siedmiu osób trochę tego jest.
                  Te wszystkie sprawy zajęły nam kilka godzin, więc kapitan decyduje, że dziś nie
                  wypływamy. Wobec tego kuk, czyli ja, wydaje pierwsza kolację. Wielka micha
                  greckiej sałatki z butlą czerwonego wina smakuje niepowtarzalnie. Towarzystwo
                  okazuje się sympatyczne, dogadujemy się właściwe od pierwszych chwil.
                  Przechodzimy pierwszą lekcję wiązania najważniejszych węzłów. Jak bym nie daj
                  Bóg wypadła za burtę to i tak bym na pewno natychmiast ze strachu zapomniała,
                  jak się wiąże ratowniczy, ale uczę się pilnie, wiemy już co to knaga a co
                  kabestan, jak się robi zwrot przez sztag, a jak przez rufę, jak się klaruje
                  liny cumownicze i wiele innych mądrych rzeczy.
                  Koje są dwuosobowe, legowisko w kształcie trójkąta zwężającego się w głąb.
                  Szafki maleńkie, po kilku dniach połowę swojego bagażu mam więc już pod ręką na
                  koi, da się tam nawet znaleźć butelkę wina z Santorini.
                  Do koi trzeba wejść nogami do przodu, co nie jest łatwe. Zasypiamy.
                  Po śniadaniu wielka chwila – oddaj cumy! Za sterem kapitan, za chwilę jesteśmy
                  już na pełnym morzu.
                  Jest dość spokojnie, więc próbujemy naszych sił za sterem. Idzie na razie mocno
                  wężykiem, ale się staramy.
                  Niestety „rozwiewa się” czyli wzmaga się wiatr. To znaczy niestety dla nas,
                  szczurów lądowych, bo nasze wilki morskie są zachwycone. Grażyna leży na
                  ławeczce kokpitu i chce umrzeć, Janka łyka tabletki, ja po chwili spędzonej w
                  mesie biegiem wracam na pokład i wychylam się na zawietrzną, Hania trzyma się
                  dzielnie.
                  O ósmej zaczyna się moja pierwsza wachta z Andrzejem, pierwszym oficerem. Wieje
                  mocno, więc mój udział w wachcie ogranicza się do dotrzymywania towarzystwa
                  mojemu dowódcy. Próba zrobienia herbaty okazuje się wielkim wyzwaniem. Co raz,
                  rzucona kolejną falą nabijam sobie o sprzęty nowego siniaka, walczę z
                  mdłościami a po głowie tłucze mi się myśl, czy aby naprawdę o takich wakacjach
                  marzyłam.
                  Wracam na pokład, podnoszę głowę – w absolutnej ciemności nad nami miliony
                  gwiazd. Chyba pięć razy więcej, niż widać w mieście. Na morzu gdzie niegdzie
                  pojawiają się światełka a to promu, a to statku, a to kutra. Za nami w niebo
                  bije łuna ateńskich świateł. Cisza. Słychać tylko szum wiatru i plusk fali.
                  Świat jest bardzo daleko.
                  Zwolniona z reszty wachty wczołguję się do koi.
                  Budzę się przed wschodem słońca, morze jest spokojne, na pokładzie ruch.
                  Jesteśmy już w zatoce osłaniającej port Adamas na wyspie Milos. Za sterem
                  Janka, idzie jej coraz lepiej. Zatokę osłaniają strome, skaliste góry, zza
                  szczytów wyłania się słońce, na zboczach białe wioski, morze jak stół, jest
                  bosko.
                  W porcie pierwsza niemiła niespodzianka. Mimo, że po greckich wyspach pływa
                  mnóstwo jachtów, wyspiarze nie przygotowali dla nich żadnych usług. Nie ma w
                  marinach pryszniców, toalet, nawet wodę do zbiorników nie wszędzie da się
                  pobrać. Myjemy się jak się da, śniadanie i ruszamy na zwiedzanie wyspy.
                  Autobus wynosi nas w górę. Ruszamy. Robimy sobie zbiorowe zdjęcie pod tabliczką
                  oznaczającą miejsce, gdzie znaleziono sławną Wenus z Milo (tak, to właśnie
                  tu !). Jeszcze pozostałości starożytnego amfiteatru, wczesnochrześcijańskie
                  katakumby, widok na zatokę z pobliskiego pagórka ze świątyńką i już pijemy w
                  miasteczku Tripiti zasłużoną kawę po grecku, czyli parzoną w tygielkach. Obok
                  kawiarenki stara piekarnia z prawdziwym chlebowym piecem, z którego piekarz na
                  długiej drewnianej łopacie wyjmuje okrągłe, gorące bochenki. Kupujemy
                  oczywiście jeden i idziemy do sąsiedniego miasteczka Plaka, oficjalnej stolicy
                  wyspy. Mobilizuję towarzystwo do wdrapania się na wzgórze z ruinami starej
                  weneckiej twierdzy (śladów weneckich znajdziemy na wyspach mnóstwo) i kaplicą
                  Panagia Thalassistra, upamiętniającą miejsce, gdzie w 416 roku p.n.e.
                  mieszkańcy Milos po raz ostatni stawili czoła ateńczykom, zanim zostali przez
                  nich ostatecznie podbici. Widok wynagradza trud wspinaczki.
                  Do portu wracamy pieszo. Po długim marszu w upale, napotkana po drodze kolejna
                  piekarnia z licznymi łakociami wzbudza nasz entuzjazm. Zasiadamy na ławeczkach
                  z butlą wody i każdy ze swoim wybranym ciasteczkiem.
                  Przed kolacją jeszcze morska kąpiel.
                  Podaję kolację, na deser micha słodkich winogron.
                  Tak, teraz nie mam już cienia wątpliwości. Tak, to są wakacje, o jakich
                  marzyłam.
                  Wypływamy po śniadaniu, kolej na mnie za sterem. Morze jest gładkie, więc idzie
                  mi jako tako. Choć nie okaże się to moim ulubionym zajęciem.
                  Po godzinie z drugiej strony wyspy rzucamy kotwicę, wsiadamy do pontonu. Na
                  głębokości kilkunastu metrów widać na dnie każdy kamuszek. Opływamy przybrzeżne
                  skałki i wpływamy do zamkniętej zatoczki. Można się do niej dostać tylko
                  przepływając pod niską bramką utworzoną przez skałki. Pionowe skałki tworzą
                  zamknięty kociołek, woda jest ciepła i przejrzysta. Pluskamy się, odważni
                  wpływają do ciemnych, tajemniczych grot.
                  Ruszamy dalej.
                  Cyklady rozrzucone są w niewielkich od siebie odległościach, kilkunastu,
                  kilkudziesięciu mil. Zanim za rufą zniknie opuszczana przez nas wyspa, już
                  widzimy następną.
                  Folegandros, najmniejsza z tych, które odwiedzimy, wydaje się prawie bezludna.
                  Jest podłużna, skalista, napotykamy chyba ze dwie wioski, liczące zaledwie po
                  kilkanaście domków wysoko na szczytach, brzegi są zupełnie niedostępne.
                  Jesteśmy dumni, bo do portu Karavostati dopływamy pierwsi spośród trzech załóg.
                  Autobusem docieramy do Chory, miasteczka na górze. Jest malutkie, spokojne, ot,
                  parę krętych uliczek, placyk pośrodku, zajęty przez ogródki tawern.
                  Oszałamiający, choć groźny widok w dół na urwiste skały i kłębiące się w nich
                  morze.
                  Właściciel jednej z tawern okazuje się mieć żonę Polkę, mówi nieźle po polsku,
                  Znosząc nam kolejne przysmaki opowiada o życiu na wyspie. Jej mieszkańcy żyją z
                  turystów, po zakończeniu sezonu, czyli od października zostaje tu około trzystu
                  stałych mieszkańców, reszta wyjeżdża na stały ląd albo za granicę (on na
                  przykład do Aten albo do Polski.).
                  Nazajutrz wypływamy wcześnie, przed nami spory kawałek drogi na Santorini.
                  • natla Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce-cz.2 02.10.06, 23:28
                    Nasza podróż miała wiele pięknych chwil. Jedną z najważniejszych jej zalet była
                    możliwość obejrzenia prawdziwej Grecji, nie tej dostępnej w ofertach biur
                    podróży, gdzie ogląda się hotele, promenady dla turystów, sklepiki dla turystów
                    tawerny „greek traditional” dla turystów. A wszystko to z prawdziwą Grecją ma
                    bardzo niewiele wspólnego. Dopiero na tych małych, spokojnych wysepkach można
                    podpatrzeć Grecję taką, jaka jest naprawdę. I takie miejsca wybieraliśmy. Nie
                    mogliśmy jednak w naszych wędrówkach ominąć miejsca będącego kwintesencją
                    turystycznej tandety, tłoku, hałasu, czyli wszystkiego, czego staraliśmy się
                    unikać. Ale nie da się podróżując po Cykladach ominąć Santorini. Bo jest jedyna
                    w swoim rodzaju, w skali światowej.
                    W XVII wieku p.n.e. wyspę, na której kwitła przeniesiona z niedalekiej Krety
                    kultura minojska, dotknął jeden z największych w dziejach Ziemi kataklizmów.
                    Potężne trzęsienie ziemi połączone z wybuchem gigantycznego wulkanu
                    spowodowało, że wyspa w sporej części zapadła się pod ziemię. I dziś z lotu
                    ptaka widać długi, dwudziestokilkukilometrowy rogal o wysokich, liczących
                    kilkadziesiąt metrów pionowych ścianach, na których widać układające się raz
                    poziomo, raz znów skośnie warstwy najczęściej czarnych, czasem różnokolorowych
                    skał. Na grzbiecie skał jak czapa bitej śmietany przykleiły się białe
                    miasteczka. To Santorini czyli Santoryn, czyli Tira, może być też Fira.
                    Po przeciwległej stronie znacznie mniejszy rogalik, to Thirassia. Między nimi
                    dwie skaliste plamki na wodzie, Nea Kameni i Palea Kameni. Na Nea Kameni jest
                    niewielki, wciąż aktywny, choć podobno niegroźny wulkan.
                    A to co między nimi to kaldera, czyli krater tego gigantycznego wulkanu o
                    średnicy 10 km. Jego dno jest tak samo strome, jak to, co widać nad
                    powierzchnią, kilkanaście metrów od brzegu woda ma już głębokość kilkuset
                    metrów.
                    Siła wybuchu była tak potężna, że dotarła także na Kretę, powodując trzęsienie
                    ziemi, zniszczenia i w konsekwencji przyczyniła się do upadku kultury
                    minojskiej.
                    Widok jest groźny ale zupełnie niesamowity. Płyniemy środkiem kaldery urzeczeni.
                    Niestety wyspa okazuje się niegościnna. Próba dobicia do portu Fira nie tylko,
                    że się nie udaje ale chwila nieuwagi powoduje uszkodzenie burty jachtu, na
                    szczęście niegroźne, ale będzie sporo pracy, by je usunąć. Musimy przepłynąć do
                    innego portu, na południowym krańcu wyspy, Vlichada. Na szczęście znajdujemy
                    tam wygodną, dobrze osłoniętą marinę i przed zachodem słońca cumujemy
                    bezpiecznie.
                    Na kolację gotuję wielki gar makaronu z pomidorowym sosem doprawionym świeżą
                    papryką, pomidorami, sowicie czosneczkiem, oregano. Czerwone wino dopełnia
                    uczty.
                    Rano idziemy wypożyczyć samochód. Przyda się do zwiedzania wyspy ale także do
                    penetrowania specjalistycznych sklepów, rozrzuconych po różnych zakamarkach
                    wyspy, gdzie kupujemy różne rzeczy potrzebne do naprawy łódki.
                    Nasi mężczyźni zostają by dokonać naprawy, dołączą do nas później. Damska część
                    załogi wyrusza do Firy, głównego miasta wyspy. Miasto składa się niemal
                    wyłącznie z niezliczonej ilości hoteli, pensjonatów, apartamentów, knajpek
                    tysięcy sklepików, a wszystko ku uciesze dziesiątek tysięcy tłoczących się tu
                    turystów. Dla nas najbardziej atrakcyjny jest spacer obrzeżem miasteczka, czyli
                    krawędzią skalistej ściany. Widok stąd na kalderę i przeciwległe wysepki jest
                    niezwykły. W dole widać też tak niegościnny dla nas port. Dobijają tu promy i
                    wycieczkowe statki. Na górę można się stamtąd dostać pieszo (580 stopni), na
                    grzbiecie muła lub koleją linową.
                    Wśród plątaniny uliczek znajdujemy jednak ciekawostkę. Katolicki kościołek (w
                    Grecji przeważa religia grekokatolicka) a w bocznym ołtarzu kopia Matki Boskiej
                    Częstochowskiej.
                    Zmęczone siadamy w kawiarence z widokiem na kalderę. Kawiarenka jest miło,
                    stylowo urządzona, z widoczną dbałością o drobiazgi. Z głośników sączy się
                    cicha muzyczka. I oto nagle słyszymy Wielkiego Poloneza As dur. Kontrast tego
                    miejsca, gdzie kicz stworzony przez człowieka miesza się z oszałamiającym
                    widowiskiem przyrody, z tą tak bardzo naszą muzyką sprawia, że milkniemy
                    zasłuchane.
                    Słońce chyli się ku zachodowi, pora wracać do mariny.
                    Dziś wieczorem wielka uczta. Idziemy do tawerny na skałce nad naszym portem,
                    zamawiamy najpierw tzatziki, czyli przystawkę z pysznego greckiego jogurtu z
                    dodatkiem czosneczku i świeżego ogórka a potem wielkie półmichy różnych ryb,
                    grillowanych kalmarów, małych ośmiorniczek. Do tego dzbany retsiny i czerwonego
                    wina. Retsina, czyli białe wino przechowywane w żywicowanych beczkach jest nie
                    do picia w naszym klimacie, za to tam smakuje bosko, pod warunkiem, że jest
                    lodowate, bo jeśli nie, to przypomina pastę do podłogi.
                    I jeszcze jeden pożytek z uczty – nietypowy, ale jakże w tych warunkach ważny.
                    W restauracyjnej toalecie robimy szybko małą przepierkę, więc rankiem cała
                    marina może oglądać nasze relingi obwieszone kilkunastoma parami
                    różnokolorowych niewymownych.
                    • natla Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce -odc3 04.10.06, 23:49
                      toskania8 04.10.06, 00:08
                      najpierw do padalca - zdjęć jest mnóstwo, ok 400, musze je przejrzeć, opisać i
                      wtedy wybiorę częśc do pokazania.
                      a oto kolejny odcinek -
                      Drugi dzień spędzamy na zwiedzaniu reszty wyspy. Jedziemy wschodnim wybrzeżem,
                      znacznie bardziej płaskim niż zachodnie stromizny, po drodze nieliczne
                      wioseczki i uprawy winogron, pomidorów, pistacji i cytrusów. Docieramy do Ia, a
                      więc na przeciwległy do naszej mariny cypel. Ia to kolejna biała wioska
                      rozpłaszczona na ostrym skalnym grzbiecie wyspy. Oglądana od wewnątrz jest
                      sielska i malownicza, na samym cyplu znajdujemy resztki weneckiego zamku i
                      wszechobecne na Cykladach wiatraki. Służyły kiedyś do pompowania wody, dziś są
                      malowniczym elementem krajobrazu. Ludzi tu znacznie mniej niż w Firze, miło
                      jest błądzić wąskimi uliczkami, zawsze po różnych zakrętach i zakolach wraca
                      się do tej jednej, głównej.
                      Wracamy na południe, tym razem inną drogą, krętą serpentyną wykutą wysoko w
                      zboczu stromej góry, droga jest trudna, ale piękna. Hania z kierownicą radzi
                      sobie świetnie. Zatrzymujemy się na chwilę by pooglądać widoki, zebrać kilka
                      okruchów czerwonej porowatej jak pumeks skały. Czeka nas tu jeszcze jedna
                      niespodzianka – Kilka karłowatych drzewek figowych obsypanych dojrzałymi,
                      słodkimi owocami.
                      Mijamy Firę i jedziemy na południowy kraniec wyspy. Tu spotykamy naszych panów,
                      którzy całe przedpołudnie znów spędzili na naprawie łódki.
                      Jedziemy do Akrotiri by zwiedzić ogromny teren wykopalisk, nazywanych Santorini
                      minojska, odkryto tu bowiem wiele śladów tej kultury. Odkryto tam całe duże
                      miasto, w dużej mierze zachowane dzięki przysypaniu przez piaski wulkaniczne
                      (podobnie jak Pompeje), dwupiętrowe budowle, przepiękne malowidła. Prace są
                      jednak podobno wciąż w fazie początkowej, archeologowie obiecują sobie znaleźć
                      znacznie więcej. My niestety musimy obejść się smakiem, teren wykopalisk jest
                      dziś zamknięty.
                      Skutkiem wulkanicznej przeszłości Santorini są nie tylko nieprzystępne
                      stromizny jej brzegów, ale też czarne plaże. Ciągną się zwłaszcza wzdłuż
                      łagodniejszego, wschodniego, a więc przeciwległego do kaldery wybrzeża. Jest
                      też plaża czerwona – fragment skalistego zbocza i pasmo piasku u jego stóp ma
                      intensywną barwę czerwonego wina. Z okolic Akrotiri można popłynąć łódką na
                      krótką wycieczkę na plaże „Black, red and white” – jest takie miejsce, gdzie
                      przylegają do siebie skały – czarna jak pokład węgla, czerwona jak wino i biała
                      jak piaseczek w Łebie. Zwiedzanie tego miejsca (pojechaliśmy na nie popatrzeć
                      z góry) przypłaciłam ciężką kontuzją, zaczepiłam stopą o skalny garb i
                      wyrżnęłam kolanami o nierówne, poszarpane, kamieniste podłoże.
                      Kąpiel na takiej czarnej plaży nie jest zbyt miła, zwłaszcza, kiedy kąpaliśmy
                      się o zachodzie słońca. Ma się wrażenie wchodzenia w jakąś czarną czeluść,
                      zupełnie nie widać co jest pod spodem, stopy brodzą w plątaninie wodorostów –
                      nie, stanowczo wolę jasny, miękki piaseczek, choć plaże Santorini mają wielu
                      entuzjastów.
                      Jedziemy jeszcze na sam cypel Akrotiri, na urwistym zboczu stoi latarnia
                      morska. Widok stąd na całą kalderę i całą długość Santorini (jesteśmy na
                      południowym koniuszku rogala) wart jest kilku kilometrów jazdy krętą i wąską
                      drogą i wspinaczki stromą ścieżką na cypelek pod samą latarnią.
                      Wracamy, bo przed nami jeszcze jeden punkt programu – odwiedzenie winnicy.
                      Po drodze jednak wizyta w jednej z bardzo tu licznych piekarni. Każdy wybiera
                      sobie inną bułeczkę lub ciasteczko i zasiadamy na chwilę odpoczynku.
                      Santorini słynie z uprawy winorośli i produkcji znakomitych win. Ma tu swoją
                      siedzibę Boutari, bodaj najsłynniejsza grecka wytwórnia win. Produkowane ą wina
                      wytrawne ale sztandarowym produktem jest Vin Santo, wzorowane na toskańskim o
                      tej samej nazwie wino z późno zbieranych, dosuszanych po zbiorze winogron,
                      właściwie już rodzynek.
                      Odwiedzamy Koutsogianopoulus, jedną z najstarszych winnic. Jest tam Muzeum Wina
                      pokazujące stare, tradycyjne metody uprawy winogron i wytwarzania wina. Wizyta
                      kończy się degustacją trzech rodzajów wina – białego, czerwonego i vinsanto.
                      Znakomite.
                      Wracamy na jacht, oddajemy samochód, szybka kolacja bo przed zmrokiem musimy
                      wyjść z portu. Wyjście jest trudne i trochę niebezpieczne, w pobliżu są
                      mielizny.
                      Na pożegnanie tej niezwykłej wyspy koniecznie trzeba jeszcze przypomnieć, że
                      byli a nawet wciąż jeszcze są zwolennicy poglądu, że to tu właśnie była owa
                      tajemnicza, zaginiona Atlantyda. Kto wie ? Może rzeczywiście ?
                      Początek dzisiejszego etapu podróży jest bajeczny. Płyniemy wzdłuż skrzącego
                      się światłami południowego a potem wschodniego wybrzeża, morze jest spokojne,
                      wiaterek lekko wzdyma żagle, fala cichutko chlupocze o burty, nad naszymi
                      głowami wygwieżdżone niebo a miedzy gwiazdami przemykają co chwilę lądujące na
                      wyspie i startujące samoloty. Siedzimy na pokładzie, jest spokojnie, miło,
                      nastrojowo.
                      Sielanka kończy się, kiedy zza osłaniającego nas wybrzeża wyspy wypływamy na
                      otwarte morze. Dzisiejszej nocy czeka nas jeszcze wichura, wysoka fala, burza i
                      ulewa. Idziemy do łóżek, za sterem będzie dziś stać na zmianę kapitan, potem
                      zmieni go pierwszy oficer Andrzej i Halinka, nasz dzielny „drugi”. Nad ranem
                      zmienią ich dzielne „majtki” Hania i Janka. Ja wspieram nadwątlone siły załogi,
                      szykuję na śniadanie stos kanapek, trochę mnie rzuca po kambuzie czyli kuchni,
                      ale nawet udaje mi się przyozdobić je plasterkami ogórka.
                      Kiedy docieramy do Naxos jest już późny ranek. Naxos to największa i ponoć
                      najżyźniejsza z cykladzkich wysp. Jest tu podobno wiele ciekawych wiosek o
                      unikalnej, zachowanej jeszcze z czasów weneckich architekturze. Nam czas
                      pozwoli tylko na odwiedzenie miasta Naxos, stolicy wyspy. To tu podobno
                      powracający z Krety Tezeusz porzucił Ariadnę. Niewdzięcznik !Wszak gdyby nie
                      owa cna dziewica byłby zgnił w zakamarkach Labiryntu, to jej nić go stamtąd
                      wywiodła. Cóż, taka jest męska wdzięczność i pamięć.
                      My idziemy najpierw w kierunku najbardziej charakterystycznego punktu wyspy,
                      pokazywanego na wszystkich pocztówkach – Postara, czyli licząca sobie 2 500 lat
                      wielka marmurowa brama świątyni Apollina. Świątynia nigdy nie powstała, ale
                      brama wita przybyszów po dziś dzień.
                      Jak bardzo różna jest Naxos od modnej i gwarnej Santorini ! Zagłębiamy się w
                      plątaninę białych, wąziutkich, nieregularnych uliczek, to wspinających się to
                      znów opadających w dół zbocza. Jest zupełnie cicho i spokojnie, nie ma żywego
                      ducha. Tak właśnie wygląda ta prawdziwa, nie lukrowana dla turystów Grecja. W
                      marinie stoi kilkanaście jachtów, więc jakaś garstka turystów tu jest, ale
                      spotkamy ich dopiero po zejściu z powrotem w okolice portu.
                      Schodząc do portu natkniemy się jeszcze na małą, pustą o tej porze knajpeczkę.
                      Na sznurku rozciągniętym w poprzek ulicy suszą się świeżo złowione różowe
                      ośmiornice. Wieczorem znajdą się na węgielkach grilla a potem, chrupiące i
                      aromatyczne, na talerzach gości.
                      W piekarni kupujemy chleb, różne bułeczki nadziewane a to serem, a to fetą ze
                      szpinakiem, a to szynką a to na słodko, jest ich tu ogromny wybór.
                      Po południu jeszcze jedna frajda – w zatoczce za skałkami znajdujemy piękną,
                      piaszczystą plażę, woda jest daleko płytka i ciepła, piaseczek miękki i złoty,
                      to rzadkie na tych wyspach zjawisko. Taplamy się długo, aż się nie chce
                      wychodzić. Znajduję ciekawą, stożkowatą muszelkę, zabiorę na pamiątkę.
                      Dzień kończymy kolacja na łodzi. Dziś Grażyna przygotowała przysmak nie lada,
                      bakłażany i strączki papryki opiekane na patelni, polane gęstym jogurtem
                      szczodrze doprawionym czosnkiem. Ach, jaka to była pychotka !
                      Dziś śpimy w porcie, jutro Paros.
                      • natla Pod żaglami Jasmina życie płynie jak w bajce-cz4 05.10.06, 00:11
                        Port Parikia jest, jak prawie wszystkie, położony w dość głębokiej zatoczce.
                        Jest słoneczne, niedzielne przedpołudnie. Na harce po zatoczce wypływa nam na
                        spotkanie gromadka małych, wesołych żaglóweczek. Mija nas i rozsypuje się po
                        gładkim błękicie zatoki. Marina jest nieco oddalona od przystani promowej, a
                        właśnie przy przystani stoi wiatrak, będący głównym punktem orientacyjnym
                        miasteczka.
                        Idziemy w głąb starówki. Najpierw niewielki placyk, otoczony białymi jak zwykle
                        domkami a zaraz za nim plątanina wąziutkich uliczek. Ich nieregularność miała
                        chronić tak przed podmuchami wiatrów jak i napadami piratów. O tej porze nie ma
                        żywego ducha, sklepiki pozamykane, knajpki też, w prześwitach domów
                        przebłyskuje morze. Spacerujemy leniwie, zaglądamy w zaułki, tu maleńki
                        kościółek z niebieską kopułką, tam malowany szyld jazzowego klubu, ówdzie
                        sklepik z cudeńkami. Wychodzimy wreszcie na nadmorską promenadę, przysiadamy na
                        wiklinowych fotelikach i zamawiamy kawę frappe, czyli mrożoną ze spienionym
                        mleczkiem, bardzo tu smakowitą. Wracamy w wąskie zaułki.
                        Cały czas w naszych wędrówkach szukamy kościoła Ekatondapiliani (Matki Boskiej
                        od Stu Bram). Po przejściu całej starówki odnajdujemy go wreszcie tuż opodal
                        mariny. To zupełnie unikalna budowla, pochodzi z VI – VII wieku, jest w
                        bizantyjskim stylu, potężna, a jednocześnie lekka i finezyjna. Wysoko sklepione
                        łuki, zachowane stare malowidła, cenne ikony, wszystko to robi niezwykłe
                        wrażenie. Obok jest jeszcze muzeum ikon, ale nagle orientujemy się, że minęła
                        szósta po południu a nasze chłopaki, którzy zostali kończyć naprawę łodzi
                        siedzą sami i głodni. Biegniemy więc na jacht. W tych trudnych warunkach taką
                        hałastrę najłatwiej nakarmić makaronem, ale sosik robię znakomity i pachnący, z
                        nieodłączną butlą czerwonego winka pałaszujemy z apetytem.
                        W przeciwieństwie do moich przyjaciółek obsługiwanie sznurków a tym bardziej
                        steru wzbudza mój bardzo umiarkowany entuzjazm, więc i efekty są mizerne. Muszę
                        to jakoś nadrobić, tym bardziej więc dwoję się i troję w kuchni, cóż, wiadomo
                        droga do serca kierownictwa wiedzie przez ….No i takim sposobem wszyscy są
                        zadowoleni. Zresztą jak wiadomo z piosenki Okudżawy weseli żołnierze kierowani
                        są do intendentury wink. Mam też i inne ważne funkcje – jestem ministrem
                        finansów a trzecia funkcja to „kulturalno – oświatowy”, czyli przewodnik
                        turystyczny, autor programu zwiedzania i dostarczyciel wszelkiej wiedzy
                        historyczno – turystyczno – obyczajowej.
                        Po kolacji wyprowadzam więc swoją gromadkę na wieczorny spacer. Chcemy zobaczyć
                        ten piękny kościół i uliczki starówki w wieczornym oświetleniu.
                        I oto wspaniała niespodzianka – kościół jest rzęsiście oświetlony – w środku
                        ślub. Ceremonia już się skończyła, teraz urodziwi Państwo Młodzi mają sesję
                        fotograficzną. My korzystamy z okazji, żeby jeszcze raz obejść kościół i lepiej
                        przyjrzeć się malowidłom i zajrzeć w zakamarki, tak pięknie oświetlone
                        nabierają barw i życia.
                        Z górnego krużganka widać malowniczo udrapowany ogromny tren sukni panny
                        młodej.
                        Wędrujemy jeszcze ożywionymi teraz uliczkami starówki, otwarto sklepiki i
                        knajpki, na ulicach sporo spacerowiczów. Cudzoziemców jest niewielu, sporo
                        Greków, korzystających z kończącego się weekendu.
                        Nagle skądś dobiega nas dźwięk greckiej muzyczki, z pewnością granej na żywo.
                        Znajdujemy niewielką knajpkę, w niej dla gości przygrywa dwóch młodych ludzi,
                        wyglądających zresztą na miejscowych rybaków. Jeden na typowo greckim
                        instrumencie buzuki, drugi na gitarze.
                        Po chwili dołącza do nich z małym, dziecięcym buzuki może sześcio –
                        siedmioletni chłopczyk.
                        Grają z niezwykłym zacięciem, poczuciem rytmu, widać, ze nie nauczyli się tego
                        grania w szkole, że maja je we krwi, że im to po prostu w duszy gra. Kupujemy
                        ich amatorsko nagrane płytki, będą nam ten piękny wieczór przypominać.
                        Niechętnie opuszczamy ten koncercik, ale pora spać, jutro wypływamy wcześnie,
                        na Tinos czekają nas zupełnie inne wrażenia.

                        Wyspa Tinos, a raczej jej główne miasto o tej samej nazwie, to taka grecka
                        Częstochowa. Panagia Evangielistria to sanktuarium wybudowane w miejscu, gdzie
                        w 1822 roku znaleziono ikonę o cudownej mocy. Miejsce, gdzie należy jej szukać
                        ukazało się we śnie miejscowej mniszce, późniejszej Agia Pelagii. Co roku 25
                        marca i 15 sierpnia odbywają się tu wielkie uroczystości, na które zjeżdżają
                        pielgrzymi z całej Grecji. Ale nawet w zwykły dzień pielgrzymów jest sporo,
                        choć ani w części nie tyle, co w naszej Częstochowie. Kościół położony jest na
                        wzgórzu, kilkaset metrów od portu a wzdłuż prowadzącej doń ulicy wyłożone jest
                        pasmo grubego wojłoku dla pobożnych pielgrzymów pokonujących tę drogę na
                        kolanach. Sami takich kilka widzieliśmy.
                        Ulicą, wzdłuż której rozłożyły się niezliczone kramy i sklepiki ze
                        świętościami, schodzimy w dół. Skręcamy w boczną uliczkę, tam napotykamy to,
                        czegośmy szukali – małą, skromną tawernę. Zawsze wolimy taką, niż te przy
                        promenadzie dla turystów.
                        I nie spotka nas zawód. Prosto urządzone wnętrze, miły, rozmowny gospodarz.
                        Obsługuje nas wprawdzie jedna Ukrainka i jedna Rumunka, ale jedzonko jest
                        czysto, autentycznie greckie i naprawdę pyszne.
                        Najpierw obowiązkowo tzatziki. Potem zamawiamy jagnięcinę duszoną w lemonkowym
                        sosie, krążki kalmarów smażonych w głębokiej fryturze i bakłażany faszerowane
                        mięskiem, pokrytym plastrem sera i zapieczone. Po prostu poezja. Do tego jak
                        zwykle retsina.
                        Objedzeni wytaczamy się na ulicę i wracamy na jacht. Na pokładzie jeszcze
                        herbatka pod gwiazdami.
                        Rano znów wypływamy wcześnie, przed nami dość daleka droga na Siros.
                        Niestety, czas nas zaczyna trochę gonić, tych ciekawych wysp jest jednak za
                        dużo na jedne dwutygodniowe wakacje. I dlatego z wielkim żalem musieliśmy
                        zrezygnować z jednej z najciekawszych wysp – Delos. To na tej wyspie, kryjąc
                        się przed groźnym okiem zazdrosnej Hery Leta urodziła Zeusowi bliźniaki –
                        Artemidę i Apollina. Są tam wspaniałe starożytności, pozostałości całego
                        miasta, świątyń, domów, teatrów.
                        Niestety wyspa jest niedostępna dla jachtów, trzeba by dobić do pobliskiej
                        Mykonos i na Delos dotrzeć miejscową łodzią. Zajęłoby to za dużo czasu. Cóż,
                        może następnym razem.
                        Od tej chwili kierujemy się więc już na zachód. Siros to już ostatnia nasza
                        wyspa z programem turystycznym, ale jaka piękna !
                        Siros jest chyba najbardziej zielona spośród wszystkich dotąd odwiedzanych, już
                        z morza widać, że nie jest to taka skalista pustynia.
                        Dobijamy do maleńkiej mariny w wiosce Finikas.
                        Krętą drogą nad brzegiem morza docieramy autobusem do Ermoupoli, stolicy wyspy
                        ale i całych Cyklad. Miasto jest jako zespół urbanistyczny wpisany na listę
                        UNESCO. I rzeczywiście jest urodziwe. Inne zupełnie niż dotąd odwiedzane, ma
                        już wielkomiejski charakter.
                        Od portu dochodzimy do Platia Miaouli przed ratuszem. Pokrzepione szklaneczką
                        frappe, ruszamy dalej. Tuż za ratuszem teatr – kopia mediolańskiej la Scali.
                        Kawałek za teatrem kościół Anastasis, z dwoma wieżami i wielką kopułą, a dalej
                        dzielnica eleganckich rezydencji z wykładanymi marmurem fasadami. Marmur jest
                        tu na wyspach bardzo popularnym wręcz pospolitym materiałem. Nie tylko, że
                        wykładane są nim drogi i chodniki, to nawet na Naxos widzieliśmy cały potężny
                        falochron zbudowany z potężnych złomów połyskującego w słońcu marmuru.
                        Rezydencje są w różnym stanie, niektóre już pięknie odnowione, inne dopiero na
                        remont czekają, ale widać, że coś się tu dzieje.
                        Na każdym zresztą kroku widać, że w odnowę zabytków inwestowane są ogromne
                        pieniądze, w dużej części ze środków unijnych, co widać z tablic informacyjnych
                        na budowach. Cóż, może i my tego doczekamy. Tu widać, że te środki dostali, ale
                        też, że je umiejętnie wykorzystują.
    • banitka51 Gafy 01.03.06, 17:46
      Było trochę gaf, ja też mam swoją, szczytową, rozbawia wiele osób, więc ją tu
      wciskam
      30 lat temu, dzięki zbiegowi okoliczności szłam na rozmowę wstępną o pracy.
      Wstałam rano, jesienna słota, radio sypało różne antyprzeziębieniowe recepty,
      ja - oko "na maroko", ono - pić malinową herbatkę, ja - dżinsy marki rifle,
      ono - cebulowy syrop, ja - włosy w koński ogon, ono - moczyć nogi w wodzie z
      musztardą. Na politechnikę miałam minut 3, może dlatego nie zdążyło wywiać mi z
      głowy. Kierownik siedzi, ja wchodzę, siadam na zaproszenie i gawędzimy. O mnie
      krótko, ogólnie - dużo więcej (czasy przyjmowania do pracy zgoła inne). I w
      końcu - o pogodzie. Kroczek tylko od kataru. Atmosfera koleżeńska, sympatyczna,
      jak to bywa czasami. Pada pytanie do mnie: - A zna pani jakieś metody szybkiego
      wyjścia z przeziębienia? Przebiegłam szybko przez zasłyszane rano porady,
      malina - znana, cebula - śmierdzi - i walnęłam z uśmiechem pełnym zadowolenia,
      że mogę coś nowego: - Słyszałam, że skuteczne jest moczenie nóg w roztworze
      msztardy!
      Kierownik zrobił nieco zaskoczoną minę. Chrząknął. Coś mruknął - już w nieco
      wyobcowanej atmosferce - "no to do kadr, jutro rano panią widzę". Nagła zmiana
      nastroju trochę mnie zdziwiła. Wstał i skierował się ku drzwiom. Zamarłam.
      Szedł i trzeszczał, a ja z każdym chrzęstem walczyłam ze sobą, żeby nie
      komentować stanu podłogi w poniemieckim budynku. Zamknął za sobą drzwi, a ja
      zapytałam siedzącą cichutko w kąciku dziewczynę: "Co tak trzeszczało?" Ona
      spokojnie: "Protezy. Szef nie ma obu nóg."
      Dodam, że był jednym z naj- moich szefów i nigdy nie dał mi odczuć, jak wielką
      gafę palnęłam.
    • natla Podróże Gragi. 02.06.06, 23:22
      -Tea? Coffee? Juice? – głos stewardesy dociera do mnie jakby z zaświatów.
      Unoszę powiekę i widzę, że dzieci baraszkują w przejściu pomiędzy rzędami
      foteli, dorośli ogarniają się z nocnego rozmamłania, zwijają koce i podnoszą
      stoliki, stewardesy przesuwają wózek z dymiącym wrzątkiem, rozdają tacki z
      posiłkiem.
      -Tea? Coffee? Juice? – jedna pochyla się nade mną.
      Kawy. Dużo i mocnej, najlepiej dwie filiżanki…
      -Two cops, please!
      Samolotem lekko rzuca, lecz silniki pracują równo, mrucząc przyjaźnie: “Te
      wstrząsy to nic takiego, po prostu zwykłe schodzenie w dół, gdzie wieją wiatry
      i wiszą gęste chmury. Wsio charaszo!” Zapalają się lampki z napisem NIE PALIĆ,
      ZAPIĄĆ PASY, a z głośników dobiega ostatni komunikat:
      - Godzina siódma czterdzieści pięć, lądujemy w Maputo. Na zewnątrz temperatura
      powietrza plus dwadzieścia dwa stopnie Celsjusza. Dziękujemy za pomyślny lot i
      życzymy miłego dnia. Do swidania!
      Powietrze z hukiem wdziera się w otwieraną komorę podwozia, czuję lekki ucisk
      pod czaszką. Czarny, smolisty płyn w mojej filiżance balansuje niebezpiecznie,
      muszę dołożyć starań, by zapobiec jego rozchlapaniu, tymczasem brunatna ziemia
      zbliża się szybko, widać już rdzawobrązowe drogi tnące pożółkłą sawannę na
      czworokąty z maleńkimi sześcianikami domostw otoczonych klepiskiem nagich
      podwórek. Na każdym stoi wiatrak i betonowy krąg wypełniony niezwyczajnie
      zieloną wodą aż gęstą od bujnie rozwijającego się planktonu. To wkrótce zostaje
      w tyle za nami, a my opadamy w dół, aż żołądek podchodzi do gardła, aż w mózgu
      lęgnie się strach.
      Nareszcie słyszymy głuche uderzenie kół o beton i wysoki ton silników
      hamujących.

      ---------

      Lotnisko jest małe, bodaj tylko z dwoma pasami startowymi. Nieopodal stoi
      szeroko rozłożony, parterowy budynek z brązowymi szybami chroniących wnętrze
      przed nadmiernym nasłonecznieniem. Pusto. Oprócz nas, to znaczy dwunastu
      pasażerów i sprzątaczki przeciągającej miotłą od jednego do drugiego końca
      holu – nikogo, żadnych strażników, żadnych celników ani innych mundurowych, od
      których roiło się na dotychczasowych lotniskach.
      Do środka wnosimy bagaże i rozglądamy się za kimś lub czymś, co podpowie, co
      mamy robić dalej i co w ogóle wolno nam robić. Jedna para już znikła, nie
      wiadomo kiedy, więc zostaje nas tylko dziesięć osób, w tym troje dzieci młodej
      lekarki wracającej z świątecznego pobytu w Polsce.
      Lokujemy się w fotelach obitych ohydnym skajem, obok pani doktor rozściela
      flanelowy kocyk, na którym kładzie swoje niemowlę. Pani doktor leci do Umtata,
      gdzie jest jej dom i czeka mąż.
      -Transkei – opowiada – to mikroskopijny kraj niedawno jeszcze zaliczany do
      jednego z południowoafrykańskich bantustanów. Od niedawna jest wolny, lecz
      ciągle boryka się z poważnymi problemami. Po uzyskaniu niepodległości okazało
      się, że powszechny analfabetyzm paraliżuje całą gospodarkę i trzeba z zewnątrz
      ściągać fachowców. Po całym świecie, również do Polski, rozsyłano oferty
      zatrudnienia i kiedy zaproponowano mi roczny staż w Transkei, nie zastanawiałam
      się ani chwili - jak dzisiaj przyjechałam wtedy do Afryki z niemowlęciem na
      ręku. Była nim ta oto już kilkuletnia pannica – wskazuje na dziewczynkę, która
      razem z nieco młodszym bratem ślizga się na lśniącej posadzce, jak jeszcze
      niedawno ślizgali się w Polsce na chodniku skutym lodem. - Po upływie roku
      ściągnęłam męża – kontynuuje moja rozmówczyni. - On także jest lekarzem… No i
      na tym stażu minęło nam już kilka ładnych lat, w czasie których urodziło się
      dwoje następnych dzieci, a my tak mocno wrośliśmy w tutejszy pejzaż, że już nie
      wyobrażamy sobie życia gdzie indziej.
      -A dlaczego nie w RPA? – pytam.
      Ona leciutko parska śmiechem, sięga po paczkę marlboro, zapala papierosa i
      zaciąga się głęboko.
      -No, cóż. Prawda jest taka, że nasz szpital to namiot. Prawdą jest również, że
      większość zabiegów wykonujemy pod gołym niebem. Nie brakuje nam jednak ani
      leków, ani materiałów opatrunkowych, ani kwalifikowanych pielęgniarek. Właśnie
      widziałam, co dzieje się w polskich szpitalach… My takich problemów nie znamy,
      gdyż na Transkei łoży zarówno Wschód jak i Zachód. Oboje z mężem kochamy naszą
      pracę, ale także i wolność, której nie mieliśmy w Polsce i również nie
      mielibyśmy w RPA, gdyż musielibyśmy tam zabiegać o drobiazgi, na których wcale
      nam nie zależy, a do tego godzić się na apartheid, z którym pogodzić się nie
      umiemy. Nie, to kraj nie dla nas – lekarka macha ręką, jakby odpędzała muchę i
      zaraz dodaje, wzruszając ramionami – my także mamy dom z basenem, dwa samochody
      i pomoc domową, a na luksusowe zakupy zawsze można udać się do Johannesburga.
      Dla samolotu to żadna odległość. W Afryce bieda nie dotyka białych.
      Rozmowę przerywają głośniki nadające komunikat o zaplanowanych rejsach. W
      najbliższym czasie odbędą się dwa: jeden późnym wieczorem do Johannesburga,
      drugi jutro rano do Umtata, stolicy Transkei.
      Pani doktor preferuje kurs wieczorny, choć dobrze wie, że w Johannesburgu
      będzie musiała czekać jeszcze dobę, by nareszcie dotrzeć do domu w Transkei.
      Kiedy pytam, czy nie prościej przespać noc w Maputo i śniadanie zjeść przy
      własnym stole, lekarka łypie na mnie wzrokiem pełnym zdziwienia przemieszanego
      rozbawieniem, zaskoczeniem i zgrozą. Zaciąga się głęboko i dopiero po chwili
      zastanowienia mówi:
      - W Afryce mieszkam wystarczająco długo, by wiedzieć, czego może spodziewać się
      biały człowiek w Mozambiku. Widzi pani, jak tu jest – przesuwa wzrokiem po
      pustym holu – a chyba nie zdaje sobie sprawy, do czego zdolni są Mozambijczycy
      tak bardzo nienawidzący białych, że aż tracą rozsądek. Już ja tam wolę czekać
      dwa razy dłużej w Johannesburgu, byle nie w Maputo!

      • natla Podróże Gragi.....cd 02.06.06, 23:30
        Jej słowa przypominają mi audycję radiową wyemitowaną tuż przed naszym
        wyjazdem. Tematem była miesięczna ekspedycja pracowników naukowych Uniwersytetu
        Śląskiego do Mozambiku. Z tej audycji dowiedziałam się, że Mozabik przez całe
        wieki znajdował się pod dominacją najpierw Arabów, później Portugalczyków,
        którzy wywozili kość słoniową, złoto i czarnych niewolników (oczywiście z
        błogosławieństwem Kościoła katolickiego). Po stuleciach kolonialnego ucisku
        wybuchły zaciekłe walki wyzwoleńcze zakończone uzyskaniem niepodległości w roku
        1975, jednak życie nie stało się bezpieczniejsze - kraj uwikłał się w
        wieloletnią, krwawą wojnę domową. Tubylcy, ciągle śpiący w chatach z liści
        palmowych, nie dziwią się już, kiedy ze snu wyrywa ich głuchy huk dział
        ukrytych w pobliskim buszu… Ekspedycja polskich naukowców przybyła do wioski
        odwiedzonej kilka godzin wcześniej przez grupę ekstremistów, bojówkarzy, czy
        jak ich tam zwał i mieszkańców zastała w głębokim szoku. Okazało się, że
        bandyci nie tylko zabrali wszystko, co dało się zabrać, ale na pożegnanie
        rozpruli brzuch ciężarnej kobiety i zostawili ją konającą z płodem na zewnątrz.
        Ale z drugiej strony słyszałam także, że miesiąc temu polski student nocował w
        Maputo aż dwie doby i nic złego mu się nie stało...
        Rozglądam się wokół. Nic. Senna cisza, kompletny bezruch wilgotnego powietrza,
        a za brązowymi szybami dumny TU-154 z siwą pierzyną chmur na niebie.

        Nagle, nie wiedzieć skąd, pojawia się drobna Murzynka ubrana w kwiecisty
        fartuszek. Głośno paple, rękami wywija jak wiatrakami, a jej patykowate nogi
        noszą ją w tę i we w tę. Jest nad wyraz gadatliwa i - choć nikt jej nie
        rozumie, bo nie jest to ani angielski, ani żaden inny nam znany język - rzucamy
        się do niej z pytaniami. Jakimś dziwnym sposobem znajdują się też wózki
        bagażowe, którymi wozimy nasze torby, także w tę i we w tę. Tylko lekarka
        siedzi nieporuszona i spokojnie pali entego papierosa.
        W głębi holu otwierają się drzwi. Kwiecisty wiatrak znika, a na jego miejsce
        wkracza czarna piękność z fryzurą wcale nie afro, w sukni białej, zwiewnej,
        podkreślającej szczupłą figurę. Jej stopy obute są w rzymskie sandałki, a w
        rękach trzyma arkusze papierów, których biel silnie kontrastuje z bardzo ciemną
        skórą dłoni o długich palcach z wypielęgnowanymi paznokciami pokrytymi
        perłowoczerwonym lakierem. Pachnie perfumami z rodzaju opium i już wiem, że
        zapach ten będzie mi towarzyszył przez cały mój pobyt w Południowej Afryce.
        Piękną zasypujemy lawiną pytań, lecz ona stoi nieruchoma niczym posąg i dopiero
        po wyczerpaniu się naszych indagacji, pyta poprawną angielszczyzną:
        -Kto do awionetki?
        Wszyscy, a jakże!
        -Tylko cztery osoby – informuje oschle. – Pozostałe dwie polecą o czwartej po
        południu.
        Zainteresowani awionetką spoglądamy na siebie niechętnie, bo komu wypadnie
        czekać?!
        Tymczasem Piękna bez pośpiechu przegląda nasze paszporty, ich dane porównuje z
        wpisem w przyniesionych papierach i wreszcie decyduje, że pierwszym kursem
        poleci pani Malinowska z Krakowa, pan W z Warszawy i państwo M z Poznania, z
        czego wynika, że czekanie przypada nam.
        Jestem w panice, w jednej chwili z pamięci ulatują wszystkie angielskie słówka
        i zanim udaje mi się sklecić sensowne zdanie, Piękna znika za drzwiami z
        napisem ONLY PERSONEL. Rzucam się za nią, lecz drzwi są już głucho zatrzaśnięte
        i na stukanie nikt nie odpowiada.
        Odnajduję wzorzysty wiatrak.
        -Help me, please! – błagam, a ona aż podskakuje na tych swoich patykowatych
        nogach.
        Dlaczego się cieszy? Czy dlatego, że mi broda drży i mam łzy w oczach? Ech,
        obojętna przyczyna, ważne, że na zaplecze frunie niczym na skrzydłach i po
        niedługiej chwili wychodzi Piękna.
        -Sorry – mówię do niej – ja i mój mąż jedziemy do Cape Town. W Nelspruit czeka
        samochód, którym musimy dojechać do Johannesburga na godzinę szóstą po południu
        (ach, te angielskie ‘a.m.’ i ‘p.m.’!), gdyż o tej godzinie odchodzi autobus do
        Cape. Jeżeli teraz nie polecimy awionetką, przepadną bilety autobusowe i
        wszystko mocno się skomplikuje. My NAPRAWDĘ musimy lecieć TERAZ!
        Piękna usiłuje mnie spławić, już odchodzi, dlatego gorączkowo dodaję:
        -Do Cape jedziemy tylko my i pan W, reszta pasażerów kończy podróż w
        Johannesburgu.
        Nie wiem, czy mnie zrozumiała... Nie było to piękne, ale tonący brzytwy się
        chwyta... Tymczasem za radzieckim TU-154 ląduje samolocik maleńki niczym
        dziecinna zabawka i pierwsza czwórka rusza w jego kierunku. W ogonie maszyny
        upychają bagaże i sami znikają w ciasnej kabinie. Dopóki jednak awionetka stoi,
        mam rozpaczliwą nadzieję na cud znalezienia się w niej.
        I cud następuje!
        Piękna pojawia się z informacją, że w dokumentach państwa M są nieścisłości,
        które trzeba wyjaśnić, dlatego ich prosi o opuszczenie pojazdu.
        -Pojedzie pan i pani Kowalska – dodaje zaraz, po czym znika na dobre.
        W ogonie awionetki następuje gorączkowe kopanie, bagaże państwa M zostają
        wyładowane, a w zamian załadowane nasze. Państwo M niechętnie gramolą się z
        pojazdu, natomiast my bardzo ochoczo wskakujemy do środka.
        W nozdrza uderza kwaśny zapach, którym przesiąknięte są ściany, podłoga,
        fotele, pasy bezpieczeństwa i poręcze. Wysłużone pokrowce są mocno przepocone,
        lecz czy to ważne? Grunt, że siedzimy na nich teraz, a nie o szesnastej!
        Drobny Murzyn o wyjątkowo czarnej skórze z granatowym połyskiem dokonuje
        przeglądu nitów spinających poszycie awionetki. Coś do nas mówi, lecz nie
        potrafimy go zrozumieć, dlatego w sukurs przychodzi drugi tak samo czarny i tak
        samo chudy. Nie bawi się w grzeczności, tylko ostro rzuca:
        -Out! - i wykonuje gest jasno wyrażający znaczenie tego słowa.
        -Why, dlaczego? – niechętnie odpinamy zaciśnięte pasy.
        -It’s broken-down, uszkodzone – wskazuje urwaną śrubę, z której pomocą lewe
        skrzydło wspiera się o metalowe ramię przymocowane do osi koła z gładziuteńką
        oponą podejrzanie rozpłaszczoną o beton.
        Odchodząc, kątem oka zauważam, że uszkodzona śruba zostaje klepnięta młotkiem
        (sic!), przy okazji również kilka wystających nitów na skrzydle, a opona-flak
        kopnięta jakby dla sprawdzenia, czy jeszcze będzie zdolna odbić się od matki
        Ziemi. Arcyważna mina nie daje takiej gwarancji, bo właściwie trudno być
        pewnym, że flak nie trzaśnie w trakcie lądowania w Nelspruit, co oczywiście
        będzie już problemem całkiem innych ludzi…
        • natla Re: Podróże Gragi.....cd 02.06.06, 23:30
          Pełni obaw o przebieg dalszych wydarzeń wracamy do budynku.
          Państwo M stoją nad stertą swojego bagażu i na świat spoglądają okiem
          bazyliszka, a beztroskie dzieci pani doktor bawią się w berka.
          -To nie Europa – ich matka jest rozbawiona sytuacja. – Pamiętajcie, że w Afryce
          wszyscy mają bardzo dużo czasu, a na dokładkę tubylcom wydaje się, że to
          właśnie oni produkują czas. Najlepiej zrobicie, jeśli uzbroicie się w
          cierpliwość i po prostu przestaniecie się martwić.
          Dobre sobie, nie martwić się… po prostu…. Ale próbujemy oczekiwanie zabić
          rozmową.
          Państwo M mówią, że tuż przed wyjazdem wzięli ślub, dlatego na zaproszeniu
          widnieje panieńskie nazwisko żony, a paszport jest już z nazwiskiem męża.
          - No i teraz gdzieś telefonują – prycha pogardliwie pan M - żeby sprawdzić, czy
          nie ma w tym jakiegoś przekrętu, bo przecież w każdym komunistycznym kraju
          człowieka traktuje się jako potencjalnego przestępcę.
          Pan W natomiast wspomina swój ubiegłoroczny pobyt u syna zamieszkałego w
          Kapsztadzie. Dzisiaj syn będzie czekał w Nelspruit, skąd obaj panowie pojadą
          samochodem osobowym dalej, ale mnie i mojemu mężowi proponuje spotkanie w
          niedzielę w kaplicy Nazareth House.
          -Kaplica znajduje się w dzielnicy Rondebosch i pełni funkcję polskiego kościoła
          parafialnego. Msze Święte celebruje ksiądz Jan, dzięki któremu niedzielne
          spotkania stają się wyjątkową okazją do wymiany ploteczek i do poznania nowych
          przybyszów z Polski. Jeśli zachodzi potrzeba pomocy w zrobieniu pierwszych
          kroków w osiedleniu się, miejscowa Polonia zawsze pomoże, a rodzina na pewno
          państwa tam zawiezie – zapewnia uważając, że przecież nie może być inaczej,
          gdyż jego zdaniem na emigracji niewierzący stają się wierzącymi, a egoiści –
          altruistami.
          - Chyba, że mają kłopoty materialne. Jednak w RPA, poza nielicznymi przypadkami
          popadających w alkoholizm, takich nie ma i wszyscy biali, a już szczególnie
          Polacy szybko stają na mocnych nogach.
          Państwo M chłoną te słowa jak spragniony wodę... Czyżby właśnie zasilali
          szeregi południowoafrykańskiej Polonii???
          Jest godzina 11:00, wzywają nas na pokład awionetki. Jeszcze raz żegnamy panią
          doktor i państwa M, jeszcze raz zapinamy pasy unieruchamiające w twardych
          fotelach, a kiedy nareszcie samolocik niesie nas w górę, czujemy się
          prawdziwymi wybrańcami losu.
          Lecimy pograniczem Swazilandu i południowej części Parku Narodowego Krugera.
          Park właściwie jest teraz zamknięty, gdyż w miesiącach najcieplejszych, tzn.
          właśnie od grudnia do kwietnia potoki deszczu niszczą drogi, szaleje malaria
          oraz czarna gorączka wywoływana przez pierwotniaki z rodzaju Plasmodium.
          Prawdziwy sezon safari zaczyna się dopiero od maja i trwa do sierpnia, ale o
          wstęp na teren parku trzeba starać się blisko rok wcześniej.
          – Chyba, że ma się dużo pieniędzy i jest się bardzo upartym - zauważa pani
          Kaliszka, która wielokrotnie gościła w RPA.
          Nie, nie grzeszymy ani jednym, ani drugim, dlatego w pełni usatysfakcjonowałby
          nas sam widok słonia pod baobabem lub niewielkiego hipopotamka baraszkującego w
          rzece Olifants, ponad którą właśnie przelatujemy. Ale nie mamy szczęścia,
          bowiem szczelne chmury całkowicie zasłaniają ziemię.
          Pozostaje mi tylko przyglądanie się osobom siedzącym w awionetce.
          Pierwsze dwa fotele zajmują piloci, następne dwa pan W i jakiś obcy mężczyzna,
          którego dotąd nigdzie nie widziałam. Za nimi pani Malinowska i ja, a za nami
          już tylko Adam, koło którego jest miejsce puste, co oznacza, że gdyby nie
          nieznajomy obok pana W, nikt nie musiałby czekać na drugi kurs i teraz wszyscy
          lecielibyśmy razem...
          -Erpeowski Bur – konkluduje sąsiadka. – Oni są grubej kości, jakby kwadratowi i
          jakby ciosani, a na dokładkę często ryżawi i raczej bardzo butni. Nie są
          lubiani. Niedługo nauczycie się ich rozpoznawać.
          Nie odpowiadam nic, bo przy tak głośnej pracy silnika trudno prowadzić
          jakąkolwiek konwersację. W uszy wciskam zatyczki i wtulam się w twardy fotel.
          Sąsiadka jednak nie daje za wygraną, trąca mnie w ramię i woła wprost do
          zatkanego ucha:
          -Niech pani spojrzy, kto prowadzi tego grata! Za nic nie wsiadłabym do niego,
          gdybym wiedziała, że pilotami będą czarni i w dodatku jeden dopiero uczy się
          latać. Chyba umrę ze strachu!
          Obaj piloci rzeczywiście są czarni - ich nieskazitelnie białe koszule silnie to
          podkreślają – i faktycznie jeden sprawia wrażenie żółtodzioba, lecz po bliższej
          obserwacji widać, że latał już wcześniej, tyle, że na czymś innym. Obaj piloci
          mają skupione twarze, z rzadka rozmawiają z sobą w swoim narzeczu, a ich dłonie
          sprawnie obsługują pokładowe urządzenia. „Nie, przynajmniej przez najbliższą
          godzinę nie muszę niczego się bać”, myślę i głębiej wpycham woskowy czop.
          Zasypiam natychmiast, a na ekranie pamięci pojawiają się twarze Harrisa oraz
          Demeresta, pilotów Złotego Okrętu linii Trans America. I Keitha dyżurującego
          przed monitorem w wieży kontrolnej portu lotniczego Lincoln. „Ciekawe, myślę,
          że książka Arthura Hailey’a pt. ‘Port lotniczy’ przypomina mi się w awionetce,
          a nie w odrzutowcu... Który z nich miał skórę czarną? A niby dlaczego nie
          powinien jej mieć...??”
          -Zbliżamy się! – sąsiadka znowu wyrywa mnie z błogiego odrętwienia. – Jest syn,
          widzę go! O, jest synowa, i wnuki, moje złotka kochane!
          Patrzę w dół. Wielka łąka suchej trawy zbliża się szybko, przecina ją wąski pas
          betonu, w którego pobliżu stoi drewniany barak z służbą celną, a obok niewielki
          placyk otoczony drucianym płotem z kilkoma osobami czekającymi na nasze
          lądowanie. Dwaj malcy podskakują w szalonej radości, a po ich otwartych buziach
          widać, że wrzeszczą niemiłosiernie. Nieco dalej wysokie eukaliptusy otulają
          słonecznym cieniem kilka samochodów przed murowanym budynkiem.
          Awionetka dotyka betonu, kołuje pod barak i nieruchomieje. Piloci wyłączają
          silnik, odpinają swoje pasy bezpieczeństwa, zdejmują słuchawki i wieszają nad
          przednią szybą. Wysiadają bez jednego słowa. My za nimi.
          Witaj, Południowa Afryko!
          • maladanka Re: Ukraina 12.06.06, 22:10
            wklejam tu wątek z fotkami z Ukrainy Reginki bo tak nabijamy linków,ze sie
            boje,że ucieknie daleko....
            forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=23923&w=41506069&a=41506069
    • natla Podróże Toskanii....Słoneczniki pod Górą Gelerta 16.02.07, 12:26
      toskania8 14.02.07, 23:51

      Część pierwsza
      Wystawa Van Gogha w Budapeszcie – dwie moje wielkie miłości razem ! To była
      decyzja chwili – muszę to zobaczyć !
      Śnieżyca opóźnia nasz lot o godzinę, ale jeszcze zdążymy się odświeżyć i
      przebrać .
      Nasz pobyt rozpoczynamy uroczyście, wizytą w Operze. Już kuluary wzbudzają
      zachwyt, nawet szatnia wyłożona rzeźbionym drewnem, szerokie, reprezentacyjne
      schody, mozaikowe posadzki. W sali widowiskowej – trzy piętra lóż wybitych
      aksamitem, podtrzymywanych przez filigranowe kolumienki, zdobione 24 –
      karatowym złotem, strop pokryty malowidłami. Dziwnie kontrastuje z tymi
      cudami podłoga ze zwykłych desek z resztkami pościeranej farby . Zwykłe,
      dość twarde i krzesła po trzech godzinach spektaklu dadzą nam się nieźle we
      znaki. Ale nic to. Na scenie Cosi fan Tutte. Piękne, czyste głosy, skrząca
      się muzyka Mozarta.
      To był piękny wieczór.
      Nazajutrz - nasze najważniejsze wydarzenie - wystawa. Ulice mokre po nocnym
      deszczu, ale do Muzeum Sztuk Pięknych na Placu Bohaterów mamy parę kroków.
      Pokonujemy podwójne elektroniczne bramki i oto jesteśmy w mrocznym
      pomieszczeniu. Najpierw dzieła Jego poprzedników i inspiratorów, są nawet
      rysunki i akwaforty Rembrandta. I oto już On. Ale jakże niepodobny do tego,
      co się z jego dziełami kojarzy najbardziej – szerokie, niespokojne ruchy
      pędzla, gorące kolory Prowansji. Mamy więc najpierw rysunki, studia, potem
      już obrazy. Ale najpierw te mroczne, przygnębiające. Portrety, ludzie przy
      ciężkiej pracy, przy ubogim posiłku.
      I stopniowo nasycają się kolorami, oto dom wiejski w Prowansji (kupiłam
      dużą reprodukcję, powieszę w biurze i będzie moim lekiem na całe zło),
      kwitnąca kiść kasztana, irysy. Są i Słoneczniki. Ale to nie te znane z
      tysięcy reprodukcji. Są bowiem cztery wersje Słoneczników, malowane w Arles
      na przyjazd Gaugina. Te pokazywane tutaj są w przygaszonych barwach, smutne.
      Zresztą tak to jest, nawet te rozkrzyczane kolorami obrazy nie tchną
      radością życia i optymizmem, zawsze jest w nich trochę szaleństwa.
      Pomyśleć, że gdyby nie brat Theo, Vincent umarłby z głodu i nędzy. Dziś
      najmniejszy rysunek wart jest miliony.
      Ta wystawa to byłoby już właściwie dość wrażeń. Ale przecież Muzeum Sztuk
      Pięknych ma jeszcze inne bogactwa – Rafael i inni mistrzowie włoskiego
      Renesansu, Hiszpanie z El Greco i Goyą, Niemcy z Cranachami i Breughlem,
      impresjoniści…długo by wymieniać i grzech nie obejrzeć.
      Wychodzimy na rozsłoneczniony Plac Bohaterów. Otacza go pomnik węgierskiego
      Millenium, w formie półkolistej kolumnady z alegorycznymi postaciami. Jego
      centralnym punktem jest 36 – metrowa kolumna z postacią Archanioła Gabriela,
      który we śnie natchnął papieża do przekazania korony madziarskiemu księciu
      Istvanowi.
      Wracamy do hotelu ulicą Andrassy’ego .To bodaj najpiękniejsza budapeszeńska
      ulica, w 2002 roku wpisana jako całość na listę UNESCO. To jednolita w
      stylu, elegancka XIX – wieczna ulica, nazywana najbardziej kulturalnym
      traktem miasta. Wspomnijmy tylko, że przy niej właśnie znajduje się Opera,
      Operetka, Akademia Muzyczna i Akademia Sztuk Pięknych, wiele pałaców i
      ambasad. Chyba największą jej ciekawostką jest metro – by nadmiernym ruchem i
      hałasem nie zakłócić piękna i harmonii ulicy , w 1896 roku oddano tu do
      użytku pierwszą w kontynentalnej Europie linię metra. Wykładane glazurą
      ściany i żeliwne, ażurowe balustrady stacji do dziś cieszą swą urodą..
      W małym sklepiku za rogiem imponujący wybór win a tuż obok maleńka
      restauracyjka w suterenie, zaledwie kilka stolików. Stajemy bezradnie przy
      zapisanej kredą liście dań. Ku naszemu zdumieniu za chwilę dostajemy do ręki
      tę samą listę po angielsku i niemiecku.
      Węgrzy zdali sobie szybko sprawę, że ze swym hermetycznym, chyba najbardziej
      obcym językiem Europy nie nawiążą kontaktu ze światem i błyskawicznie
      nauczyli się angielskiego. Można się porozumieć na ulicy, w maleńkiej
      knajpce, w sklepiku za rogiem – wszędzie. A jeśli nawet nie, jeśli nie
      potrafią odpowiedzieć, to nadłożą spory nawet kawałek drogi, by zaprowadzić
      turystę tam, gdzie chce trafić. Tu czujesz się naprawdę miłym gościem.
      Wróćmy jednak do naszej knajpki. Uśmiechnięty gospodarz przynosi wielkie
      miski zawiesistej, pachnącej gulaszowej zupy i pajdy świeżutkiego chleba,
      uczta nie lada. Dostajemy miseczkę paprykowej pasty, by sobie stopniować
      ostrość potrawy do woli.
      Po artystycznych przeżyciach poranka należy nam się odpoczynek. Zdążymy
      jednak jeszcze do zabytkowej, XIX wiecznej hali targowej . Możemy sobie tylko
      wyobrazić jak barwnie tu musi być w pełni sezonu owoców, papryki,
      pomidorów. Ale i teraz piętrzą się kolorowe stosy a tuż obok wabią
      zapachem długie szeregi salami, paprykowanej słoninki, wędzonych,
      aromatycznych kiełbasek. Kupujemy oczywiście na prezenty a i „na spróbunek”
      dla siebie. Obowiązkowo kupujemy też woreczki ostrej i słodkiej papryki
      Zapadający zmierzch i zapalające się światła Hotelu Gelerta po drugiej
      stronie rzeki wabią do spaceru. Miałyśmy tylko przejść Mostem Wolności
      (Szabadsag) na drygą stronę Dunaju. Ale jest taki ciepły wieczór, odbijające
      się w wodzie światła nadbrzeża są tak malownicze, że miniemy Most
      Elżbiety, wrócimy na Peszteńską stronę najstarszym i najsłynniejszym Mostem
      Łańcuchowym, Szechenyi Lanchid. Obejrzymy się jeszcze na oświetloną bryłę
      Zamku i, opodal, bajkowe baszty Rybackie i przy nich Kościół Matiasa.
      Będziemy tam pojutrze.
      Już za chwilę jesteśmy na Vorosmarty Ter. Pomnik poety doby romantyzmu z
      kararyjskiego marmuru na zimę okrywa kołderka z folii ale mimo to plac
      zachwyca proporcjami i urodą. Najokazalszą budowlą placu jest Gerbaud Var.
      Na parterze zabytkowa, XIX wieczna cukiernia Gerbaud. Tu postanawiamy
      zakończyć dzień. W gablotkach zbiory porcelany, u pułapu długie kryształowe
      żyrandole, marmur i drewno. Pachnie apetycznie i słodko. Same nazwy – tort
      Esterhazy, tort Gerbaud i tort Dobozs (najsłynniejszy smakołyk węgierski)
      powodują ekstazę. Mocne espresso i kieliszek barack (czyli morelowej)
      palinki Esterhazy dopełniają uczty.
      Przystanek naszego metra jest u wejścia do kawiarni, ale przejdziemy się
      jeszcze ulicą Vaci. To od zawsze najbardziej znany deptak handlowy miasta.
      Na poziomie wzroku sklepy najlepszych światowych marek konfekcji,
      kosmetyków i biżuterii. Nad naszymi głowami pięknie dekorowane ściany
      domów.
      Mijajmy jeszcze potężny gmach ratusza i pora wreszcie kończyć dzień. Kilka
      stacji metra i jesteśmy w domu.
      • natla Re: Podróże Toskanii....Słoneczniki pod Górą Gele 16.02.07, 12:26
        A oto część druga.

        Dziś wczesna pobudka, jedziemy do Sentendre. Komunikacja w Budapeszcie działa
        znakomicie, przesiadka metro – tramwaj – kolejka zajmuje nam kilkanaście minut,
        za pół godziny jesteśmy w Sentendre. To taki mały Kazimierz na obrzeżach
        Budapesztu. Liczy 23 tys. mieszkańców a przyjmuje rocznie 1,5 miliona gości. O
        tej porze roku jest dość sennie, latem zjeżdżają tłumy. Miasteczko ulubione
        przez artystów, pełne urokliwych knajpeczek, winiarni, sklepików z cudeńkami.
        Kolorowe, zadbane domki, uliczki rozchodzące się od placyku Fo Ter z „krzyżem
        morowym” wystawionym w 1763 roku na pamiątkę zarazy, jaka dotknęła miasteczko.
        W owym czasie mieszkali tu głównie Serbowie, którzy osiedli w tym miejscu
        uciekając przed Turkami. Po nich to pozostało w miasteczku aż siedem cerkwi z
        charakterystycznymi wysokimi ikonostasami. Niestety, choć zachwala je
        przewodnik, nie udaje nam się zajrzeć do żadnej, są zamknięte. Wstępujemy za to
        do maleńkiej kawiarenki na grzane wino. Uśmiechnięta starsza pani podaje nam
        je, pachnące korzennymi przyprawami, w porcelanowych filiżankach, a do nich
        małe czekoladowe ciasteczka. W kawiarence można kupić słoiczki z owocami w
        syropie, buteleczki z sokami, owocowe nalewki ale też słoiczki kolorowych
        marynat.
        Słoneczny, nieprawdopodobnie, jak na połowę lutego ciepły dzień zachęca do
        spaceru wzdłuż straganów z haftowanymi serwetkami, rzeźbionymi puzderkami i
        innymi, ku uciesze turystów zgromadzonymi cudnościami.
        Szczególną atrakcją Sentendre jest Muzeum Marcepanu. W folderku piszą, że
        jedyne na świecie, ale podobne znalazłyśmy w Budapeszcie i w Esztergom, o czym
        za chwilę. Tak czy inaczej miejsce jest ciekawe. Najpierw oglądamy proces
        tworzenia, potem, na pięterku możemy podziwiać chyba półtora metrowej wysokości
        tort weselny, dalej całkiem sporą lokomotywę, niemal naturalnej wielkości
        figurę Michaela Jacksona, rokowy salonik, jest też model budapeszteńskiego
        parlamentu, portrety postaci historycznych i mnóstwo innych atrakcji, wszystko
        oczywiście z marcepanu. No i sklepik, a jakże. Można w nim nabyć figurki,
        kwiatki, serduszka (za parę dni Walentynki, dotarły i tam), najrozmaitsze
        pralinki i pomadki. Kupujemy prezenty i czym prędzej wychodzimy, by nie wykupić
        całego sklepiku.
        Pora jest jeszcze wczesna, łapiemy więc autobus – odwiedzimy dziś jeszcze
        Esztergom, nazywany w dawnej Polsce Ostrzyhomiem.
        Droga prowadzi wzdłuż naddunajskich wzgórz, jak na węgierskie warunki całkiem
        wysokich, po drodze mijamy malowniczo zawieszony na jednym z nich zamek w
        Wyszehradzie.
        Dziś to 30 – tysięczne senne, nadgraniczne miasteczko (po drugiej stronie
        Dunaju to już Słowacja). Ale można je porównać z naszym Gnieznem, to tu jest
        kolebka węgierskiej państwowości, to tu w roku 1000 koronowany został Istvan,
        pierwszy węgierski król, to biskup Esztergom miał wyłączne prawo koronowania
        królów. Do dziś jest tu siedziba arcybiskupstwa. W podziemiach katedry, do
        której zaraz wejdziemy, spoczywają prochy kardynała Mindsenty’ego, nie mniej
        znaczącego w najnowszej historii Węgier jak nasz Prymas Tysiąclecia.
        A oto i katedra. Klasycystyczna budowla z szarego kamienia, malowniczo położona
        na stromej naddunajskiej skarpie. Na jej konsekrację w 1856 roku Franciszek
        List skomponował Mszę Ostrzyhomską.
        U stóp katedry Vizivaros, stara, senna dzielnica naddunajska. Znajdujemy tu
        alejkę Jana III Sobieskiego, który w katedrze odśpiewał ze swym wojskiem
        uroczyste Te Deum po rozgromieniu Turków pod Parkanami. To nie jedyny polski
        akcent w Esztergom. W katedrze znajdziemy tablicę upamiętniającą wizytę papieża
        Jana Pawła II w 1991 roku oraz niewielka tabliczkę poświęconą pamięci Św.
        Kingi, która była przecież węgierską księżniczką.
        Wnętrze katedry surowe, proste. Najcenniejsza, ale i najpiękniejsza jest
        kaplica Rakoczych z czerwonego marmuru, ołtarz zaś jest z białego,
        kararyjskiego marmuru.
        Tuż obok katedry Muzeum Zamkowe z pozostałościami królewskiego zamku a nieco
        poniżej, w dawnym, renesansowym pałacu prymasowskim Muzeum Chrześcijańskie z
        bogatymi zbiorami sztuki sakralnej.
        Idziemy w stronę miasteczka. W sobotnie popołudnie jest cicho i sennie.
        Deptakiem dochodzimy do głównego placu z ratuszem i kolorowo pomalowanymi,
        zabytkowymi domkami.
        Nie uda nam się zjeść obiadu, bo…restauracja ma przerwę obiadową do 18.00.
        Na szczęście – za pół godziny mamy autobus. Jedziemy jakąś krótsza drogą i po
        godzinie jazdy jesteśmy z powrotem w Budapeszcie.
        Węgrom jakimś cudownym, nam niestety nieznanym sposobem udało się pobudować
        porządne drogi. Już schodząc do lądowania w Budapeszcie widzieliśmy autostrady,
        rozjazdy, wielopoziomowe skrzyżowania. Jest ich wiele także w samym mieście.
        Dziś jedziemy naprawdę bocznymi, więc węższymi, ale gładkimi jak stół
        drogami. Jakoś jednak można.
        Także budapeszteńskie metro to wielki skarb komunikacyjny. Trzy linie
        przecinają miasto we wszystkich kierunkach od krańca do krańca, kolejki
        kursują co minutę a w porach małego ruchu, wieczorem czy w niedzielę co pięć.
        Tylko zazdrościć. Linii tramwajowych i autobusowych też sporo, są szybkie i
        czyste.
        O mało nie zostałyśmy na wieczór o głodzie. Postanowiłyśmy dziś zjeść naszą
        wczoraj kupioną paprykowa kiełbaskę. Niestety, jest na obrzeżach wiele wielkich
        centrów handlowych, ale znalezienie w sobotni wieczór na naszej
        reprezentacyjnej Andrassy Utca czynnego sklepu spożywczego okazuje się
        problemem. Wpadamy w końcu, tuż przed zamknięciem, udaje się kupić chleb, strąk
        czerwonej słodkiej papryki, kawałek pirenejskiego sera no i oczywiście
        buteleczkę Egri Bikaver. Ach, jaka to była wspaniała uczta, kiełbaska pachniała
        wspaniale, sowicie doprawiona ostrą papryką i innymi przyprawami, podwędzona i
        wysuszona, aż skrzypiała w zębach. Na deser jeszcze po marcepanowej pralince,
        Pychotka.
        • natla Podróże Toskanii....Słoneczniki pod Górą Gelerta 18.02.07, 10:13
          No i tak nadszedł ostatni nasz poranek. Jest niedziela, zaczynamy od bazyliki
          Św. Stefana. Wciśnięta między budynki centrum miasta, właściwe widoczna od
          strony rozciągającego się przed jej frontem Placu Św. Stefana. Pierwsza kopuła
          bazyliki zawaliła się, w końcu budowlę ukończono w 1906 roku. Jest trochę
          klasycystyczna, trochę nawiązująca do Renesansu, fasada zdobna rzędem
          korynckich kolumn, wewnątrz zdobiona bogato rzeźbionym marmurem. Węgrzy
          pielgrzymują do tej świątyni, mieści się tu bowiem, w oddzielnej kaplicy, ich
          najcenniejsza relikwia, dłoń Św. Stefana, pierwszego węgierskiego króla.
          Trafiamy na jakieś patriotyczne uroczystości, ale nie wiemy jakie. Mszę
          odprawia kardynał, więc już samo to jest niecodzienne. Po Mszy do kościoła
          wchodzą ludzie w jakichś mundurach, pelerynach z zielonym greckim krzyżem,
          różnych dziwnych strojach. Przed kościołem formuje się pochód ze sztandarami i
          proporczykami z nazwami węgierskich miast.
          Nie udaje nam się domyśleć, co to za uroczystość.
          Kiedy wychodzimy z kościoła, ktoś wkłada nam do ręki plastikowe pudełeczko z
          dziwną zawartością i kolorowy kartonik z opisem. Po węgiersku oczywiście. W
          pudełeczku jest coś jakby musli, jakieś ziarna i owoce w gęstym płynie. Mozolna
          próba odczytania kartki pozwala się domyśleć, że to jakaś organizacja promująca
          zdrowy tryb życia i odżywiania. Jest coś o Adamie i Ewie, o Noem, coś o jakichś
          mędrcach czy prorokach indyjskich. Zawartość to mieszanka ziaren fasoli,
          orzeszków, chyba soczewicy, suszonych moreli, rodzynek, czegoś tam jeszcze, a
          wszystko w lekko słodkawej półpłynnej masie. Nawet dość smaczne.

          Niedaleko Bazyliki znajdujemy największą czynną synagogę Europy - Dohany.
          Nazwę wzięła od ulicy, przy której się mieści. Zbudowana w XIX wieku w
          mauretańskim stylu, zniszczona w czasie wojny, odbudowana, w ostatnich latach
          została pięknie odnowiona dzięki prywatnym darczyńcom, głownie amerykańskim
          Żydom. Miła Pani Przewodniczka barwnie opowiada o żydowskich obyczajach, o
          odprawianiu nabożeństw, o tym dlaczego kobiety muszą siedzieć osobno. Wnętrze
          jest imponujące, balkony dla kobiet z rzeźbionego drewna, rytualne świeczniki
          i zwisające z sufitu kryształowe żyrandole, marmurowa chupa, czyli centralne
          miejsce, baldachim, pod którym odprawiane jest nabożeństwo, Arka Przymierza,
          czyli szafa na przechowywanie zwojów Tory. W krużganku rzecz niezwykła. Żydom
          nie wolno zakładać cmentarzy obok świątyń. Jednakże niezwykle mroźna zima
          1945 roku spowodowała, że na cmentarzu nie dało się kopać zmarzniętej ziemi. W
          dodatku nadeszła zaraza. Setki zwłok układano więc warstwami w grobach
          kopanych na niewielkim dziedzińcu przy synagodze. Upamiętniają to tabliczki z
          nazwiskami tych, których udało się zidentyfikować.
          Na placyku za synagogą, na małym placyku, oryginalna rzeźba, jakby metalowa
          wierzba płacząca i wielka płyta z czarnego marmuru z pustym miejscem po
          dziesięciorgu przykazaniach, zostało tylko jedno – Nie Zabijaj. To rzeźba
          upamiętniająca Holokaust.
          Wchodzimy do Muzeum. Zbiór naczyń, świeczników, tałesów, zwojów Tory –
          przedmioty religijne i codziennego użytku, srebra, porcelana.
          Jest też sala pamięci Holokaustu.
          Raz jeszcze zaglądamy do wnętrza synagogi, jest doprawdy piękna.
          Pora na obiad. Zachęcone małym banerkiem, skręcamy w boczną uliczkę i za chwilę
          jesteśmy w Rozsa Magyar Etterem . Skromna restauracyjka, gdzie na niedzielny
          obiad przyszły całe, wielopokoleniowe rodziny. Właśnie o to nam chodziło,
          szukamy takich właśnie miejsc a nie tych folk restaurants z turystycznym
          zadęciem.
          Zamawiamy oczywiście zestaw Magyar menu – gęsta, pachnąca papryką zupa
          gulaszowa, bitki po węgiersku (podsmażone kawałeczki mięsa, z cebulką i papryką
          a na wierzchu paseczek mocno paprykowanego (co tu kryć, dość tłustego) boczku,
          naciętego przy skórce i podsmażonego na chrupko, tak, że nacięcia rozłożyły się
          w grzebyczek. Aj, jaka pychotka! Do tego podsmażone na chrupiąco ćwiartki
          ziemniaczków. No i kieliszek czerwonego wina oczywiście, bez tego się nie da
          nijak. To nie koniec! Na deser były jeszcze naleśniki a’la Gundel, czyli dwa
          cieniuteńkie, chrupiące naleśniczki z orzechowo – czekoladową masą, polane
          roztopioną czekoladą. W oryginale powinny być jeszcze polane alkoholem i
          zapalone, ale niech tam! I tak były boskie.
          Wytaczamy się z niejakim trudem na ulicę i ruszamy dalej.
          Jesteśmy w samym centrum miasta.
          Pomyśleć, że gdzieś tam w czasach węgierskiej królewny, która poślubiła
          dzikiego litewskiego niedźwiedzia, byliśmy równymi potęgami. Potem jednak…jakoś
          Węgrzy potrafili lepiej ułożyć swoją historię. Może mieli trochę lepsze
          położenie, ale chyba nie tylko. Kiedy my byliśmy po prostu pod zaborem, oni
          wywalczyli sobie (zbrojną ręka, za darmo nie dostali) niemal równorzędną
          pozycję w austrowęgierskiej C.K. Monarchii. Peszt, mocno przypominający Wiedeń,
          to już bardzo wielkomiejska metropolia, z szerokimi, kilkupasmowymi ulicami,
          pięknie, bogato zdobionymi domami i pałacami, parkami, pomnikami. Z mnóstwem
          stylowych kawiarni. Kochamy Warszawę, bo jest nasza, ale przy Budapeszcie to
          jednak trochę uboga krewna. I nie chodzi tu o wojenne ruiny, tu zniszczenia
          były oczywiście znacznie mniejsze. Warszawa po prostu nigdy nie była tak
          pięknym i bogatym miastem.

          • natla Podróże Toskanii....Słoneczniki pod Górą Gelerta 18.02.07, 10:14
            Przy handlowym deptaku Vaci (byłyśmy tu już wieczorem) mimo niedzielnego
            popołudnia czynne wszystkie sklepy. Korzystamy, a jakże, kupując buteleczkę
            czerwonego wina ze znanej nam z wyprawy do Egeru winiarni Thumerer.
            Łańcuchowym Mostem przeprawiamy się na drugi brzeg Dunaju, do Budy. Buda to
            starsza część Budapesztu. Dokładnie najstarsze jest położone na budańskim
            brzegu Acquincum, najpierw celtycka a potem rzymska osada, obecnie są tam
            pozostałości rzymskich budowli. Miejsce to późnej nazwano Obudą.
            W XIII wieku Bela IV przeniósł stolicę z Esztergom do Budy. Po mocno burzliwych
            dziejach, wielu klęskach i upadkach w 1873 roku po połączeniu Budy, Obudy i
            Pesztu powstał Budapeszt i pod rządami cesarza Franciszka Józefa miasto
            rozkwitło. Dziś wiele zachowuje z tamtej atmosfery. Kiedy patrzy się z
            wysokiego, budańskiego brzegu, widać, jak mądrze jest rozwijane. Nowe budynki,
            których oczywiście jest mnóstwo, harmonijnie wtapiają się w panoramę, nie ma
            żadnych strzelistych, szklanych wieżowców wystrzelających byle gdzie,
            chaotycznie i bez sensu.
            Zabytkową, zębatą kolejką wjeżdżamy na Plac Defilad i skręcamy w stronę Zamku.
            Wpisany na listę UNESCO, dziś nie pełni funkcji reprezentacyjnych, tylko
            muzealne. Na dziedzińcach kilka pięknych pomników z brązu, w tym turul,
            gatunek orła, symbol węgierskiego Państwa i ponoć najpiękniejszy pomnik konny,
            Eugeniusza Sabaudzkiego.
            Wąskimi uliczkami dochodzimy do jednego z najpiękniejszych zakątków Budy -
            Placu Świętej Trójcy i gotyckiego Kościoła NMP Budzińskiej Pani, znanego
            powszechnie jako kościół Matyasa czyli Macieja, od imienia króla Macieja
            Korwina, zwanego węgierskim Salomonem. Barwne malowidła wewnątrz kościoła
            pochodzą z przełomu wieku. Jedna z kaplic nosi imię Św. Władysława.
            Powiedziałam – gotyckiego, bo bryła jego jest gotycka, ale po wielu
            zniszczeniach, odbudowach i przeróbkach, to mieszanina gotyku, baroku, secesji,
            klasycyzmu i czego tam jeszcze, a jednak zadziwiająco harmonijna i urodziwa.
            Skoro jesteśmy w tym miejscu nie można nie odwiedzić Ruszwurum, kameralnej,
            biedermajerowskiej kawiarenki, do której, jak wieść niesie, z samego Wiednia
            posyłano dyliżanse po kremówki. Tradycja jest żywa, do dziś kremówki są na
            wszystkich stolikach. Niestety, my, po tak sowitym obiedzie, obchodzimy się
            smakiem. Starczy nam filiżanka herbaty.
            Zmierzch zapadł. Pora się żegnać z pięknym, wesołym Budapesztem. Chodźmy więc
            jeszcze na Rybacką Basztę. Ta trochę bajkowa, neoromańska budowla wzniesiona
            na miejscu dawnych murów obronnych to najlepsze miejsce do podziwiania
            panoramy Budapesztu. Z wysokiej skarpy doskonale widać doskonale pięknie
            oświetlone mosty, stojący tuż nad brzegiem budynek parlamentu (wzorowany na
            londyńskim), kościoły, hotele, pałace.

            Zegnaj, moje piękne, kochane miasto, w tyle miejsc tym razem nie udało się
            zajrzeć. Tym bardziej trzeba tu będzie wrócić raz jeszcze. I jeszcze…

            I to by było na tyle.

            Ale jeszcze słowo na koniec - chłopcy i dziewczęta, jedźcie do Budapesztu!
            Bilet lotniczy z W - wy tanią linią kosztuje 70 złotych (ze wszystkim !), kto z
            południa ma blisko autobusem; za hotelik w samym centrum, miły i czysty
            zapłaciłam po 70 zł za "osobonoc". Jedzenie pyszne i taniutkie, wino też.
            Piękne, wspaniałe, wesołe miasto. Namawiam !!!

            I na tym kończę moją działalność kronikarską - na ten raz, oczywiście.
            A już za 13 dni następna podróż, a nawet dwie w jednym. A potem jeszcze jedna.
            Się narobiło w tym roku. nawet na tak szaloną podróźniczkę jak ja...

    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 21.10.07, 19:48
      SREBRNą ZIMą

      Drzewa i krzewy rozsrebrzał puszysty śnieg. Układał się miękko na
      gałązkach, a one skłaniały się do ziemi jakby w podziękowaniu za
      niespodziewany, cudowny dar losu. Nierealność otaczającego mnie,
      bajkowego świata podkreślał księżyc rozścielając u moich stóp
      tajemnicze cienie...
      Było tak zimno, że nawet psy nie miały odwagi szczekać. Szłam w tej
      białej ciszy, otulona mgiełką własnego oddechu. Od czasu do czasu
      przystawałam na moment, wsłuchiwałam się w ciszę, a ona narastała we
      mnie jak najpiękniejsza symfonia, ogarniała mnie swoim niesłyszalnym
      brzmieniem aż w końcu sama stawałam się muzyką, srebrnym blaskiem
      księżyca, migocząca gwiazdą, ciszą .
      I miałam wrażenie, że na całym świecie jestem tylko ja i ten
      srebrzysty, cudownie cichy świat. Pragnęłam, aby trwał wiecznie, aby
      nic nie zmąciło jego kojącego spokoju.
      Ten świat pozostał we mnie na zawsze.
       
      • del.wa.57 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 21.10.07, 20:48
        Brawo! Walerio,moje gratulacje,widać,ze kochasz zimę,podobnie
        ja.Biały puch,skrzypiący pod butami i ta cisza,której słuchałaś
        spacerując,poczułam się jakbym tam była z Tobą.
        Pieknie opisałaś,masz talent dziewczyno,potrafisz przekazać piękno.
        Dziekuje bardzo i prosze o jeszcze.
        smile
        • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 22.10.07, 09:00
          Dziekuję, Del.wo za miłe słowa. Zachecona Twoimi słowani,
          pomyślałam, że od czasu umieszczę tu któreś z moich opowiadań.
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 22.10.07, 12:30
      JASKÓŁKA

      Chciała rozpostrzeć szeroko skrzydła, wzbić wysoko w niebiosa,
      zewrzeć w namiętnym uścisku z szalonym wiatrem.
      Chciała prześcignąć samą siebie, zostawić daleko w tyle rozwirowane
      swoim cudownym roztańczeniem przestworza.
      Chciała sięgnąć gwiazd, poczuć w sobie nieograniczoną przestrzeń,
      być wolna niczym nie skrępowaną, samotną wolnością.
      Czuła się mocarną kariatydą, triumfującą Ewą, niezniszczalnym
      feniksem, panią wszechświata.
      Czasem chciała zapaść się w aksamitną ciszę, otulić
      wszechogarniającym niebytem, nieskończoną próżnią.
      Chciała zamknąć zmęczone oczy, złożyć poranione skrzydła i nigdy
      więcej nie musieć już latać.
      Chciała....
      Lecz w gnieździe czekały na nią pisklęta.
      • wiktoria53 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 22.10.07, 18:04
        Walerio ! Jak Ty pięknie piszesz! smile Brawo!
        • del.wa.57 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 25.10.07, 18:33
          Zajrzałam z myślą,ze Waleria nam coś znowu napisała?
          Pewnie czeka na wene twórczą.
          smile))))))))))
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 26.10.07, 18:38
      DWA śLIMAKI
      Siedziały na niewielkim kamieniu przytulone do siebie główkami. Ich
      stożkowate czułki zakończone maleńkimi kuleczkami zastygły w
      rozkoszy, a delikatne, prawie przezroczyste ciałka mocno przywarły
      do podłoża.
      Trwały tak w bezruchu, jakby liczyło się dla nich tylko to ich
      przytulenie, tylko to wzajemne dotykanie, gdy tymczasem nieznany,
      obojętny, obcy świat przepływał niezauważalnie obok nich.
      Nie drgnęły nawet, gdy wiatr delikatnie musnął ich wrażliwe ciałka,
      ani wtedy, gdy ciepłe, wiosenne słońce przesunęło się dalej i
      pozostawiło je w cieniu, ani wtedy, gdy z głośnym brzęczeniem
      przeleciał nad nimi najpierw trzmiel, a zaraz potem osa.
       
      Przypatrywałam się im z zazdrością. I nagle zapragnęłam, aby świat
      też zaczął przepływać tak obojętnie, niezauważalnie obok mnie, aby
      przestały raptem być ważne wszystkie- i te prawdziwe i te
      wyimaginowane cierpienia, zranienia, aby już zawsze liczyło się dla
      mnie tylko takie przytulenie, ciepłe, bezpieczne ogrzewanie bliskiej
      istoty...
       
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 26.10.07, 18:40
      KU śWIATłU
      Maleńka roślinka z trudem przebijała się przez twardą ziemię. A choć
      wydawało się, że miała w sobie dużo siły, to gdy wychynęła na świat,
      była tak wątła i delikatna, że najlżejszy podmuch wiatru mógł ją
      zniszczyć.
      Otuliła się więc seledynowymi listkami jakby w obronie przed
      otaczającym ją, nieznanym światem. A może chciałaby z powrotem
      schować się, powrócić w spokojną, znajomą, bezpieczną ciemność?
      Ale tam, w górze....Tam było ciepło, słońce, jasność...
      I gdy roślinka poczuła na sobie dobre promyki, rozchyliła listki i
      całą swoją maleńką istotką zaczęła chłonąć zbawienne ciepło.
      Tak bardzo pragnęła dosięgnąć nieba, że poczęła wyciągać ku światłu
      swoja delikatna łodyżkę i energiczniej rozgarniać swoim coraz
      mocniejszym ciałkiem twardą ziemię. Jej korzonki rozrastały się
      coraz bardziej, dając jej moc i siłę.
      Po pewnym czasie roślinka była już całkiem spora.
      A wtedy spadł deszcz. Roślinka poczuła, jak zbawienne kropelki
      spłukują z niej kurz, jak ona sama robi się coraz czystsza,
      piękniejsza.
      I tak wciąż rosła i rosła, prężyła się ku światłu...Coraz bardziej
      rozchylała swoje listki, aż w końcu z niepozornej, delikatnej
      roślinki zrobił się z niej przepiękny, pełen przepychu,
      czarowny...kwiat.
    • waleria-1 Inny wymiar 01.11.07, 07:40
      INNY WYMIAR

      Zbliżyłam twarz do szklanej ściany. Wpatrywałam się zachłannie w to,
      co tam było. Chciałam tam być, po tamtej stronie. I bałam się.
      Chociaż wiedziałam, że Cię tu zostawiam. Chociaż wiedziałam, że Cię
      tam zastanę.
      Jesteś po dwóch stronach. W dwóch innych, takich samych światach.
      Dotknęłam ręką szklanej ściany i przeszłam na drugą stronę.
      I nie znalazłam Cię.
      Bo choć tam byłaś, to dla mnie Cię nie było. Bo choć patrzyłaś na
      mnie- to nie patrzyłaś dla mnie. Bo choć mówiłaś do mnie- to nie
      mówiłaś dla mnie.
      Jesteś po dwóch stronach. W dwóch innych, całkiem różnych światach.
      W którym z nich mam żyć?
    • waleria-1 Mie odchodź, Mamo 01.11.07, 07:43
      NIE ODCHODź, MAMO

      Patrzysz na jej drobne, delikatne ciało leżące w białej, sztywno
      wykrochmalonej pościeli. Ta biała pościel, to piękne wykrochmalenie-
      to jest wszystko, co możesz w tej chwili dla niej zrobić. Tak
      uważasz.
      Wyciągasz rękę i leciutko dotykasz jej siwych włosów. Miłośnie
      muskasz opuszkami palców wątłe kosmyki, rozplątujesz miękkie
      pasemka, odgarniasz z twarzy wiotkie zabłąkanie.
      Potem dotykasz na wpół przymkniętych powiek...i tak mocno, tak z
      całej pragniesz, aby jej ciepłe oczy spojrzały na ciebie raz
      jeszcze, z całą miłością matczynego ukochania.
      Więc jeszcze starasz się wygładzić jej zmarszczki, jeszcze starasz
      się delikatnie rozciągnąć nieruchome usta w tym dobrze znanym ci,
      słodkim uśmiechu.
      Na próżno..
      Siedzisz bezradna, zagubiona, przerażona.
      Bo choć w to delikatne dotykanie włożyłaś całą swoją miłość, całą
      wdzięczność za to, co było, cały swój żal i ból, czujesz, że to za
      mało, że to nie wystarczy, że nie potrafisz powstrzymać
      niepowstrzymywalnego.
      I, choć wiesz, że jeszcze nie możesz, że jeszcze nie masz prawa, to
      już zaczynasz być wielką, bolesną tęsknotą, to już rozpaczliwie
      zaczynasz tęsknić za wszystkimi słowami, które nigdy więcej nie
      zostaną wypowiedziane, za .wszystkimi przytuleniami, które nigdy
      więcej przytuleniami się nie staną, za ciepłymi matczynymi
      spojrzeniami, które nigdy więcej spojrzeniami nie będą.
      Mamo... Proszę...nie odchodź...

      ----------------
      Opowiadanie to napisałam, jak dowiedziałam się, że mama mojej
      znajomej umiera. Nigdy jednak go jej nie wysłałam.
      Moja mama żyje i mam nadzieję, że tak będzie jeszcze długo.
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 05.11.07, 19:00
      Starość
      Jest bardzo wiotka i delikatna. Gdy klęka przy lodówce, robi
      wrażenie, jakby jej krucha postać  miała się za chwilę złamać. 
      Drżącymi rękoma wyjmuje produkty, a potem z trudem wstaje. Zmęczone
      ciało musi chwilę odpocząć, więc na moment zamiera w bezruchu.
      Słychać tylko jej przyspieszony, ciężki oddech. Za chwilę zbiera
      siły i powoli zaczyna szykować sobie jedzenie.
      Czasami wychodzi na dwór. Wystawia swoją pomarszczoną twarz na 
      ciepłe promienie słońca, pozwala, aby delikatnie pieściły jej
      bezsilne ciało.
      Często płacze.  Duże łzy wypływają z jej wyblakłych oczu, znajdują
      sobie drogę na  pomarszczonej twarzy, na chwilę zatrzymują się na
      brodzie - jakby w oczekiwaniu, że jakaś przyjazna dłoń zetrze je
      miłosiernie- aby za chwilę wsiąknąć w powyciągany sweterek. 
      Kap...kap...kap... i coraz szybciej kap..kap.kapkapkap..
      Wzbudza litość. Ma się ochotę ogarnąć ją mocnymi ramionami, utulić
      jak bezradne, zagubione dziecko.
      Ale w tym wątłym, kruchym ciele bije kamienne serce.  Serce, które
      nigdy nie  pozwoliło powiedzieć ustom "kocham cię", nie pozwoliło
      nigdy rękom przygarnąć spragnionego miłości dziecka. Serce okrutne,
      które zawsze szybciej biło dla obcych, ręce okrutne,
      które przygarniały tylko obce dzieci, usta
      okrutne, z których  padały  ostre, krytyczne słowa.
      Czy starość pomoże wybaczyć? Zapomnieć?  Okryć mgłą wspomnienie, jak
      drżące w oczekiwaniu, spragnione miłości dziecko prosiło: "mamo,
      przytul mnie"...i nigdy się nie doczekało spełnienia?
      Czy starość zmusi do miłości dorosłe już dzieci?
      Czy ma prawo wymagać, oczekiwać tego, czego sama nie dała?
      Czy póżniej, kiedyś, śmierć rozliczy z win? Pozwoli przebaczyć?
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 09.11.07, 21:07
      TAKA SAMA
      Z trudem porusza się po chodniku. Najpierw dziwnym, na wpół okrągłym
      ruchem zamaszyście stawia przed sobą prawą stopę, by po chwili tym
      samym ruchem dołączyć do niej lewą. Jej biodra nie poruszają się
      swobodnie jak u innych ludzi, lecz przy każdym stawianym przez nią
      kroku w gwałtownym zrywie próbują pomóc opornym nogom.
      Jej ręce rozpaczliwie rozgarniają powietrze, jakby z całych sił
      próbowały odepchnąć od niewidzialnej przezroczystości poskręcane
      ciało.
      Widać, jak dużo kosztuje ją każdy kolejny, najmniejszy nawet krok,
      każdy z trudem zdobyty centymetr chodnika. Lecz niestrudzenie,
      skupiając się tylko na swym niewiarygodnym wysiłku porusza się
      ciągle i ciągle do przodu.
      Czasami przystaje, z trudem wznosi szczupłą rękę i odgarnia z czoła
      spocone, jasne kosmyki. Ale nawet wtedy nie pozwala sobie na
      najmniejsze rozkojarzenie, na najszybsze nawet spojrzenie w bok,
      jakby obawiając się, że ten nadprogramowy wysiłek odbierze jej
      możliwość zrobienia kolejnego kroku.
      Po chwili z determinacją podejmuje swoją uciążliwą wędrówkę.
      Nie wiesz, dokąd idzie- codziennie o tej samej porze, przez wiele
      tygodni, miesięcy, lat. Nie wiesz też, nie potrafisz sobie wyobrazić
      ile wysiłku kosztuje ją zrobienie każdego kolejnego kroku. Ale za
      każdym razem, gdy ją widzisz, ukradkiem obserwujesz jej pozornie
      nieskoordynowane, chaotyczne ruchy.
      Lecz gdy kilka minut póżniej wysiadasz lekko z tramwaju w swoich
      niewiarygodnie wysokich szpilkach, gdy energicznie, sprężystym
      krokiem idziesz z wysoko podniesioną głową z zainteresowaniem
      obserwując mijających cię ludzi, zapominasz o tamtej dziewczynie.
      Bo wiesz, że zarówno ona- ta kaleka dziewczyna jak i ty tak naprawdę
      nie różnicie się od siebie.
      Bo zarówno ona, jak i ty, mamcie swój własny, trudny do zdobycia
      świat.
      Bo zarówno ona, jak i ty, swój chodnik zdobywacie maleńkimi,
      uporczywymi kroczkami.
      Bo zarówno ona, jak i ty każdy swój maleńki sukces okupiłyście
      olbrzymim, niezrozumiałym dla innych wysiłkiem.
      Bo zarówno ona, jak i ty, często musicie przystawać dla nabrania sił
      i odwagi do dalszej drogi.
      Bo zarówno dla niej, jak i dla ciebie każda najmniejsza wygrana ze
      swoją słabością walka ma niepowtarzalny, słodki smak zwycięstwa.
      Jesteście różne- ale przecież takie same.
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 14.11.07, 11:07
      Koliber
      Wyłoniła się z szarej mgły w ciemny, listopadowy poranek. Była jak
      maleńki, kolorowy ptak. Jak wspomnienie minionego lata, jak wesoły,
      ciepły promyczek słońca. Każda część jej ubrania skupiała w sobie
      inny kolor - niebieskie buty, zielone spodnie, długa do kolan,
      kolorowa jak letnia łąka spódnica, brązowa kurtka. Włosy, zaplecione
      w dziesiątki warkoczyków, pospinane były maleńkimi, barwnymi
      zapinkami.

      Szła pewna siebie, mocnym, rozkołysanym krokiem. Nie wiedziała, że
      na jej widok rozstąpiły się jesienne mgły, a świat nabrał barwy,
      ostrości, wyrazistości. Już nie było szaro i smutno...

      I choć za chwilę zniknęła zaaferowana swoimi sprawami, dla mnie ten
      szary dzień do końca miał zapach kwietnej łąki, łagodność sennego
      południa, złote ciepło nagrzanej słońcem ziemi...

    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 24.11.07, 18:58
      G E S T

      To był zupełnie drobny uczynek, nie wymagający wysiłku gest. Ale
      dla tej starszej pani urósł do rangi czegoś wzniosłego, potężnego,
      niezrozumiałego w swojej rzadko spotykanej bezinteresowności. Czuła
      się tak, jakbyś obdarzył ją najpiękniejszym prezentem, całą mocą
      swojego dobrego, gorącego serca.
      Codziennie, gdy przechodziłeś koło jej bramy, ona już tam stała.
      Wydawało ci się, że jest tam zawsze, że specjalnie czeka na tę
      krótką chwilę, w której mogłaby zatrzymać cię cichutkim: „dzień
      dobry i... dziękuję”. I gdy już ta upragniona dla niej chwila
      nastała, w jej wyblakłych oczach zapalały się nieśmiałe ogniki
      wdzięczności, a uśmiech na moment rozjaśniał jej subtelną,
      pomarszczoną jak krepina twarz by zaraz schować się głęboko na
      samym dnie jej samotnego życia.
      Ty skinąwszy głową odwzajemniałeś uśmiech i biegłeś dalej do swoich
      nie cierpiących zwłoki, najważniejszych spraw.
      Po jakimś czasie zupełnie zapomniałeś, za co ci tak niezmiennie od
      wielu tygodni dziękowała. Pozostał w tobie tylko ten nieśmiały
      uśmiech na przywitanie i błyszczące chwilową radością oczy.
      Bo przecież dla ciebie to był tylko drobny, nie wymagający wysiłku
      gest...

    • p.a.d.a.l.c.o.w.a doprecyzuj 24.11.07, 19:52
      jakie " spoiwo " nadasz temu ZLEPKOWI ?
      Bo wydaje mi się, że w takim projekcie powinien być jakiś temat
      wiodący. Chyba nie da się zrobić żadnej całości z tematów: " jeden o
      zupie - kolejny o .....trupie "
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 08.12.07, 17:57

      DRZEWO

      Drzewo było maleńkie. Rosło samotnie na słonecznej polanie pośród
      zielonej, soczystej trawy.
      Czuło się bardzo dobrze w tej swojej samotności- nic przecież nie
      zasłaniało mu światła, nic nie zabierało życiodajnych soków z ziemi.
      Dzięki temu mogło rosnąć, nabierać sił, coraz piękniej układać swoje
      rozłożyste ramiona.
      Po kilku latach Drzewo było już całkiem spore. Wyglądało wspaniale
      na swojej polanie. Jego silne, zdrowe konary wprawiały w zachwyt, w
      rozgałęzieniach wiły gniazda wszystkie okoliczne ptaki a w cieniu
      chłodziły się zmęczone upałem zwierzęta.
      Zimą Drzewo otulało się aksamitnym puchem, aby w jego miękkiej
      przytulności przetrwać największe mrozy. Wiosną i latem wabiło
      przepychem bujnej zieloności, a jesienią przemieniało się w
      płonącą purpurę.
      I tak Drzewo rosło i rosło....Nie przeszkadzały mu palące promienie
      słońca, zacinające jesienią deszcze, zimowe zamiecie. Wydawało mu
      się, że jest tak silne, iż zawsze da sobie radę.
      Czasami tylko patrzyło z zazdrością w stronę lasu. Widziało tam
      drzewa oplatające się wzajemnie gałązkami, wspierające podczas
      wyjątkowo silnych huraganów, szepczące jakieś słodkie tajemnice...
      I na moment Drzewo zaczynało tęsknić za bliskością innych drzew.
      Ale nie wiedziało, jak im o tym powiedzieć, jak zwrócić na siebie
      ich uwagę. Więc znów wznosiło gałązki ku niebu i zastygało w swoim
      dumnym odosobnieniu.
      Aż którejś wiosny, gdy Drzewo jak zwykle rozkoszowało się swoją
      samotnością, nad polaną zawisły granatowe chmury. Drzewo wiedziało,
      że oto nadchodzi burza, ale nie przejęło się tym . Przecież
      przeżyło już niejedną nawałnicę i choć musiało później kurować swoje
      połamane gałązki, zawsze udawało mu się przetrwać.
      Ale tym razem było inaczej. Granatowe chmury coraz bardziej
      ciemniały, aż w końcu zrobiły się zupełnie czarne. Porywisty
      wicher wyrywał krzewy z korzeniami, szarpał wiotkie gałązki drzew,
      łamał grube konary. Niebo rozświetlało się groźnymi
      błyskawicami, w ziemie waliły pioruny .
      Drzewo było przerażone. Stało samotne na swojej polanie i nie miało
      się gdzie schronić. Spoglądało tęsknie w stronę pobliskiego lasu w
      nadziej, iż któreś z rosnących tam drzew przyjdzie mu z pomocą. Ale
      żadne nie zwracało na niego uwagi. Wzajemnie obejmowały się
      ramionami, wspierały, dodawały sobie siły. Nie przyszło im do głowy,
      że Drzewo, tak do tej pory samodzielne, teraz potrzebuje ich nich
      pomocy.
      Zresztą, jakże mogłyby mu pomóc . Nie wykszałciły przecież tak
      długich gałązek, aby mogły opleść nimi Drzewo.
      Na wszystko było już za późno...
      ...A tymczasem pioruny uderzały coraz bliżej Drzewa. I choć
      zwinęło ono ciasno swoje rozłożyste konary, choć jak najbardziej
      skuliło się w sobie, aby wydawać się jak najmniejszym, to przecież
      stało samotnie na swojej polanie.
      Było bardzo łatwym celem...

      .....Paru dniach przyszli drwale i wykopali na wpół spalony
      pieniek...
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 16.12.07, 10:55
      KOBIETA
      Jesteś
              kojącym muśnięciem wiatru
      i rozszalałą burzą na bezkresnym oceanie
      kostką lodu w żarze ogniska
      i ogniem zamkniętym w pulsującym drganiu
      żaglowcem na wzburzonych wodach
      i huraganem pod błękitem nieba
      płacząca wierzbą
      i mocarnym dębem
      srebrnym śmiechem
      i konającym z bólu ptakiem
      bezkresną ciszą
      i krzykiem rozpaczy
      kołysaniem trawy
      i smakiem piołunu
      drogą do raju
      i piekłem karzącym
      małżem w tęczy zaklętym
      i wichrem nieznanym
      w nocy kusicielką
      w dzień świętą madonną

      Oto, kim jesteś.
      Ty-
      najgrzeszniejsza z grzesznych.
      najświętsza ze świętych.
       
      • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 18.01.08, 20:30
        11 BRZÓZ

        Stały szeregiem nad brzegiem rzeki. Spowite przezroczystym
        rozedrganiem jesiennego poranka w zachwyceniu wyciągały smukłe
        ramiona ku bezchmurnemu niebu. Jeszcze przesiąknięte nocnym chłodem
        już splatały swoje wątłe gałązki, już tuliły się do siebie jak 11
        nierozłącznych sióstr, którymi w swoim bajkowym świecie przecież
        były.
        Poranne słońce oświetliło to siostrzane ukochanie, roztańczyło
        delikatnym bursztynkiem na drgających jeszcze z granatowego
        rozespania liściach, musnęło miodowym pocałunkiem srebrzystą korę.
        11 brzozowych sióstr zaszumiało, westchnęło niesłyszalnym
        westchnieniem leśnej drady, uczesało delikatnym tchnieniem zefirku,
        zaśpiewało słodko na powitanie budzącego się poranka i zastygło w
        bezruchym oczekiwaniu.
        Bo oto świat wokół nich w pierwszych nieśmiałych przygotowaniach do
        kolejnego, czarownego dnia zaczął przecierać zaspane oczy. Trawa
        rozświetliła się od pieszczoty chłodnej rosy, rozpluskała srebrną
        falą woda w rzece, zaśpiewał tęsknie maleńki, szary skowronek.
        11 sióstr przejrzało się w lustrzanych wodach, na moment zanurzyło
        listeczki w ich orzeźwiającym aksamicie i spojrzało w górę.
        A tam wysoko, wysoko mknęły jak błyskawice białe strzały. Samotne
        w swym olśniewającym, łabędzim pięknie na chwilę zawładnęły
        królestwem niebios.
        Potem cichutko opadły na zieloną trawę i wygięły dumne szyje w
        niemym zapytaniu.
        A wtedy nowy dzień otworzył swoje zaczarowane podwoje.
    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 30.01.08, 11:24
      LWIĄTKO


      Lwiątko było bardzo małe i niezdarne. Właściwie nie wiadomo, skąd
      się wzięło w Pomarańczowym Gaju- po prostu któregoś dnia zjawiło
      się i już zostało.
      Bo Lwiątko było bardzo samotne i od dawna szukało Przyjaciół. Było
      już w Cytrynowym Gaju i w Morelowym Gaju i w Jabłkowym Gaju i nawet
      w Brzoskwiniowym Gaju, ale nigdzie nie mogło znaleźć Wymarzonych
      Przyjaciół. Może dlatego, że Lwiątko było bardzo głupiutkie i
      zupełnie nie wiedziało, jak zdobywa się Przyjaciół.
      Ale w Pomarańczowym Gaju było tak pięknie, że Lwiątko pomyślało:
      -Tutaj na pewno znajdę Prawdziwych Przyjaciół. Tak wspaniały Gaj
      mogą przecież zamieszkiwać tylko Bardzo Dobre Lwy.
      I Lwiątko miało rację- w Pomarańczowym Gaju mieszkały Bardzo Dobre I
      Bardzo Mądre Lwy. One też się ucieszyły, że Lwiątko do nich
      zawitało. Okazało się ono takie wesołe, rozkoszne i figlarne, że
      potrafiło rozbawić nawet Najbardziej Zasmuconego Lwa.
      Bardzo Dobre I Bardzo Mądre Lwy nie wyobrażały już sobie, jak by to
      było, gdyby Lwiątko nie zamieszkało z nimi.
      Ale z dnia na dzień Lwiątko robiło się coraz bardziej odważniejsze
      i coraz bardziej nieposłuszne. Często zdarzało mu się, że w zabawie
      zadrapało pazurkiem lub niemiło prychnęło na któregoś z Dorosłych
      Lwów. Początkowo nikt nie zwracał na to uwagi, bo przecież każdy
      rozumiał, że Lwiątko jest jeszcze Bardzo Głupiutkim Lwiątkiem i
      zupełnie nie rozumie, jak należy się bawić z Bardzo Dobrymi I Bardzo
      Mądrymi Lwami.
      Jednak po jakimś czasie zachowanie Lwiątka tak bardzo przestało
      się podobać, że część Bardzo Dobrych I Bardzo Mądrych Lwów
      zebrała się na Złocistej Polanie i zaczęła radzić:
      - Nasze Lwiątko stało się Bardzo Nieznośnym Lwiątkiem- powiedział
      Pierwszy Lew.
      - Nasze Lwiątko stało się Bardzo Niedobrym Lwiątkiem- powiedział
      Drugi Lew.
      - Nasze Lwiątko stało się Bardzo Męczącym Lwiątkiem- powiedział
      Trzeci Lew.
      - Nasze Lwiątko stało się Bardzo Niepożądanym Lwiątkiem-
      powiedziały chórem wszystkie zgromadzone na Złocistej Polanie Bardzo
      Dobre I Bardzo Mądre Lwy.
      Następnie wszystkie zaczęły radzić, jak dalej należy postępować z
      Lwiątkiem.
      Trzeba Lwiątko ignorować- powiedział Pierwszy Lew.
      Trzeba Lwiątku dawać klapsy- powiedział Drugi Lew.
      Trzeba Lwiątko pouczać- powiedział Trzeci Lew.
      Trzeba postępować tak, aby Lwiątko nauczyło się, jak ma stać się
      takim samym Bardzo Dobrym I Bardzo Mądrym Lwem jak my. Niech każde
      z nas wychowuje je po swojemu- powiedziały chórem wszystkie
      zgromadzone na Złocistej Polanie Lwy.
      I rozeszły się do swoich domów.
      A następnego dnia zaczęło się wychowywanie Lwiątka.
      Więc Pierwszy Lew na widok zbliżającego się do niego Lwiątka
      natychmiast odwracał wzrok w drugą stronę i udawał, że go nie widzi.
      Drugi Lew, jak tylko wydawało mu się, że Lwiątko coś zbroiło,
      natychmiast dawał mu klapsa.
      Trzeci Lew, jak tylko Lwiątko odezwało się, natychmiast pouczał go,
      jak ma postępować.
      I wszystkie pozostałe Bardzo Dobre I Bardzo Mądre Lwy zaczęły po
      swojemu wychowywać Lwiątko.
      A biedny malec nic z tego wszystkiego nie pojmował.
      Bo przecież on wcale nie był Bardzo Mądrym Lwiątkiem i nie potrafił
      myśleć tak, jak myślą Bardzo Dobre i Bardzo Mądre Lwy.
      A Bardzo Dobre i Bardzo Mądre Lwy nie starały się zrozumieć, jak
      myślało Małe, Niemądre Lwiątko.
      Lwiątko nie było też Dobrym Lwiątkiem. Bardzo często przecież
      sprawiało przykrość Dorosłym Lwom drapiąc je pazurkami i prychając.
      Ale Dorosłe Lwy często niesłusznymi klapsami i upomnieniami
      sprawiały przykrość Lwiątku i tak naprawdę wcale nie chciały
      wysłuchać, co Lwiątko ma na usprawiedliwienie swojego zachowania.
      Lwiątko nie było również Lojalnym Lwiątkiem Nie jeden przecież raz
      biegło do pobliskiego Jabłkowego Gaju i opowiadało zamieszkującym
      go Niesłychanie Wesołym Lwom , jak bardzo zostało skrzywdzone przez
      Dorosłe Lwy z Pomarańczowego Gaju.
      Ale Dorosłe Lwy często po cichutku szeptały między sobą na uszko,
      jak niedobrym Lwiątkiem jest Lwiątko.
      I tak coraz bardziej Lwiątko nie rozumiało Bardzo Dobrych I Bardzo
      Mądrych Lwów a Bardzo Dobre I Bardzo Mądre Lwy nie rozumiały Lwiątka.
      .....................
      Aż pewnego dnia Lwiątko zniknęło. Nie było go ani w Pomarańczowym
      Gaju, ani w Cytrynowym Gaju, ani w Morelowym Gaju, ani w Jabłkowym
      Gaju ani nawet w Brzoskwiniowym Gaju. I choć wszystkie Lwy ze
      wszystkich Gajów przez cały rok szukały Lwiątka, to nigdzie nie
      mogły go znaleźć.
      Na początku wszystkie Bardzo Dobre I Bardzo Mądre Lwy były
      zdziwione, ale potem poczuły olbrzymią ulgę.
      Już nigdy więcej Lwiątko nie przeszkodzi nam w naszych Mądrych
      Rozmowach– powiedział Pierwszy Lew
      Już nigdy więcej Lwiątko nie podrapie nas pazurkami- powiedział
      Drugi Lew
      Już nigdy więcej Lwiątko nie zaszkodzi naszej pięknej Przyjaźni –
      powiedział Trzeci Lew
      Już nigdy więcej Lwiątko nie skłóci naszego zgranego stada–
      powiedziało chórem sto Bardzo Zgranych, Bardzo Dobrych i Bardzo
      Mądrych Lwów o jednym małym, głupiutkim Lwiątku.
      I tylko nieliczne z nich kręciły z niedowierzeniem głową.

      Bo za jakiś czas...
      ...Lwica była bardzo chuda i spragniona. Właściwie nie wiadomo, skąd
      się wzięła w Pomarańczowym Gaju- po prostu któregoś dnia...
      -----

      Gdy po raz pierwszy umieściłam "Lwiątko" w internecie, przyniosło
      ono mi wiele rozgoryczenia. Ale później...zaczęło żyć swoim własnym,
      niezależnym ode mnie życiem. I dzięki niemu zyskałam to, o czym
      nawet nie byłam w stanie zamarzyć.
      Tak jak kamyk rzucony do jeziora- na początku mąci jego
      nieskazitelną taflę, aby potem utoworzyć wokół siebie coraz
      piękniejsze, coraz dalej rozprzestrzeniające się kręgi.
      Warto być sobą.
      Warto nie sprzeniewierzyć się swoim ideałom.



    • waleria-1 Re: Nasza książka..........okres twórczy :) 20.02.08, 15:27
      AVE MARIA

      Siedziałaś zasłuchana. Rozległy się pierwsze tony "Ave Maria". Subtelna muzyka
      otuliła Cię cudownym obłoczkiem. Zamknęłaś oczy i pozwoliłaś, aby muzyka uniosła
      Cię w przestworza...
      ...I nagle znalazłaś się w innym kościele i w innym czasie. Oto stałaś w białej
      sukni, spowita delikatną mgiełką przezroczystego tiulu, a obok ciebie stał On-
      wyśniony, wymarzony, ukochany. Powoli zbliżaliście się do ołtarza, a w twoim
      sercu śpiewały anioły...
      ...Gdy składaliście sobie słowa przysięgi, pragnęłaś, aby ta chwila trwała
      wieczne. Bo oto nie było już Ja, nie było Ty- stało się MY. Gdy drżącą ręką
      wkładał obrączkę na twój palec, spojrzałaś w Jego dobre oczy. Były przepełnione
      miłością, wiernością, oddaniem. Zapowiadały cudowne chwile, niezapomniane
      przeżycia, ciepło prawdziwego Domu. A ze wszystkich stron otaczały was dźwięki
      "Ave Maria"...
      Otworzyłaś oczy...Przebrzmiały ostatnie takty muzyki...Nie miałaś na sobie
      białej sukni, nie otulała cię delikatna mgiełka welonu a w ręku zamiast bukietu
      kremowych róż trzymałaś kilka gałązek czerwonej jarzębiny. Ale obok ciebie nadal
      był On...wyśniony, wymarzony, ukochany...Najlepszy, najwierniejszy przyjaciel od
      tylu już lat...
      Gdy wychodziliście z kościoła, w twoim sercu znowu śpiewały anioły.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka