mmonisiek
29.06.05, 10:35
Jakiś czas temu zadzwoniłam do znajomego, rozwodzącego się, oczywiście, ze
zwykłym pytaniem, jak się czuje. Wyszłam z założenia, że jak będzie chciał,to
powie, a jak nie, to zmyśli cokolwiek, w końcu z pistoletem mu przy głowie
nie stałam. Usłyszałam, że chu.... . No ok, domyślałam się, że humorem nie
tryska. Ale zaraz potem dowiedziałam się, że wszystko jest do d..., wszystko
olewa i w zasadzie na niczym mu nie zależy. Dobra, z założenia mu wolno, bo
mu ciężko, ale do jasnej cholery ileż można? Narzeka, że przyjaciele znikają
z jego życia, ale jakoś niespecjalnie daje im do zrozumienia, że mu zależy,
żeby byli (ulubione przez wszytskich "nie, to nie"). I nie mówcie, że jakby
byli prawdziwi, to by nie zniknęli; tego co on funduje nikt normalny by nie
zniósł; on też.
Piszę, bo z jednej strony chciałabym się dowiedzieć, czy to kiedyś minie. A z
drugiej- jak to możliwe, że mając chu.... podejście do życia, ktoś oczekuje,
że wszystko będzie wspaniale...?