Dodaj do ulubionych

czy pracodawcy...

IP: *.katowice.msk.pl / *.devs.futuro.pl 20.01.05, 13:12
...zwracają dużą uwagę na ocenę na dyplomie mgr podczas przyjmowania do pracy?
Obserwuj wątek
    • czesiekkk Re: czy pracodawcy... 20.01.05, 14:01
      Ci z którymi ja rozmawiałem na rozmowach kwalifikacyjnych i u których
      pracowałem wogóle nie zwracali na to uwagi. Miałem przedłożyć im przed oczami
      odpis, często wystarczała kserokopia dyplomu, to wszystko.
      Chociaż są czasami ogłoszenia, zwłaszcza dla absolwentów prawa, gdzie są takie
      zastrzeżenia np. średnia ocen ze studiów np. 4,5.
      • moorva Re: czy pracodawcy... 22.01.05, 18:24
        Abslutnie nie. Chyba, że bedziesz brał(a) udział w konkursie na uczelnianego asystenta. Poza tym ocena na świadectwie nie zawsze świadczy o umiejętnościach kandydata. Dzisiaj już tak nie liczą się kwalifikacje, jak kiedyś. Teraz furrorę robią kompetencje, zwłaszcza w pionach HR największych polskich firm.
        • Gość: Richelieu* Re: czy pracodawcy... IP: 195.117.90.* 22.01.05, 19:08
          bez przesady. Aby mieć 5 na dyplomie wystarczy średnia ze studiów 4,0 + dwie
          piątki z pracy i egzaminu końcowego. Zaś większość studiów dr wcale nie wymaga
          piątki, a minimum czwórkę.
          Z drugiej strony ważne są publikacje, interesowanie się i wobec tego
          interesujące przedstawienie siebie przyszłemu promotorowi. Że oceny
          przedstawiają często różne przypadkowe zdarzeni,a nie porządną wiedzę, poza tym
          obejmują cały zakres kierunku, a studia dr są ściśle sprecyzowane na naszą
          działkę, to normalnym jest, że nie przykłada się do ocen większej wagi.
          Naturalnie tróje to przesada, ale czwórki mieć śmiało można.

          No i co by się stało gdybym średnia ocen bya głównym, a co gorsza jedynym
          kryterium? Wtedy absolwenci szkół gdzie piątkę dostaje się za byle co, tłumnie
          nawiedziliby komisje rekrutacyjne tego rodzaju studiów. Teraz indywidualne
          zainteresowania i sukcesy są o niebo ważniejsze. Tyle że.. najbardziej ważne
          nadal pozostają stosunki z opiekunem naik. stosunki opiekuna nauk z władzami
          instyt., możliwości instyt. w przyznawaniu stypendiów, polityka kadrowa, żyłka
          organizayprska dyrektora w zakresie wyciągania z KBN grantów, śmierć profesora
          i tym samym przesunięcie w górę przynajmniej 2 stanowisk co daje wolne miejsce
          dla asystenta, własna charyzma i błysk w oku, język w gębie długi itd
          • jasna_79 Re: czy pracodawcy... 22.01.05, 21:21
            O rany, Richie, daj spokój.
            A ja myślałam, że pójdę do prof. i powiem - "Panie Prof., czuję w sobie
            powołanie do pogłębionej pracy naukowej, która zaowocuje doktoratem. Ale
            jednoczesnie chcę pracować w ludzkich warunkach za godziwe pieniądze. Czy
            mógłby pan prof. wziąć mnie pod swoją opiekę naukową, z tym że ja będę
            przychodziła tylko na seminaria doktoranckie pana prof., a otwarcie przewodu i
            obronę opłacę? Dziękuję bardzo, to do zobaczenia na nastepnym seminarium
            doktoranckim."
            • Gość: Richelieu* Re: czy pracodawcy... IP: 195.117.90.* 22.01.05, 22:54
              ależ tak też można. Nie dość, że za każdego dranta szkoła dostaje kasę to
              jeszcze sama zapłacisz. W niektóryhc miejscach jest to 600 zł za semestr (UO
              filozofia) a w niektórych 3-4 tys. I te 600 są raczej unikatowe

              godziwe pieniądze? czego chcesz od 700-1300 zł na miesiąc za 3 godziny lekcyjne
              tygodniowo. To są godziwe peiniądze w takiej sytuacji tylko najpierw trzeba
              stypendium dostać, a to zależy od nas w (jezu to straszne) niewielkim stopniu,
              bo patrz wyżej. 3 godziny w tygodniu to można brzuchem do góry leżeć do
              południa przez 5 dni albo iść do pracy i poprosić ładnie o umowy nie-o-pracę,
              których można brak do przejedzenia. 3 godziny obowiązku co w pierwszym roku
              daje jakieś 5 godzin dodatkowego domowego przygotowania, potem starcza godzina
              i jest tyż dobrze. Można się wtedy zająć własną pracą, tak, jak nigdy nie
              bylibyśmy w stanie pracując na etat od 7 do nadgodzin.

              Mnie dziwi podejście, że za 700 zł czy nawet 1300 nie opłaca się. Jeśli jest
              realna możliwość dostaia styp. to kurka, jak można się zastanawiać. A jeśli
              zakład czy katedra ma braki w kadrze to dostanie się na zlecenie za dziesiąt
              złotych dodatkowe lekcje.
              • czesiekkk Re: czy pracodawcy... 22.01.05, 23:02
                A co to znaczy godziwe pieniądze? To ocena czysto subiektywna, bo wypowiadając
                ją, bierze się pod uwagę własne wydatki, poziom życia, aspiracje
                konsumenckie.Dla kogoś te widełki 700-1300 to nic, ale dla kogoś innego to
                całkiem niezłe pieniądze.
                I najważniejsze w tym kraju jest spore bezrobocie a i szanse na znalezienie
                pracy zaspokajającej wyższe aspiracje konsumenckie mocno ograniczone. Do
                podziału na Polskę A i B doszła jeszcze C.
                Rozwarstwiamy się jako społeczeństwo, stąd inaczej rozumiemy "godziwe
                pieniądze".
                • Gość: Richelieu* Re: czy pracodawcy... IP: 195.117.90.* 23.01.05, 01:51
                  a dla Ciebie od jakiej sumy zaczynają się godziwe pieniądze?
                  • czesiekkk Re: czy pracodawcy... 23.01.05, 09:22
                    Hm inaczej to widziałem kiedy, byłem wolny a inaczej teraz kiedy chciałbym
                    zamieszkać razem z dziewczyną i uniezależnić się od kasy rodziny.
                    Porównując, kolega urzędnik 900 zł netto plus premie raz na kwartał i jeszcze
                    jakies świąteczne, w takim porównaniu 1300 zł netto to nie jest złe
                    wynagrodzenie, czy pozwala na samodzielne życie bez pomocy rodziny to już inna
                    sprawa.
                    • Gość: Richelieu* Re: czy pracodawcy... IP: 195.117.90.* 24.01.05, 18:00
                      uciekło, wątki z poranków mają tendencję do uciekania bo rano nie zaglądam ;)

                      Ok, samodzielnie a na garnuszku rodziców, że 900 mało, 1300 wystarca
                      ewentualnie. I że nie można brać pod uwagę dwóch pensji, bo wśród młodych ludzi
                      jest największa rotacja, więc jak jedno pracuje to jest już sukces.
                      ale
                      to są właśnie zarobki dwudziestolatków, zaczynających dopiero, nie daj boże
                      zaczynających w wieku 24-5 lat gdy studia skończą. W takiej sytuacji 700-1300
                      stypendium dr za 12 godzin meisięcznie zajęć + góra drugie tyle innego
                      zawracania głowy, hehe, jest intratną propozycją wręcz, a nie stawką głodową.
                      Nie założy rodziny napewno, nie kupi meiszkania ani samochodu, ale jeśli to
                      mają być nadal studia, a ta kasa nazywa się stypendium, a nie pensja.
                      Rówieśniak takiego dranta w tym samym czasie wcale nie pracuje 8 h na dobrę, a
                      często i 12, za taki sam tysiąc
    • Gość: jasna_79 Re: czy pracodawcy... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.01.05, 00:28
      Nie chodziło mi konkretnie o to, że 700-1300 zł to mała suma. Chodziło mi
      raczej o ten żmudny obowiązek "chodzenia do szkoły". Że uczelnia to Twoje
      miejsce pracy. Nie wiem czy mnie rozumiesz, ale może to wynika z różnic w
      wykształceniu. Moim zdaniem młody prawnik musi pracować, żeby posiąść
      umiejętności, których z książki nigdy się nie nauczy. Bez praktyki stoisz w
      miejscu. A cokolwiek byś nie napisała o swojej uczelni (btw. nie mam pojęcia co
      to jest UO), to jednak meldować się musisz. I wykładasz matołkom, sprawdzasz
      kolokwia, służysz swojemu promotorowi tak czy inaczej. A jeśli obok tego
      podejmiesz inne zatrudnienie - tworząc dzieła lub wykonując prace zlecone - to
      po pewnym czasie zaczniesz się wolniej rozwijać naukowo.

      Moja metoda, zresztą już omówiona z mądrym starszym pracownikiem naukowym, to
      nie są zaoczne/wieczorowe studia doktoranckie. To doktorat "z wolnej stopy" na
      zasadzie ustnej umowy z profesorem. Warunkiem takiego ustawienia jest
      publikowanie w fachowej prasie, rozwijanie się, no i oczywiście świeża myśl
      prawnicza przelana na papier. Za otwarcie przewodu i obronę płaci się
      jednorazowo ok. 7.000 zł.

      Już zapomniałam o co poszło, ale chyba o opisany przez Ciebie proces dostawania
      się na dzienne płatne studia doktoranckie. Na mojej uczelni wygląda to jeszcze
      gorzej, jakby to Ci wytłumaczyć... dodaj prawo krwi albo prawo pierwszej nocy,
      tak przynajmniej najstarsi górale powiadają.

      Dobranoc.
      • Gość: hiii Re: czy pracodawcy... IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 23.01.05, 01:01
        uo to uniwersytet opolski
      • Gość: Richelieu* Re: czy pracodawcy... IP: 195.117.90.* 23.01.05, 01:46
        jakby do mnie, ale nie pode mną. Uznam więc, że do mnie na wszelki wypadek.

        Gość portalu: jasna_79 napisał(a):

        > Nie chodziło mi konkretnie o to, że 700-1300 zł to mała suma. Chodziło mi
        > raczej o ten żmudny obowiązek "chodzenia do szkoły". Że uczelnia to Twoje
        > miejsce pracy.


        Absolutnie nie można zakładać, że student jest matołkiem. Bywają i tacy, ale
        bywają też i ci, którzy daleko wykraczają ponad rówieśników czy towarzyszy
        niedoli z roku. Zaś lwia część to całkiem przeciętni, jakim i ja jestem. Szkoła
        więc nie jest żmudnym obowiązkiem, choć dla niektórych takim się jawi,
        zwłaszcza tych, którzy skupieni na własnej pracy nie mają ochoty, zdolności,
        czasu, nerwów. Nic w tym uwłaczającego, w końcu student to nie dziecko żeby się
        z nim jak z jajkiem obchodzić i sprawdzać czy napewno prowadzący lubi uczyć,
        jednak z drugiej strony dużo więcej wynosi się z zajęć prowadzonych z
        pasjonatami i przedmiotu i samego uczenia.



        Nie wiem czy mnie rozumiesz, ale może to wynika z różnic w
        > wykształceniu.


        bardzo możliwe, jestem w trakcie uzupełniania podstawowego, w tym roku zdję do
        gimnazjum i już się boję na samą myśl



        Moim zdaniem młody prawnik musi pracować, żeby posiąść
        > umiejętności, których z książki nigdy się nie nauczy. Bez praktyki stoisz w
        > miejscu.


        Prawo jest w grupie tych st doktoranckich, na które mogą iść magistrzy
        czegokolwiek, byle zdali kilka egzaminów w trakcie. Dlatego wśród drantów prawa
        jest istna mieszanka niespotykana często, bardzo podobna do ekonomii zresztą.
        Jak się to ma do jakości kształcenia, kiedy jeden zaczyna aplikację, a drugi
        zaczyna wstęp do prawoznawstwa i dowiaduje się o prawie rzymskim.. W tej
        sytuacji praktyka dranta prawa jest bardzo różna, bo jeden faktycznie jest
        prawnikiem całą gębą, a drugi merchantiserem w realu. Nie może praktykować
        prawa, bo nie jeste prawnikiem.



        A cokolwiek byś nie napisała o swojej uczelni (btw. nie mam pojęcia co
        >
        > to jest UO),



        w którym miejscu napisałam, że Uniw opolski jest moją szkołą? Ułatwię Ci, nie
        jest. Co nie znaczy, że nie mogę wiedzieć ile kosztują najtańsze st dr na nich



        A jeśli obok tego
        > podejmiesz inne zatrudnienie - tworząc dzieła lub wykonując prace zlecone -
        to
        > po pewnym czasie zaczniesz się wolniej rozwijać naukowo.



        racja, (choć w jednym przypadku), jednak te zatrudnienie pozaszkolne
        wspomniałam dlatego, że być może ktoś ma dwoje dzieci na szmodzielnym
        utrzymaniu i zbiera na mieszkanie i na leki na przykład, wtedy faktycznie
        tysiąc jest mizerny. Zresztą pracownik naukowy nigdy krezusem nie był, chyba,
        że chce się zostać drugim dr J. Kulczykiem, któremu do szczęścia dr potrzebny
        do podniesienia prestiżu transakcji, i do podneisienia prestiżu i podneisienia
        itd



        > Już zapomniałam o co poszło,



        A poszło o coś?
      • Gość: Richelieu* Re: czy pracodawcy... IP: 195.117.90.* 23.01.05, 01:55
        i jeszcze
        z prawem będzie trudno, ale zwłaszcza na tych kierunkach gdzie przyjmuje się
        magistrów ściśle określoinych kierunków często bywa tak, że zajęć jest bardzo
        mało, tak, że przypomina to właśnie dr. z wolnej stopy.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka