p.suchy Odcinek 26: 08.01.03, 14:33 Na Legii była wtedy popularna taka piosenka: "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud. Zrób z Legiuni, mistrza Polski zrób. My czekamy już ... lat. Jezu, Jezu, nadszedł chyba czas". W miejscu trzech kropek padała liczba lat, które minęły od 1970 roku. Wiadomo, że w latach osiemdziesiątych zawsze tytuł był o krok. Wystarczyło zrobić krok w przód, a drużyna robiła... krok w tył. Nie brakowało podtekstów. Sam mówiłem wtedy: - Trzeba rozpędzić tę zbieraninę, bo tym wieśniakom nie zależy na tytule dla Warszawy. Gdy już sam byłem piłkarzem Legii i do tego wiodącym, nie mogłem pozwolić na to, żeby za chwilę znowu słuchać tej piosenki, z kolejnym dodanym rokiem. Nie, tego już za wiele, w końcu przecież trzeba wygrać tę ligę. Jakieś Szombierki i Zagłębia Lubin ją wygrały, a Legia nie? Ludzie byli spragnieni mistrzostwa, które przecież już tyle razy im się należało, a w efekcie wpadało w inne ręce. 23 lata to szmat czasu. 23 lata i... już wystarczy! Mieliśmy silną drużynę, z bardzo mocnym atakiem. Grałem w nim z Maćkiem Śliwowskim. "Śliwka" ładował gola za golem, ja mu dogrywałem, robiłem wiatr - jak to typowy skrzydłowy. Środkowym napastnikom zawsze się dobrze ze mną grało i przy mnie bili życiowe rekordy. Ja też swoje, kilkanaście bramek w sezonie, zawsze strzelałem. A w odwodzie mieliśmy jeszcze Grzesiaka - w ofensywie byliśmy piorunująco silni! Zespół się budował, ale na polską ligę w zupełności wystarczył. Sezon 1992/93 ślimaczył się. Kolejne mecze bez historii, kolejne łatwe zwycięstwa, świetna atmosfera i ciągła niepewność - uda się, czy się nie uda? Pomagali nam czasami... rywale. Taki Krzysiu Łętocha ze Stali Mielec. Gdy go widzieliśmy, od razu było wesoło! Ten gość w życiu chyba strzelił trzy gole samobójcze w meczach z nami! Pamiętam, że po kolejnym swoim trafieniu, gdy wepchnął piłkę w zamieszaniu podbramkowym, podbiegł nawet do Julka Kruszankina i płaczliwym tonem zapytał: - Ale to ty strzeliłeś, tak? Julek spokojnie odparł: - Nie, ty. Ja nie dotknąłem. Gazety i tak zaliczyły bramkę Kruszankinowi. W środku rundy rewanżowej doznałem kontuzji, wypadłem na kilka spotkań. Niestety, zanotowaliśmy głupie porażki, jedną z nich oglądałem z trybun, bo trener Wójcik kazał mi jeździć z drużyną na mecze wyjazdowe nawet wtedy, gdy o grze mogłem tylko pomarzyć. Jeszcze ze mną w składzie przegraliśmy na Hutniku Kraków, a później beze mnie na Śląsku. We Wrocławiu to był typowy mecz "na Legię!". Barany waliły głową w mur, aż w końcu jakiemuś gościowi zeszła piłka, wpadła po samych widłach - stadiony świata. Wygrywamy na Śląsku i ostatnia kolejka sezonu o niczym nie decyduje - jesteśmy mistrzami Polski. Ale na Śląsku przegraliśmy... W przedostatniej kolejce mieliśmy tyle samo punktów co ŁKS. Kontaktowaliśmy się z Zagłębiem Lubin, żeby grali z łodzianami na maksa. Dzwoniliśmy do tych piłkarzy i prosiliśmy, różnymi sposobami. Padła w końcu odpowiedź - Zagłębie będzie walczyć z ŁKS na śmierć i życie. O to nam chodziło. W Lubinie była mocna ekipa, raczej nie wierzyliśmy, że po normalnym meczu ŁKS może tam wygrać. No i chyba już po 30 minutach było 2:0 dla Zagłębia. Łodzianie wyczuli, co się święci, Zagłębie też nie było w ciemię bite. I tak się jakoś dziwnie stało, że po 30 minutach jedna z drużyn się obudziła, a druga w tym samym czasie poszła spać. Mecz się skończył, Zagłębie - ŁKS 2:3. No i ładnie... Zamiast wygrać na Hutniku czy na Śląsku, to teraz mieliśmy nóż na gardle. Ale bez dramatu - wystarczyło pokonać Wisłę w Krakowie. Mieliśmy przewagę w bramkach, byliśmy lepsi od ŁKS aż o trzy gole. To powinno wystarczyć. Oczywiście, o ile w Łodzi nie byłoby cyrku. Rozmawialiśmy o tym bezustannie. Był stres w drużynie, ale z drugiej strony przekonanie, że co mieliśmy spieprzyć, to już spieprzyliśmy. I skoro nie pomogło nam Zagłębie, to sami musimy sobie pomóc. Trener Wójcik ciągle myślał o zbliżającej się kolejce. Jednego dnia wszedł do szatni i powiedział: - Panowie, mam informację z Poznania co do ostatniej serii spotkań... Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 27: 11.01.03, 12:34 Wiecie, co powiedział nam wtedy trener Wójcik? Jaką miał dla nas informację z Poznania? Uspokoił nas. Nie mogliśmy wyjść na frajerów stulecia i przegrać mistrzostwo, mimo trzech bramek przewagi. Trzeba było więc zadbać o szczegóły. Na przykład o Olimpię Poznań. To właśnie poznaniacy grali w ostatniej kolejce z ŁKS w Łodzi. Trener Wójcik wszedł do szatni i oznajmił: - Panowie, mam informację z Poznania. Jest dobrze, rozmawiałem z Bolem Krzyżostaniakiem i mówi, że Olimpia w Łodzi nie podłoży się. Wszystko ustalone, zagrają bez odpuszczania. Uff. Rzeczywiście - jest dobrze. Skoro Olimpia jest umotywowana do gry, to nie ma siły, żeby ŁKS pociągnął ją dychą. Przecież poznaniacy mieli kilku całkiem niezłych piłkarzy, a łodzianie to żadne asy. Tak, będziemy mistrzem Polski. Jeszcze tylko trzeba pokonać Wisłę. Ale to akurat są leszcze, w dodatku już o nic nie walczą. Zniechęcone pierdoły - czyli musimy wykorzystać szansę. Pojechaliśmy do Krakowa na jeden z najważniejszych meczów w życiu. Z kolegami z drużyny ustaliliśmy tak: - Jak najszybciej strzelamy gola, atakujemy wszystkimi siłami. Jak nas skontratakują, to chuj! Trudno! Musimy strzelić gola. Wtedy przerzucimy piłeczkę na stadion w Łodzi. Niech oni się martwią. Nam powinno wystarczyć 2:0. Przecież Olimpia gra dla nas. ŁKS to nie Barcelona. Gdyby to była Barcelona, to byśmy się martwili. "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" - okrzyk przed meczem, jak zawsze. Wychodzimy na murawę pewni siebie, Wisła już w tym momencie przestraszona, już jest po niej. Nie nas się tak bali, tylko kibiców. Ci ciągle spekulowali, który z krakusów sprzedał mecz i za ile. A my zgodnie z planem - trzeba wygrać mecz. Jak trzeba wygrać, to się jedzie z frajerami. Jak się jedzie, to się strzela gole. Mieliśmy naprawdę dobrą drużynę. Postawiliśmy sprawę jasno - wy dzisiaj, misie, na boisku nawet nie piśniecie, bo my gramy o życiowy cel, a wy jak zawsze macie za sobą beznadziejny sezon. Nie pociągniecie nas na dno. Pada pierwszy gol - zgodnie z planem. Mecz się dobrze ułożył, bo szybko daje o sobie znać nasz atak - ja i Maciek Śliwowski. Jesteśmy nieprawdopodobnie naładowani - mobilizacja, jak przed finałem mistrzostw świata. A przeciwko nam leserzy. Też chcieliby pograć w piłkę, ale po pierwsze - nie potrafią, po drugie - mobilizacja tego, który "chciałby sobie pograć i nie skompromitować się", a tego, który myśli "wygramy, a potem choćby śmierć", to dwie zupełnie inne sprawy. Nieporównywalne. Prowadzimy 1:0, ale to mało. 2:0 i mamy pewność - mistrz Polski w stolicy. W końcu udaje się wcisnąć na 2:0. Wisła już nie dość, że załamana, iż ktoś kazał im grać, czyli położyć się przed nadjeżdżającym walcem, to jeszcze pod presją widowni. A krakowska widownia, wiadomo - "z kim jak z kim, ale z warszawką trzeba wygrać!". My słyszymy tylko jedno - prawie dwa tysiące kibiców śpiewa "Mistrzem Polski jest Legia". - No tak, przerzuciliśmy piłkę na stadion w Łodzi. Niech się martwią! - pomyślałem. A oni się nie martwili, tylko... ładowali. Z ławki pokrzykiwania. Trener macha rękoma. Ktoś tam blady przy krótkofalówce, ktoś inny z radiem w ręku zielenieje. - Co jest, do cholery?! Co ten ŁKS wyprawia? - zapytałem. A niech to, dali radę. Piłeczka znów jest na stadionie w Krakowie. To znów my musimy strzelić. Tyle tylko, że i my robimy się coraz bardziej zdenerwowani. Przerwa, trzeba zejść do szatni. Co się dzieje w Łodzi? Nie, nie będziemy frajerami. Mistrzem Polski będzie Legia! Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 28: 11.01.03, 12:35 Ja bym do Warszawy bez mistrza nie wrócił. Wstyd, hańba. Nie wróciłbym i już. Tyle że ten pieprzony ŁKS oszalał. Ładnie ta Olimpia dała nam cynk, pięknie. Dziękujemy wam, koledzy, za grę na całego i na pewno przy okazji postaramy się odwdzięczyć. Oj, na mecz z wami o naszą motywację nie musicie się martwić. Ze sportowym pozdrowieniem. Jak zawsze - skoro Legia, to samotnie. Żadne Zagłębie, żadna Olimpia. Umiesz liczyć, licz na siebie. A ja liczyć umiem. Nawet jak graliśmy w karty, to zawsze ja liczyłem punkty. Teraz też potrafiłem pododawać. Brakuje nam goli. Wiemy jedno - w Łodzi dają ostro do pieca i Bóg jeden wie, kiedy skończą. Trzeba strzelać, ile sił w nogach. Jak ktoś ma zamiar teraz na boisku odpoczywać, akurat w meczu z Wisłą, to niech zmiata. Takich nie potrzebujemy. "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Wślizg, wślizg, wślizg. Z trybun słychać "Mistrzem Polski jest Legia". Naładowaliśmy się. Już my pokażemy tym ogórkom z Łodzi, z kim zadarli. Chcecie strzelać? Chcecie pojedynku? Śmiało, nie zdziwcie się, jak wam na tablicy świetlnej żaróweczek nie starczy. Jedziemy! Zaczęła się druga połowa. Wiślacy z każdą minutą podłamani coraz bardziej i przestraszeni kibiców. Proszą nas, żebyśmy już przestali, bo ich tłum zlinczuje. Panowie, bądźmy poważni. Nie ma miejsca na litość w takim momencie. Im nogi plączą się ze zdenerwowania, a my mamy w głowie zakodowane trzy litery - "ŁKS". Wójcik przy linii jak zawsze wyżywa się na bocznym pomocniku i bocznym obrońcy. Czasami Krzysiek Ratajczyk prosił naszego kapitana, Leszka Pisza przed meczami - "Lesiu, wybierz tę połowę, żebym nie musiał na początku biegać po stronie Wójcika. Lesiu, proszę cię!". "Rataj" wolał biegać pod słońce, pod wiatr, w śniegu i błocie, byle nie widział go trener. Ci, którzy czuli na sobie oczy "Wójta", mieli przechlapane, ale w meczu z Wisłą - podwójnie! Krzyk był bezustanny: "Zapierdalaj!!!". A tak naprawdę nikomu tego nie trzeba było powtarzać. Jest gol. 3:0. Znowu. 4:0. W Łodzi nie odpuszczają, gnoją dalej tę Olimpię. My robimy swoje. Kończy się na 6:0. Ja strzeliłem dwie, "Śliwka" trzy, Darek Czykier jedną. Mogliśmy więcej, ale nie zawsze wchodziło. I nikt mi nie powie, że którakolwiek z naszych bramek była "dziwna". Kto oglądał ten mecz na spokojnie, ten wie, iż wszystkie gole zostały strzelone z normalnych, boiskowych sytuacji. Najważniejsze jest jedno - mistrzostwo! Wszyscy jesteśmy w szampańskich nastrojach, kibice Legii szaleją. Dwa tysiące ludzi przyjechało tu razem z nami i razem z nami będą się cieszyć! Cóż za chwila. Jednak nie okazałem się lamusem, mogę z dumą wrócić do Warszawy. Z dumą i z tytułem mistrza Polski. No i jak tam w Łodzi? Jak tam ogórki z ŁKS? Na kolana przed mistrzem! Koronacja trwa! Nigdy więcej pieśni "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud..."! Pojechaliśmy autokarem prosto do Konstancina. Autokar pijany ze szczęścia. W Konstancinie, u pana Romanowskiego, mała imprezka. Dosyć sztywna, ale z tańcami na stołach. - Co robimy? - zapytałem. - Na dyskotekę - zadecydował Leszek Pisz. No to raz! Szybko znaleźliśmy się w Ground Zero. Jeśli zamykają równo z ostatnim gościem, to niech lepiej nastawią się na lokal całodobowy! Tylko wspomnianego "masera" nam wyrzucili, nie pozwolili mu się bawić tak, jak lubił... Trudno, on zawsze sobie poradzi. Piosenka "Mistrzem Polski jest Legia..." coraz bardziej zmieniała brzmienie. Gubiono literki, potem całe słowa. A na końcu to już nic się nie zgadzało, tylko stężenie alkoholu we krwi było odpowiednie. Ale było co świętować! Po 23 latach wróciliśmy na swoje miejsce! A przynajmniej tak nam się wydawało... Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 29: 11.01.03, 12:36 Nawet nie mieliśmy tamtego lata roztrenowania. Cel osiągnęliśmy, wszyscy szczęśliwi, a przerwa w rozgrywkach tak krótka, że trzeba było czym prędzej jechać na urlopy. Każdy piłkarz w swoją stronę. Ja ze swoją paczką pojechałem do Mikołajek. Nastawiłem się na świetny urlop, tylko trochę irytowali mnie ci pisarze, którzy robili aferę w prasie. Ale nic tam, niech szczekają. Wraz z Jurkiem, Piotrkiem, Leszkiem, Markiem i Pawłem wynajęliśmy sobie domek. To właśnie oni, koledzy z Bródna, byli ze mną przez całe życia - gdy przychodziłem do Legii i uczciłem to toastem, gdy wracałem z Genui, gdy stałem się sławny. Jednego dnia w Mikołajkach padło hasło: - Panowie, włączmy telewizor, zobaczymy, co się w świecie dzieje. O 19.30 "Wiadomości". Patrzyliśmy w ekran i... oczom nie mogliśmy uwierzyć. - Legia Warszawa nie jest już mistrzem Polski w piłce nożnej. Polski Związek Piłki Nożnej po kontrowersyjnym zakończeniu sezonu 1992/93 postanowił odebrać Legii punkty z ostatniej serii spotkań, kiedy to warszawianie wygrali w Krakowie z Wisłą aż 6:0. Ten mecz, podobnie jak wygrana ŁKS z Olimpią Poznań 7:1, wzbudził wątpliwości działaczy - powiedziano... Szok... Cisza... Pustka w głowie... Zaraz, zaraz. Jak to nie jest mistrzem? O co tu chodzi? - Ty, Kowal, co to będzie? - zapytał kolega. I znów cisza... Co ma być? Siedziałem blady. Przecież to nie może być prawda - nie straciłem w jeden dzień tego, na co pracowałem cały rok. Wkurzony. Gdyby wtedy do pokoju wszedł ktoś, kto maczał palce w tej decyzji, zabiłbym go jak psa. - Napijmy się. Zamiast kontynuowania zabawy, zrobiła się stypa. Jedna stypa, druga stypa, tak mijały dni. Tylko z rana szło się po gazety i nowe zapasy. A wiadomo, że im dalej od Warszawy, tym gazety ostrzej z nami jechały. "Brawo PZPN" i takie tam. Gdy teraz o tym myślę, chciałbym podejść do każdego z tych leśnych dziadów z PZPN i zapytać: - Dlaczego pan okradł mnie i moją rodzinę? Na jakiej podstawie? Najbardziej gardłował wtedy Ryszard Kulesza. Wcześniej wspomniałem, że nie każdy magister musi być mądry, a ten - rozgarnięty jedynie fragmentarycznie - był szczególnym tego przykładem. Mówił, że "cała Polska widziała", choć meczu Wisła - Legia żadna ogólnopolska stacja nie transmitowała. W zasadzie Kulesza wypowiedział się za całą Polskę. Szkoda, że nie poszedł dalej i nie stwierdził "Polska to ja". Wtedy wyszedłby na kompletnego świra i zostałby potraktowany tak, jak na to zasługiwał. Niestety, ugryzł się w język... Urlop - czyli stypa - minął szybko. Spotkaliśmy się w klubie. I tu nawet nie wiadomo, co powiedzieć, wchodząc do szatni. Różnie to było. Część mówiła: "No to się nagraliśmy w Lidze Mistrzów". Inni brali to na śmiech przez łzy: "Witam wicemistrzów Polski!". Jeszcze inni informowali, jaką czynność seksualną wykonaliby z Ryszardem Kuleszą. A na dzień dobry spotkaliśmy się z działaczami. - Chcieliśmy was poinformować, że nie dostaniecie premii za mistrzostwo, tylko za awans do europejskich pucharów - wypalili. No ładnie, jeszcze nie zdążyliśmy się ze wszystkimi przywitać, a tu taka piguła. Chłopaki wkurzeni. Niektórzy już zdążyli wydać tę kasę, której... nigdy nie dostaną. A chodziło o dobry kawałek grosza... Pół dnia rozmawialiśmy o tym, co się wydarzyło i o tym, co będzie. Najczęściej padały dwa nazwiska - Kulesza i Tomasz Zimoch. Zimoch to dziennikarz Polskiego Radia, jak się okazało - intelektualnie medialny odpowiednik Kuleszy, jeszcze jeden potwierdzający moją teorię o magistrach. Opowiadał nam o nim pochodzący z Łodzi Zbyszek Robakiewicz. Otóż pan Zimoch komentował mecz ŁKS - Olimpia i zachwycał się, jakie to piękne sportowe widowisko przyszło mu oglądać, piał nad kunsztem łodzian, a humor psuli mu ci skorumpowani warszawiacy, którzy kilkaset kilometrów dalej odstawiali cyrk. No ładne rzeczy! Koleś siedzi w Łodzi i opowiada o tym, co dzieje się w Krakowie! Skąd się tacy biorą? W kapuście raczej mądrzejszych znajdują. Jeśli chciał wiedzieć, jak było z tą Wisłą, to mógł ze mną porozmawiać. Opowiedziałbym mu. Ja swoich pieniędzy nie dałem... Ale o tym następnym razem. Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Re: Odcinek 30: 13.01.03, 14:13 O meczu z Wisłą mówi się do dziś. Czy był kupiony? A w zasadzie - za ile? Nie będę ukrywał - nie wiem. Nie wiem, czy był kupiony, bo ja żadnych pieniędzy nie dałem. Nikt mnie o nie nawet nie prosił. W Legii był fundusz stworzony z kar dla zawodników (a kary za wszelakie przewinienia były wyjątkowo potężne), jednak nie wiem, na co ta kasa szła. Gdzieś znikała. Może w klubowych gabinetach działaczy? Może jeszcze gdzie indziej? Nie mam wiedzy na ten temat, więc nie chcę udawać wielkiego speca - jak niektórzy ludzie z PZPN. Wiem jedno - specjalnych składek na końcówkę ligi nie robiliśmy. Mecz z Wisłą był dla mnie normalnym spotkaniem. Z nikim się nie umawiałem. Robiłem to, co potrafię. Strzelałem gole. I pamiętajmy o jednym - to nie my musieliśmy się martwić. To ŁKS miał do nas trzy bramki straty. A Olimpia miała grać na całego... PZPN to chora instytucja. Dla tych leśnych dziadków nieważne były dowody i to, że jednym głupim podniesieniem ręki nie wybierali herszta swojej bandy, tylko zabierali ludziom cały rok pracy, marzeń i ogromne pieniądze. A że wszystko oparte było na podejrzeniach? Nic to. Mogą się cieszyć, że w Polsce tylko oni działają na zasadzie domniemania winy, bo w przeciwnym razie sami już odsiadywaliby długie wyroki. Trzeba podkreślić jedno - Wisła przeciwko nam grała o czapkę gruszek, a my o życiowy sukces. My musieliśmy, oni mogli. Ich łapała zadyszka, my wypluwaliśmy płuca. Zwycięstwo 6:0 nie jest niczym nadzwyczajnym. Gdyby w polskiej lidze wszystkie drużyny chciały wygrywać jak najwyżej i strzelać jak najwięcej goli, to co tydzień jakieś spotkanie kończyłoby się właśnie takim rezultatem. Ale po co, skoro wystarczy 2:0? Nam tamtego dnia nie wystarczyło. Musieliśmy strzelać. Poza tym później wygrywaliśmy na wyjeździe równie wysoko i nikt się nie czepiał. Gazety z nami jechały. Jestem ciekaw, czy ci dziennikarze choć raz zadali sobie pytanie: - No dobra, a co bym napisał, gdyby Legia wygrała tylko 2:0 i straciła mistrzostwo? Ja wiem, co by było w prasie. Nie, nikt by nie krzyczał, że ŁKS kupił mecz. Tu nie chodziło o gole, ale o Legię, Warszawę i trenera Janusza Wójcika. I też byłaby jazda z Legią - "Frajerzy stulecia", "Banda nieudaczników", "Kretyni!!!". Tak źle, tak niedobrze. Różnica taka, że przy drugim wariancie Kulesza przyjąłby tytuł honorowego obywatela miasta Łodzi. Kiedyś nam tego mistrza zwrócą - kiedy tylko w PZPN zmieni się pokolenie i przyjdzie młodszy rocznik. Zaraz po decyzji o odebraniu trzech punktów - w praktyce mistrzostwa - mieliśmy spotkanie z Januszem Romanowskim. Powiedział wtedy: - Prokuratura zbada sprawę. Jeśli wyjdzie na nasze, to PZPN zwróci nam tytuł. Wtedy zaskarżymy ich z powodu strat finansowych. Nie odpuścimy odszkodowania, wy też swoje dostaniecie. Prokurator przesłuchiwał Leszka Pisza i kilka innych osób. I umorzył śledztwo. Dziadki z PZPN miały dwa wyjścia - albo oddać mistrzostwo, albo schować się pod stół. Wybrały drugie. A jeśli kiedyś zmądrzeją, to ja im nie popuszczę. No, cwaniaczki, płaczcie i płaćcie. Przecież gdyby nie wasze złodziejstwo, ja bym w tamtym sezonie odebrał premię za mistrzostwo, awansował do Ligi Mistrzów, zdobył Puchar Europy i przeszedł do Barcelony! Wiecie, ile płaci się w najlepszych klubach świata? Panowie, oj grubo mnie nacięliście. Po decyzji PZPN tylko kilka dni drużyna spędziła w Warszawie. My trenowaliśmy, kibice pikietowali pod PZPN, ale niestety, spalili tylko drzwi, nawet nie skopali żadnego złodzieja. W końcu wyjechaliśmy na zgrupowanie do Zakopanego, gdzie dopiero miało wydarzyć się najgorsze. Niektórzy piłkarze tak się przerazili, że zrezygnowali z gry w klubie. Ostro było... Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 31: 14.01.03, 14:21 Takich zgrupowań się nie zapomina. Pojechaliśmy do Zakopanego, żeby przygotować się do nadchodzącego sezonu i startu w Pucharze UEFA. Aż tu znowu bomba - oglądamy wieczorem telewizję i znów dowiadujemy się o kolejnych karach. Wykluczono polskie kluby z europejskich rozgrywek! No, ładnie misie z PZPN zaszalały ku chwale naszego futbolu! To był dla nas cios na szczękę. Tyle tylko, że po ciosie na szczękę od razu idzie się spać, a my musieliśmy jeszcze odreagować. Musieliśmy upić się z rozpaczy. Zdezynfekować nową ranę. Nie jesteśmy mistrzem, nie gramy w pucharach, minus trzy punkty na nowy sezon, masa kasy koło nosa. Poszliśmy wszyscy w miasto, znaleźliśmy jakąś knajpę i siedzieliśmy do rana. Co jakiś czas ktoś się wykruszał i wracał do hotelu. Ja zawsze lubiłem zostawać do końca, więc całą noc spędziłem z kilkoma kolegami z kieliszkiem w ręku. - Ty, jutro mieliśmy chyba z kimś grać, tak? Z GKS? - zapytał ktoś. - A, niech se hanysy same grają! I siedzieliśmy dalej. Dzień później, o godzinie 11.00, rzeczywiście mieliśmy stawić się na boisku i rozegrać mecz kontrolny z Katowicami. Przyszła godzina 11.00, a na boisku sami zawodnicy GKS. Trener Janas zaczął biegać po pokojach i wszystkich budzić. Nie było szans znalezienia jedenastu zdolnych do gry! Tym bardziej, że niektórzy o tej porze dopiero próbowali usnąć. - Nie po to się przed chwila położyłem, żeby wstawać... - mruknąłem. W zespole były same zrzuty! Wszyscy kompletnie nawaleni. Nawet nie było jak się dogadać z niektórymi, że mecz mają grać. A gra takiej ekipy mogła skończyć się w najlepszym wypadku drobną kontuzją. Jak sobie GKS chce, to niech gra. My tego dnia mieliśmy większy cel niż wygranie z katowiczanami - musieliśmy wygrać z kacem. Przez cały dzień toczyliśmy wyrównane boje, atakując przede wszystkim browarami, ale także czymś mocniejszym. Trenerzy chyba nie mieli pretensji, bo przecież też musieli odreagować i dobrze wiedzieliśmy, że nie siedzą w pokoju i nie czekają, aż ktoś poprosi o piłkę. Wreszcie, gdy już zapadł zmrok, trener wezwał nas na zebranie: - Dobra, panowie. Od jutra zapominamy o piciu, bo mimo wszystko trzeba się przygotować do tego sezonu. Dwa dni picia to wystarczająca dawka. Czeka nas ciężki rok. Mamy coś do udowodnienia. Musimy pokazać misiom z PZPN, z kim zadarli i żeby pilnowali własnych dup. Mamy minus trzy punkty, ale trzeba walczyć o mistrza. Zresztą, olać mafię z PZPN. Całej Polsce pokażemy, gdzie jest nasze miejsce, a gdzie miejsce frajerów. Niech znają swoje miejsce w szyku! My swoje znamy - pierwsze! Miał wtedy do nas dołączyć Janusz Góra ze Śląska Wrocław. Jednak gdy przyjechał do Zakopanego i zobaczył, co ta drużyna potrafi wypić i kiedy kładzie się spać, to się przestraszył, że nie wytrzyma tempa. Nawet nie zdążyliśmy go przetestować. Spakował się i wyjechał bez pożegnania! - Chłoptasiu, nikt po tobie płakać nie będzie. Jak chcesz jechać całe życie na Isostarze, to marnie skończysz - pomyślałem. Natomiast Adam Fedoruk i Zbyszek Mandziejewicz, mimo że w poprzednim sezonie nie grali u nas, szybko zrozumieli na czym polega ogrom tragedii i połączyli się z nami w rozpaczy. Patrząc na nich śmialiśmy się, że za mądrych to do Legii nie biorą. Oczywiście w pozytywnym znaczeniu - dwóch wesołych wąsaczy z mocną głową i apetytem do żartów. No i do tego dwóch znakomitych piłkarzy. Wkrótce dołączył do nas także Darek Dziekanowski, ale to już była zupełnie inna historia... Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 32: 15.01.03, 12:57 Wkrótce dołączył do nas Darek Dziekanowski. My mieliśmy w pamięci nasz poprzedni mały konflikt. To było tak. W Legii dopiero zaczynałem grać na dobre, ale już byłem znanym zawodnikiem i czołowym napastnikiem w Polsce. Pewnego razu "Dziekan" przyjechał na Łazienkowską i oczywiście spytano go się o ocenę mojego występu. A ten wypalił: - Kowalczyk? A z którym numerem on grał? Oż ty w życiu, już ja ci pokażę, z którym numerem. Pewnie, że z "dychą", ślepaku! Oczywiście, gdybym nie odpowiedział, to bym chyba był chory. Więc lekko pojechałem z "Dziekanem" i mu wspomniałem, żeby lepiej się nie nastawiał, że kiedykolwiek numer dziesiąty odzyska, bo teraz nadszedł mój czas, a on jest już tylko gasnącą w oczach gwiazdą. No i bodajże dodałem, że w obecnej Legii to by się chyba nie łapał do składu. Może trochę przesadziłem, ale prasa podchwyciła i zrobiła z tego wielką aferę. Gdy okazało się, że "Dziekan" będzie u nas grał, znów dziennikarze ruszyli do mnie. Ale już nic nie mówiłem. W końcu tak naprawdę się z Darkiem nie znałem, nie chciałem wywoływać kłótni za wszelką cenę. Nie to, że się bałem o swoją pozycję w drużynie, czy też o popularność. Byłem pewny swojego miejsca, czułem się straszliwie mocny. Wiedziałem, że i tak jestem i będę numerem jeden, czyli... numerem dziesięć. Choćby Dziekanowski stawał na głowie. Darek pewnie nie spodziewał się takiego powitania w klubie. Przyszedł elegancik do szatni, w gajerku za kilka pensji, z gazetką w ręku, pełen dystans. No wielki pan z Wysp Brytyjskich! Pierwszego dnia poszedł właśnie z tą gazetką do toalety. U nas był taki zwyczaj, że drzwi się nie zamykało. A jak ktoś zamknął, to przyjmował wiadro wody od góry. "Dziekan" o tym nie wiedział. Ktoś akurat wyszedł do kibla na papieroska, patrzy - zamknął się. No to po chwili był okrzyk: "Zamknięte!". Markowi Jóźwiakowi nie trzeba było powtarzać dwa razy, wiadro z wodą stało już przygotowane... Ogólnie, wolałem grać z "Dziekanem", niż z nim nie grać, bo to był świetny zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę. Ruszał taki "Rataj" czy "Beret" na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i obrońca zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. - Ty, Rataj, co ty jesteś, worek treningowy? - śmiałem się z Krzyśka. No to ten jeszcze raz, a Darek swoje - zasłonięcie, ramię, biodro, "Rataj" na ziemi. "Dziekan" miał mnóstwo wyćwiczonych, piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył. Tylko, że wkrótce - na zimowym zgrupowaniu - został wyrzucony. Rano mieliśmy spotkanie z Markiem Polakowem-Stepanowem, wyjątkowo nielubianym działaczem. - Podjęliśmy decyzję, że za wybryk z nocy Dziekanowski zostanie usunięty z klubu, a Szczęsny dostanie dotkliwą karę finansową. Sprawa jest poważna, niech wszyscy mają się na baczności - powiedział. Nawet nie wiem, co oni aż tak strasznego zrobili. Wszyscy byliśmy zgodni w dwóch kwestiach - na pewno skoro byli razem, to można było ich potraktować tak samo, czyli karą finansową. No i gdyby jeszcze w klubie był Janusz Wójcik (a już zastąpił go Paweł Janas), to "Dziekana" nikt by nie wyrzucił. Nie wiem, jak oni wpadli? Może oknem chcieli wracać? Ja zawsze wracałem drzwiami, co być może było elementem zaskoczenia dla trenerów i dlatego nikt nigdy mnie nie wyrzucił. Maciek czuł się nieswojo - w końcu miał kolegę do baletów, to mu go niemal na dzień dobry wyrzucili... Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 33: 16.01.03, 14:18 W sezonie 1992/93 narodziła się Wielka Legia. W sezonie 1993/94 mieliśmy pokazać, że złodzieje z PZPN nie są w stanie jej zburzyć swoimi nawet najbardziej absurdalnymi decyzjami. Zamiast grać o Ligę Mistrzów, na sam początek wylądowaliśmy w strefie spadkowej - minus trzy punkty. Oczywiście szybko się z niej wygrzebaliśmy, ale to nie była nasza życiowa runda. Gdzieś jeszcze w zespole było to podłamanie, złość, która nie zawsze przekładała się na pozytywy. Przegraliśmy chyba dwa mecze - najpierw w Poznaniu z Lechem. Tam strzeliłem gola w pierwszej minucie, podobno pokazałem kibolom gest Kozakiewicza, choć z emocji już tego dobrze nie pamiętam. Ale pewnie tak - pewnie pokazałem. Lech miał naprawdę niezłych, głośnych kibiców, ale piłkarzy bez honoru - drużynę, która przygarnęła sobie tytuł mistrzowski, chociaż kompletnie na niego nie zasługiwała. Chcieli posmakować europejskich pucharów. No to posmakowali, ogórki. Dostali piątkę u siebie ze Spartakiem i tylko był z tego wstyd dla kraju. I jeszcze żądali od działaczy premii za mistrzostwo. Komedianci. A gdzie honor? Na premie to czekaliśmy my. Zasłużone. Podobno w Poznaniu, czego wtedy nie widziałem, kibice wywiesili transparent "Gratulujemy wicemistrzostwa". Gdybym wiedział wcześniej, to bym na mecz wyszedł z transparentem "Gratuluję ogórkom występu w europejskich pucharach". Nawet Adam Fedoruk szydził z tej ich gry z Rosjanami. Kiedy zimą przyjechali do nas Jurek Podbrożny i Mirek Trzeciak, to gdy tylko wysiedli z samochodu, "Fedor" głośno zawołał: "Oho, prijechali ogurcy! " (po rosyjsku - "przyjechały ogórki"). Poza tą porażką, graliśmy całkiem dobrze. Jak już napisałem, wzmocnienia składu w postaci Fedoruka i Mandziejewicza były poważne. Dwaj doświadczeni piłkarze w najlepszym dla siebie okresie. "Fedor" miał charakterystyczny zwód, tego swojego "przekładańca", na którego jakimś cudem nabierała się cała Polska. Polski Denilson. Kiedyś nas tego uczył na treningu. Stanął z boku, podparł się na piłce i patrzył. - Ej, bo wy się jeszcze połamiecie! - śmiał się. - Kowal, tylko nie stawaj na chałce! Hehehe - pouczał. Chałka to po piłkarsku "piłka", a wykonując ten zwód, rzeczywiście o stanięcie na piłce było łatwo. Ja spróbowałem dwa razy i uznałem, że każdy niech robi to, co potrafi najlepiej. Głupio byłoby się połamać, naśladując Fedoruka. Poza tym jego siła tkwiła w tym, że ja, próbując tak minąć kogokolwiek, prawdopodobnie zaryłbym w rywala głową, bo bym patrzył na piłkę. A on patrzył się, gdzie chciał! Ja też miałem swój zwód opanowany do perfekcji - zwód na zamach. Prosty, ale wyjątkowo skuteczny. Coś o tym może powiedzieć Krzysiek Ratajczyk, bo na treningach często graliśmy na siebie. Zawsze wyglądało to identycznie. On podbiega, ja robię zamach, on jedzie na dupie prosto w reklamy. I zawsze zanim dojechał do reklam, słychać było: "Kuuuurwaaaaa, wiedziałeeeeeeeem! ". I bach. A po chwili znowu: "Wiedziaaaaaałeeeeem! ". No i wszyscy w śmiech. Przed ostatnim spotkaniem rundy mieliśmy cztery punkty straty do Górnika Zabrze, czyli prawie dokładnie tyle, ile na samym starcie rozgrywek - straciliśmy jeden. Wóz albo przewóz. Niestety, jeszcze tym razem przewóz. Przegraliśmy taki dziwny mecz na śniegu 2:1, w tych trudnych warunkach Maciek Szczęsny puścił gola prawie z czterdziestu metrów. Nikt nie miał pretensji, bo po co - po prostu następną rundę zaczyna w bramce Zbyszek Robakiewicz i koniec tematu. Nikt się nie spodziewał, że zimą dojdzie w klubie do rewolucji... Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcineki 34: 17.01.03, 12:55 Nie samą Legią człowiek żyje, chociaż akurat wtedy ja... żyłem samą Legią. Warto na chwilę cofnąć się w czasie do decyzji o odebraniu nam mistrzostwa Polski. Wtedy to zdecydowałem, że skoro PZPN mnie okradł, to ja mu w wywalczeniu kasy za ewentualny awans do mistrzostw świata nie pomogę! Niektórzy mówili: - Kowal, przecież reprezentacja to nie PZPN, tylko wszyscy kibice w Polsce. A ja to miałem gdzieś. Dla mnie reprezentacja oznaczała wtedy PZPN, a kibice Legii i tak byli za mną. Powiedziałem, że jak ktoś będzie wysyłał powołania, to niech się nie fatyguje, bo mam ciekawsze sprawy niż mieszanie się w złodziejskie układy. No chyba, drodzy misie, że mi oddacie tytuł mistrzowski. Wtedy inaczej porozmawiamy. Zresztą, misiom też to chyba było na rękę, bo jeszcze mogłem się na zgrupowaniu nieodpowiedzialnie zachować i komuś nawrzucać. Wróciłem do reprezentacji mniej więcej po pół roku, gdy już kadra nie miała szans na awans, a Andrzeja Strejlaua zastąpił Lesław Śmikiewicz. Zagrałem mecze z Turcją i Holandią. Za wiele z nich nie pamiętam, poza tym, że w Turcji nie wszyscy na lotnisku wiedzieli, jak się nazywają, co mogło utrudniać pracę obsłudze. Mecz z Holandią w Poznaniu, przegrany 1:3, też taki nijaki. Bez historii. Trener Śmikiewicz był, bo był, ale już jak gdyby go nie było - wiedział, że jego robota jest tylko tymczasowa i nawet nie ma sensu się rozpakowywać. Na hasło "Holandia" przypominają mi się zawsze mecze rozegrane wcześniej, jeszcze za kadencji Strejlaua. Wtedy starsi koledzy poznali moje walory boiskowe i pozaboiskowe. W Rotterdamie, gdzie zremisowaliśmy 2:2, zdobyłem świetnego gola - po dośrodkowaniu Romka Koseckiego uderzyłem piłkę z ostrego kąta, w długi róg, z kozłem. To jest moja klasyka! Każdy bramkarz, który ze mną trenował, wie, że uwielbiam takie strzały i tam nie było mowy o przypadku. Stanley Menzo frunął do mnie niczym ptak, więc musiał go "nawrócić" po rogu. Całe szczęście, że rozstawił nogi. Ogólnie nie mam nic do Murzynów, ale moim zdaniem bramkarze powinni być biali. Ten nie był, więc się nadział. A propos bramkarzy i Murzynów. Wtedy w naszej bramce bronił Jarek Bako. Słynął głównie z tego, że gdy się przebierał, to w szatni panowała konsternacja. I na pewno większość Murzynów, patrząc na przyrodzenie Jarka, też popadłaby w kompleksy. Gdy Bako szedł po prysznic, to się krzyczało: - Można wejść, czy też Bako zajął wszystkie miejsca?! Nikt nie chciał dostać po... kolanach. Po meczu w Rotterdamie trener podobno powiedział dziennikarzom coś, co mnie zagotowało - że zasymulowałem kontuzję, bo już mi się nie chciało grać do końca. Otóż, panie trenerze, dziś mogę panu powiedzieć, że nie zasymulowałem. Inna sprawa, że i tak bym wkrótce zszedł, bo - skoro mecz był w Holandii - trzeba było wpuścić na boisko Włodka Smolarka. Miałem wtedy 20 lat i sobie myślałem: - Nieźle, dopiero co występowałem w Polonezie, a już zdążyłem trafić do jednego drużyny z Koseckim, Kubickim, Tarasiewiczem czy właśnie Smolarkiem! Jak już wspomniałem, udowodniłem także swoją wartość pozaboiskową, a było to po spotkaniu z Holandią w Eindhoven, kiedy nie miałem jeszcze 20 lat. Zremisowaliśmy 1:1, strzeliliśmy gola w ostatniej minucie i - jak to Polacy - w ostatniej dostaliśmy, od Dennisa Bergkampa. W hotelu przyszedł po mnie "Kosa" i powiedział: - Kowal, chodź, zapoznasz się ze starszyzną. Tylko weź całą zawartość barku! No to szybciutko wziąłem piwo z barku i poszedłem do wskazanego pokoju. - A co to ma być, Kowal?! Piwo?! Na co nam piwo?! Miała być zawartość barku, cała!!! - Dobra, zaraz wracam. - Wróciłem do pokoju, wziąłem co było i znowu w tę samą stronę. No teraz miałem, co trzeba i poznałem tajemny przepis. Jeśli ktoś organizuje imprezy, nie jest on zastrzeżony - bierze się całą zawartość wszystkich możliwych barków - cokolwiek, co tylko jest cieczą - i wlewa do wspólnego pojemnika, na przykład wiadra. Do tego dodaje się sok pomarańczowy i wychodzi z tego wyśmienity, wyjątkowo poniewierający koktajl przywołujący nieludzkiego kaca... - Ostre chłopaki - pomyślałem. - Chyba szybko znajdziemy wspólny język! Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 35: 18.01.03, 14:15 W końcu w Legii wybuchła bomba. Nasz kapitan, Leszek Pisz, któregoś zimowego wieczoru odebrał telefon. - Cześć Leszek, tu Janusz Wójcik. Słuchaj, hmm, odchodzę. Waszym trenerem będzie teraz Paweł Janas. Uprzedź chłopaków - mocne uderzenie na dzień dobry w słuchawce. - Zaraz, zaraz. Jak to? Gdzie pan odchodzi? Dokąd? - zapytał Leszek. - Słuchaj, jutro porozmawiamy. Jadę do Emiratów Arabskich. Wiesz, w Polsce jest jak jest, a dostałem dobrą propozycję. Kasa, misiu, kasa... No tak, kasa. Trener Wójcik wszystko robi na maksa. Jak kogoś lubi, to podwójnie. Jak kogoś nienawidzi, to też podwójnie. I pieniądze też kocha podwójnie. Zespół go rozumiał - odebrane mistrzostwo, zła atmosfera w PZPN wokół niego, wieczne pretensje. Typowe polskie bagienko. "Wujo" chciał się z niego wygrzebać. Następnego dnia spotkaliśmy się w klubie. Trener tłumaczył nam: - Panowie, jadę do bardziej cywilizowanego kraju, mam tu na myśli działaczy piłkarskich. No i bardzo dobrze tam płacą. Dziękuje wam za wspólną pracę. - Kowal, chodź na chwilę - zawołał mnie. - Robię małe pożegnanie. Zapraszam ciebie, Leszka, "Mandzię" i Robaka. Dobra? U mnie na Mokotowie, wieczorem - powiedział. Oczywiście nie odmówiłem, choć trochę mi było przykro, że trener wyjeżdżał. Pojechaliśmy we czterech. U Wójcika w mieszkaniu czekała nas mała nasiadówka, w odpowiednim towarzystwie - z jakimiś komendantami policji, bo trener wszędzie miał znajomości, oraz przede wszystkim z dwoma butelkami whisky. Takimi butelkami, co się nigdy nie kończą - na widełkach. Potrzeba kilku lub kilkunastu godzin na ujrzenie dna. Samolot Wójcika był w środku nocy, więc było o czym pogadać i co wypić. - Misie, ja wam mówię, że zaraz wracam! Wy tu mi żadnych numerów nie róbcie, bo będę kontrolował - mówił, a mundurowi potakiwali głowami. - On jest niemożliwy - pomyślałem, uśmiechając się w duchu. W końcu trzeba było przyspieszyć z tymi buteleczkami, bo zbliżał się termin odlotu. Gdy wybiła ostateczna godzina, wszyscy wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy pożegnać trenera na lotnisku. A tam - wiadomo. Obściskiwanie się, obślinianie, ostatnie... groźby. - No misie, pamiętajcie, że ja tu jeszcze wrócę zrobić porządek! Szykujcie się na kadrę, bo mam was zamiar zaraz powołać. Kowal, żebyś mi tu wstydu nie przynosił! Co będziecie robić z frajerami? - zapytał na Okęciu. - Jak to co? Opierdalać! - odpowiedziałem. Przynajmniej mu się na sam koniec miło w duszy zrobiło, że nie pozostawił po sobie spalonej ziemi w Warszawie. Zapamiętał Wojtuś wskazówki trenera! - Dobra, panowie, lecę! Pamiętajcie o reprezentacji! - i poszedł. Jak wiadomo, "trochę" na tę reprezentację przyszło mu jeszcze zaczekać. Mnie jeszcze zdążył powołać, ale "Piszczyka", "Robaka" i "Mandzi" już nie... Miałem mętlik w głowie. Z jednej strony wiedziałem, że przecież nie mogliśmy całe życie razem pracować. Ale z drugiej strony, coś krótko trwała ta przygoda z Legią. Zaledwie półtora roku. - Jest jeszcze Paweł Janas, więc w porządku. Będzie tak samo dobrze, jak było - pomyślałem. I potem raz na jakiś czas trener Janas wchodził do szatni i pozdrawiał nas od Wójcika. - Mówi, że widział wasz mecz i macie tak dalej golić frajerów - przekazywał. Raz chyba nawet "Wujo" zadzwonił do Pisza, jako kapitana. Pocztówek nie wysyłał. Myślę, że nigdy nie miał do tego... hmm... predyspozycji. - Misiu, szykuj się na kadrę, my się wkrótce spotkamy! - to zdanie chodziło mi po głowie. Może miał jakieś cynki? Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 36: 20.01.03, 15:17 Janusz Wójcik odszedł. No dobra, był jeszcze Paweł Janas. Ci, których "Wujo" tępił, jak na przykład wspomniany wcześniej Grzesiu Wędzyński, poczuli się mocniejsi - wreszcie uwierzyli, że mogą zacząć grać. Na dobre odżyła rywalizacja w drużynie, choć i wcześniej była, a w dodatku doszedł do nas Jurek Podbrożny z Lecha. O tym, jak jego i Mirka Trzeciaka powitał Adam "Cięty język" Fedoruk, już pisałem. W końcu tak się jakoś złożyło, że Mirek u nas nie został. Do dziś nie wiem, dlaczego. Niektórzy twierdzą, że drużyna go nie lubiła, ale to nieprawda. Przecież Mirek to taka sympatyczna gaduła, która co drugie zdanie zaczynała od: "A może opowiem wam dowcip? ". Przykro Mi się robi jak muszę zacytować słowa z internetowej strony PS: WIĘCEJ ZNAJDZIESZ W KIOSKU Dlatego iż w tm momencie kończy się lektura. Pozdrawiam. Odpowiedz Link Zgłoś
p.suchy Odcinek 36 - w całości: 20.01.03, 23:43 Janusz Wójcik odszedł. No dobra, był jeszcze Paweł Janas. Ci, których "Wujo" tępił, jak na przykład wspomniany wcześniej Grzesiu Wędzyński, poczuli się mocniejsi - wreszcie uwierzyli, że mogą zacząć grać. Na dobre odżyła rywalizacja w drużynie, choć i wcześniej była, a w dodatku doszedł do nas Jurek Podbrożny z Lecha. O tym, jak jego i Mirka Trzeciaka powitał Adam "Cięty język" Fedoruk, już pisałem. W końcu tak się jakoś złożyło, że Mirek u nas nie został. Do dziś nie wiem, dlaczego. Niektórzy twierdzą, że drużyna go nie lubiła, ale to nieprawda. Przecież Mirek to taka sympatyczna gaduła, która co drugie zdanie zaczynała od: "A może opowiem wam dowcip? ". To bardziej "Guma" Podbrożny był tym, który miał kłopoty z aklimatyzacją. Wiadomo, że jeśli ktoś nie jest dostatecznie odważny aby samemu wykonać pierwszy krok, a nie ma "przewodnika" to raczej będzie miał problemy, aby się stać duszą towarzystwa. Jurek zawsze wolał usiąść z boku, jak typowy mruk. Ze względu na wiek, wiele osób sądzi, że trzymał on się głównie z grupą "rządzącą" ekipą Legii, czyli ze mną, Leszkiem Piszem czy Zbyszkiem Robakiewiczem. A to nieprawda. "Guma" wolał szukać towarzystwa wśród Piotrka Mosóra czy Marcina Jałochy. A z Mosórem to im tak jakoś do dzisiaj zostało... Podbrożny miał jeszcze jedną wadę - nie lubił piwa, tylko od razu przechodził do poważniejszych trunków. Kiedy my zaczynaliśmy spożywanie alkoholu, to on już miał kaca. A jak my mieliśmy kaca, to on już chciał grać mecz. Zawsze był ten jeden krok przed nami i chyba do końca życia będzie stawiał "białą" ponad piwem. I jak tu nawiązać nić porozumienia? Ale "Guma" nie izolował się od nas, często chodził z nami posiedzieć, tyle tylko, że zazwyczaj siedział i nic nie mówił. Kiepski z niego imprezowicz. Nikt pretensji nie miał, bo chociaż na boisku nie zostawał w tyle - co tu dużo mówić, Jurek jest zawodnikiem wielkiej klasy, wybitnym. Wiedzieliśmy jedno - może specjalnego wzmocnienia pod względem rozrywkowym nie stanowił, ale w grze nam się przydał i to bardzo. Mnie na tym szczególnie zależało, bo przecież miałem grać z Jurkiem w duecie. Zimą wyjechaliśmy na obóz do Włoch. Chyba nikt do końca życia nie wyjawi, kto ten obóz zorganizował, ale za takie rzeczy powinno się trafiać do pierdla. Wylądowaliśmy w jakiejś wsi na południu, po dwudniowej jeździe autokarem. Wysiedliśmy w śniegu, hotel jeszcze nie w pełni oddany do użytku i bez czynnej stołówki. Nic tylko przygotowywać się do walki o mistrzostwo Polski. To całe zgrupowanie byłoby nieprawdopodobnie mdłe, gdyby nie Julek Kruszankin, a raczej jego żona i to co wyprawiali razem dziewięć miesięcy wcześniej. Odpowiedz Link Zgłoś