Dodaj do ulubionych

Zachęcam do lektury!!!(sportowej)

    • p.suchy Odcinek 26: 08.01.03, 14:33
      Na Legii była wtedy popularna taka piosenka: "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud.
      Zrób z Legiuni, mistrza Polski zrób. My czekamy już ... lat. Jezu, Jezu,
      nadszedł chyba czas". W miejscu trzech kropek padała liczba lat, które minęły
      od 1970 roku. Wiadomo, że w latach osiemdziesiątych zawsze tytuł był o krok.
      Wystarczyło zrobić krok w przód, a drużyna robiła... krok w tył. Nie brakowało
      podtekstów. Sam mówiłem wtedy: - Trzeba rozpędzić tę zbieraninę, bo tym
      wieśniakom nie zależy na tytule dla Warszawy.

      Gdy już sam byłem piłkarzem Legii i do tego wiodącym, nie mogłem pozwolić na
      to, żeby za chwilę znowu słuchać tej piosenki, z kolejnym dodanym rokiem. Nie,
      tego już za wiele, w końcu przecież trzeba wygrać tę ligę. Jakieś Szombierki i
      Zagłębia Lubin ją wygrały, a Legia nie? Ludzie byli spragnieni mistrzostwa,
      które przecież już tyle razy im się należało, a w efekcie wpadało w inne ręce.
      23 lata to szmat czasu. 23 lata i... już wystarczy! Mieliśmy silną drużynę, z
      bardzo mocnym atakiem. Grałem w nim z Maćkiem Śliwowskim. "Śliwka" ładował
      gola za golem, ja mu dogrywałem, robiłem wiatr - jak to typowy skrzydłowy.
      Środkowym napastnikom zawsze się dobrze ze mną grało i przy mnie bili życiowe
      rekordy. Ja też swoje, kilkanaście bramek w sezonie, zawsze strzelałem. A w
      odwodzie mieliśmy jeszcze Grzesiaka - w ofensywie byliśmy piorunująco silni!
      Zespół się budował, ale na polską ligę w zupełności wystarczył.

      Sezon 1992/93 ślimaczył się. Kolejne mecze bez historii, kolejne łatwe
      zwycięstwa, świetna atmosfera i ciągła niepewność - uda się, czy się nie uda?
      Pomagali nam czasami... rywale. Taki Krzysiu Łętocha ze Stali Mielec. Gdy go
      widzieliśmy, od razu było wesoło! Ten gość w życiu chyba strzelił trzy gole
      samobójcze w meczach z nami! Pamiętam, że po kolejnym swoim trafieniu, gdy
      wepchnął piłkę w zamieszaniu podbramkowym, podbiegł nawet do Julka Kruszankina
      i płaczliwym tonem zapytał: - Ale to ty strzeliłeś, tak? Julek spokojnie
      odparł: - Nie, ty. Ja nie dotknąłem. Gazety i tak zaliczyły bramkę
      Kruszankinowi.

      W środku rundy rewanżowej doznałem kontuzji, wypadłem na kilka spotkań.
      Niestety, zanotowaliśmy głupie porażki, jedną z nich oglądałem z trybun, bo
      trener Wójcik kazał mi jeździć z drużyną na mecze wyjazdowe nawet wtedy, gdy o
      grze mogłem tylko pomarzyć. Jeszcze ze mną w składzie przegraliśmy na Hutniku
      Kraków, a później beze mnie na Śląsku. We Wrocławiu to był typowy mecz "na
      Legię!". Barany waliły głową w mur, aż w końcu jakiemuś gościowi zeszła piłka,
      wpadła po samych widłach - stadiony świata. Wygrywamy na Śląsku i ostatnia
      kolejka sezonu o niczym nie decyduje - jesteśmy mistrzami Polski. Ale na
      Śląsku przegraliśmy...

      W przedostatniej kolejce mieliśmy tyle samo punktów co ŁKS. Kontaktowaliśmy
      się z Zagłębiem Lubin, żeby grali z łodzianami na maksa. Dzwoniliśmy do tych
      piłkarzy i prosiliśmy, różnymi sposobami. Padła w końcu odpowiedź - Zagłębie
      będzie walczyć z ŁKS na śmierć i życie. O to nam chodziło. W Lubinie była
      mocna ekipa, raczej nie wierzyliśmy, że po normalnym meczu ŁKS może tam
      wygrać. No i chyba już po 30 minutach było 2:0 dla Zagłębia. Łodzianie
      wyczuli, co się święci, Zagłębie też nie było w ciemię bite. I tak się jakoś
      dziwnie stało, że po 30 minutach jedna z drużyn się obudziła, a druga w tym
      samym czasie poszła spać. Mecz się skończył, Zagłębie - ŁKS 2:3.

      No i ładnie... Zamiast wygrać na Hutniku czy na Śląsku, to teraz mieliśmy nóż
      na gardle. Ale bez dramatu - wystarczyło pokonać Wisłę w Krakowie. Mieliśmy
      przewagę w bramkach, byliśmy lepsi od ŁKS aż o trzy gole. To powinno
      wystarczyć. Oczywiście, o ile w Łodzi nie byłoby cyrku. Rozmawialiśmy o tym
      bezustannie. Był stres w drużynie, ale z drugiej strony przekonanie, że co
      mieliśmy spieprzyć, to już spieprzyliśmy. I skoro nie pomogło nam Zagłębie, to
      sami musimy sobie pomóc. Trener Wójcik ciągle myślał o zbliżającej się
      kolejce. Jednego dnia wszedł do szatni i powiedział: - Panowie, mam informację
      z Poznania co do ostatniej serii spotkań...
    • p.suchy Odcinek 27: 11.01.03, 12:34
      Wiecie, co powiedział nam wtedy trener Wójcik? Jaką miał dla nas informację z
      Poznania? Uspokoił nas. Nie mogliśmy wyjść na frajerów stulecia i przegrać
      mistrzostwo, mimo trzech bramek przewagi. Trzeba było więc zadbać o szczegóły.
      Na przykład o Olimpię Poznań. To właśnie poznaniacy grali w ostatniej kolejce
      z ŁKS w Łodzi. Trener Wójcik wszedł do szatni i oznajmił: - Panowie, mam
      informację z Poznania. Jest dobrze, rozmawiałem z Bolem Krzyżostaniakiem i
      mówi, że Olimpia w Łodzi nie podłoży się. Wszystko ustalone, zagrają bez
      odpuszczania.

      Uff. Rzeczywiście - jest dobrze. Skoro Olimpia jest umotywowana do gry, to nie
      ma siły, żeby ŁKS pociągnął ją dychą. Przecież poznaniacy mieli kilku całkiem
      niezłych piłkarzy, a łodzianie to żadne asy. Tak, będziemy mistrzem Polski.
      Jeszcze tylko trzeba pokonać Wisłę. Ale to akurat są leszcze, w dodatku już o
      nic nie walczą. Zniechęcone pierdoły - czyli musimy wykorzystać szansę.
      Pojechaliśmy do Krakowa na jeden z najważniejszych meczów w życiu. Z kolegami
      z drużyny ustaliliśmy tak: - Jak najszybciej strzelamy gola, atakujemy
      wszystkimi siłami. Jak nas skontratakują, to chuj! Trudno! Musimy strzelić
      gola. Wtedy przerzucimy piłeczkę na stadion w Łodzi. Niech oni się martwią.
      Nam powinno wystarczyć 2:0. Przecież Olimpia gra dla nas. ŁKS to nie
      Barcelona. Gdyby to była Barcelona, to byśmy się martwili.
      "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" - okrzyk przed meczem, jak zawsze.
      Wychodzimy na murawę pewni siebie, Wisła już w tym momencie przestraszona, już
      jest po niej. Nie nas się tak bali, tylko kibiców. Ci ciągle spekulowali,
      który z krakusów sprzedał mecz i za ile. A my zgodnie z planem - trzeba wygrać
      mecz. Jak trzeba wygrać, to się jedzie z frajerami. Jak się jedzie, to się
      strzela gole. Mieliśmy naprawdę dobrą drużynę. Postawiliśmy sprawę jasno - wy
      dzisiaj, misie, na boisku nawet nie piśniecie, bo my gramy o życiowy cel, a wy
      jak zawsze macie za sobą beznadziejny sezon. Nie pociągniecie nas na dno. Pada
      pierwszy gol - zgodnie z planem. Mecz się dobrze ułożył, bo szybko daje o
      sobie znać nasz atak - ja i Maciek Śliwowski. Jesteśmy nieprawdopodobnie
      naładowani - mobilizacja, jak przed finałem mistrzostw świata. A przeciwko nam
      leserzy. Też chcieliby pograć w piłkę, ale po pierwsze - nie potrafią, po
      drugie - mobilizacja tego, który "chciałby sobie pograć i nie skompromitować
      się", a tego, który myśli "wygramy, a potem choćby śmierć", to dwie zupełnie
      inne sprawy. Nieporównywalne. Prowadzimy 1:0, ale to mało. 2:0 i mamy pewność -
      mistrz Polski w stolicy. W końcu udaje się wcisnąć na 2:0. Wisła już nie
      dość, że załamana, iż ktoś kazał im grać, czyli położyć się przed
      nadjeżdżającym walcem, to jeszcze pod presją widowni. A krakowska widownia,
      wiadomo - "z kim jak z kim, ale z warszawką trzeba wygrać!".
      My słyszymy tylko jedno - prawie dwa tysiące kibiców śpiewa "Mistrzem Polski
      jest Legia". - No tak, przerzuciliśmy piłkę na stadion w Łodzi. Niech się
      martwią! - pomyślałem. A oni się nie martwili, tylko... ładowali. Z ławki
      pokrzykiwania. Trener macha rękoma. Ktoś tam blady przy krótkofalówce, ktoś
      inny z radiem w ręku zielenieje. - Co jest, do cholery?! Co ten ŁKS wyprawia? -
      zapytałem. A niech to, dali radę. Piłeczka znów jest na stadionie w Krakowie.
      To znów my musimy strzelić. Tyle tylko, że i my robimy się coraz bardziej
      zdenerwowani. Przerwa, trzeba zejść do szatni. Co się dzieje w Łodzi? Nie, nie
      będziemy frajerami. Mistrzem Polski będzie Legia!
    • p.suchy Odcinek 28: 11.01.03, 12:35
      Ja bym do Warszawy bez mistrza nie wrócił. Wstyd, hańba. Nie wróciłbym i już.
      Tyle że ten pieprzony ŁKS oszalał. Ładnie ta Olimpia dała nam cynk, pięknie.
      Dziękujemy wam, koledzy, za grę na całego i na pewno przy okazji postaramy się
      odwdzięczyć. Oj, na mecz z wami o naszą motywację nie musicie się martwić. Ze
      sportowym pozdrowieniem.

      Jak zawsze - skoro Legia, to samotnie. Żadne Zagłębie, żadna Olimpia. Umiesz
      liczyć, licz na siebie. A ja liczyć umiem. Nawet jak graliśmy w karty, to
      zawsze ja liczyłem punkty. Teraz też potrafiłem pododawać. Brakuje nam goli.
      Wiemy jedno - w Łodzi dają ostro do pieca i Bóg jeden wie, kiedy skończą.
      Trzeba strzelać, ile sił w nogach. Jak ktoś ma zamiar teraz na boisku
      odpoczywać, akurat w meczu z Wisłą, to niech zmiata. Takich nie
      potrzebujemy. "Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego". Wślizg, wślizg,
      wślizg. Z trybun słychać "Mistrzem Polski jest Legia". Naładowaliśmy się. Już
      my pokażemy tym ogórkom z Łodzi, z kim zadarli. Chcecie strzelać? Chcecie
      pojedynku? Śmiało, nie zdziwcie się, jak wam na tablicy świetlnej żaróweczek
      nie starczy. Jedziemy!
      Zaczęła się druga połowa. Wiślacy z każdą minutą podłamani coraz bardziej i
      przestraszeni kibiców. Proszą nas, żebyśmy już przestali, bo ich tłum
      zlinczuje. Panowie, bądźmy poważni. Nie ma miejsca na litość w takim momencie.
      Im nogi plączą się ze zdenerwowania, a my mamy w głowie zakodowane trzy
      litery - "ŁKS". Wójcik przy linii jak zawsze wyżywa się na bocznym pomocniku i
      bocznym obrońcy. Czasami Krzysiek Ratajczyk prosił naszego kapitana, Leszka
      Pisza przed meczami - "Lesiu, wybierz tę połowę, żebym nie musiał na początku
      biegać po stronie Wójcika. Lesiu, proszę cię!". "Rataj" wolał biegać pod
      słońce, pod wiatr, w śniegu i błocie, byle nie widział go trener. Ci, którzy
      czuli na sobie oczy "Wójta", mieli przechlapane, ale w meczu z Wisłą -
      podwójnie! Krzyk był bezustanny: "Zapierdalaj!!!". A tak naprawdę nikomu tego
      nie trzeba było powtarzać. Jest gol. 3:0. Znowu. 4:0. W Łodzi nie odpuszczają,
      gnoją dalej tę Olimpię. My robimy swoje. Kończy się na 6:0. Ja strzeliłem
      dwie, "Śliwka" trzy, Darek Czykier jedną. Mogliśmy więcej, ale nie zawsze
      wchodziło. I nikt mi nie powie, że którakolwiek z naszych bramek
      była "dziwna". Kto oglądał ten mecz na spokojnie, ten wie, iż wszystkie gole
      zostały strzelone z normalnych, boiskowych sytuacji.
      Najważniejsze jest jedno - mistrzostwo! Wszyscy jesteśmy w szampańskich
      nastrojach, kibice Legii szaleją. Dwa tysiące ludzi przyjechało tu razem z
      nami i razem z nami będą się cieszyć! Cóż za chwila. Jednak nie okazałem się
      lamusem, mogę z dumą wrócić do Warszawy. Z dumą i z tytułem mistrza Polski. No
      i jak tam w Łodzi? Jak tam ogórki z ŁKS? Na kolana przed mistrzem! Koronacja
      trwa! Nigdy więcej pieśni "Słuchaj Jezu, jak Cię błaga lud..."! Pojechaliśmy
      autokarem prosto do Konstancina. Autokar pijany ze szczęścia. W Konstancinie,
      u pana Romanowskiego, mała imprezka. Dosyć sztywna, ale z tańcami na stołach. -
      Co robimy? - zapytałem. - Na dyskotekę - zadecydował Leszek Pisz. No to raz!
      Szybko znaleźliśmy się w Ground Zero. Jeśli zamykają równo z ostatnim gościem,
      to niech lepiej nastawią się na lokal całodobowy! Tylko wspomnianego "masera"
      nam wyrzucili, nie pozwolili mu się bawić tak, jak lubił... Trudno, on zawsze
      sobie poradzi. Piosenka "Mistrzem Polski jest Legia..." coraz bardziej
      zmieniała brzmienie. Gubiono literki, potem całe słowa. A na końcu to już nic
      się nie zgadzało, tylko stężenie alkoholu we krwi było odpowiednie. Ale było
      co świętować! Po 23 latach wróciliśmy na swoje miejsce! A przynajmniej tak nam
      się wydawało...

    • p.suchy Odcinek 29: 11.01.03, 12:36
      Nawet nie mieliśmy tamtego lata roztrenowania. Cel osiągnęliśmy, wszyscy
      szczęśliwi, a przerwa w rozgrywkach tak krótka, że trzeba było czym prędzej
      jechać na urlopy. Każdy piłkarz w swoją stronę. Ja ze swoją paczką pojechałem
      do Mikołajek. Nastawiłem się na świetny urlop, tylko trochę irytowali mnie ci
      pisarze, którzy robili aferę w prasie. Ale nic tam, niech szczekają.

      Wraz z Jurkiem, Piotrkiem, Leszkiem, Markiem i Pawłem wynajęliśmy sobie domek.
      To właśnie oni, koledzy z Bródna, byli ze mną przez całe życia - gdy
      przychodziłem do Legii i uczciłem to toastem, gdy wracałem z Genui, gdy stałem
      się sławny. Jednego dnia w Mikołajkach padło hasło: - Panowie, włączmy
      telewizor, zobaczymy, co się w świecie dzieje.

      O 19.30 "Wiadomości". Patrzyliśmy w ekran i... oczom nie mogliśmy uwierzyć. -
      Legia Warszawa nie jest już mistrzem Polski w piłce nożnej. Polski Związek
      Piłki Nożnej po kontrowersyjnym zakończeniu sezonu 1992/93 postanowił odebrać
      Legii punkty z ostatniej serii spotkań, kiedy to warszawianie wygrali w
      Krakowie z Wisłą aż 6:0. Ten mecz, podobnie jak wygrana ŁKS z Olimpią Poznań
      7:1, wzbudził wątpliwości działaczy - powiedziano... Szok... Cisza... Pustka w
      głowie... Zaraz, zaraz. Jak to nie jest mistrzem? O co tu chodzi? - Ty, Kowal,
      co to będzie? - zapytał kolega. I znów cisza... Co ma być? Siedziałem blady.
      Przecież to nie może być prawda - nie straciłem w jeden dzień tego, na co
      pracowałem cały rok. Wkurzony. Gdyby wtedy do pokoju wszedł ktoś, kto maczał
      palce w tej decyzji, zabiłbym go jak psa.

      - Napijmy się.

      Zamiast kontynuowania zabawy, zrobiła się stypa. Jedna stypa, druga stypa, tak
      mijały dni. Tylko z rana szło się po gazety i nowe zapasy. A wiadomo, że im
      dalej od Warszawy, tym gazety ostrzej z nami jechały. "Brawo PZPN" i takie
      tam. Gdy teraz o tym myślę, chciałbym podejść do każdego z tych leśnych
      dziadów z PZPN i zapytać: - Dlaczego pan okradł mnie i moją rodzinę? Na jakiej
      podstawie?

      Najbardziej gardłował wtedy Ryszard Kulesza. Wcześniej wspomniałem, że nie
      każdy magister musi być mądry, a ten - rozgarnięty jedynie fragmentarycznie -
      był szczególnym tego przykładem. Mówił, że "cała Polska widziała", choć meczu
      Wisła - Legia żadna ogólnopolska stacja nie transmitowała. W zasadzie Kulesza
      wypowiedział się za całą Polskę. Szkoda, że nie poszedł dalej i nie
      stwierdził "Polska to ja". Wtedy wyszedłby na kompletnego świra i zostałby
      potraktowany tak, jak na to zasługiwał. Niestety, ugryzł się w język...

      Urlop - czyli stypa - minął szybko. Spotkaliśmy się w klubie. I tu nawet nie
      wiadomo, co powiedzieć, wchodząc do szatni. Różnie to było. Część mówiła: "No
      to się nagraliśmy w Lidze Mistrzów". Inni brali to na śmiech przez łzy: "Witam
      wicemistrzów Polski!". Jeszcze inni informowali, jaką czynność seksualną
      wykonaliby z Ryszardem Kuleszą. A na dzień dobry spotkaliśmy się z
      działaczami. - Chcieliśmy was poinformować, że nie dostaniecie premii za
      mistrzostwo, tylko za awans do europejskich pucharów - wypalili. No ładnie,
      jeszcze nie zdążyliśmy się ze wszystkimi przywitać, a tu taka piguła. Chłopaki
      wkurzeni. Niektórzy już zdążyli wydać tę kasę, której... nigdy nie dostaną. A
      chodziło o dobry kawałek grosza... Pół dnia rozmawialiśmy o tym, co się
      wydarzyło i o tym, co będzie. Najczęściej padały dwa nazwiska - Kulesza i
      Tomasz Zimoch. Zimoch to dziennikarz Polskiego Radia, jak się okazało -
      intelektualnie medialny odpowiednik Kuleszy, jeszcze jeden potwierdzający moją
      teorię o magistrach. Opowiadał nam o nim pochodzący z Łodzi Zbyszek
      Robakiewicz. Otóż pan Zimoch komentował mecz ŁKS - Olimpia i zachwycał się,
      jakie to piękne sportowe widowisko przyszło mu oglądać, piał nad kunsztem
      łodzian, a humor psuli mu ci skorumpowani warszawiacy, którzy kilkaset
      kilometrów dalej odstawiali cyrk. No ładne rzeczy! Koleś siedzi w Łodzi i
      opowiada o tym, co dzieje się w Krakowie! Skąd się tacy biorą? W kapuście
      raczej mądrzejszych znajdują. Jeśli chciał wiedzieć, jak było z tą Wisłą, to
      mógł ze mną porozmawiać. Opowiedziałbym mu. Ja swoich pieniędzy nie dałem...
      Ale o tym następnym razem.

    • p.suchy Odcinek 30: 13.01.03, 14:12
      • p.suchy Re: Odcinek 30: 13.01.03, 14:13
        O meczu z Wisłą mówi się do dziś. Czy był kupiony? A w zasadzie - za ile? Nie
        będę ukrywał - nie wiem. Nie wiem, czy był kupiony, bo ja żadnych pieniędzy
        nie dałem. Nikt mnie o nie nawet nie prosił. W Legii był fundusz stworzony z
        kar dla zawodników (a kary za wszelakie przewinienia były wyjątkowo potężne),
        jednak nie wiem, na co ta kasa szła. Gdzieś znikała. Może w klubowych
        gabinetach działaczy? Może jeszcze gdzie indziej? Nie mam wiedzy na ten temat,
        więc nie chcę udawać wielkiego speca - jak niektórzy ludzie z PZPN.

        Wiem jedno - specjalnych składek na końcówkę ligi nie robiliśmy. Mecz z Wisłą
        był dla mnie normalnym spotkaniem. Z nikim się nie umawiałem. Robiłem to, co
        potrafię. Strzelałem gole. I pamiętajmy o jednym - to nie my musieliśmy się
        martwić. To ŁKS miał do nas trzy bramki straty. A Olimpia miała grać na
        całego...
        PZPN to chora instytucja. Dla tych leśnych dziadków nieważne były dowody i to,
        że jednym głupim podniesieniem ręki nie wybierali herszta swojej bandy, tylko
        zabierali ludziom cały rok pracy, marzeń i ogromne pieniądze. A że wszystko
        oparte było na podejrzeniach? Nic to. Mogą się cieszyć, że w Polsce tylko oni
        działają na zasadzie domniemania winy, bo w przeciwnym razie sami już
        odsiadywaliby długie wyroki. Trzeba podkreślić jedno - Wisła przeciwko nam
        grała o czapkę gruszek, a my o życiowy sukces. My musieliśmy, oni mogli. Ich
        łapała zadyszka, my wypluwaliśmy płuca. Zwycięstwo 6:0 nie jest niczym
        nadzwyczajnym. Gdyby w polskiej lidze wszystkie drużyny chciały wygrywać jak
        najwyżej i strzelać jak najwięcej goli, to co tydzień jakieś spotkanie
        kończyłoby się właśnie takim rezultatem. Ale po co, skoro wystarczy 2:0? Nam
        tamtego dnia nie wystarczyło. Musieliśmy strzelać. Poza tym później
        wygrywaliśmy na wyjeździe równie wysoko i nikt się nie czepiał.
        Gazety z nami jechały. Jestem ciekaw, czy ci dziennikarze choć raz zadali
        sobie pytanie: - No dobra, a co bym napisał, gdyby Legia wygrała tylko 2:0 i
        straciła mistrzostwo? Ja wiem, co by było w prasie. Nie, nikt by nie krzyczał,
        że ŁKS kupił mecz. Tu nie chodziło o gole, ale o Legię, Warszawę i trenera
        Janusza Wójcika. I też byłaby jazda z Legią - "Frajerzy stulecia", "Banda
        nieudaczników", "Kretyni!!!". Tak źle, tak niedobrze. Różnica taka, że przy
        drugim wariancie Kulesza przyjąłby tytuł honorowego obywatela miasta Łodzi.
        Kiedyś nam tego mistrza zwrócą - kiedy tylko w PZPN zmieni się pokolenie i
        przyjdzie młodszy rocznik. Zaraz po decyzji o odebraniu trzech punktów - w
        praktyce mistrzostwa - mieliśmy spotkanie z Januszem Romanowskim. Powiedział
        wtedy: - Prokuratura zbada sprawę. Jeśli wyjdzie na nasze, to PZPN zwróci nam
        tytuł. Wtedy zaskarżymy ich z powodu strat finansowych. Nie odpuścimy
        odszkodowania, wy też swoje dostaniecie.
        Prokurator przesłuchiwał Leszka Pisza i kilka innych osób. I umorzył śledztwo.
        Dziadki z PZPN miały dwa wyjścia - albo oddać mistrzostwo, albo schować się
        pod stół. Wybrały drugie. A jeśli kiedyś zmądrzeją, to ja im nie popuszczę.
        No, cwaniaczki, płaczcie i płaćcie. Przecież gdyby nie wasze złodziejstwo, ja
        bym w tamtym sezonie odebrał premię za mistrzostwo, awansował do Ligi
        Mistrzów, zdobył Puchar Europy i przeszedł do Barcelony! Wiecie, ile płaci się
        w najlepszych klubach świata? Panowie, oj grubo mnie nacięliście.
        Po decyzji PZPN tylko kilka dni drużyna spędziła w Warszawie. My trenowaliśmy,
        kibice pikietowali pod PZPN, ale niestety, spalili tylko drzwi, nawet nie
        skopali żadnego złodzieja. W końcu wyjechaliśmy na zgrupowanie do Zakopanego,
        gdzie dopiero miało wydarzyć się najgorsze. Niektórzy piłkarze tak się
        przerazili, że zrezygnowali z gry w klubie. Ostro było...
    • p.suchy Odcinek 31: 14.01.03, 14:21
      Takich zgrupowań się nie zapomina. Pojechaliśmy do Zakopanego, żeby
      przygotować się do nadchodzącego sezonu i startu w Pucharze UEFA. Aż tu znowu
      bomba - oglądamy wieczorem telewizję i znów dowiadujemy się o kolejnych
      karach. Wykluczono polskie kluby z europejskich rozgrywek! No, ładnie misie z
      PZPN zaszalały ku chwale naszego futbolu!

      To był dla nas cios na szczękę. Tyle tylko, że po ciosie na szczękę od razu
      idzie się spać, a my musieliśmy jeszcze odreagować. Musieliśmy upić się z
      rozpaczy. Zdezynfekować nową ranę. Nie jesteśmy mistrzem, nie gramy w
      pucharach, minus trzy punkty na nowy sezon, masa kasy koło nosa.
      Poszliśmy wszyscy w miasto, znaleźliśmy jakąś knajpę i siedzieliśmy do rana.
      Co jakiś czas ktoś się wykruszał i wracał do hotelu. Ja zawsze lubiłem
      zostawać do końca, więc całą noc spędziłem z kilkoma kolegami z kieliszkiem w
      ręku.
      - Ty, jutro mieliśmy chyba z kimś grać, tak? Z GKS? - zapytał ktoś.
      - A, niech se hanysy same grają!
      I siedzieliśmy dalej. Dzień później, o godzinie 11.00, rzeczywiście mieliśmy
      stawić się na boisku i rozegrać mecz kontrolny z Katowicami. Przyszła godzina
      11.00, a na boisku sami zawodnicy GKS. Trener Janas zaczął biegać po pokojach
      i wszystkich budzić. Nie było szans znalezienia jedenastu zdolnych do gry! Tym
      bardziej, że niektórzy o tej porze dopiero próbowali usnąć. - Nie po to się
      przed chwila położyłem, żeby wstawać... - mruknąłem. W zespole były same
      zrzuty! Wszyscy kompletnie nawaleni. Nawet nie było jak się dogadać z
      niektórymi, że mecz mają grać. A gra takiej ekipy mogła skończyć się w
      najlepszym wypadku drobną kontuzją. Jak sobie GKS chce, to niech gra. My tego
      dnia mieliśmy większy cel niż wygranie z katowiczanami - musieliśmy wygrać z
      kacem. Przez cały dzień toczyliśmy wyrównane boje, atakując przede wszystkim
      browarami, ale także czymś mocniejszym. Trenerzy chyba nie mieli pretensji, bo
      przecież też musieli odreagować i dobrze wiedzieliśmy, że nie siedzą w pokoju
      i nie czekają, aż ktoś poprosi o piłkę. Wreszcie, gdy już zapadł zmrok, trener
      wezwał nas na zebranie: - Dobra, panowie. Od jutra zapominamy o piciu, bo mimo
      wszystko trzeba się przygotować do tego sezonu. Dwa dni picia to wystarczająca
      dawka. Czeka nas ciężki rok. Mamy coś do udowodnienia. Musimy pokazać misiom z
      PZPN, z kim zadarli i żeby pilnowali własnych dup. Mamy minus trzy punkty, ale
      trzeba walczyć o mistrza. Zresztą, olać mafię z PZPN. Całej Polsce pokażemy,
      gdzie jest nasze miejsce, a gdzie miejsce frajerów. Niech znają swoje miejsce
      w szyku! My swoje znamy - pierwsze!
      Miał wtedy do nas dołączyć Janusz Góra ze Śląska Wrocław. Jednak gdy
      przyjechał do Zakopanego i zobaczył, co ta drużyna potrafi wypić i kiedy
      kładzie się spać, to się przestraszył, że nie wytrzyma tempa. Nawet nie
      zdążyliśmy go przetestować. Spakował się i wyjechał bez pożegnania! -
      Chłoptasiu, nikt po tobie płakać nie będzie. Jak chcesz jechać całe życie na
      Isostarze, to marnie skończysz - pomyślałem. Natomiast Adam Fedoruk i Zbyszek
      Mandziejewicz, mimo że w poprzednim sezonie nie grali u nas, szybko zrozumieli
      na czym polega ogrom tragedii i połączyli się z nami w rozpaczy. Patrząc na
      nich śmialiśmy się, że za mądrych to do Legii nie biorą. Oczywiście w
      pozytywnym znaczeniu - dwóch wesołych wąsaczy z mocną głową i apetytem do
      żartów. No i do tego dwóch znakomitych piłkarzy. Wkrótce dołączył do nas także
      Darek Dziekanowski, ale to już była zupełnie inna historia...

    • p.suchy Odcinek 32: 15.01.03, 12:57
      Wkrótce dołączył do nas Darek Dziekanowski. My mieliśmy w pamięci nasz
      poprzedni mały konflikt. To było tak. W Legii dopiero zaczynałem grać na
      dobre, ale już byłem znanym zawodnikiem i czołowym napastnikiem w Polsce.
      Pewnego razu "Dziekan" przyjechał na Łazienkowską i oczywiście spytano go się
      o ocenę mojego występu. A ten wypalił: - Kowalczyk? A z którym numerem on
      grał?

      Oż ty w życiu, już ja ci pokażę, z którym numerem. Pewnie, że z "dychą",
      ślepaku! Oczywiście, gdybym nie odpowiedział, to bym chyba był chory. Więc
      lekko pojechałem z "Dziekanem" i mu wspomniałem, żeby lepiej się nie
      nastawiał, że kiedykolwiek numer dziesiąty odzyska, bo teraz nadszedł mój
      czas, a on jest już tylko gasnącą w oczach gwiazdą. No i bodajże dodałem, że w
      obecnej Legii to by się chyba nie łapał do składu. Może trochę przesadziłem,
      ale prasa podchwyciła i zrobiła z tego wielką aferę.
      Gdy okazało się, że "Dziekan" będzie u nas grał, znów dziennikarze ruszyli do
      mnie. Ale już nic nie mówiłem. W końcu tak naprawdę się z Darkiem nie znałem,
      nie chciałem wywoływać kłótni za wszelką cenę. Nie to, że się bałem o swoją
      pozycję w drużynie, czy też o popularność. Byłem pewny swojego miejsca, czułem
      się straszliwie mocny. Wiedziałem, że i tak jestem i będę numerem jeden,
      czyli... numerem dziesięć. Choćby Dziekanowski stawał na głowie.
      Darek pewnie nie spodziewał się takiego powitania w klubie. Przyszedł
      elegancik do szatni, w gajerku za kilka pensji, z gazetką w ręku, pełen
      dystans. No wielki pan z Wysp Brytyjskich! Pierwszego dnia poszedł właśnie z
      tą gazetką do toalety. U nas był taki zwyczaj, że drzwi się nie zamykało. A
      jak ktoś zamknął, to przyjmował wiadro wody od góry. "Dziekan" o tym nie
      wiedział. Ktoś akurat wyszedł do kibla na papieroska, patrzy - zamknął się. No
      to po chwili był okrzyk: "Zamknięte!". Markowi Jóźwiakowi nie trzeba było
      powtarzać dwa razy, wiadro z wodą stało już przygotowane...
      Ogólnie, wolałem grać z "Dziekanem", niż z nim nie grać, bo to był świetny
      zawodnik. Na treningach obrońcy spinali się, żeby tylko odebrać mu piłkę.
      Ruszał taki "Rataj" czy "Beret" na niego, a ten pyk, zasłonięcie, obrót i
      obrońca zamiast odbiec z piłką, lądował na plecach. - Ty, Rataj, co ty jesteś,
      worek treningowy? - śmiałem się z Krzyśka. No to ten jeszcze raz, a Darek
      swoje - zasłonięcie, ramię, biodro, "Rataj" na ziemi. "Dziekan" miał mnóstwo
      wyćwiczonych, piłkarskich ruchów. Wszyscy się cieszyliśmy, że do nas dołączył.
      Tylko, że wkrótce - na zimowym zgrupowaniu - został wyrzucony. Rano mieliśmy
      spotkanie z Markiem Polakowem-Stepanowem, wyjątkowo nielubianym działaczem. -
      Podjęliśmy decyzję, że za wybryk z nocy Dziekanowski zostanie usunięty z
      klubu, a Szczęsny dostanie dotkliwą karę finansową. Sprawa jest poważna, niech
      wszyscy mają się na baczności - powiedział. Nawet nie wiem, co oni aż tak
      strasznego zrobili. Wszyscy byliśmy zgodni w dwóch kwestiach - na pewno skoro
      byli razem, to można było ich potraktować tak samo, czyli karą finansową. No i
      gdyby jeszcze w klubie był Janusz Wójcik (a już zastąpił go Paweł Janas),
      to "Dziekana" nikt by nie wyrzucił.
      Nie wiem, jak oni wpadli? Może oknem chcieli wracać? Ja zawsze wracałem
      drzwiami, co być może było elementem zaskoczenia dla trenerów i dlatego nikt
      nigdy mnie nie wyrzucił. Maciek czuł się nieswojo - w końcu miał kolegę do
      baletów, to mu go niemal na dzień dobry wyrzucili...

    • p.suchy Odcinek 33: 16.01.03, 14:18
      W sezonie 1992/93 narodziła się Wielka Legia. W sezonie 1993/94 mieliśmy
      pokazać, że złodzieje z PZPN nie są w stanie jej zburzyć swoimi nawet
      najbardziej absurdalnymi decyzjami. Zamiast grać o Ligę Mistrzów, na sam
      początek wylądowaliśmy w strefie spadkowej - minus trzy punkty. Oczywiście
      szybko się z niej wygrzebaliśmy, ale to nie była nasza życiowa runda. Gdzieś
      jeszcze w zespole było to podłamanie, złość, która nie zawsze przekładała się
      na pozytywy. Przegraliśmy chyba dwa mecze - najpierw w Poznaniu z Lechem.

      Tam strzeliłem gola w pierwszej minucie, podobno pokazałem kibolom gest
      Kozakiewicza, choć z emocji już tego dobrze nie pamiętam. Ale pewnie tak -
      pewnie pokazałem. Lech miał naprawdę niezłych, głośnych kibiców, ale piłkarzy
      bez honoru - drużynę, która przygarnęła sobie tytuł mistrzowski, chociaż
      kompletnie na niego nie zasługiwała. Chcieli posmakować europejskich pucharów.
      No to posmakowali, ogórki. Dostali piątkę u siebie ze Spartakiem i tylko był z
      tego wstyd dla kraju. I jeszcze żądali od działaczy premii za mistrzostwo.
      Komedianci. A gdzie honor? Na premie to czekaliśmy my. Zasłużone. Podobno w
      Poznaniu, czego wtedy nie widziałem, kibice wywiesili transparent "Gratulujemy
      wicemistrzostwa". Gdybym wiedział wcześniej, to bym na mecz wyszedł z
      transparentem "Gratuluję ogórkom występu w europejskich pucharach". Nawet Adam
      Fedoruk szydził z tej ich gry z Rosjanami. Kiedy zimą przyjechali do nas Jurek
      Podbrożny i Mirek Trzeciak, to gdy tylko wysiedli z samochodu, "Fedor" głośno
      zawołał: "Oho, prijechali ogurcy! " (po rosyjsku - "przyjechały ogórki").
      Poza tą porażką, graliśmy całkiem dobrze. Jak już napisałem, wzmocnienia
      składu w postaci Fedoruka i Mandziejewicza były poważne. Dwaj doświadczeni
      piłkarze w najlepszym dla siebie okresie. "Fedor" miał charakterystyczny zwód,
      tego swojego "przekładańca", na którego jakimś cudem nabierała się cała
      Polska. Polski Denilson. Kiedyś nas tego uczył na treningu. Stanął z boku,
      podparł się na piłce i patrzył. - Ej, bo wy się jeszcze połamiecie! - śmiał
      się. - Kowal, tylko nie stawaj na chałce! Hehehe - pouczał. Chałka to po
      piłkarsku "piłka", a wykonując ten zwód, rzeczywiście o stanięcie na piłce
      było łatwo. Ja spróbowałem dwa razy i uznałem, że każdy niech robi to, co
      potrafi najlepiej. Głupio byłoby się połamać, naśladując Fedoruka. Poza tym
      jego siła tkwiła w tym, że ja, próbując tak minąć kogokolwiek, prawdopodobnie
      zaryłbym w rywala głową, bo bym patrzył na piłkę. A on patrzył się, gdzie
      chciał!
      Ja też miałem swój zwód opanowany do perfekcji - zwód na zamach. Prosty, ale
      wyjątkowo skuteczny. Coś o tym może powiedzieć Krzysiek Ratajczyk, bo na
      treningach często graliśmy na siebie. Zawsze wyglądało to identycznie. On
      podbiega, ja robię zamach, on jedzie na dupie prosto w reklamy. I zawsze zanim
      dojechał do reklam, słychać było: "Kuuuurwaaaaa, wiedziałeeeeeeeem! ". I bach.
      A po chwili znowu: "Wiedziaaaaaałeeeeem! ". No i wszyscy w śmiech.
      Przed ostatnim spotkaniem rundy mieliśmy cztery punkty straty do Górnika
      Zabrze, czyli prawie dokładnie tyle, ile na samym starcie rozgrywek -
      straciliśmy jeden. Wóz albo przewóz. Niestety, jeszcze tym razem przewóz.
      Przegraliśmy taki dziwny mecz na śniegu 2:1, w tych trudnych warunkach Maciek
      Szczęsny puścił gola prawie z czterdziestu metrów. Nikt nie miał pretensji, bo
      po co - po prostu następną rundę zaczyna w bramce Zbyszek Robakiewicz i koniec
      tematu. Nikt się nie spodziewał, że zimą dojdzie w klubie do rewolucji...
    • p.suchy Odcineki 34: 17.01.03, 12:55
      Nie samą Legią człowiek żyje, chociaż akurat wtedy ja... żyłem samą Legią.
      Warto na chwilę cofnąć się w czasie do decyzji o odebraniu nam mistrzostwa
      Polski. Wtedy to zdecydowałem, że skoro PZPN mnie okradł, to ja mu w
      wywalczeniu kasy za ewentualny awans do mistrzostw świata nie pomogę!
      Niektórzy mówili: - Kowal, przecież reprezentacja to nie PZPN, tylko wszyscy
      kibice w Polsce.

      A ja to miałem gdzieś. Dla mnie reprezentacja oznaczała wtedy PZPN, a kibice
      Legii i tak byli za mną. Powiedziałem, że jak ktoś będzie wysyłał powołania,
      to niech się nie fatyguje, bo mam ciekawsze sprawy niż mieszanie się w
      złodziejskie układy. No chyba, drodzy misie, że mi oddacie tytuł mistrzowski.
      Wtedy inaczej porozmawiamy. Zresztą, misiom też to chyba było na rękę, bo
      jeszcze mogłem się na zgrupowaniu nieodpowiedzialnie zachować i komuś
      nawrzucać. Wróciłem do reprezentacji mniej więcej po pół roku, gdy już kadra
      nie miała szans na awans, a Andrzeja Strejlaua zastąpił Lesław Śmikiewicz.
      Zagrałem mecze z Turcją i Holandią. Za wiele z nich nie pamiętam, poza tym, że
      w Turcji nie wszyscy na lotnisku wiedzieli, jak się nazywają, co mogło
      utrudniać pracę obsłudze. Mecz z Holandią w Poznaniu, przegrany 1:3, też taki
      nijaki. Bez historii. Trener Śmikiewicz był, bo był, ale już jak gdyby go nie
      było - wiedział, że jego robota jest tylko tymczasowa i nawet nie ma sensu się
      rozpakowywać.
      Na hasło "Holandia" przypominają mi się zawsze mecze rozegrane wcześniej,
      jeszcze za kadencji Strejlaua. Wtedy starsi koledzy poznali moje walory
      boiskowe i pozaboiskowe. W Rotterdamie, gdzie zremisowaliśmy 2:2, zdobyłem
      świetnego gola - po dośrodkowaniu Romka Koseckiego uderzyłem piłkę z ostrego
      kąta, w długi róg, z kozłem. To jest moja klasyka! Każdy bramkarz, który ze
      mną trenował, wie, że uwielbiam takie strzały i tam nie było mowy o przypadku.
      Stanley Menzo frunął do mnie niczym ptak, więc musiał go "nawrócić" po rogu.
      Całe szczęście, że rozstawił nogi. Ogólnie nie mam nic do Murzynów, ale moim
      zdaniem bramkarze powinni być biali. Ten nie był, więc się nadział.
      A propos bramkarzy i Murzynów. Wtedy w naszej bramce bronił Jarek Bako. Słynął
      głównie z tego, że gdy się przebierał, to w szatni panowała konsternacja. I na
      pewno większość Murzynów, patrząc na przyrodzenie Jarka, też popadłaby w
      kompleksy. Gdy Bako szedł po prysznic, to się krzyczało: - Można wejść, czy
      też Bako zajął wszystkie miejsca?! Nikt nie chciał dostać po... kolanach.
      Po meczu w Rotterdamie trener podobno powiedział dziennikarzom coś, co mnie
      zagotowało - że zasymulowałem kontuzję, bo już mi się nie chciało grać do
      końca. Otóż, panie trenerze, dziś mogę panu powiedzieć, że nie zasymulowałem.
      Inna sprawa, że i tak bym wkrótce zszedł, bo - skoro mecz był w Holandii -
      trzeba było wpuścić na boisko Włodka Smolarka. Miałem wtedy 20 lat i sobie
      myślałem: - Nieźle, dopiero co występowałem w Polonezie, a już zdążyłem trafić
      do jednego drużyny z Koseckim, Kubickim, Tarasiewiczem czy właśnie Smolarkiem!
      Jak już wspomniałem, udowodniłem także swoją wartość pozaboiskową, a było to
      po spotkaniu z Holandią w Eindhoven, kiedy nie miałem jeszcze 20 lat.
      Zremisowaliśmy 1:1, strzeliliśmy gola w ostatniej minucie i - jak to Polacy -
      w ostatniej dostaliśmy, od Dennisa Bergkampa. W hotelu przyszedł po
      mnie "Kosa" i powiedział: - Kowal, chodź, zapoznasz się ze starszyzną. Tylko
      weź całą zawartość barku!
      No to szybciutko wziąłem piwo z barku i poszedłem do wskazanego pokoju.
      - A co to ma być, Kowal?! Piwo?! Na co nam piwo?! Miała być zawartość barku,
      cała!!!
      - Dobra, zaraz wracam.
      - Wróciłem do pokoju, wziąłem co było i znowu w tę samą stronę. No teraz
      miałem, co trzeba i poznałem tajemny przepis. Jeśli ktoś organizuje imprezy,
      nie jest on zastrzeżony - bierze się całą zawartość wszystkich możliwych
      barków - cokolwiek, co tylko jest cieczą - i wlewa do wspólnego pojemnika, na
      przykład wiadra. Do tego dodaje się sok pomarańczowy i wychodzi z tego
      wyśmienity, wyjątkowo poniewierający koktajl przywołujący nieludzkiego
      kaca... - Ostre chłopaki - pomyślałem. - Chyba szybko znajdziemy wspólny
      język!
    • p.suchy Odcinek 35: 18.01.03, 14:15

      W końcu w Legii wybuchła bomba. Nasz kapitan, Leszek Pisz, któregoś zimowego
      wieczoru odebrał telefon.
      - Cześć Leszek, tu Janusz Wójcik. Słuchaj, hmm, odchodzę. Waszym trenerem
      będzie teraz Paweł Janas. Uprzedź chłopaków - mocne uderzenie na dzień dobry w
      słuchawce.

      - Zaraz, zaraz. Jak to? Gdzie pan odchodzi? Dokąd? - zapytał Leszek.

      - Słuchaj, jutro porozmawiamy. Jadę do Emiratów Arabskich. Wiesz, w Polsce
      jest jak jest, a dostałem dobrą propozycję. Kasa, misiu, kasa...

      No tak, kasa. Trener Wójcik wszystko robi na maksa. Jak kogoś lubi, to
      podwójnie. Jak kogoś nienawidzi, to też podwójnie. I pieniądze też kocha
      podwójnie. Zespół go rozumiał - odebrane mistrzostwo, zła atmosfera w PZPN
      wokół niego, wieczne pretensje. Typowe polskie bagienko. "Wujo" chciał się z
      niego wygrzebać. Następnego dnia spotkaliśmy się w klubie. Trener tłumaczył
      nam: - Panowie, jadę do bardziej cywilizowanego kraju, mam tu na myśli
      działaczy piłkarskich. No i bardzo dobrze tam płacą. Dziękuje wam za wspólną
      pracę.

      - Kowal, chodź na chwilę - zawołał mnie. - Robię małe pożegnanie. Zapraszam
      ciebie, Leszka, "Mandzię" i Robaka. Dobra? U mnie na Mokotowie, wieczorem -
      powiedział. Oczywiście nie odmówiłem, choć trochę mi było przykro, że trener
      wyjeżdżał. Pojechaliśmy we czterech. U Wójcika w mieszkaniu czekała nas mała
      nasiadówka, w odpowiednim towarzystwie - z jakimiś komendantami policji, bo
      trener wszędzie miał znajomości, oraz przede wszystkim z dwoma butelkami
      whisky. Takimi butelkami, co się nigdy nie kończą - na widełkach. Potrzeba
      kilku lub kilkunastu godzin na ujrzenie dna. Samolot Wójcika był w środku
      nocy, więc było o czym pogadać i co wypić. - Misie, ja wam mówię, że zaraz
      wracam! Wy tu mi żadnych numerów nie róbcie, bo będę kontrolował - mówił, a
      mundurowi potakiwali głowami. - On jest niemożliwy - pomyślałem, uśmiechając
      się w duchu. W końcu trzeba było przyspieszyć z tymi buteleczkami, bo zbliżał
      się termin odlotu. Gdy wybiła ostateczna godzina, wszyscy wsiedliśmy w
      samochody i pojechaliśmy pożegnać trenera na lotnisku.

      A tam - wiadomo. Obściskiwanie się, obślinianie, ostatnie... groźby. - No
      misie, pamiętajcie, że ja tu jeszcze wrócę zrobić porządek! Szykujcie się na
      kadrę, bo mam was zamiar zaraz powołać. Kowal, żebyś mi tu wstydu nie
      przynosił! Co będziecie robić z frajerami? - zapytał na Okęciu. - Jak to co?
      Opierdalać! - odpowiedziałem. Przynajmniej mu się na sam koniec miło w duszy
      zrobiło, że nie pozostawił po sobie spalonej ziemi w Warszawie. Zapamiętał
      Wojtuś wskazówki trenera! - Dobra, panowie, lecę! Pamiętajcie o
      reprezentacji! - i poszedł. Jak wiadomo, "trochę" na tę reprezentację przyszło
      mu jeszcze zaczekać. Mnie jeszcze zdążył powołać, ale "Piszczyka", "Robaka"
      i "Mandzi" już nie...

      Miałem mętlik w głowie. Z jednej strony wiedziałem, że przecież nie mogliśmy
      całe życie razem pracować. Ale z drugiej strony, coś krótko trwała ta przygoda
      z Legią. Zaledwie półtora roku. - Jest jeszcze Paweł Janas, więc w porządku.
      Będzie tak samo dobrze, jak było - pomyślałem. I potem raz na jakiś czas
      trener Janas wchodził do szatni i pozdrawiał nas od Wójcika. - Mówi, że
      widział wasz mecz i macie tak dalej golić frajerów - przekazywał. Raz chyba
      nawet "Wujo" zadzwonił do Pisza, jako kapitana. Pocztówek nie wysyłał. Myślę,
      że nigdy nie miał do tego... hmm... predyspozycji. - Misiu, szykuj się na
      kadrę, my się wkrótce spotkamy! - to zdanie chodziło mi po głowie. Może miał
      jakieś cynki?
    • p.suchy Odcinek 36: 20.01.03, 15:17
      Janusz Wójcik odszedł. No dobra, był jeszcze Paweł Janas. Ci, których "Wujo"
      tępił, jak na przykład wspomniany wcześniej Grzesiu Wędzyński, poczuli się
      mocniejsi - wreszcie uwierzyli, że mogą zacząć grać. Na dobre odżyła
      rywalizacja w drużynie, choć i wcześniej była, a w dodatku doszedł do nas
      Jurek Podbrożny z Lecha. O tym, jak jego i Mirka Trzeciaka powitał Adam "Cięty
      język" Fedoruk, już pisałem. W końcu tak się jakoś złożyło, że Mirek u nas nie
      został. Do dziś nie wiem, dlaczego. Niektórzy twierdzą, że drużyna go nie
      lubiła, ale to nieprawda. Przecież Mirek to taka sympatyczna gaduła, która co
      drugie zdanie zaczynała od: "A może opowiem wam dowcip? ".

      Przykro Mi się robi jak muszę zacytować słowa z internetowej strony PS:
      WIĘCEJ ZNAJDZIESZ W KIOSKU

      Dlatego iż w tm momencie kończy się lektura.
      Pozdrawiam.

    • p.suchy Odcinek 36 - w całości: 20.01.03, 23:43
      Janusz Wójcik odszedł. No dobra, był jeszcze Paweł Janas. Ci, których "Wujo"
      tępił, jak na przykład wspomniany wcześniej Grzesiu Wędzyński, poczuli się
      mocniejsi - wreszcie uwierzyli, że mogą zacząć grać. Na dobre odżyła
      rywalizacja w drużynie, choć i wcześniej była, a w dodatku doszedł do nas
      Jurek Podbrożny z Lecha. O tym, jak jego i Mirka Trzeciaka powitał Adam "Cięty
      język" Fedoruk, już pisałem. W końcu tak się jakoś złożyło, że Mirek u nas nie
      został. Do dziś nie wiem, dlaczego. Niektórzy twierdzą, że drużyna go nie
      lubiła, ale to nieprawda. Przecież Mirek to taka sympatyczna gaduła, która co
      drugie zdanie zaczynała od: "A może opowiem wam dowcip? ".

      To bardziej "Guma" Podbrożny był tym, który miał kłopoty z aklimatyzacją.
      Wiadomo, że jeśli ktoś nie jest dostatecznie odważny aby samemu wykonać
      pierwszy krok, a nie ma "przewodnika" to raczej będzie miał problemy, aby się
      stać duszą towarzystwa. Jurek zawsze wolał usiąść z boku, jak typowy mruk. Ze
      względu na wiek, wiele osób sądzi, że trzymał on się głównie z
      grupą "rządzącą" ekipą Legii, czyli ze mną, Leszkiem Piszem czy Zbyszkiem
      Robakiewiczem. A to nieprawda. "Guma" wolał szukać towarzystwa wśród Piotrka
      Mosóra czy Marcina Jałochy. A z Mosórem to im tak jakoś do dzisiaj zostało...
      Podbrożny miał jeszcze jedną wadę - nie lubił piwa, tylko od razu przechodził
      do poważniejszych trunków. Kiedy my zaczynaliśmy spożywanie alkoholu, to on
      już miał kaca. A jak my mieliśmy kaca, to on już chciał grać mecz. Zawsze był
      ten jeden krok przed nami i chyba do końca życia będzie stawiał "białą" ponad
      piwem.

      I jak tu nawiązać nić porozumienia? Ale "Guma" nie izolował się od nas, często
      chodził z nami posiedzieć, tyle tylko, że zazwyczaj siedział i nic nie mówił.
      Kiepski z niego imprezowicz. Nikt pretensji nie miał, bo chociaż na boisku nie
      zostawał w tyle - co tu dużo mówić, Jurek jest zawodnikiem wielkiej klasy,
      wybitnym. Wiedzieliśmy jedno - może specjalnego wzmocnienia pod względem
      rozrywkowym nie stanowił, ale w grze nam się przydał i to bardzo. Mnie na tym
      szczególnie zależało, bo przecież miałem grać z Jurkiem w duecie.

      Zimą wyjechaliśmy na obóz do Włoch. Chyba nikt do końca życia nie wyjawi, kto
      ten obóz zorganizował, ale za takie rzeczy powinno się trafiać do pierdla.
      Wylądowaliśmy w jakiejś wsi na południu, po dwudniowej jeździe autokarem.
      Wysiedliśmy w śniegu, hotel jeszcze nie w pełni oddany do użytku i bez czynnej
      stołówki. Nic tylko przygotowywać się do walki o mistrzostwo Polski. To całe
      zgrupowanie byłoby nieprawdopodobnie mdłe, gdyby nie Julek Kruszankin, a
      raczej jego żona i to co wyprawiali razem dziewięć miesięcy wcześniej.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka