kicior99
01.06.11, 17:11
To nie jest wątek prowokacyjny (jaka szkoda, że niektóre wątki trzeba zaczynać w taki sposób). Do Jeżycjady podchodziłem kilka razy, zacząłem w latach 80. męcząc Kwiat kalafiora. Później były jeszcze ze dwie książki, których nawet nie pomnę tytułów i Noelka przeczytana w ramach przygotowań do dziennikarskiej obsługi wigilii na Kapinierze. I kompletna porażka, mimo, że literaturę młodzieżową zawsze lubiłem i lubię do dziś, na Jeżycach mieszkałem, a z p. MM rozmawiałem kilkakrotnie i zawsze miałem bardzo pozytywne wrażenia. Ale każde podejście do Jeżycjady kończy się klęską. Nie czułem bohaterów, nie czułem miejsca, mimo że Poznań jest też moim miastem (no jednym z dwóch, w takiej samej części duszy jestem wrocławianinem). Czy zatem potrzebny jest jakiś specjalny klucz, by rozumieć te książki? Specjalny rodzaj wrażliwości? Czy po prostu jestem jeżyckim Mugolem i po prostu się nie kwalifikuję? Pozdrawiam.