Dodaj do ulubionych

Czasy się zmieniły albo co...

14.12.12, 15:14
Czasy się zmieniły albo co...bo coraz większe przygnębienie czuję na myśl o życiu mieszkaniowo-rodzinnym Borejków. Pewnie już było fyfset razy o tym, ale cóż...przygnębiło mnie i trzyma.

No bo jak? Jedna łazienka i tyla luda? Nie myli się, nie siusiali, czy myli się i siusiali wedle grafika? Jedni drugich wypukiwali z kibla, jak ich przycisnęło? Ile razy można wstrzymywać, no pardon...nerwicy się idzie nabawić. Jak u nich wyglądają poranki, kiedy wszyscy (albo większość) się spieszą??? Myją się co trzeci dzień czy jak? Czy pierwszy wstaje dwie godziny przed wyjściem?

Najmniejsza komórka rodzinna w jednym pokoju z dziecięciem? Jeden pokój mieszczący sypialnię, gabinet do pracy, dziecięcy i dzienny? A gdzie hm...intymność? Gdzie dziecię przyjmuje kolegów z podwórka czy ze szkoły? Tatuś lub mamcia przy kompie lub grzebiący w ważnych papierach (mama przygotowuje się do habilitacji), a dziecię z kumplami grandzą (a chyba powinni grandzić, jak to dzieci)? A jak kto chory jest, to reszta co?

Gdzie starzy Boreje i inni przyjmują SWOICH (nie-wspólnych z innymi członkami rodziny) gości? Znaczy: Mila psiapsióły, którym się sypie małżeństwo i przyszły pochlipać, a Borej kumpli na brydża- (czy odwrotnie). Nie mają tych kumpli i psiapsiół (pytanie retoryczne)? Podobnie Gabrysia czy Grześ?

Jedna kuchnia na tyla luda? A jak ktoś ma szczególny apetyt na kapuchę, a inny na pierogi? Toć się idzie pozabijać od samych zapachów, stracić apetyt na ament.

Gabriela sypiająca na materacu w jednym pokoju z córeczkami. światło trzeba gasić na dzwonek, muzyki się nie posłucha, tv nie obejrzy (tak, wiem, za niska rozrywka, ano ale jakiś anormalny tez im się mógł urodzić, który chciałby tv, i co wtedy?)

Ida i Marek walczący o minimum intymności (wiem, wiem- było). Nie urządzają późnowieczornych czy nocnych nasiadówek ze znajomymi? No bo gdzie? Starsi państwo, co to już śpią. Albo dzieci (cudze) obok w pokoju obok).
To nie życie, kurna, to wegetacja. To jakis kurnik, gdzie gaszą światło o 19.

Fajna mi rodzinka, co to jej na myśl nie przyjdzie, że człowiekowi potrzeba czegoś więcej do życia, niż mityczne "rodzinne skrzydełka"- w ciasnocie i reżimie (bo bez reżimu się chyba pozabijają albo powariują).
Wstręt poczułam na sama myśl o takiej egzystencji. Oni są jednak nienormalni.
Tak mi się zebrało.
I teraz pytam: czy to inne czasy, inne standardy, czy jednak- coś tu nie gra? Oni są chyba z XIX w. z głębokiej wsi, gdzie śpią całą rodzina na zapiecku, albo wprost ze stada, gdzie zwierzaki pokotem śpią obok siebie i mieszkają w jednej jamie.
Wołami by mnie na to Roosevelta 5 nie zaciągnęli, brrr.

[A na koniec dodam, że dranie choinki zabijają, a mnie żal tych hektarów ścinanych corocznie choinkę dla kaprysu bezmyślnych ludzi- tak mi się ulało do kompletu, hehe. Dobrze, że choć jedną choinkę na tyla luda- zawsze coś, jedno dobre z tego kołchozu wychodzi (w miarę dobre, bo jednak zabijają). ]

Nie ma we mnie rozumienia tej sytuacji ani wyrozumiałości dla Borejków, no nie ma...


Obserwuj wątek
    • verdana Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 16:28
      Akurat choinki są z plantacji, czesto pod liniami wysokiego napięcia i ich zasadzanie, a potem ścinanie jest jak najbardziej ekologicznie w porzadku.
      • emae Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 16:32
        A sztuczna, plastikowa choinka jest już trochę mniej ekologicznie w porządku ;)
        • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 17:22
          > A sztuczna, plastikowa choinka jest już trochę mniej ekologicznie w porządku ;)

          Jak dla mnie, to żadna nie jest w porządku. No, ale ja z tych, co to gadżetów świątecznych "nie uprawia"- i nie chodzi tylko o święta BN. Znicze, bombki, srombki, paczuszki, świeczuszki- wszystko badziewie, bo tony jednorazowych śmieci...
          A ścinanie żywych drzewek dla jednorazowych akcji to mną wstrząsa, no tak mam. I owszem, jak ktoś "nie uprawia" tego oszalałego zwyczaju, to punktuje u mnie. Trochę takich ludzi na szczęście jest :) Ba, powiem, że przybywa ich z roku na rok.

          Pod tymi trakcjami (to do Verdany) nie mogłyby rosnąć sobie latami? Mogłyby.
          • berek_76 Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 17:43
            OT

            > Pod tymi trakcjami (to do Verdany) nie mogłyby rosnąć sobie latami? Mogłyby.

            Szczerze? Nie, nie mogłyby. gdyby nie choinki, to posadzonoby tam co innego. Albo wybudowano. Ekonomia, taka jej mać.
            To tak jak z króliczkami, krowkami i czym tam jeszcze domowym - zyją tylko dl;atego, że je potem zjadamy. Tylko dlatego są hodowane. Szkółka choinkowa pod trakcją to nie jest ziemia niczyja i tak czy owak nie będzie stałą odłogiem. Choinkom pozwoli się tam rosnąć tylko tak długo, jak długo będą towarem.
            Czasem mnie to jeszcze wkurza, ale potem mi mija i myslę sobie, że w sumie lepiej, że jednak przynajmniej przez jakiś czas sobie rosną, a potem przynajmniej ktoś tam posadzi nowe. Że nikt, aby mieć choinki, nie wycina lasów naturalnych, tylko plantacje. Że jednak wbrew pozorom cykliczna uprawa choinek na okreslonych gruntach jest mniej szkodliwa przyrodniczo niż masowe wytwarzanie sztucznych, ale też efekty ma milsze niż całkowity ich brak, bo to jednak dodaje barwy świętom :)
            A to, że najfajniej by było, gdyby wszystko mogło sobie bujac na wolności i żyć jak chce... Romangtyczne, ale nierealistyczne. Trudno.

            -----------------------
            Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

            You've got to kick a little
            • kkokos Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 18:06
              nie wiem, berek, co z tym forum, ale jak ja pisałam swoją odpowiedź, ba, jak napisałam, powiesiłam i znów weszłam w wątek, to twojej odpowiedzi nie było :):)
            • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 18:35
              > Szczerze? Nie, nie mogłyby. gdyby nie choinki, to posadzonoby tam co innego. Al
              > bo wybudowano. Ekonomia, taka jej mać.

              Wolałabym, by tam rosło coś bardziej sensownego, niż choinki ścinane dla czyjegoś kaprysu. Jakaś pszenica czy len czy co tam innego pożytecznego. Albo drzewa na meble- meble jednak stoją latami.
              • berek_76 Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 19:27
                > Wolałabym, by tam rosło coś bardziej sensownego, niż choinki ścinane dla czyje
                > goś kaprysu. Jakaś pszenica czy len czy co tam innego pożytecznego.

                Pod trakcja nie sadzi się rzeczy jadalnych, ponieważ przenikałyby do nich metale ciężkie.

                Albo drzewa
                > na meble- meble jednak stoją latami.

                Drzewa na meble musza być na tyle wysokie, że pod trakcją nie ma mowy. Choinki zazwyczaj nie mają więcej niż 2-2,5 m.
                Zostawiać tam łysą ziemię? Kwiatki dla ozdoby siać? A kto za to zapłaci?
                No niestety, taka jest rzeczywistość.

                -----------------------
                Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                You've got to kick a little
                • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 20:31
                  No chociażby te kwiatki. Tartak zrobić...pewnie coś by się znalazło, zamiast tych choinek. Gdyby nie ten głupi (mym zdaniem głupi ;) )popyt na nie.
                  A jeśli by się nie znalazło, to i tak nie zmienia to istoty rzeczy. Uśmiercają drzewka dla jednorazowego kaprysu. Dziwne to mi się wydaje. I smutne.
                  Nie każdy zarobek dobry, cel nie uświęca środków itd.
                  • paszczakowna1 Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 21:15
                    > A jeśli by się nie znalazło, to i tak nie zmienia to istoty rzeczy. Uśmiercają
                    > drzewka dla jednorazowego kaprysu. Dziwne to mi się wydaje. I smutne.
                    > Nie każdy zarobek dobry, cel nie uświęca środków itd.

                    Kwiaty cięte też cię tak rozczulają, czy tylko choinki?
                    • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 22:56
                      Kwiaty też.
                      Ale drzewa bardziej, jakoś- dłużej rosną?
                      A już drzewa ścinane na okoliczność chrześcijańską (powiedzmy, upraszczając) dotykają jeszcze bardziej.
                      • paszczakowna1 Re: Czasy się zmieniły albo co... 16.12.12, 17:50
                        > Ale drzewa bardziej, jakoś- dłużej rosną?

                        A jak drzewo idzie na opał do kominka? Też chwilowy kaprys, w końcu można grzać gazem albo drewnem.

                        > A już drzewa ścinane na okoliczność chrześcijańską (powiedzmy, upraszczając) do
                        > tykają jeszcze bardziej.

                        A co ma do tego chrześcijaństwo? Choinki na Nowy Rok w ZSRR były lepsze czy gorsze?
                  • berek_76 Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 21:16
                    > No chociażby te kwiatki.
                    Ale to ponawiam pytanie: za co? Bo jeśli ktos ma grunt pod trakcją, to go coś ten grunt kosztował i pewnie delikwent chcialby mieć z niego jakis zysk.


                    > Tartak zrobić...pewnie coś by się znalazło,

                    Ile??? Tych tartaków, znaczy? Przecież choinki się zadzi na hektarach, a ile zajmie tartak? I co w nim ciąć, skoro wycinanie drzewek jest zUe?
                    poza tym, sorry, ale drzewka, nawet jesli je potem wytniemy, spełniaja korzystną ekologicznie rolę - maja dobry wpływ na powietrze, stosunki wodne, cos tam w nich sobie mieszka, pod nimi ryje... Naprawdę lepiej byłoby to zabudować?

                    > Uśmiercają
                    > drzewka dla jednorazowego kaprysu. Dziwne to mi się wydaje. I smutne.
                    > Nie każdy zarobek dobry, cel nie uświęca środków itd.
                    Nie no, przepraszam, ja jednak nie pojmuję. A co tym drzewkom za problem, skoro gdyby nie popyt na choinki, w ogóle by nie istniały? Zostały powołane dla kaprysu i dla kaprysu wycięte, ale gdyby nie ten kaprys, nie byłoby ich i tyle.
                    Nie cierpia, bólu nie czują, to czy umrą, jest im szczerze obojętne. De facto dla nikogo, włącznie z nimi samymi nie jest to strata. Muszą być chyba jakieś granice antropomorfizacji i ja ją widzę tutaj.
                    Rozumiałabym, gdyby:
                    - dla kaprysu wycinano naturalne lasy - bo jest ich i tak coraz mniej;
                    - gdyby wycinana choinka wiła się w mękach;
                    - gdyby na miejscu choinek można zrobić coś niesłychanie pożytecznego, a choinki zajmowały miejsce;
                    - gdyby to robiło komukolwiek krzywdę.
                    A tak to nie pojmuje, o co kaman :)
                    -----------------------
                    Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                    You've got to kick a little
                    • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 23:21
                      > Ale to ponawiam pytanie: za co?
                      Wszystko musi być przeliczalne? Hm...

                      > Ile??? Tych tartaków, znaczy?
                      Tartak był tylko przykładem. I nie wszystkie choinki rosną pod trakcjami. Nie o to chodzi, gdzie rosną.

                      > (...) skoro wycinanie drzewek jest zUe?
                      Nie napisałam, ze każde wycinanie drzew jest złe. Chodzi o TO wycinanie drzew. Dla jednorazowego kaprysu (drugi raz to podkreślam). Mebel z drewna służy latami, jest funkcjonalny, widzę sensowność robienia mebli z drewna. Ale ściąć, by za miesiąc wyrzucić? I tak wyrzucać corocznie hektary drzew?

                      > Nie no, przepraszam, ja jednak nie pojmuję.
                      Nic na to nie poradzę.

                      > Nie cierpia, bólu nie czują, to czy umrą, jest im szczerze obojętne.
                      To jest właśnie antropomorfizacja (mówiąc Twoim językiem). Co my wiemy tak naprawdę o tym? Zatem, ostrożnie z ta antropomorfizacją, bo może wrócić..
                      > A tak to nie pojmuje, o co kaman :)
                      Chodzi o kaprys i bezsens tego kaprysu (z mojego punktu widzenia). Niefunkcjonalność. Coś jak produkowanie nadmiaru śmieci, hektary zniczy wywalonych w błoto, wesele (czy suknia ślubna): wszystko "na raz" - za gigantyczną kasę- bezsens.
                      Jak jeszcze obchodziłam święta BN, to ubierałam jakiś kwiat domowy: fikusa, bluszcz, co tam w domu rosło w doniczce.
                      Taki rodzaj wrażliwości na bezsensowny nadmiar :-)

                      • berek_76 Re: Czasy się zmieniły albo co... 15.12.12, 09:14
                        > To jest właśnie antropomorfizacja (mówiąc Twoim językiem). Co my wiemy tak napr
                        > awdę o tym? Zatem, ostrożnie z ta antropomorfizacją, bo może wrócić..

                        Nabakier, no wybacz, ale o naturze bólu i cierpienia wiemy całkiem sporo. To znaczy nie wiem, może Ty nie wiesz, ale ja wiem. studiowałam to nawet :) Ból to okreslone doznanie, powstające w wyniku okreslonych procesów zachodzących w układzi nerwowym. Nie ma układu nerwowego -nie ma bólu.
                        Chyba, że mamy inny słownik i inaczej rozumiemy słowo antropomorfizacja. Ale mój twierdzi, że to przypisywanie istotom nieludzkim ludzkich cech. No więc ja właśnie NIE przypisuję. Wiem sporo o tym, co, jak i czym czują zwierzęta (w tym ludzie) i nieco mniej, ale też sporo, o tym, co dzieje się w roślinach. I bólu to one nie czują.
                        A ponieważ cierpienie jest funckją bardziej skomplikowana niż ból, wymaga rónwież lepiej rozwiniętego układu nerwowego. ktorego rosliny nie mają w ogóle.
                        Owszem, reaguja na bodźce, więc możemy to nazwać odczuwaniem czegoś. Ale z pewnością nie jest to ani ból, ani cierpienie tak, jak to definiujemy w przypadku zwierząt.
                        I to akurat WIADOMO. To nie jest opinia.

                        -----------------------
                        Berek, mama Żaby (11.06.2002) i Dasi (19.03.2005)

                        You've got to kick a little
                        • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 15.12.12, 10:47
                          coś tam studiowałam, a nawet studiuję :-) I śmiem twierdzić, że o roślinach i ich odczuwaniu to my wiemy niewiele. Tyle, że wnioski z tej niewiedzy wyciągam inne, niż Ty.

                          Tak, problem językowy niewątpliwie istnieje.

                          • guineapigs Re: Czasy się zmieniły albo co... 16.12.12, 16:27
                            O, o temacie CZUCIE ROSLIN to moja Babcia Swietej Pamieci moglaby gadac a gadac. Szczegolnie u paprotek.
                            Otoz ona gadala do nich, nazywala je, miala do kazdej wlasna opracowana metode podlewania itp. Puszczala im muzyke, zamykala okna jak bylo im zimno i otwierala, jak sie pocily.
                            Ja mam teraz kilka roslinek w doniczkach i wiem, ktore sie lubia a ktore nie za bardzo - jedna roslinka swietnie rosnie jak konkretna druga stoi obok, a jak ustawie inaczej - to juz nie tak ladnie rosna.
                            Ponadto czytalam, ze rosliny w jakis sposob sie porozumiewaja - wypuszczaja jakies fluidy czy cos, w ktorych zawieraja pewne informacje ktore docieraja do receptorow innych roslin i sa rozumiane jako np. NIEBEZPIECZENSTWO.
                            Czlowiek a i wiele innych zwierzat jest w stanie zdefiniowac sygnal a nawet okazac konkretna reakcje. Maja bowiem wielka mozliwosc okazywania reakcji. O czlowieku nie wspomne, bo to i w mowie, i w pismie, i w prawie, i przede wszystkim czlowiek rozwinal nauke zwana psychologia (psychiatria, seksuologia - czyli nawet NAUKE po to, by opisywala emocje, wrazenia itp)
                            Zwierzeta stworzyly wachlarz widocznych reakcji. Powiem o koniach. Kopanie sie, wzajemne czochranie sie, tzw. ears back, podnoszenie ogona, odchodzenie od grupy, gryzienie., 'odganianie' innych osobnikow ruchami szyi i czaszki.
                            A propos mojego nicka - swinki morskie nie maja fizycznie takich mozliwosci, one tylko moga albo od razu gryzs niechcianych, odganiac ich od jedzenia, albo ich ze tak powiem podporzadkowac seksualnie (tzn. samiec odwazniejszy naskakuje tego mniej odwaznego ale za to to on ten odwazniejszy podejmuje ryzyko walki z wrogiem).
                            Nie jest tak, ze tylko czlowiek rozumie uczucia - inne zwierzeta czy nawet rosliy tez czuja, tyle ze nie wytworzylu moze takiego wychlarza wyrazen uczuc. O czywiscie mozna postawic rownanie MNOGOSC EMOCJI = MNOGOSC WYRAZANIA, ale nie mozna powiedziec: jak nie ma takiego ukladu nerwowego jak u czlowieka to nie ma odczuc/uczuc.
                      • hamerykanka Re: Czasy się zmieniły albo co... 16.12.12, 19:15
                        >Nie napisałam, ze każde wycinanie drzew jest złe. Chodzi o TO wycinanie drzew. Dla jednorazowego kaprysu (drugi raz to podkreślam). Mebel z drewna służy latami, jest funkcjonalny, widzę sensowność robienia mebli z drewna. Ale ściąć, by za miesiąc wyrzucić? I tak wyrzucać corocznie hektary drzew?<

                        Ja tez tego nie lubie, stad kupujemy zawsze drzewka w donicach, zeby po swietach moc wysadzic je do gruntu.
                        Ale w sumie nie o tym chcialam. U nas tzn w Amarillo, TX, takie sciete i wychniete drzewka poswiateczne trafiaja na miejskie wysypisko odpadow zielonych, podobnie jak sciete konary, trawa itp. To wszystko miasto przerabia na sciolke, ktora mozna sobie za darmo wziac-reszte zuzywa miasto do parkow itp. bo niestety przy naszym klimacie drzewka trzeba sciolkowac na grubo (duze parowanie, suche powietrze, wysokie temp). Dzieki temu w naszym kawale ogrodu, ktory byl wyschnieta preria, ziemia poprawila sie na tyle, ze mam mnostwo dzdzownic-kiedy na poczatku nie bylo ich wcale.
                        I taki recycling popieram:).
                        • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 16.12.12, 19:47
                          Dobre choć to, ten recykling :-) Żeby tak u nas <marzy głośno>
              • klawiatura_zablokowana Re: Czasy się zmieniły albo co... 21.12.12, 02:28
                > Albo drzewa
                > na meble- meble jednak stoją latami.

                Ja nie chcę zaogniać eko tematu, ale sztuczna choinka o tyle jest bardziej słuszna, że też stoi latami. I jeśli już ktoś musi mieć choinkę, to osobiście popieram kupno sztucznej, a żywa w donicy i potem wsadzenie do gruntu nie u każdego jest realną opcją, powiedziałabym nawet, że u większości nie jest.

                Ale też mam tego zajoba, że żywa choinka co roku mnie jednak razi jako brak wrażliwości ekologicznej. Podobnie jak palenie świateł we wszystkich pomieszczeniach. Chodzę ludziom po pokojach i gaszę, jak jestem u kogoś :P Borejków bym chyba zamęczyła...
                • kopiec_esmeralda Re: Czasy się zmieniły albo co... 21.12.12, 07:28
                  Podobnie jak palenie świateł we wszystkich pomieszczenia
                  > ch. Chodzę ludziom po pokojach i gaszę, jak jestem u kogoś :P


                  Naprawdę?
                  Niezbyt sobie wyobrażam gościa, który chodzi mi po domu gasząc światła (zamykając/otwierając okna, podlewając kwiatki i grzebiąc w szufladach). Ale może w mojej wyobraźni nie wszystko się mieści...
                  PS. Choinkę mamy za oknem, na niej wieszamy kilka błyskotek, słoninę dla sikorek i dwa karmniki, żywe ptaszki są najładniejszą, wg mnie, ozdobą żywej choinki :) W domu wystarczy gałązka z sosny, jeśli w ogóle.
                  • klawiatura_zablokowana Re: Czasy się zmieniły albo co... 22.12.12, 18:27
                    Tak, naprawdę.

                    Jakoś nie widzę znaku równości pomiędzy grzebaniem w szufladzie z gaciami a zgaszeniem światła w nieużywanym pomieszczeniu, więc nie rozumiem stawiania tych czynności w jednym szeregu?
                    • kopiec_esmeralda Re: Czasy się zmieniły albo co... 22.12.12, 19:27
                      Jedno i drugie jest szarogęszeniem się w cudzym domu. Nie wiem, z jakiego powodu ktoś (gość) miałby decydować u mnie w domu, gdzie mam świecić światło. Takie samo prawo do chodzenia ludziom po pokojach i gaszenia, jak jest u kogoś ma do grzebania w dowolnej szufladzie i decydowania, w której mam trzymać majtki, a w której paszporty lub sztućce - bo wg niego jest tak lepiej/oszczędniej (dla miejsca), wygodniej, czy cokolwiek.
                      Napisałaś:
                      Chodzę ludziom po pokojach i gaszę, jak jestem u kogoś :P
                      No więc takie zachowanie uważam za szarogęszenie się w cudzym domu, całkiem nieuprawnione, podobnie, jak z szufladami.
                      • klawiatura_zablokowana Re: Czasy się zmieniły albo co... 22.12.12, 21:08
                        Nie decyduję za kogoś, gdzie ma palić światło. Gaszę, jeśli gospodarz ewidentnie zapomniał o tym wychodząc z pokoju. Jeśli mi ktoś powie "zostaw, tutaj ma się palić", to przecież się nie kłócę ;)
                        • kopiec_esmeralda Re: Czasy się zmieniły albo co... 23.12.12, 07:09
                          Nie decyduję za kogoś, gdzie ma palić światło. Gaszę, jeśli gospodarz ewidentni
                          > e zapomniał o tym wychodząc z pokoju

                          No, chyba, że tak :) Bo ze zdania Chodzę ludziom po pokojach i gaszę, jak jestem u kogoś :P wywnioskowałam, że inaczej to się odbywa.
                          • klawiatura_zablokowana Re: Czasy się zmieniły albo co... 23.12.12, 23:41
                            Niektórzy, o zgrozo, nawet dziękuję za zgaszenie światła, nie muszą się sam wracać ;)
          • kkokos Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 17:47
            > Pod tymi trakcjami (to do Verdany) nie mogłyby rosnąć sobie latami? Mogłyby.

            jam nie verdana, ale odpowiem, i to brutalnie: nie mogłyby. wtedy w ogóle nie byłyby zasadzone. te choinki są sadzone dla pieniędzy (o, nawet da się to zaśpiewać), więc gdyby finałem nie miałoby być ścięcie i zarobienie, pewnie rosłoby co innego albo i leżałby nieużytek, zbierający tylko unijną dopłatę do nieużytków.
    • kkokos Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 17:53
      > Czasy się zmieniły albo co...

      no więc nie, nie albo co, tylko czasy się zmieniły.
      w latach 70. coś, co dziś dla nas jest nie do przyjęcia (15 osób pod jednym niedużym dachem z jedną łazienką), wtedy było ok. ok była także pani szczepańska, czyli sublokatorka - a nawet kilkoro sublokatorów i wspólny dla nich kibelek. gdy te książki powstawały, taka była rzeczywistość dookoła.

      inaczej się też trochę żyło, częściej imprezowało po domach z dziećmi śpiącymi w drugim pokoju, nie było mowy o jednoczesnym apetycie rodziny na makaron z truskawkami i kapustę, bo w sklepie do dostania był albo makaron, albo kapusta. pożycie małżeńskie z teściami za ścianą było powszechne, bo się nie było dokąd wyprowadzić - a i dziś, jak wejdziesz na ematkę, to zobaczysz, że wspólne mieszkanie jest całkiem częste. i niekoniecznie zawsze z osobnym wejściem, kuchnią i łazienką.
      pani MM młodość przeżyła w takim okresie i jej to nie razi.
      • soova Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 17:56
        A to i wąteczek na okoliczność: forum.gazeta.pl/forum/w,25788,139849927,,Mieszkania_i_domy.html?v=2
        • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 14.12.12, 18:51
          A dzięki, dobra kobieto :-)
          No właśnie o to mi chodzi, że czasy się zmieniły, albo co innego, albo jedno i drugie :D Chyba to ostatnie. Bo w pierwszych tomach, to jasne- było akuratnie względem tych czasów. Ale Borejków przybywa i przybywa i żyją coraz mniej akuratnie do zmieniających się przecież czasów. No i mnie się jakoś na to fochnęło :-) (Wiem, że z opóźnieniem, boście to już obgadały, ale co robić). Wyobraziłam sobie tę ich łazienkę, no koszmar, nas jest troje na jedną łazienkę i już świra rano dostaję,...wieczorem to samo, chcę się popluskać nastrojowo i nasennie, a tu mnie wyganiają. A jak by nas było siedmioro??? Łomatko.
    • kajaanna Re: Czasy się zmieniły albo co... 15.12.12, 20:12
      Początek "Żaby" opisuje poranne czynności Hildegardy.
      Dawno-dawno temu, pożyczoną z biblioteki Żabę czytałam, więc nie przytoczę fragmentu, ale H. wstaje bladym świtem, żeby się wykąpać i namaścić ciało balsamami, odżywkami i innymi konserwantami.
      A ona mieszkała tylko z rodzicami i dwoma braćmi. Zaledwie pięcioro ich było na jedną łazienkę.
      • pampelune Re: Czasy się zmieniły albo co... 16.12.12, 13:49
        No to teraz Borejków głównych też będzie pięcioro na jedną łwzienkę. Dopóki przynajmniej Mcdusia się nie ożeni z Ignackiem i nie zamieszka z nimi.
        • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 16.12.12, 19:48
          No i to jest dziwne, że pani MM tego nie widzi. Zatrzymała się w czasie.
        • rybabezroweru Re: Czasy się zmieniły albo co... 19.12.12, 12:31
          Normalnie to Ignaś , Laura i Pyza powinni jako dorośli dążyć do mieszkania w domach z trzema łazienkami ( z życia wzięte - znajoma wychowywana w "kołchozie" ma teraz męża dwoje dzieci i dom z 5 pokojami plus livingiem i do tego 3 łazienki)
    • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 20.12.12, 13:43
      No czy Marks nie miał racji z tym, że kształtuje świadomość? ;-) I to jak ją kształtuje! Aż tak, że możemy sami siebie niejako przestać rozumieć- tych, którzy żyli w przeszłości z jedną łazienką na całą (liczną) rodzinę? Aż tak.
      Nie na darmo poważnym problem jest prezentyzm, czyli odczytywanie historii bez rozumienia mentalności stojącej za tą historią.
      Ot, taka refleksja (także) do siebie samej.
      • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 20.12.12, 13:44
        ...BYT kształtuje świadomość (wypadło, pardon)
        • verdana Re: Czasy się zmieniły albo co... 20.12.12, 18:14
          Zaręczam, ze nadal bardzo wiele młodych ludzi mieszka kątem u rodziny, a łazienka jest jedna. Mam jakieś takie skojarzenia z niejaką Maria Antoniną.
          • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 21.12.12, 12:53
            Och, nie wątpię. My też mamy tylko jedną łazienkę (trójka+pies). I cierpimy bohatersko ;-) Z akcentem na cierpimy. A jak mieszkałam z rodzicami i bratem, i też przy jednej łazience, to nie cierpiałam. Rodzice chyba też nie, przynajmniej takie sprawiali wrażenie. Nigdy ich o to nie pytałam, ojca już nie zapytam, ale mamę mogę. O to cierpienie chyba chodzi.
            No i chyba dzisiaj dziwią hotele z łazienkami na korytarzu, nieprawdaż? Coś się, Pani Dziejko, zmieniło.
            • verdana Re: Czasy się zmieniły albo co... 21.12.12, 16:16
              A tak, z tym się zgodzę, jeśli chodzi o to, ze my WIDZIMY, ze mieszkamy w warunkach, cóż, podnormatywnych:) W tym wypadku masz rację - mieszkanie "na kupe" sie zdarza, ale jest jednak postrzegane jako brak luksusu (dodatkowa łazienka), czy normalnych warunków życia (cała rodzina w jednym pokoju), a nie radośnie akceptowane.
              Ale jak mieszkałam z dwojgiem dzieci w kawalerce, to cierpiałam okrutnie. Teraz mieszkamy w trójkę w trzech pokojach z lazienką i czujemy sie luksusowo, bo kiedyś mieszkaliśmy w piatkę. No i luksusowo mamy inne pory wstawania i kładzenia sie.
              • klawiatura_zablokowana Re: Czasy się zmieniły albo co... 22.12.12, 18:31
                Ja to ujmę inaczej.

                Wychowałam się w przestronnym mieszkaniu w kamienicy, ale obecnie mini mieszkanko w bloku postrzegam jako luksus. Dlaczego? Bo mieszkam w nim sama z mężem. Naprawdę wolimy sami na 40 metrach niż z rodzicami/teściami na 100 albo w piętrowym domu. Tu nie tylko chodzi o metraż czy liczbę łazienek. Dla wielu ludzi wolnością może być nawet wynajęcie pokoju na stancji.
                • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 22.12.12, 21:08
                  Dla mnie to też jest prawda, i to z tych fundamentalnych.
    • vi_san Re: Czasy się zmieniły albo co... 23.12.12, 12:44
      Jak dla mnie najgłupsze w tym kołhozie jest nie to, że mieszkają wszyscy na kupie, a co innego. Gdyby mieszkali na kupie, bo nie ma możliwości - ok, zrozumiałabym. Znam osobiście rodzinę, która zajmuje jedno mieszkanie blokowe czteropokojowe [jedna kuchnia, jedna łazienka, jedno WC]: starsza pani niepełnosprawna ruchowo [wózek] + jej mąż ociemniały, ich córka + jej mąż [oboje pracownicy tzw umysłowi], oraz ich troje dzieci: cóka z mężem, druga córka i syn. Tyle, że nikt tam nie wmawia nikomu, że tak jest super i rodzinne ciepełko, tylko po prostu wyższa konieczność. Nota bene córka [i wnuczka, już mężatka] z utęsknieniem wygląda dnia 8 lutego, kiedy to mają dostać klucze do SWOJEGO mieszkania! I to mnie przejmuje dreszczem na Roosvelta. Że tam nie tylko wmawiają, że taki żywot w ścisku jest cool, ale też że NIKOMU z mieszkańców nie przyjdzie do głowy inna możliwość! No i ten nieszczęśny szalet z resztek Naszpaństwa! To już nie mogła MM napisać, że Laura i Adam w prezencie ślubnym od teściów dostali kawałek ziemi [wydzielony z "Daglezji"] i postawili normalny domek? Wykończą na razie tylko dwa pokoje, kuchnię i łazienkę, bo po co im więcej, ale potem, z czasem "podciągną" resztę? To nie, musiał być z resztek po szklarni? No czy to ma ręce i nogi?
      Poza tym kompletnie nie wyobrażam sobie życia w takim tłoku jak an Roosvelta. Zwłaszcza, że prócz "na stałe" mieszkających starych Borejków, Gaby z Grzesiem, Pyzą, Tygryskiem i Ignasiem mieszkanie jak swoje traktuje wciąż Idusia oraz jej dzieci [Marek nie, bo śpi]. O ile rozumiem kiedyś, w latach "Kwiatu Kalafiora" czy "Szóstej Klepki" było normalne mieszkanie w ciasnocie, takie normy nam narzucano, niech będzie. Ale dziś?!?!?! Na wszyskich Bogów! Dziś to tylko kwestia ceny! A przecież Gaba i Grześ biedy nie klepią? Ta ich sytuacja finansowa jest wogóle dziwna: w KK byli zdecydowanie niezamożni, wręcz biedni - i zrozumiałe: czwórka dzieci, Mila nie pracowała, z jednej pensji na sześć osób ciężko mieć kokosy. A póżniej jakoś im się zmieniło - Ida i Marek jak lekarze MUSZĄ być dośc dobrze sytuowani [i za Boga nie pojmę czemu gnieżdżą się w suterenie!], Nutria i Robrojek mają się nieźle [on sobie całkiem całkiem radzi jako przedsiębiorca, a ona tez jakieś dochody posiada], Gaba i Grześ mają całkiem niezłe posady [o Grzesiu może mniej wiadomo, ale też biedy nie klepią], Pulpa i Florian to już wogóle kosmos - skąd mięli na zakup gospodarstwa i hodowlę koni w porzeczkach, tudziż zalesianie bezpańskich [?!] nieużytków? Skok na Bank zrobili? A i starzy Borejkowie mają się finansowo całkiem dobrze. To nie rozumiem po co ciągłe przedstawianie ich, jako "być nie mieć" i ich oburzanie na zmywarki i inne takie [wiem, że kwestia zmywarki była już wielokroć omawiana, chodzi bardziej o uogólnienie niż o sam przedmiot!]
      • yvi1 Re: Czasy się zmieniły albo co... 23.12.12, 23:49
        Ja nie moge zrozumiec tego ciaglego podkreslania ich wybitnosci,a calkowitego negowania ich zarobkow.I czemu do diaska,nie wydzielili z ciagle sie powiekszajacego "kacika" Gaby i Grzesia choc mikroskopijnej lazienki,z ubikacja,prysznicem i umywalka.Przynajmniej trzy osoby bylyby zwolnione z stania w kolejce do lazienki.A ciepelku tez by nie zaszkodzilo,moga sie nadal wszyscy kisic we wspolnej kuchni i zielobym pokoju.
        • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 24.12.12, 09:09
          Może odpływu nie było?
          • turzyca Re: Czasy się zmieniły albo co... 25.12.12, 18:55
            nabakier napisała:

            > Może odpływu nie było?

            Moglo nie byc, choc to drugie mieszkanie swoje piony kanalizacyjne powinno miec.
            Ale jak sie patrzy na plan mieszkania: musierowicz.blox.pl/2007/05/Mieszkanie-Borejkow.html to az sie prosi o remont generalny.
            • nabakier Re: Czasy się zmieniły albo co... 25.12.12, 20:59
              Własnie szukamy mieszkania dla mojej mamy, i te, co na razie znaleźlismy na Jezycach to....buueee..samie takie właśnie,

          • vi_san Re: Czasy się zmieniły albo co... 25.12.12, 20:54
            Ok, może odpływu nie było. Ale przecież [poprawcie mnie jeśli się mylę!] mieszkanie Borejków "wchłonęło" mieszkanie pani Szczepańskiej, tej wrednej sąsiadki, która "podkablowała" ESD, że niby narkotyki rozprowadzają? A skoro tak, to przecież ta sąsiadka miała własne łazienkę i kuchnię - w KK nie ma nic o wspólnym użytkowaniu tych pomieszczeń z sąsiadami! To co? Borejkowie zlikwidowali "sanitariaty" po pani Szczepańskiej tylko po to, żeby się radośnie zapisywać tydzień wcześniej do kolejki na kąpiel? To już jak zajęli kawalerkę [chociaż na dobrą sprawę mogły to być dwa pokoje] po sąsiadce - nie mogła tam zamieszkać Gabunia z przychówkiem i rozluźnić nieco zagęszczenie u rodziców? I nawet połączyć mieszkania, jak już tak nienormalna jest, że bez mamusi i tatusia żyć nie może pół godziny! Ale nie likwidować kuchni i łazienki! Albo chociaż łazienkę zostawić - gotować mogłaby nadal w kuchni mamusi, a chociaż zmniejszyć kolejkę do kibelka...
        • vi_san Re: Czasy się zmieniły albo co... 25.12.12, 21:07
          A moim zdaniem wybitność nie ma nic wspólnego ze stanem majątkowym. Czy np. Robrojek zostając dobrze prosperującym biznesmenem musiał od razu zdurnieć? Czy posiadanie porządnej forsy [nie kradzionej, a uczciwie zapracowanej] jest... Nie wiem... Wstydliwe? Złe? Ogłupiające? Drażni mnie, że nagle [mniej - więcej od "Kalamburki"] Borejkowie zrobili się całkiem zamożni, a MM uparcie podkreśla ich poglądy że "być a nie mieć", które to hasło nie znajduje potwierdzenia w treści ksiązek, poza komentarzem odautorskim.
          A rozumiesz dlaczego przez tyle lat Gaba i Grześ nie postawili ścianki działowej, żeby choć odrobinę intymności zyskać? Woleli synusia za regałem? I nie chodzi o samo życie intymne [którego Strybowie nie mają z przyczyn oczywistych], przecież czasem rodzice chcą porozmawiać, nawet posprzeczać się, niekoniecznie przeznaczając to dla uszu dziecka. Rozumiałabym, gdyby to było maleństwo, z którego NIE DA SIĘ wydzielić choćby najmniejszego pokoiku. Ale z opisu wynika, że to wcale nie maleństwo i śmiało możnaby pomyśleć. Niezorganizowanie WŁASNEJ, choćby minimalnej łazienki to dla mnie kolejny dowód na: primo - niezaradność i ograniczenie umysłowe Gaby i całej reszty Borejków, których powoli zaczynam nielubić [i mam wrażenie, że MM też!], secundo - na niezorientowanie MM we współczesnym świecie, oczekiwaniach i możliwościach obecnych niestarych ludzi, tertio - kolejną rozbieżność między komentarzami odautorskimi a realiami w książce.
          • verdana Re: Czasy się zmieniły albo co... 25.12.12, 21:59
            Więcej nawet - nie ulegas wątpliwości, ze mieszkanie na Rooswelta dałoby się z powrotem podzielić na dwa mieszkania... W dodatku dwa dwupokojowe, bo pokój dzewczynm z KK można by dołaczyć do mniejszego mieszkania - ew, jeden z pokoi byłby przejścowy.
            • vi_san Re: Czasy się zmieniły albo co... 25.12.12, 22:42
              Dwie rodziny sąsiadów z KK [Gadomscy i Łuczakowie] też gdzieś wyparowały w niebyt, może możnaby ich mieszkania przyłączyć? To zresztą chyba były niewielkie lokale, jedno - najwyżej dwupokojowe, wydzielone z dawnej służbówki, tak zrozumiałam. Ale dopuszczam też, że było odwrotnie - mieszkanie Borejków to była dawna służbówka, a mieszkania Traków, Łuczaków i Gadomskich stanowiły lokal właściwy - "Kwiat Kalafiora" czytałam już piekielnie dawno i mogło mi się coś tam pokićkać. Chociaż jeśliby do wspomnianego przyłączenia doszło MM zapewne sprowadzi z Oxfordu Pyzę i Fryca z dziećmi [będzie już dwoje co najmniej, albo i trójka] i dla nich przeznaczy pomieszczenie powstałe po [obowiązkowej] likwidacji kuchni i łazienki i połączeniu ich powierzchni z pokojem po jednych sąsiadach, Tygrys zaś i Naszpan nakichają na zgniłokapitalistyczne przedsiębiorstwo "Daglezja" i odrzucając ze wzgardą pomoc Fidelisów starszych wyburzą kuchnię i łazienkę po drugich sąsiadach, aby tylko dziarsko powiększyć kolejki do kibelka i herbaty w mieszkaniu starych Borejków... Ale wizja, nie?! :)
              • piotr7777 jedno trzeba wziąć pod uwagę 27.12.12, 19:29
                To jest prawo serii.
                Weźmy np. rodzinę Lewandowskich z "Opium w rosole". Oto w niedzielę gromadzi się na rodzinnym obiedzie. Są synowie z żonami i dziećmi, którzy mieszkają we własnych mieszkaniach. Jedynie najmłodszy mieszka z rodzicami, ale raczej z konieczności i też już myśli o założeniu własnej rodziny. Czyli typowa rodzina.
                Z Borejkami też tak mogłoby być - to znaczy córki z rodzinami na swoim, samotni Mila z Ignacym na Roosvelta, w dalszym ciągu w roli filarów rodu do których dzieci i wnuki zawsze zwracają się w istotnych kwestiach i z których zdaniem się liczą. Cała rodzina spotyka się na przykład co niedzielę, ale poza tym wszyscy mają swoje sprawy.
                Dałoby się, ale ...to na Borejkach seria się opiera. I to na tych Borejkach z KK i IS - niezaradnych, otwartych i mieszkających razem. Z tym modelem M. M. nie chce i nie potrafi zerwać.
                • vi_san Re: jedno trzeba wziąć pod uwagę 27.12.12, 20:55
                  Otóż właśnie obecni Borejkowie niewiele mają wspólnego z tymi z KK czy IS. I tu też jest problem. Kiedyś byli niezaradni, niezamożni, ale życzliwi i otwarci. Córki były smarkate jeszcze, więc mieszkały razem z rodzicami - normalne. I byłam więcej niż pewna, ba, czekałam wręcz, kiedy MM "zrobi" z Borejków taką prawdziwą "dorosłą" rodzinę, w której każda z czterech córek ma swój osobny świat, ale nadal często "wpadają" do rodziców, liczą się z nimi, kochają i wspierają. A tu co otrzymałam? Gabę jakąś niedorozwiniętą, mieszkającą z mamusią i tatusiem [+ drugim mężem i trójką dziatek!]. Idusię zchamiałą gnieżdżącą się w piwnicy i cierpiącą w związku z tym na schizofrenię paranoidalną na tle białych ścian i czystości. Pulpę z Flobrianem chodującą konie w porzeczkach. Nutrii nie ma wogóle. Na marginesie - nie było jej nigdy, od czasów nastoletnich [najpaskudniejsza z całej Jeżycjady moim zdaniem jest scena jej powrotu po ROCZNEJ nieobecności z Cypru, kiedy to uwaga właściwie wszystkich skupia się na Gabuni, której nie było... trzy dni! Mama na peronie histerycznie zanosi się "Gaba! Gaba!", ojciec z wyrzutem stwierdza, że dom jest bez niej pusty... Jedyną osobą, która zachowuje się "na miejscu" jest Bernard Żeromski, który WITA Natalię. Smutne to [podobno] rodzinne ciepło].
                  Jak z tego wynika, może błędem jest robienie z Borejków "filarów" czegokolwiek? Może MM powinna wrócić do początkowego schematu swoich powieści? Czyli każda książka o innej bohaterce baaardzo luźno powiązanej z którąś z poprzedniczek - i tyle: ona, on, miłość z przeszkodami, pokonanie przeszkód, związek. I koniec, następna, proszę. Rzeczona następna może jakoś tam znać swoją poprzedniczkę [Cesia z "Szóstej Klepki" bierze udział w spektaklu Hamleta, w którym gra Aniela w "Kłamczusze", Aniela pojawia się później w BBB, a do klasy z Beatą Bittner chodzi bodajże Nutria itd.], ale niekoniecznie musi się z nią blisko przyjaźnić czy tez wręcz być jej krewniaczką...
    • wushum albo co... 29.12.12, 20:34
      Witam

      Po pierwsze - Borejkowie z przyległościami nie są ludźmi. To istoty nie:)ludzkie.
      Oni zachłystują się wręcz stadnym życiem. Intymność? Prywatność? Przecież to oznaki zdrady rodziny. Tego nawet nie wypada chcieć. Co by powiedziała mroźnooka Mila, gdyby jej córka Gabriela zamknęła się sam na sam w pokoju ze swoim mężem? Intelektualiści u MM rozwijają się przez zapylenie - w tym wypadku - kurzem. Tam przecież nikt nie chce nawet być sam na sam. Nikomu by takie fanaberie do głowy nie przyszły. Co do znajomych - Borejkowie i cała reszta rodowej ośmiornicy cieszą się wyłącznie swoim towarzystwem. Nikogo innego nie chcą, nie akceptują i nie goszczą. Jeśli zjawi się nowy absztyfikant, mierzą mu czółko linijką i każą recytować Iliadę po łacinie. Z niskim czołem nie ma co startować - Robrojka uratowały prawdopodobnie głębokie zakola... Rodzina B jest nierealnym tworem. W związku z tym zachowują się nierealnie. Gaba i Ida nadal nie dorosły, girlandy jelitek...tfu, to jest pępowiny - nadal smutno snują się po korytarzach przepastnego mieszkania na Roosevelta, miarowo pokrywając się kożuszkiem kurzu. Gaba ogólnie jest ponad-czasem - nie dorasta, nadal żyje poprzednim związkiem, nie jest w stanie spuścić z oka rodziców na pół dnia - zawiesiła się autorce gdzieś w latach 80tych i nadal tak tkwi. Tego co się stało z Idą, opisywać nie będę, bo żal słów.
      Podstawowa sprawa - może czytający oczekują realizmu od autorki, ale autorka nie chce realizmu w swoich książkach. Potrzebowała stworzyć sobie gniazdo pełne swoich ulubionych bohaterów i realizm zupełnie nie jest jej do tego potrzebny. Wręcz popsuł by wszystko.
      • meduza7 Re: albo co... 29.12.12, 21:00
        A mnie się nagle skojarzyło to... z opowiadankami nastoletnich dziewczyn o ich idolach. Bardzo często występuje tam motyw, że bohaterowie - członkowie jednego zespołu albo jednej drużyny sportowej - właśnie mieszkają razem, wszystko robią razem, nie mają żadnego własnego życia. Tak samo i Borejkowie.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka