truscaveczka
25.07.09, 10:05
Czytałam dzisiaj rano Pulpecję i wgryzłam się w scenę białej róży. Kurczę, ta
niemoc i firanowatość Gaby mnie rozwaliła. Sama jestem matką dziecka, może
nieco mniejszego, ale pomysłowego. I niech mnie gęś kopnie, jeśli w tej
sytuacji znalazłabym cokolwiek, co uważałabym za swoją klęskę.
Laura była wściekła na Idę, że ta jej nie czci, nie pozwala na anektowanie
Mareczka i w ogóle zachowuje się normalnie i po dorosłemu. Znalazła sposób na
zemstę, rozładowanie emocji - zupełnie to zrozumiałe, czemu tak się zachowała.
Wzięta na komisyjne przesłuchanie (po pierona tam lazły Natalia i Patrycja,
nie mam pojęcia) zareagowała również po dziecięcemu.
Na moje oko Gaba miała 2 opcje (po wyrzuceniu świadków, kurczę to sprawa
matka-córka a nie Przestępczyni Laura przeciwko światu Borejkowemu). Pierwsza
to nazwać wprost uczucia Laury "Jesteś zła na Idę, rozumiem to, ale Marek się
bardzo przestraszył, zrobiłaś brzydką rzecz" czy coś tam. Albo drugą - docenić
poczucie humoru i zaznaczyć, że Markowi jest smutno. - w obu przypadkach
pokierować ku przeprosinom Marka. Nie dość, ze sprawa byłaby załatwiona
zgrabnie i bez szumu, to jeszcze Tygrys by się czegokolwiek nauczył.
Wydaje mi się też, ze zaczniemy dopiero obserwować dojrzewanie Tygrysa w
objęciach Naszpana - dopiero odkryje, że nie wszyscy jej nie znoszą ;) O ile
oczywiście MM nie wydepiluje kolejnej pary z łona Jedynie Słusznej Rodziny :D
Druga klęska to Tomcio i Romcia - ale tu już nie w kontekście jednej scenki
ale po całości. Mamert załatwił sobie autentyczną nienawiść dzieci (skrzętnie
skrywaną przez autorkę, nie wypada nienawidzić rodzica). Roma wyniosła się
gdzieś w siną dal, a Tomcio? Jego stosunek do ojca (zupełnie przeciwny niż do
matki - zerknijcie na jego rozmowę z Tosią w Noelce) jest koszmarny - dorosły
mężczyzna, który obawia się gniewu ojca, wiecznie zwraca uwagę na to, co
ojciec powie... Mamert chcąc wychować dzieci silną ręką, w gruncie rzeczy
oddalił je od siebie tak bardzo, jak to możliwe.
W ogóle Jeżycjada aż kapie od opisów niewładnych rodziców, którzy nie umieją
być blisko swoich dzieci.
I na tym tle zaskoczeniem jest głęboka przyjaźń Bernarda z Piotrkiem i Pawłem.
Ich dogadywanie się jest zaskakujące - w porównaniu z modelem powszechniejszym
(Grzegorz, który w ogóle z córką nie rozmawia, Aniella, która nie rozpoznaje
swoich dzieci, ojciec Schoppe, nienawidzący niemal Wolfensztajna... Przykłady
można by mnożyć).
Jakie jeszcze klęski i sukcesy się Wam przypominają> Jakie są Wasze opinie i
pomysły na lepsze wybrnięcie rodzica z trudnej sytuacji wychowawczej?