penteli
14.09.07, 23:22
Przeogromny mam sentyment do tej strony świata. Dawno dawno temu nie
odróżniałam ichniej mowy od rosyjskiej, ale tak się stało, że kilka pięknych
lat słuchałam ukraińskiego, Ukraińców w oryginale, nie pojmując wiele z
mentalności, przyswajając jednak chcąc czy nie kilka słow i pojęć. Potem była
miłość, Grecja, rozwód, lecz ciągle wracam, choćby internetowo.
Jak na ironię, po (prawie stu) latach samotności, jęków, że ja biedna nie mam
zadnej koleżanki, że ja nieszczęśliwa chcę sobie po babsku poplocić z babką,
mam dość footballu, grillowania - ja chcę prawdziwej psiapsiółki - mam moją
bratnią duszę, mądrą, ciepłą, słowiańską. Pielęgnujemy tę znajomość, czasem
popłaczemy razem, czasem popijemy "shampanskoje", i do tańca ona i do różańca.
Kochana, moja.
Bez dokumentów w Grecji. Boi się wyjść na kawę. Boi się, kiedy jedziemy
samochodem i mija nas policyjny wóz. Nie może ze mną polecieć do Brukseli na
wystawę moich przyjaciół. Pyta mnie o plany na zimę, a odpowiedź kwituje - "Ty
swobodna jak ptica". Ja wolna, a jej katastrofa mnie uwiera. Jak pomóc Jej być
tu? Mogłabym o Niej, niedoli, braku równości, skazach tego świata pisać
powieść w odcinkach. Ujmując rzecz ogólniej czy na konkretnych przykładach.
Przekopałam kodeksy, szukam wyjścia, legalnego, nie uwłaczającego
człowieczeństwu. Nie-pięknie brzmią idee wyrzucające bliskich poza nawias
wybrańców.
Tak się Wam żalę, bo mnie to uwiera. Co zrobić, żeby moja Ukrainka mogła żyć
jak my?