glos.sumienia.forum
08.11.14, 12:23
Niżej wyjątek z "Dnia oprycznika" Władymira Sorokina (może przetłumaczę więcej, ale często napisany takim językiem, że przełożyć z zachowaniem niuansów, językowych, kulturowych, to zadanie co najmniej pracowite).
Jeszcze wyjaśnienie z Wikipedii:
Ludzie opowiadali, że car osobiście brał udział w kaźniach, a rzesze przodków prezesa ustawiały się wokół i witały kaźnie okrzykami „gojda, gojda”.
Odnośnie słów ud i mude. Nie znalazłem ich nigdzie (w specjalnych słownikach, na blogach itd.) poza tekstem, wydaje się, że to oryginalne neologizmy Autora „Dnia…”. Na szczęście (?), ich znaczenie b. Łatwo odgadnąć.
***
Mistrzostwo Iwana w rzucaniu mięsem w łaźni jest zdumiewające – dopóki nie naparuje i nie oćwiczy człowieka witkami jak należy – nie uspokoi się. Ale u Pana Prezesa wczuwać się w to zbytnio nie należy, bo już czekają inne przyjemności. Od których u mnie nawet w łaźni serce stygnie.
[...]
Zegar w sali bije na północ. Koniec wieczornego spotkania opryczniny PiSu. Wstajemy wszyscy. Wielkim głosem Prezes dziękuje Bogu za strawę i napitek. Każdy się przeżegnał i kłania się. Kierują się nasi ku wyjściu. Ale nie wszyscy. Zostają najbliżsi, czy po naszemu — opycz-opryczniki. I pośród nich i ja. Serce mocno bije w przeczuciu. Słodkie, och jak słodkie te uderzenia! W sali opustoszałej, gdzie sługi się przemykają, zostały oba skrzydła, a jeszcze najbardziej zawadiaccy i wyróżniający się spośród młodych opryczników – Ochłon, Potycha, Komoł, Jołka, Awiła, Obdul, Warionyj i Igła. Wszyscy jak malowani – krew z mlekiem, złotowłosi podobni ogniu chłopcy.
Przechodzi Bat’ia z sali wielkiej do sali mniejszej. Za nim podążamy my – skrzydło prawe, lewe, młodzież. Zamykają za nami dźwierze słudzy. […] Ledwie tylko tam wejdę – od razu w nozdrza mocny zapach łaźni uderza! I od zapachu tego w głowie się kręci, krew w skroniach młoteczkami srebrnymi stuka: Łaźnia Bat’i!
Okrywa język mój drżący tabletkę, jako obłok świątynię na wzgórzu stojącą. Rozpływa się tabletka, słodko pod językiem, w ślinie opływającej ją, na podobieństwo rzeki Jordan rozlewającej się na wiosnę. Tłucze się serce, wstrzymuje oddech, chłód obejmuje końce palców, wyraźniej widzą oczy w półmroku. I oto długooczekiwane: uderzenie krwi w ud. Opuszczam oczy na dół. Patrzę na ud mój, krwią przepełniony. Podnosi się mój ud odnowiony, z dwiema wstawkami z łuskami, z ostrzem z hiperwłókna, z rzeźbą wykończenia, z mięsnym wypełnieniem, z ruchomym tatuażem. Wstaje niczym chobot (trąba) syberyjskiego mamuta. A pod udem wspaniałym bije czerwonym żarem uwiesiste mudie. I nie tylko u mnie. U wszystkich uczestniczących w święcie mudie od ruchu dłoni świetlistej ogarnia żar, niczym u świetlików nocnych w święto Iwana Kupały. Rozpala się mudie oprycznoje. I każde – swoim blaskiem. U prawego skrzydła to światło przechodzi od jaskrawo czerwonego do pąsowego, u lewego – od niebieskiego w fiolet, a u młodzieży – zielone ogniki wszystkich odcieni. I tokmo u Bat’i naszego mudie innym ogniem pała, ogniem od nas wszystkich odmiennym – żółto-złote mudie u Bat’i drogiego. I w tym – wielka siła bractwa oprycznikowego. U wszystkich oprycznych mudie odnowione wielką sztuką i artyzmem chińskich lekarzy. Blask bije od mudie, męskiej miłości pożądających. Siły nabiera od ud napęczniałych. I dopokąd światło to nie umarło – żywi jesteśmy my, opryczniki.
Splatamy się w bratnich objęciach. Krzepkie ręce krzepkie ciała obejmują. Całujemy się nawzajem w usta. W milczeniu całujemy się, po męsku, bez babskich czułości. Całowaniem nawzajem się rozpalamy i witamy. Łaziebni kręcą się pomiędzy nami z garnkami glinianymi, pełnymi hatajskiej mazi. Czerpiemy mazi gęstej, aromatycznej, mażemy sobie udy. Snują się milczący łaziebni jak cienie, bo nie świeci się u nich nic.
— Gojda! — wykrzykuje Bat’ia.
— Gojda-gojda! — wykrzykujemy my.
Powstaje Bat’ia jako pierwszy. Przybliża do siebie Woska. Wstawia Wosk w batiną wierzochę swój ud. Zakracze Bat’ia z rozkoszy, szczerzy w ciemnościach zęby lśniące. Obejmuje Woska Szelet, wstawia mu pomazany róg swój. Westchnie Wosk głucho. Szeletowi Szary dogadza, Szaremu – Samosja, Samosje – Bałdochaj, Bałdochajowi – Mokry, Mokremu – Nieczaj, a już Nieczajowi oblepioną swaję wbić przyszła moja kolej. Obejmuję brata lewego skrzydła lewą ręką, a prawą nakierowuję ud mój jemy w wierzochę. Szeroka wierzocha u Nieczaja. Wbijam ud mu aż po same jądra pąsowe. Nieczaj nawet nie zakracze: przywykł, oprycznik z niego jak kość z kości. Obejmuję go mocniej, przyciągam do siebie, łaskoczę brodą. A już do mnie Buben zabiera się. Czuję wierzochą drżącą buławę jego. Potężna ona – bez pchnięcia nie wlezie. Napiera Buben, wsuwa we mnie grubogłowy ud swój. Do samych kiszek sięga instrument jego, jęk z wnętrzności moich wyciskając. Jęczę w ucho Nieczaja. Buben kracze w moje, rękami chwackimi mnie obejmując. Nie widzę tego, kto wstawia jemu, ale z krakania wnoszę – ud dostojny. No, przecież pośród nas nie ma niedostojnych – wszystkim Chińczycy udy odnowili, wzmocnili, zmodernizowali. Jest czym sobie nawzajem dać słodyczy, i wrogów Rosji ukarać. Zbiera się, sprzęga gąsienica oprycznaja. Wzdychają i kraczą za mną. Zgodnie z prawami bractwa ci z lewego skrzydła (niebiescy – pasywni – tłum.) występują naprzemiennie z tymi ze skrzydła prawego (czerwoni, aktywni – tłum.), a już za nimi młodzież się pcha. Tak u Bat’i poukładane. I sława Bogu…
Po krzykach i mamrotaniu czuję — na młodych przyszła kolej. Dodaje im odwagi Bat’ia:
— Nie onieśmielaj się, greenhorns!
Starają się młodzi, rwą się sobie nawzajem w wierzochy mocne. Pomagają im łaziebni ciemni, nakierowują, podtrzymują. Oto przedostatni młody zakrzyknął, ostatni zakrakał — i gotowa gąsienica. Powstała. Zamieramy.
— Gojda! — krzyczy Bat’ia.
— Gojda-gojda! — jak grom nasza odpowiedź.
Postąpił Bat’ia. I za nim, za głową gąsienicy podążamy my wszyscy. Prowadzi nas Bat’ia do kąpieli. Obszerna ona jest, pomieści wszystkich. Ciepłą wodą się wypełnia, zamiast lodowatej.
— Gojda! Gojda! — krzyczymy, objąwszy się, nogami przebierając.
Idziemy za Bat’ią. Idziemy. Idziemy. Idziemy gąsienicznym krokiem. Świecą się mudie nasze, podrygują udy w wierzochach.
— Gojda! Gojda!
Wchodzimy do kąpieli. Kipi woda bańkami powietrznymi wokół nas. Po mudie zanurza się Bat’ia, po pas, po pierś. Wchodzi cała gąsienica oprycznaja do kąpieli. W wstaje.
Teraz — czas pomilczeć. Naprężyły się ręce muskularne, zaczęły szypieć nozdrza mołodieckije, zajęczeli oprycznicy. Słodkiego zajęcia nastał czas. Obejmujemy siebie nawzajem. Kołysze się woda wokół nas, wznosi falami, z kąpieli wyskakuje. I oto nastąpiło długo oczekiwane, drżenie przez całą gąsienicę przechodzi. I:
— Gojda-a-a-a-a-a-a-a!!!
Drży sufit. A w kąpieli – sztorm dziesięć w skali Beauforta.
— Gojda-a-a-a-a!!!
Ryczę w ucho Nieczaj, a Buben wyje w moje:
— Gojda-a-a-a-a!!!
Panie, pomóż nam nie umrzeć…
Nie do opisania. Dlatego że tak bosko.
Rajskiej rozkoszy podobny wypoczynek na miękkich szezlongach-leżakach po opryczniny sczepieniu się. Światło włączone, szampan w wiaderkach na podłodze, sosnowy zapach, Drugi Koncert Rachmaninowa na fortepian z orkiestrą. Bat’ia nasz po sczepieniu się lubi rosyjskiej klasyki posłuchać. Leżymy tak rozluźnieni. Gasną ognie w mudiach. Pijemy milcząc, ducha przenosimy.
Mądrze, och jak mądrze wymyślił Pan Prezes z gąsienicą. Przed nią wszystko w pary się dzieliło, od czego już cień rozdźwięku niebezpiecznego na opryczninę się kładł. Teraz rozkoszom w parach przyszedł kres. Razem pracujemy, razem czerpiemy rozkoszy. A tabletki pomagają. I najmądrzejsze ze wszystkiego to, że młódź opryczna PiSowska