mariner4
05.10.15, 09:01
Niepokoi mnie ta sprawa.
Mały odzew, bo chodzi o marynarzy, którzy pracują, a nie facetów co kajakiem płyną na biegun. Wtedy wszyscy im kibicują, choć w sposób idiotyczny narażają swoje życie, chcac komuś coś udowodnić
A tu chłopaki po prostu pracowali na chleb. No, może chleb z szynka. Jaki w tym romantyzm?
Dlaczego sprawa jest zagadkowa? Otóż statek dzisiaj nie może sobie ot tak zatonąć bez śladu. Na najwyższym pokładzie ma "czarną skrzynką" tzw VDR (Vovage Data Recorder) zapisujący parametry ruchu statku, rozmowy na mostku, trajektorję pozycję statku itp, z własnym. twardym dyskiem. Jest to urządzenie umieszczone w pływającej kapsule. Kiedy statek tonie, zwalniak hydrostatyczny uwalnia kapsułe, która wypływa na powierzchnię nadając sygnały i niemal natychmiast jest lokalizowana przez globalny system GMDSS (patrz Wiki).
Dodatkowo na skrzydle mostku jest zamocowana w podobny sposób radio pława, która kiedy znajdzie się w wodzie zaczyna nadawać sygnały z pozycją zdarzenia. Sam statek tez może nadawać w sposób automatyczny sygnał wzywania pomocy (SOS już nie ma od początku lat 90) Robi się więc raban na cały świat. Nawet przypadkowe uruchomienie radio pławy wywołuje alarm. Były takie wypadki
Nawet jak na skutek awarii staną generatory prądu, a zwykle jest ich 3, jeden pracuje, drugi w jest w tzw "gorącej rezerwie" i startuję automatycznie, kiedy jest awaria aktualnie pracującego, a trzeci może być w przeglądzie, to jeszcze jest generator awaryjny i potężna bateria akumulatorów, wystarczająca z powodzeniem dla utrzymania łączności.
Wyłowione koło ratunkowe o niczym nie świadczy, bo może być wypłukane przez falę. Wisi na wieszaku i nie jest niczym przymocowane do statku. Też gubiłem takie w sztormie.
Więc co się stało. Moim zdaniem statek dryfuje bez maszyn.
Oczywiście 100% pewności nie ma, ale z drugiej strony trudno mi uwierzyć, że wszystkie systemy wzywania pomocy zawiodły.
Smutno mi...
M.