jak.babcie.kocham
04.02.05, 10:26
Z Rzepy:
Czyn Bronisława Wildsteina stał się jego aktem strzelistym niewiary w
dziennikarstwo. Zamiast upominać się na łamach swojej gazety o przyspieszenie
lustracji, zamiast pisać reportaże o osobach pokrzywdzonych przez bezpiekę, a
ostrzem felietonów godzić w przeciwników lustracji, sam zajął się jej
przeprowadzaniem. I to jest najbardziej ważki argument przeciw niemu jako
dziennikarzowi. Abdykował ze swej społecznej roli. Gdy od opisu przeszedł do
czynu, sam stał się newsem. Wszedł na pole publiczne, ale w cudzej roli.
Zżymanie się przez niego, że Grzegorz Gauden podważył jego wiarygodność
dziennikarską, jest śmieszne. Uczynił to sam. Nie jest też poważnym argumentem
na jego obronę, że swoją listę przekazywał tylko dziennikarzom. A czym innym,
jeśli nie podrzucaniem tematów dziennikarzom zajmują się właśnie politycy.
Zamiast recenzować grę, Wildstein zaczął sam grać. Działał zamiast analizować.
Chciał zmieniać świat. Nawet jeśli wierzymy, że zrobił to w słusznej sprawie -
zaprzeczył swemu dziennikarskiemu powołaniu. Niestety, dał też zły sygnał
opinii publicznej. Jeśli po latach dziennikarskich śledztw, tropieniu
przekrętów biznesmenów i afer polityków media mają najwyższy obecnie wskaźnik
społecznej akceptacji, to fałszowanie roli dziennikarza może to zaufanie tylko
osłabić. Oczywiście, dziennikarz ma prawo do politycznych lub społecznych
aspiracji. Ale wolno mu je realizować, wykorzystując szacunek zdobyty w tym
zawodzie, dopiero po odejściu z niego.
ANDRZEJ SKWORZ
Autor jest redaktorem naczelnym miesięcznika "Press"
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_050204/publicystyka/publicystyka_a_1.html