gauche
22.02.05, 21:13
fragm.rozmowy z A.Gwiazdą o Wałęsie
Natomiast sprawa z agentami wpływu jest znacznie trudniejsza. Nie ma
możliwości ich wykrycia aż do czasu, kiedy przystąpią do działalności, na
przykład na poziomie strajku lub w czasie kiedy zaczynają zapadać ważne
decyzje. I tak kiedyś, na miejsce Antoniego Sokołowskiego, wszedł Edwin
Myszk. Był to bardzo miły człowiek, świetny kolega, taki do tańca i do
różańca. Niemniej po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że jest wśród nas, na
samej górze ktoś kto donosi władzy. W rezultacie rozlicznych zabiegów i
obserwacji podejrzenia zogniskowały się na Wałęsie oraz Myszku. Kiedyś doszło
do tego, że Wałęsa, na spotkaniu u Ani Walentynowicz, oskarżył Edwina o to że
jest wtyczką bezpieki, na co zresztą Myszk nie pozostał dłużny i również
oświadczył, iż wie na pewno, że Wałęsa pracuje dla Służby Bezpieczeństwa. Po
jakimś czasie bezpieka kazała Myszkowi się zdekonspirować, poprzez
kolportację fałszywego numeru “Robotnika”. W tej sytuacji uznaliśmy, że
problem został rozwiązany, bo już wiadomo, kto był agentem.
ZK: Trzeba przyznać, szalenie sprytne pociągnięcie bezpieki.
AG: No tak, bo myśmy uznali, że kapusiem był Myszk i w związku z tym
przestali sprawdzać Wałęsę. Dopiero później okazało się, że obaj byli
agentami.
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że ja osobiście nie lubię mówić o Wałęsie
a to głównie z powodu bezpieki. Otóż ukuli oni dawno temu teorię, że
wszystkie moje krytyczne uwagi pod jego adresem wynikają tylko i wyłącznie z
osobistej niechęci, wyrosłych na gruncie personalnych ambicji, co zupełnie
nie jest zgodne z prawdą. Niemniej muszę przyznać, że było to ze strony
Służby Bezpieczeństwa szalenie sprytne zagranie, chroniące Wałęsę przed
oczywistymi oskarżeniami.
Jednak prawda jest taka, że Wałęsa przyznał się kilkakrotnie w naszym gronie
do współpracy z bezpieką i to jeszcze przed rokiem 80. Pamiętam, kiedyś
powiedział nam, że po wydarzeniach grudniowych 1970 roku, bywał zatrzymywany
przez funkcjonariuszy SB i na ich polecenie rozpoznawał głosy, nagrane na
taśmie magnetofonowej, jak również twarze na filmach. W ten sposób
identyfikował kolegów, którzy brali czynny udział w tamtych wydarzeniach. Na
to my mu mówiliśmy: jak mogłeś to robić!? A on nam odpowiadał, że władza jest
władzą i nie może rządzić jak nie wie. Niestety, wtedy nam się zdawało, że
był to po prostu objaw czystej głupoty i jakoś przeszliśmy nad tym do
porządku dziennego, rozumiejąc, że nic już na to nie można poradzić. Niemniej
obrazuje to dobrze jedną z głównych cech Wałęsy, żeby zawsze być razem z
silniejszym przeciwko słabszym.
Jeszcze innym przykładem jego typowego zachowania, była sprawa wspólnego
pisania ustawy o Wolnych Związkach Zawodowych “Solidarność” z czerwonymi.
Notabene ja byłem temu przeciwny i mówiłem, że dla nas będzie lepiej kiedy
każda strona będzie pisać swój własny projekt a potem będziemy nad nimi
dyskutować, niemniej Komisja Krajowa pod naciskiem Wałęsy zdecydowała
inaczej. W tej sytuacji powstało dość sztuczne ciało z dwoma
przewodniczącymi – jeden to Lech a drugi ówczesny minister, Zawadzki. Już na
początku Wałęsa oświadczył: tu nie ma żadnej sprawy, panie przewodniczący,
zamykamy ich, niech pracują a my idziemy na kawę. A ich nie wypuścimy aż
skończą projekt. I to nie był żart – ponieważ oni są przewodniczącymi to nie
muszą pracować, od tego są murzyni czyli my.
Zaś co do jego współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa to przypomina mi się taka
historia. Dostał on kiedyś od E. Gierka książkę, zatytułowaną “Czerwona
dekada”, w której tenże wspomina, iż w czasie sierpnia 80 roku były minister
spraw wewnętrznych Kowalczyk go uspokajał, żeby się nie przejmował, bo na
czele strajku stoi jego człowiek. W odpowiedzi Wałęsa posłał Gierkowi
książkę “Drogi nadziei” (autobiografia Wałęsy – przycz. mój) z dedykacją,
która brzmiała mniej więcej tak:
Nigdy nie donosiłem na kolegów. Z bezpieką współpracowałem na gruncie
politycznym a kiedy się w trzecim dniu strajku umocniłem, to im pokazałem
drzwi i to była moja zagrywka w pokera.”
ZK: Widział pan tę dedykację na własne oczy?
AG: Wszyscy widzieli, bo fotokopia tego wpisu została opublikowana w prasie
na Wybrzeżu.
ZK: No i co pan o tym sadzi? Była to zagrywka pokerowa czy nie?
AG: Wie pan, do trzeciego dnia strajku Wałęsa znajdował się w otoczeniu
agentów bezpieki, których myśmy znali. Po stworzeniu Międzyzakładowej Komisji
Strajkowej ich wszystkich wymienili. Na początku megalomańsko myślałem, że to
ze względu na nas, bo oni też wiedzieli, że ich znamy. Teraz wiemy, że Wałęsa
zerwał strajk na polecenie Kowalczyka a po wyjściu ze stoczni dał się
przewerbować na stronę S. Kanii który wtedy chciał usunąć Gierka, w związku z
czym zależało mu na kontynuowaniu strajku. I to była ta jego zagrywka
pokerowa – z Kowalczykiem ale nie z bezpieką.
Otóż mamy kolegę, który obecnie mieszka w Stanach Zjednoczonych i opowiedział
on nam następującą historię. Otóż będąc jeszcze w Polsce, poprzez swoje
osobiste kontakty dotarł do pewnego oficera wywiadu, który powiedział mu, że
Wałęsa został do nas przysłany po tym, kiedy ja nieopatrznie, przy podsłuchu,
powiedziałem:
Zobaczcie, minęło już 3 miesiące i nikt z komitetu strajkowego z Grudnia 1970
do nas się nie zgłosił.
Zacytował też fragmenty pierwszej rozmowy z Wałęsą, którą bezpieka zdołała
nagrać. No, zrobiło to na mnie wrażenie, bo przytoczył dokładnie moje słowa
wtedy wypowiedziane, tak więc był to wystarczający dowód na to, że ten oficer
wiedział o czym mówi. Pamiętam też jak dziś, że Lechu wtedy nam powiedział:
Co wy tu tak słabo działacie, trzeba się wziąć do kupy i zacząć organizować
opozycję.
Ja mu na to powiedziałem, że bardzo się cieszę, że wreszcie mamy kogoś do
działania, bo rzeczywiście roboty huk a ludzi mało. No i tak się zaczęła
aktywność Lecha Wałęsy w opozycji.
ZK: Nie jest tajemnicą, że zaraz po podpisaniu “Umów Sierpniowych”, wystąpiły
tarcia pomiędzy panem a Wałęsą.
AG: Zacząć chyba trzeba by było od stwierdzenia, że ruch “Solidarność”
powstał na bazie szerokiej demokracji, gdzie decyzje podejmowano wspólnie,
poprzez głosowanie. Natomiast Wałęsa parł mocno w stronę koncepcji
wodzowskiej, silnej władzy skupionej w jego ręku. W praktyce to się objawiało
tym, że nam mówił: wy mnie popierajcie a ja was urządzę. Natomiast ja
osobiście, jako wiceprzewodniczący Związku, opowiadałem się za głęboką
demokracją w Zarządzie, to znaczy za utrzymaniem naszych korzeni i
kontynuowaniem pierwotnej formy administrowania. Moim zdaniem koncepcja
wodzowska, nawet przy założeniu że wódz nie jest agentem, mimo wszystko
szalenie osłabia organizację. No, ale wielu ludziom wtedy się wydawało, że
struktury oparte na armii będą mocniejsze. Niestety, nawet kościół lansował
wtedy te zamierzenia.
ZK: Jak w praktyce wyglądała różnica pomiędzy stylem zarządzania pana i
Wałęsy?
AG: Najlepiej chyba to będzie przedstawić na przykładach negocjacji z komuną.
Kiedy ja szedłem na rozmowy, to im mówiłem:
Panowie, ustąpcie, zgódźcie się na nasz projekt a ja osobiście zobowiązuję
się stanąć przed Komitetem Centralnym PZPR i im to wytłumaczyć, że tak będzie
lepiej dla Polski. Ale mogę też ja ustąpić ale wtedy wy musicie stanąć przed
ludźmi i wytłumaczyć im, że tak będzie dla nich lepiej.
Oprócz tego, mogłem negocjować tylko tyle, na ile miałem mandatu z Zarządu,
to znaczy w określonych ramach a poza tym, jak mnie za mocno przypierali do
muru, to im mówiłem: Panowie, ja jestem jak listonosz, przyniosłem ofertę a
wy jak chcecie to bierzcie a jak nie to trudno. Była to pozycja negocjacyjna
znacznie silniejsza od tej Lecha: Mogę ustąpić ale tylko wtedy jak będę
chciał.
ZK: Czy Lech Wałęsa był politykiem skutecznym?
AG: Wie pan, osobiście sadzę, że mówić o nim