Gość: SzachMat
IP: *.almda1.sfba.home.com
21.04.01, 08:02
O szóstej rano przyjechały ciężarówki z gestapowcami
- Razem z mamą chodziłyśmy rano o godz. 6.00 na Mszę św. Potem kupowałyśmy
chlebek w piekarni i do domu. Mama zajmowała się swoimi pracami. My, dzieci,
chodziłyśmy na tajne komplety, gdzie uczyli Edmund Przestrzelski i ks.
Kębliński, albo pomagaliśmy jej i ojcu. Nikt w naszym domu ani u sąsiadów nie
wiedział, co się szykuje. Jednak 10 lipca 1941 r., gdy jak codziennie wyszłam z
mamą do kościoła, zobaczyłyśmy, że pod posterunek, który był naprzeciwko,
podjechały dwie ciężarówki "budy" pokryte plandeką, pełne żołnierzy. Niemcy w
mundurach wyskakiwali z nich, trzymając karabiny w rękach. Była to duża grupa.
Mama chwyciła mnie za rękę. "Uciekajmy - powiedziała - przyjechało gestapo,
będzie łapanka". Zdyszane wpadłyśmy do domu. "Franek! - krzyknęła matka - bierz
syna (też Franka, po ojcu, wtedy 16-letniego, młodszy 13-letni Teodor został w
domu) i uciekaj, bo gestapowcy was zabiorą!" I ojciec z bratem ukryli się u
rodziny mamy w sąsiedniej wsi. W tym samym czasie sporo innych dorosłych
mężczyzn, Polaków, także ukryło się w lesie lub w innych miejscowościach. Chyba
godzinę po ucieczce ojca usłyszałyśmy walenie w drzwi. Weszli Bardon z drugim
żandarmem. "Gdzie są chłopy?" Przerażona matka odpowiedziała, że pojechali w
okolicę reperować maszyny przed żniwami. "A co się stało" - ośmieliła się
spytać, w końcu znała Bardona sprzed wojny, gdy był jeszcze "normalnym"
człowiekiem. "Dzisiaj - powiedział Bardon z ironicznym uśmieszkiem na twarzy -
odbędzie się pogrzeb Lenina. Żydzi będą chować wodza na kirkucie (żydowskim
cmentarzu - przyp. autorki). Będzie to uroczysty pogrzeb. Żydzi muszą
posprzątać ulice i rynek, a Polacy muszą przypilnować, żeby wszyscy byli
zawiadomieni i żeby pracowali. Który Polak odmówi, kula w łeb.
Razem z młodszym bratem i innymi dzieciakami poszliśmy obejrzeć 'pogrzeb'. Przy
skwerku stali przygnani przez Niemców polscy chłopcy. Trzymali witki w rękach.
Nie byli 'żądnymi krwi zwyrodnialcami', jak o nich pisze w swoim 'dziele'
Gross - nie starając się w ogóle dochodzić prawdy - byli bezbronnymi,
przerażonymi chłopakami, zmuszonymi pod niemieckimi karabinami do stania 'na
straży'. Niektórym kazano przynieść z naszego warsztatu dwa młoty kowalskie i
rozbijać pomnik. Od skwerku udałam się w stronę rynku. Żydówki i Żydzi wyrywali
chwasty rosnące między kamieniami bruku; grabili, zamiatali. 'Lusinianka,
przynieś wody' - powiedziała znajoma Żydówka. Kiedy jednak próbowałam podać jej
tę wodę, Niemiec w cywilu, bo najwyraźniej nie znał polskiego, zaczął machać
dłonią, żebym odeszła. Udałam, że nie rozumiem, wtedy zdzielił mnie szpicrutą
po plecach. Następnie Niemcy utworzyli pochód. Czterech Żydów niosło na
ramionach żerdzie, a na nich 'szczątki' Lenina - kawałek torsu i głowy. Szli
spokojnie, bo wierzyli, że wrócą do domów; nikt ich nie bił, ani nie okaleczał.
Na rozkaz Niemców śpiewali: 'Przez nas wojna, za nas wojna'. Było ich nie
więcej jak 400 osób. Eskortę stanowili umundurowani Niemcy, na przemian z
cywilami, niektórzy z cywilów mieli szpicruty w rękach. Pochód zatrzymał się
przed stodołą, stojącą w bardzo wygodnym dla zbrodniczych planów niemieckich
miejscu, bo na odkrytym, nie zamieszkałym terenie, za miasteczkiem, vis a vis
kirkutu.
Stodoła była własnością Bronisława Śleszyńskiego, ale on nie miał nic do
powiedzenia. Żandarmi weszli, wrzasnęli: 'dawaj klucz' i to wszystko.
Więcej niczego nie widziałam, bo Niemcy odpędzili dzieci, wróciłam więc do
domu. Moja matka i sąsiedzi byli wstrząśnięci. Niektórzy ponuro
przepowiadali: 'Zobaczycie, że ci niemieccy zbóje zrobią z nami to samo'.
Stodoła spłonęła razem z ludźmi i tej nocy nikt w Jedwabnem nie spał, każdy był
zszokowany i oburzony bestialstwem hitlerowców.
Pani Błajszczak podkreśla, że jest kłamstwem Grossa, iż Polacy grabili
pożydowskie mienie. Do domów pomordowanych nie wolno było wchodzić pod karą
śmierci, hitlerowcy wywieźli wszystko do swojego magazynu. Zaznacza również, iż
karygodne oskarżanie Polaków, że obcinali Żydom języki, wydłubywali oczy itp.,
są tylko wymysłem zdegenerowanej wyobraźni Grossa oraz jego 'informatora'
Szmula. Przypomina, że podpalenia były specjalnością niemieckich okupantów.
Przy tym gestapowcy palili też wsie, w których nie było ani jednej osoby
pochodzenia żydowskiego. I tak np. spalili wsie: Dobki w powiecie Wysokie
Mazowieckie, Boruski k. Ćmielowa - oblali domy benzyną i pilnowali, żeby nikt
się nie wydostał, uciekających zabijali. W Białymstoku 27 czerwca 1941 r.
hitlerowcy przystąpili do likwidacji Żydów już z samego rana. Uzbrojeni w
pistolety automatyczne i granaty ręczne, urządzali polowania na nich.
Była to dzielnica zamieszkała wyłącznie przez Żydów. Gestapowcy polali benzyną
synagogę i podpalili ją; do domów żydowskich wrzucali granaty, powodując pożar.
Po kilku godzinach synagoga wyglądała jak wielka pochodnia, płonęła też cała
dzielnica żydowska. Uciekających Żydów Niemcy wyłapywali i wpychali do palącej
się świątyni, zmuszali też Żydów, aby wpychali do synagogi jeden drugiego. W
tym dniu w synagodze zginęło ok. 1000 Żydów. Kilkunastu, którzy się uratowali,
zawdzięcza życie Polakowi - dozorcy, który sprzątał synagogę i pilnował jej.
Korzystając z chwilowej nieuwagi hitlerowców, otworzył okienko w tylnej ścianie
synagogi; uratował innych, ale sam zginął.
Za wyjątkową podłość uznaje pani Leokadia Lusińska-Błajszczak fakt, że Szmul
Wasersztajn, śledczy UB, który długo pracował w resorcie bezpieczeństwa (a w
marcu 1968 r. bez żadnych konsekwencji za znęcanie się nad polskimi patriotami,
spokojnie wyjechał do Izraela), któremu życie i 6 innym Żydom uratowała rodzina
państwa Wyrzykowskich, jak najgorszy Judasz wydał UB niczemu niewinnych
Polaków, pod zarzutem ich 'udziału w pogromach i rzezi Żydów'. W ten sposób 19-
letni Jurek Laudański, wspaniały człowiek, gorący patriota, pochodzący z
ogólnie szanowanej rodziny, żołnierz ZW/AK, więzień Pawiaka, Oświęcimia,
Sachsenhausen, który mimo tortur nikogo nie wydał, po powrocie do Ojczyzny
został w 1949 r. aresztowany i przeszedł straszliwe tortury w lochach bezpieki.
Podobnie było z jego ojcem Czesławem i bratem Zygmuntem, którzy zostali
osadzeni 'za mordowanie Żydów' w więzieniu w Łomży i mimo wielu męczarni nie
przyznali się do niepopełnionych win. Również wielu innych ludzi z Jedwabnego
bez żadnych podstaw prawnych skazanych zostało na wieloletnie więzienie.
Jan Gross, który takiemu bohaterowi walk o wolność z hitlerowskim najeźdźcą,
męczennikowi obozów koncentracyjnych, jak Jerzy Laudański, nie dorasta do pięt,
pozwala sobie - w książczynie godnej tylko miana brukowca - bezkarnie szargać
nazwisko jego i innych szlachetnych Polaków z Jedwabnego i jakoś nie słyszałam,
żeby miał zamiar ich za to przepraszać. A więc, czy to ma być ta wolna,
praworządna, demokratyczna Polska, stojąca na straży czci i honoru jej
obywateli, za którą walczyli żołnierze antyhitlerowskiego i antysowieckiego
podziemia (w tym z Jedwabnego), a w najnowszych czasach, najlepsi
ludzie 'Solidarności', najdzielni patrioci?
Grażyna Dziedzińska