zbyszeknw
10.02.03, 01:47
Gabinetowa "konfrontacja"
Zetknąłem się z podobną sytuacją w pracy.
Szef też urządzil "konfrontację" zadał te same dwa pytania.
Chociaż pracownik "się znalazł" , zrozumiał o co i po co go pytają wskazując
osobę nielubianą to finał zaskoczył bo szef przestał byc szefem. Firma była
prywatna a jej właściciele rozumni i mający niejakie pojęcie o psychologii.
Tu było nieco inaczej - R. się "nie znalazł" i nie powiedział, że ojciec
Rydzyk go wysłał .
Szczęśliwie to nie był lew tylko spocona mysz. I przestraszona mysz pisnęła
słowo prawdy.
Pytanie "pomocnicze" - koło ratunkowe też nie "pomogło". Mysz znów nie
odczytała intencji.
Wydawało by się że to wszystko wyjaśni.
Tymczasem zapadła niezręczna cisza.
Tym niemniej finał może być ten sam, kochani wyborcy.
Niekoniecznie za cztery lata.
Wystarczy pomyśleć co wszyscy mamy do stracenia.
Odrobina wyobraźni moi drodzy, odrobina:)
Aha - konfrontację urządza się na gruncie bezpiecznym dla zeznającego. W
obecności opinii publicznej Albo powołanych do tego organów. Innymi słowy tam
gdzie MOŻE bez strachu przed zemstą wielkiego bossa powiedzieć prawdę.
Pozostaje wyjaśnić role pana M /tego nieskorumpowanego/:gdyby był zwyczajnym
uczciwym człowiekiem, dociekanie prawdy nie sprawiłoby mu trudu. Tak samo
jak zrozumienie jak i z kim o tym porozmawiać.Lecz kto straci duszę z biegiem
lat traci też rozum . Srebrniki codziennie wpadają do kieszeni żałosnego pana
M. Ideałów swojej młodości dawno już się wyrzekł całkowicie za darmo.
Nazywanie go Judaszem byłoby komplementem dla jego głupoty.Judasz przynamniej
potrafił zrozumieć jak go wykorzystano.