piotr7777
25.02.07, 08:09
W zeszłym roku W. Bartoszewski uczestniczył w wiecach wyborczych Prawa i
Sprawiedliwości a może Lecha Kaczyńskiego. Oficjalnie nie poparł PiS ale był
kimś w rodzaju zaproszonego autorytetu, na który PiS-owcy lubili się powołać.
Potem dostał od PiS synekurę w LOT i wydawało się, że jest kupiony.
PiS potrzebował kogoś takiego jak Bartoszewski, bo cierpiał na pewien
kompleks antyelitarny. Dobrze było powiedziec - oto człowiek zasłużony, on
myśli pdobnie jak my, my go szanujemy.
Ale kiedy ten wynajęty autorytet okazał się naprawdę niezaelżny w poglądach,
gdy podpisał list ośmiu, stał się nagle mało znaczącym człowiekiem z lamusa,
który od prezydenta uzłyszał (de facto) "spieprzaj, dzadu".
Stosunek do Bartoszewskiego jest pewnym papierkiem lakmusowym, który pokazuje
jak małymi ludźmi są bracia Kaczyńscy i to może nawet bardziej prezydent niż
premier, bo ten ostatni jednak życzenia wysłał.
Pokazuje też, że PiS nie przyjmuje krytyki nawet od osób sobie życzliwych a
to w wypadku partii dążacej do samodzielnych rządów w drodze demokratycznej
nie jest dobrą taktyką.