Dodaj do ulubionych

Polska= buntowniczy,malo obliczalny kraj

IP: 130.94.123.* 23.10.03, 21:43
W obronie Nicei Polska znalazła się w tak głębokich
okopach, że trudno będzie z nich wyjść bez pomocy
Ile razy do tej samej rzeki?


KLAUS BACHMANN

Niemal od początku negocjacji akcesyjnych z UE Polska
ma w Brukseli opinię mało obliczalnego, buntowniczego
kraju, którego przedstawiciele lubią stawiać sprawę na
ostrzu noża, uzasadniając to krzywdami z przeszłości
albo wyjątkowością swego kraju.

Ileż to było spraw, których polskie rządy - lewicowe i
prawicowe - chciały bronić do końca, po czym ustąpiły
nawet bardziej, niż było to konieczne, oświadczając po
powrocie do kraju, że odniosły wspaniałe zwycięstwo.
Iluż to polskich ministrów rolnictwa głosiło, że
dopłaty bezpośrednie dla polskich rolników muszą
wynieść 100 procent unijnych dopłat, bo inaczej będzie
to "członkostwo drugiej kategorii", na które żaden
polski rząd nie może się zgodzić.

Wiadomo, jak się skończyło. Dopłaty wyniosą w
pierwszym roku członkostwa około 26 proc., a po
powrocie z Kopenhagi premier Miller ogłosił wspaniałym
zwycięstwem to, że cała Polska będzie mogła dopłacać
do swoich rolników. Polskie rządy protestowały
przeciwko włączeniu Unii Zachodnioeuropejskiej do UE,
przeciwko klauzuli elastyczności, która się znalazła w
końcu w traktacie nicejskim, przeciwko tworzeniu
własnych struktur europejskiej polityki bezpieczeństwa
i obrony, po czym podczas negocjacji akcesyjnych
wszystko to przyjęły z dobrodziejstwem inwentarza. To
było do przewidzenia. Zazwyczaj w UE politycy
wypowiadają się ostrożnie, ale negocjują twardo.
Polska robi odwrotnie. Można by na tym przejść do
porządku dziennego i uznać, iż inni powinni się do
tego przyzwyczaić, gdyby nie to, że negatywne skutki
tego nowego obyczaju szkodzą przede wszystkim właśnie
Polsce.

Zapowiedzi i wiarygodność

Jeśli w UE ktoś mówi, że będzie o coś walczyć do końca
i zgłosi weto, to weto musi zgłosić. Inaczej traci
wiarygodność, i w Brukseli, i u siebie w domu. Weto w
UE jest jak bomba atomowa podczas zimnej wojny. Jest
polityczną bronią, której siła polega tylko na tym, że
w ogóle istnieje. Kiedy jesienią ubiegłego roku rząd
holenderski zastanawiał się nad zgłoszeniem weta wobec
rozszerzenia, aby w ten sposób wymusić obniżenie
poziomu dopłat bezpośrednich, szef eurosceptycznych
liberałów w parlamencie Gerrit Zalm zapytał premiera
Jana Petera Balkenende, czy byłby on gotów nie
wykluczyć stosowania weta. Balkenende - nowicjusz na
brukselskich korytarzach, i dlatego ostrożny -
kategorycznie odmówił nawet odpowiedzi. Nikt nie
wiedział, gdzie przebiega granica jego ustępstw.
Dopiął swego i wrócił, chwalony przez liberałów z
Brukseli, z wynikiem, który realnie niewiele obniżył
poziom dopłat.

Tak samo jak polskie rządy kiedyś broniły
stuprocentowych dopłat i spójności NATO, rzekomo
zagrożonej przez bardziej samodzielną UE, tak rząd
premiera Millera teraz okopał się w obronie systemu
ważenia głosów zapisanych w traktacie nicejskim. Stoi
za nim niemal cała opinia publiczna, od posłów
opozycji gotowych "umierać za Niceę" do mediów. Na
razie tylko Aleksander Smolar i Andrzej Olechowski
wezwali do opamiętania się.

Warto więc nie tylko zapytać, czy system nicejski jest
taki zły, jak go malują, ale i zastanowić się nad
pytaniem, co można zaproponować w zamian i co robić,
jeżeli się okaże, że jest on nie do obrony. Najgorszym
wyjściem jest bowiem nieco teatralna groźba Leszka
Millera przeprowadzenia referendum na ten temat.
Zgodnie z interpretacją większości ośrodków badania
opinii publicznej referendum akcesyjne zostało wygrane
dlatego, że obywatele wiążą większą nadzieję z szeroko
pojętą Brukselą niż ze swoim własnym rządem. Jeśli ten
rząd stawia obywateli przed wyborem między nim a
Brukselą, to jego los będzie przesądzony. Groźba
przeprowadzenia referendum na temat konstytucji UE
równa się więc groźbie popełnienia politycznego
samobójstwa, co jest mało wiarygodne dla każdego, kto
zna Leszka Millera i SLD.

Czy system nicejski jest wart obrony?

W dotychczasowej debacie na temat systemu nicejskiego
wskazywano głównie na negatywne skutki nowego podziału
głosów według projektu konstytucji UE dla krajów
średnich, takich jak Hiszpania i Polska. To słuszny
zarzut. W stosunku do innych członków UE na systemie
Konwentu zyskają i największe państwa, i najmniejsze.
Ten paradoks wynika z faktu, że system Konwentu
zawiera w sobie dwa czynniki: ważący liczbę ludności i
liczbę państw. Dla dużych państw ten ostatni niemal
nie ma znaczenia, dla małych czynnik demograficzny
jest nieistotny. Siła dużych państw wynika z dużej
liczby ludności, małych z faktu, że mają jeden głos,
tyle samo co najwięksi. Dla średnich państw,
zaliczonych w Nicei praktycznie do największych, oba
czynniki działają na ich niekorzyść. W nowym systemie
wielka czwórka: Niemcy, Wielka Brytania, Francja i
Włochy, może blokować wszystko. Do rządzenia nadal
potrzebują innych, tyle że mniej niż według systemu
nicejskiego.

Jedna strona medalu

Co Polska straciła w porównaniu do wielkiej czwórki,
zyskuje w stosunku do państw mniejszych. Po Nicei
Polska ważyła tyle, ile dwa średnie kraje (jak Belgia
i Czechy) plus Łotwa, teraz waży tyle, ile Belgia,
Czechy, Łotwa, Holandia i Litwa. Mało kto też zauważył
w Polsce, że system Konwentu spełnia kilka innych
wymagań, które polskie rządy podnoszą od lat. Unia
staje się silniejsza i sprawniejsza niż po Nicei, a
metoda wspólnotowa, polegająca na włączeniu w proces
decyzyjny Komisji i Parlamentu Europejskiego, zostaje
wzmocniona.

Był to stały postulat minister Danuty H�bner. Metoda
wspólnotowa jest bowiem przez wielu uważana za sposób
skutecznego wyważenia interesów małych i dużych
państw. Ulega ona wzmocnieniu, ponieważ system
Konwentu drastycznie ułatwia podejmowanie decyzji.
Prawdopodobieństwo, że jakakolwiek decyzja zostaje
podjęta w Radzie Ministrów UE, jest według projektu
Konwentu tak duże, jak to było w EWG, kiedy liczyła
ona tylko sześć państw. Oznacza to, że UE mogłaby też
podejmować decyzje tam, gdzie dotychczas była
blokowana. Jeśli zapadnie więcej decyzji w Radzie, to
Parlament ma też więcej do powiedzenia. Projekt
Konwentu bowiem rozszerza jego kompetencje i sprawia,
że zasada, iż bez jego zgody akt prawny nie może wejść
w życie, stanie się zasadniczą ścieżką legislacyjną.

Większa "przepustowość Rady" wzmacnia też znaczenie
Komisji, bo w sprawach dotyczących wspólnego rynku i
części przepisów z Schengen Komisja ma wyłączne prawo
inicjatywy. Na proces legislacyjny w UE projekt
Konwentu działa jak środek przeczyszczający. System
nicejski natomiast zapewnia mu blokadę i zwiększa
prawdopodobieństwo wytworzenia się tak nielubianych w
Polsce "kręgów węższej współpracy" i "twardych
rdzeni". Jeśli w Radzie całej Unii nie da się nic
uchwalić, to ci, którzy chcą coś uchwalić, będą to
robić w węższym gronie. Według projektu Konwentu mogą
to robić w gronie wszystkich, a nad interesami
ewentualnie przegłosowanych krajów będą czuwały:
Komisja, Parlament i Europejski Trybunał
Sprawiedliwości, którego kompetencje też zostały
rozszerzone.

Wpisanie systemu nicejskiego do konstytucji osłabia
więc Komisję, Parlament i Trybunał - naturalnych
sojuszników nowych członków w systemie politycznym UE.
Czy wobec tego warto jeszcze domagać się dodatkowego
osłabienia sprawności Komisji przez powiększenie jej
do 25 członków? Słaba, niewydolna Komisja to kolejne
zaproszenie dużych państw do przejmowania inicjatywy w
Radzie. To nie wynika z zapisów w traktatach, to
wynika z doświadczenia Komisji Santera.

Czy system nicejski da się obronić?

Początkowo wydawało się, że system Konwentu będzie
miał przeciwko sobie wszystkie małe państwa oraz
Polskę i Hiszpanię. Teraz, kiedy w ruch poszły
kalkulatory, okazuje się, że owszem, niemal wszyscy
mają coś pr
Obserwuj wątek
    • neceser Doadaj , przegrany. 23.10.03, 21:44
      Gość portalu: Informator napisał(a):

      ) W obronie Nicei Polska znalazła się w tak głębokich
      ) okopach, że trudno będzie z nich wyjść bez pomocy
      ) Ile razy do tej samej rzeki?
      )
      )
      ) KLAUS BACHMANN
      )
      ) Niemal od początku negocjacji akcesyjnych z UE Polska
      ) ma w Brukseli opinię mało obliczalnego, buntowniczego
      ) kraju, którego przedstawiciele lubią stawiać sprawę na
      ) ostrzu noża, uzasadniając to krzywdami z przeszłości
      ) albo wyjątkowością swego kraju.
      )
      ) Ileż to było spraw, których polskie rządy - lewicowe i
      ) prawicowe - chciały bronić do końca, po czym ustąpiły
      ) nawet bardziej, niż było to konieczne, oświadczając po
      ) powrocie do kraju, że odniosły wspaniałe zwycięstwo.
      ) Iluż to polskich ministrów rolnictwa głosiło, że
      ) dopłaty bezpośrednie dla polskich rolników muszą
      ) wynieść 100 procent unijnych dopłat, bo inaczej będzie
      ) to "członkostwo drugiej kategorii", na które żaden
      ) polski rząd nie może się zgodzić.
      )
      ) Wiadomo, jak się skończyło. Dopłaty wyniosą w
      ) pierwszym roku członkostwa około 26 proc., a po
      ) powrocie z Kopenhagi premier Miller ogłosił wspaniałym
      ) zwycięstwem to, że cała Polska będzie mogła dopłacać
      ) do swoich rolników. Polskie rządy protestowały
      ) przeciwko włączeniu Unii Zachodnioeuropejskiej do UE,
      ) przeciwko klauzuli elastyczności, która się znalazła w
      ) końcu w traktacie nicejskim, przeciwko tworzeniu
      ) własnych struktur europejskiej polityki bezpieczeństwa
      ) i obrony, po czym podczas negocjacji akcesyjnych
      ) wszystko to przyjęły z dobrodziejstwem inwentarza. To
      ) było do przewidzenia. Zazwyczaj w UE politycy
      ) wypowiadają się ostrożnie, ale negocjują twardo.
      ) Polska robi odwrotnie. Można by na tym przejść do
      ) porządku dziennego i uznać, iż inni powinni się do
      ) tego przyzwyczaić, gdyby nie to, że negatywne skutki
      ) tego nowego obyczaju szkodzą przede wszystkim właśnie
      ) Polsce.
      )
      ) Zapowiedzi i wiarygodność
      )
      ) Jeśli w UE ktoś mówi, że będzie o coś walczyć do końca
      ) i zgłosi weto, to weto musi zgłosić. Inaczej traci
      ) wiarygodność, i w Brukseli, i u siebie w domu. Weto w
      ) UE jest jak bomba atomowa podczas zimnej wojny. Jest
      ) polityczną bronią, której siła polega tylko na tym, że
      ) w ogóle istnieje. Kiedy jesienią ubiegłego roku rząd
      ) holenderski zastanawiał się nad zgłoszeniem weta wobec
      ) rozszerzenia, aby w ten sposób wymusić obniżenie
      ) poziomu dopłat bezpośrednich, szef eurosceptycznych
      ) liberałów w parlamencie Gerrit Zalm zapytał premiera
      ) Jana Petera Balkenende, czy byłby on gotów nie
      ) wykluczyć stosowania weta. Balkenende - nowicjusz na
      ) brukselskich korytarzach, i dlatego ostrożny -
      ) kategorycznie odmówił nawet odpowiedzi. Nikt nie
      ) wiedział, gdzie przebiega granica jego ustępstw.
      ) Dopiął swego i wrócił, chwalony przez liberałów z
      ) Brukseli, z wynikiem, który realnie niewiele obniżył
      ) poziom dopłat.
      )
      ) Tak samo jak polskie rządy kiedyś broniły
      ) stuprocentowych dopłat i spójności NATO, rzekomo
      ) zagrożonej przez bardziej samodzielną UE, tak rząd
      ) premiera Millera teraz okopał się w obronie systemu
      ) ważenia głosów zapisanych w traktacie nicejskim. Stoi
      ) za nim niemal cała opinia publiczna, od posłów
      ) opozycji gotowych "umierać za Niceę" do mediów. Na
      ) razie tylko Aleksander Smolar i Andrzej Olechowski
      ) wezwali do opamiętania się.
      )
      ) Warto więc nie tylko zapytać, czy system nicejski jest
      ) taki zły, jak go malują, ale i zastanowić się nad
      ) pytaniem, co można zaproponować w zamian i co robić,
      ) jeżeli się okaże, że jest on nie do obrony. Najgorszym
      ) wyjściem jest bowiem nieco teatralna groźba Leszka
      ) Millera przeprowadzenia referendum na ten temat.
      ) Zgodnie z interpretacją większości ośrodków badania
      ) opinii publicznej referendum akcesyjne zostało wygrane
      ) dlatego, że obywatele wiążą większą nadzieję z szeroko
      ) pojętą Brukselą niż ze swoim własnym rządem. Jeśli ten
      ) rząd stawia obywateli przed wyborem między nim a
      ) Brukselą, to jego los będzie przesądzony. Groźba
      ) przeprowadzenia referendum na temat konstytucji UE
      ) równa się więc groźbie popełnienia politycznego
      ) samobójstwa, co jest mało wiarygodne dla każdego, kto
      ) zna Leszka Millera i SLD.
      )
      ) Czy system nicejski jest wart obrony?
      )
      ) W dotychczasowej debacie na temat systemu nicejskiego
      ) wskazywano głównie na negatywne skutki nowego podziału
      ) głosów według projektu konstytucji UE dla krajów
      ) średnich, takich jak Hiszpania i Polska. To słuszny
      ) zarzut. W stosunku do innych członków UE na systemie
      ) Konwentu zyskają i największe państwa, i najmniejsze.
      ) Ten paradoks wynika z faktu, że system Konwentu
      ) zawiera w sobie dwa czynniki: ważący liczbę ludności i
      ) liczbę państw. Dla dużych państw ten ostatni niemal
      ) nie ma znaczenia, dla małych czynnik demograficzny
      ) jest nieistotny. Siła dużych państw wynika z dużej
      ) liczby ludności, małych z faktu, że mają jeden głos,
      ) tyle samo co najwięksi. Dla średnich państw,
      ) zaliczonych w Nicei praktycznie do największych, oba
      ) czynniki działają na ich niekorzyść. W nowym systemie
      ) wielka czwórka: Niemcy, Wielka Brytania, Francja i
      ) Włochy, może blokować wszystko. Do rządzenia nadal
      ) potrzebują innych, tyle że mniej niż według systemu
      ) nicejskiego.
      )
      ) Jedna strona medalu
      )
      ) Co Polska straciła w porównaniu do wielkiej czwórki,
      ) zyskuje w stosunku do państw mniejszych. Po Nicei
      ) Polska ważyła tyle, ile dwa średnie kraje (jak Belgia
      ) i Czechy) plus Łotwa, teraz waży tyle, ile Belgia,
      ) Czechy, Łotwa, Holandia i Litwa. Mało kto też zauważył
      ) w Polsce, że system Konwentu spełnia kilka innych
      ) wymagań, które polskie rządy podnoszą od lat. Unia
      ) staje się silniejsza i sprawniejsza niż po Nicei, a
      ) metoda wspólnotowa, polegająca na włączeniu w proces
      ) decyzyjny Komisji i Parlamentu Europejskiego, zostaje
      ) wzmocniona.
      )
      ) Był to stały postulat minister Danuty H?bner. Metoda
      ) wspólnotowa jest bowiem przez wielu uważana za sposób
      ) skutecznego wyważenia interesów małych i dużych
      ) państw. Ulega ona wzmocnieniu, ponieważ system
      ) Konwentu drastycznie ułatwia podejmowanie decyzji.
      ) Prawdopodobieństwo, że jakakolwiek decyzja zostaje
      ) podjęta w Radzie Ministrów UE, jest według projektu
      ) Konwentu tak duże, jak to było w EWG, kiedy liczyła
      ) ona tylko sześć państw. Oznacza to, że UE mogłaby też
      ) podejmować decyzje tam, gdzie dotychczas była
      ) blokowana. Jeśli zapadnie więcej decyzji w Radzie, to
      ) Parlament ma też więcej do powiedzenia. Projekt
      ) Konwentu bowiem rozszerza jego kompetencje i sprawia,
      ) że zasada, iż bez jego zgody akt prawny nie może wejść
      ) w życie, stanie się zasadniczą ścieżką legislacyjną.
      )
      ) Większa "przepustowość Rady" wzmacnia też znaczenie
      ) Komisji, bo w sprawach dotyczących wspólnego rynku i
      ) części przepisów z Schengen Komisja ma wyłączne prawo
      ) inicjatywy. Na proces legislacyjny w UE projekt
      ) Konwentu działa jak środek przeczyszczający. System
      ) nicejski natomiast zapewnia mu blokadę i zwiększa
      ) prawdopodobieństwo wytworzenia się tak nielubianych w
      ) Polsce "kręgów węższej współpracy" i "twardych
      ) rdzeni". Jeśli w Radzie całej Unii nie da się nic
      ) uchwalić, to ci, którzy chcą coś uchwalić, będą to
      ) robić w węższym gronie. Według projektu Konwentu mogą
      ) to robić w gronie wszystkich, a nad interesami
      ) ewentualnie przegłosowanych krajów będą czuwały:
      ) Komisja, Parlament i Europejski Trybunał
      ) Sprawiedliwości, którego kompetencje też zostały
      ) rozszerzone.
      )
      ) Wpisanie systemu nicejskiego do konstytucji osłabia
      &g
      • Gość: Informator Rzad i Sejm - banda glupich pyszalkow IP: 130.94.123.* 23.10.03, 22:02
    • Gość: Informator cd IP: 209.234.166.* 23.10.03, 21:56
      Teraz, kiedy w ruch poszły kalkulatory, okazuje się, że
      owszem, niemal wszyscy mają coś przeciwko projektowi
      Konwentu, ale niekoniecznie to samo co Polska.

      Kraje Beneluksu już pogodziły się z systemem ważenia
      głosów w Radzie wedle Konwentu, bo wzmocnienie metody
      wspólnotowej leży im bardziej na sercu. Dla Hiszpanii,
      kiedy sprawa stanie na ostrzu noża podczas konferencji
      międzyrządowej, zachowanie weta w sprawie funduszy
      strukturalnych i budżetu będzie ważniejsze niż obrona
      systemu nicejskiego. Po co walczyć o mechanizm
      zapewnienia sobie większych środków, jeżeli można od
      razu walczyć o większe środki?

      Wspólna deklaracja polsko-hiszpańska jest - w porównaniu
      z ostrymi wypowiedziami polskich polityków - bardzo
      umiarkowana i zostawia wiele furtek, aby się wycofać.
      Pozostaje pytanie, czy Polska rzeczywiście jest gotowa w
      osamotnieniu blokować ratyfikację konstytucji UE?
      Dotychczasowe doświadczenia negocjacyjne Polski raczej
      przemawiają przeciwko takiemu scenariuszowi. Szczyt w
      Kopenhadze był negocjacyjną klęską, przerobioną na
      sukces propagandowy za pomocą telewizji. Ale czy to się
      uda jeszcze raz?

      Co w zamian?

      Jeżeli nowy podział głosów w Radzie jest nie do
      ruszenia, to należy zrobić wszystko, aby wzmocnić wpływy
      państw średnich w inny sposób. Na przykład przez
      obniżenie progu demograficznego do 50 procent. Niweluje
      to nieco wpływ wielkiej czwórki, sprawiając, że do
      skutecznej blokady potrzebuje ona więcej zwolenników.
      Przepustowość Rady stanie się jeszcze większa, zostają
      więc i pozytywne, z punktu widzenia Polski, skutki
      systemu Konwentu. Skoro już teraz rysuje się zgoda na
      zachowanie zasady "jeden kraj - jeden komisarz", to
      warto się zastanawiać nad usprawnieniem Komisji z 25 lub
      27 członkami. Polski postulat, aby struktury obronne UE
      nie były konkurencyjne wobec NATO, jest tak ogólny, że
      nietrudno będzie go spełnić, chociażby w formie
      deklaracji lub protokołu podobnego do tego, który
      poprzedził drugie referendum irlandzkie. W sprawie
      preambuły już tylko Francję trzeba przekonać. Polski
      rząd może więc wyjść z konferencji międzyrządowej z
      prawdziwym, a nie tylko medialnym zwycięstwem. Pod
      warunkiem że sam sobie nie ustawia zbyt wysokiej
      poprzeczki. Zanim się skoczy do okopu, warto się
      zastanowić, jak z niego wyjść.

      Autor jest korespondentem "Stuttgarter Zeitung" w
      Brukseli

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka