klosowski333
11.01.11, 16:01
Nasz jezyk nieustannie ewoluuje. Proces ten zostal mocno ograniczony w czasach komuny, ale dzis znow nie tepi sie gwar, dialektow, neologizmow, zargonow, a jezykoznawcy i polonisci coraz przychylniej patrza na wspolczesny proces slowotworczy i na swoista kreatywnosc jezykowa.
W moich czasach szkolnych rzadzila komuna. Wowczas za slazaczenie czy wciepywanie zwrotow gwarowych albo nawet staropolskich mozna bylo poniesc szkolne restrykcje. Byle "Polszcze" uragalo do jezykowej zbrodni i karane bylo niskimi ocenami. Nazywano to niepotrzebnym archaizmem i dalej wszystko mundurkowano i unifikowano, nie tylko jezyk przeciez.
Czy dzis w nalezyty sposob korzystamy z danej nam wolnosci? Jakie sa jej granice? Czy mowa polska szybko absorbuje nowe slowa czy tez wciaz rugowane sa one z tzw poprawnej polszczyzny przez jej straznikow?
Sa rozne szkoly. Znany z mediow profesor Bralczyk apeluje (ostatnio w Drugim Sniadaniu Mistrzow) by ocalic dawne slowa, albo by je wrecz na powrot przywolac. Jest przeciwnikiem bezrefleksyjnej poprawnosci politycznej, ktora kaze nam mowic "Romka wrozyla mi z reki".
Co z wulgaryzmami polskimi, ktore czesto odpowiadaja za opisywanie emocji lub tzw podkreslanie nastroju wypowiedzi. Nawet purysta jezykowy zauwazy, ze zgodnie z polska zasada stopniowania przymiotnikow slowa "zdenerwowany", "wkurzony", "wk.urwiony" znacza troche co innego i niosa ze soba inny ladunek emocjonalny.
Polska znowu staje sie roznorodna. Nie tylko w gorach i na Gornym Slasku slychac slowa niespotykane nigdzie indziej. W roznych rejonach roznie absorbuje sie slowa obcego pochodzenia dostosowujac je do zasad polskiej gramatyki.
Nie wiem czy na tym forum da sie na ten temat pogadac, ale tak jakos mialem ochote o tym napisac.