ikcort
18.04.11, 15:50
Zaintrygowała mnie pewna kwestia i chciałbym, byście mi wyjaśnili, o co właściwie chodzi. Otóż niedawno koleżka ojca Tadeusza Rydzyka CSsR, niejaki Kobylański, podzielił się ze swymi słuchaczami następującym roszczeniem:
Niech będzie tylu przedstawicieli Polaków-katolików ile nas jest w Polsce, a nie taka parodia, że dzisiaj w rządzie czy w parlamencie Polaków prawdziwych nawet nie ma 30 procent (...)
Wypowiedź ta wywołała, słuszne zresztą, oburzenie Gazety Wyborczej, które - jak widzę - trwa do dziś. Ale, rzecz ciekawa, kiedy w tym tonie wypowiadają się obywatelki feministki, tzn. że niech w parlamencie i innych instytucjach liczba kobiet będzie adekwatna do ich ilościowego udziału w społeczeństwie, wówczas reakcja Gazety jest nieco odwrotna: redaktorzy zamiast potępiać tego rodzaju poglądy, pouczają czytelników, że są one światłe, nowoczesne, popierane przez elity intelektualne, że o spełnianiu "europejskich standardów" nie wspomnę.
Wiecie, ja, jako człowiek światły i nowoczesny, zawsze starałem się w miarę możliwość stosować do zaleceń Gazety Wyborczej, ale teraz już mam taki mętlik w głowie przez to wszystko, że… :( To jak to w końcu jest? Domaganie się proporcjonalnego udziału tych czy innych grup w gremiach decyzyjnych jest dobre czy złe?