bill_d-fens
02.03.08, 16:34
Temat odnosi się do sztuki współczesnej, jednak nie do samej materii
artystycznej, a do tego, co z konieczności musi towarzyszyć każdemu
przedsięwzięciu artystycznemu - zaplecza finansowego.
Ja osobiście jestem przeciwny finansowaniu przedsięwzięć
artystycznych z budżetu państwa. Państwo nie jest od bycia
mecenasem - jest to socjalistyczny sposób myślenia, który po
pierwsze tworzy sytuacje patologiczne i korupcjogenne, po drugie
jest niesprawiedliwy wobec wszystkich tych, którzy z konieczości
muszą łożyć na coś, z czego nie korzystają, mało tego, coś co często
obraża ich poczucie dobrego smaku, uczucia i stanowi dla nich pewien
rodzaj gwałtu na sumieniu. Innymi słowy - wolność słowa i
artystycznego wyrazu jak najbardziej TAK, ale na własny koszt.
Dodam, ze sytuacja subwencjonowania pewnej grupy artystów powoduje,
że tworzy się klika, subwencje otrzymują artyści w jakiś sposób
nieformalnie związani z decydentami, niekoniecznie ci najzdolniejsi
lub mający najwięcej do powiedzenia.
Ostatnio w Wyborczej pojawił się znów tekst
broniący "obrazoburczych" (ale w imię tolerancji!) współczesnych
artystów i ich środowisko zaszczuwane przez prawicowy ciemnogród nie
mający pojęcia o sztuce.
www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4955735.html
Ale czy kiedykolwiek były takie czasy, że artysta miał pełną wolność
słowa na koszt państwa, nie musiał się liczyć z mecenatem ani opinią
publiczną? Moim zdaniem miejsce sztuki krytycznej - obrazoburczej,
walczącej, nie liczącej się z gustami ludu, jest raczej w
undergroundzie, w niezależnych galeriach. I jeśli taka sztuka nie
wyciąga łapy do państwowej kasy, wówczas jestem pierwszym do
przelania krwi w obronie ich wolności słowa. Co sądzicie?