Gość: Informator
IP: 130.94.123.*
08.10.03, 16:27
Córki zza firanki
Dziś w Polsce wykrywa się jeden na dwadzieścia
przypadków kazirodztwa. Ale to i tak więcej niż przed
kilkunastoma laty, kiedy sądzono, że to się nie zdarza
w tak zwanej normalnej rodzinie i kiedy winę składano
na przedwczesny rozwój seksualny dziecka.
BARBARA PIETKIEWICZ
Do domu dziecka w K. pod Białymstokiem przywieziono
właśnie dziewczynkę. Pod bluzką już widać zarys
piersi. Jest skierowana w trybie natychmiastowym, bo
wyszło na jaw, że od czasu, gdy tylko było to
technicznie możliwe, żył z nią ojciec i dorosły brat.
– Jest w tym domu także 10-letni chłopak, któremu
ojciec robił takie rzeczy – mówi dyrektorka – że
musiałam wyjść, kiedy zeznawał przed policją, bo choć
niejedno słyszałam, zaczęłam mieć mdłości. Po
rozwodzie jego rodzice podzielili się dziećmi. Ona
zatrzymała córkę, on syna. Kiedy się tamto wydało,
chłopca oddano matce. Wkrótce znaleziono go w rowie
przy drodze pobitego prawie na śmierć – tym razem to
była jej robota.
I jest tu jeszcze inne dziecko, którego używali ojciec
i starszy brat na zmianę. Po seksie kazali wchodzić do
budy i szczekać: musiało pokazać, że jest psem. I
jeszcze rodzeństwo K. Ojciec żył z całą piątką po
kolei. Szóstego nie ruszył, bo to jeszcze niemowlę.
– Pracuję w domu dziecka od trzydziestu lat – mówi
dyrektorka – ale z taką masą paskudztwa jak w ostatnim
czasie dotąd nie miałam do czynienia.
Dziewczynka przy oknie
Dziecko zapędzone do budy musiało otrzymać dodatkową
porcję upokorzenia. Może dopiero wtedy ojciec osiągał
orgazm. Ojcu w dzieciństwie – ktoś z bliskich już się
o to postarał – seks i upokorzenie, seks i pastwienie
się, seks i ból zlały się w tak mocne diady, że seks
bez nich nie istnieje, jest nieczynny.
Taki ojciec wie, co robić – pisze Anna C. Salter w
książce „Pokonywanie traumy” (wyd. Media Rodzina w
Poznaniu 2003 r.) – żeby jego dziecko cierpiało. Ma w
tym wyczulone rozeznanie. Poznał jego reakcje i
postępuje jak wytrawny kryminalista. Uderza
precyzyjnie i bez śladów, wyśmiewa, znieważa. Ono jest
wredne, głupie, do niczego. Zasługuje na karę – seks.
A on ją po prostu wymierza. Ty mała dziwko – mówi –
biegasz goła po pokoju i aż się o to prosisz.
Dopada małą dziewczynkę przy oknie – pisze Salter. Ona
przywiera do okna, bo chce myślami odlecieć do widoku
zza szyby. Tym się ratują – dysocjując siebie. Ciało
zostaje, ale umysł, serce, dusza oddzielają się i nie
biorą w zdarzeniu udziału. Są jak ludzie, którzy
przeżywają śmierć kliniczną, odlatują.
Wyrastają z nich ludzie, którzy panicznie boją się
bliskości, zespolenia, intymności, bez miary tego
pragnąc. Bo bliskość – to wystawienie się na
upokorzenie, lęk, krzywdę i ból. Anna Salter pisze o
matkach, które trzymają dzieci na odległość
wyciągniętymi przed siebie rękami. Poznałam niedawno
koleżankę po fachu, która swe dziecko dotykała
wyłącznie w rękawiczkach i wcale nie z obawy, że mała
zarazi się od niej jakąś chorobą. Być może też była
kiedyś dziewczynką przy oknie. W dorosłym seksie
zostawiają swoje ciało mężowi i odlatują, nauczone w
dzieciństwie radzenia sobie z czymś aż tak strasznym.
Ojciec zrozumiał, co chce zrobić jego córka. Zasunął
firanki.