estella50
25.05.17, 10:58
Dla tych, którzy nie mają prenumeraty GW wklejam fragment artykułu o szkoleniu adeptów do WOT.
Dziennikarz wpisał się do takiej jednostki i relacjonuje przebieg weekendowego ćwiczenia, opisuje przyszłych "partyzantów", a także przekazuje jak ocenia prawdziwy oficer takie ćwiczenia.
"Chcę wstąpić do Obrony Terytorialnej. Dzwonię do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Łodzi. Pani z komendy mówi, że mogę złożyć podanie, ale nabór zacznie się dopiero w 2018 roku. Kursy przygotowawcze do OT prowadzą już organizacje paramilitarne. Ich członkowie jako pierwsi będą mogli wstąpić do „terytorialsów” – podaje resort obrony.
W Łodzi działa Jednostka Strzelecka nr 4008. Wysyłam mail. Dostaję zaproszenie na zajęcia. Nie muszę przedstawiać dokumentów, zdawać żadnych testów. Wystarczy, że opłacę składkę: 30 złotych miesięcznie. Miejsce: siedziba WKU.
W czwartek wieczorem wchodzę do jednostki. Na portierni czekam z 12 osobami. Faceci ubrani w sportowe kurtki, spodnie moro, wysokie buty, z plecakami w kolorze khaki. Są też dwie dziewczyny.(-)
Bierzemy do rąk kompasy i mapy. Uczymy się wyznaczać azymut, orientować mapę. Po trzech godzinach koniec. „Przybysz” zaprasza na manewry „Burza”. Zapisuję się za 35 zł. Z magazynu Strzelców wypożyczam spodnie moro, bluzę, kurtkę, pałatkę. (-)
Manewry są na prywatnej strzelnicy pod Sieradzem. Wokół las, łąki, zapadliska po żwirowni. Początek grudnia, zimno. Miało się zacząć o ósmej, ale dopiero zjeżdżają się samochody. Jest nas 13 osób plus dwóch prowadzących. Przechodzimy przed drewniany budynek obok stanowisk strzelniczych. Wszyscy w mundurach. Dostajemy hełmy, torby z maskami gazowymi, kamizelki taktyczne. Gumowe atrapy kałasznikowów lub prawdziwe kałasznikowy, ale bez amunicji. Dobieramy się w pary – buddy teamy. Każdy ma swojego buddiego, czyli kumpla, którego ochrania na polu walki. Trafiam na Marcina – wysokiego mężczyznę po trzydziestce, z rudą brodą. Nie mamy czasu gadać. Zbiórka w szeregu. Drugi prowadzący to wysoki, dobrze zbudowany facet przed trzydziestką. Ksywa „Mroźny”. Tłumaczy: – Skoro już minister Macierewicz włączył nas do wojska, żebyśmy z tymi legendarnymi specnazami po lasach walczyli, to róbmy to dobrze. A nie na odpierdol. Po to tu jesteśmy.
Denerwuje się, że trzymam broń jak worek ziemniaków. – Jak będziesz z tego strzelał? Złap to jak karabin, palec powyżej spustu.
Dostaję pseudonim „Szwagier” – bo wyglądam jak mało ogarnięty kuzyn.
Rozstawiamy się po dwóch stronach drogi w szyku cygaro. Idziemy w odstępach kilku metrów. Nie rozmawiamy. Każdy obserwuje swój sektor. Porozumiewamy się znakami patrolowymi – stop (ręka uniesiona, pięść zaciśnięta), naprzód (szybki ruch ręką w kierunku marszu).
Dochodzimy do lasu. „Mroźny” pokazuje, jak stąpać, by nie łamać gałęzi. Powoli, z pięty na palce. Nie wolno patrzeć pod nogi!
Las przecina szutrowa dróżka. Wystawiamy dwie osoby jako czujki. Podchodzą powoli do „wąskiej przeszkody terenowej”. Machają ręką na znak, że jest bezpiecznie. Reszta patrolu przebiega na drugą stronę drogi. Powtarzamy ćwiczenie, zmieniając czujki. Biegamy w tę i z powrotem przez godzinę.
Znajdujemy leśne zagłębienie. Czas na odbój, czyli odpoczynek. Jedna osoba z pary obserwuje fragment terenu – na leżąco, z rękami na karabinie. Druga może wyjąć kanapki (-)
Ruszamy na żwirownię. Nie wolno zapalać latarek czołowych. W prawdziwym boju zwracałyby uwagę. Idziemy tyralierą w dwóch grupach. „Mroźny” krzyczy: – Kontakt przód!
Rzucamy się na ziemię. Udajemy, że strzelamy. Nie mamy przecież amunicji. Każdy krzyczy jak najgłośniej: – Jeb-jeb-jeb, jeb-jeb! Pada komenda: – Jedynka tył! Pierwsza grupa biegnie do tyłu, rzuca się na ziemię z okrzykiem: – Gleba! Potem wycofuje się druga grupa.
Na przemian niesiemy ciężki karabin PK i skrzynkę na naboje podpiętą od dołu. Dwa razy cięższy od zwykłego karabinu. Waży 10 kilogramów. Nagle chłopak, który biegnie z PK, potyka się, wywala na ziemi. Rannemu ktoś pomaga się wycofać. Jego karabin został na piachu obok Asi. „Mroźny” wrzeszczy: – Weź tę PK-aśkę i napierdalaj; Asia, kurwa, czego nie rozumiesz!
Dziewczyna chwyta za karabin i strzela okrzykami: „Jeb-jeb!”. "
Dla mnie to jest zabawa w wojsko przerośniętych chłopców. Zwracam uwagę, że od kandydatów do WOT nie są wymagane żadne badania.