Właśnie obejrzałem po raz któryś "Pewnego razu na dzikim zachodzie" Leone i po prostu padłem. Wspaniały film, ze świetnymi zdjęciami i muzyką, która przyprawia mnie o dreszcze. Aż chciałoby się w coś takiego zagrać. Na szczęście ten wspaniały gatunek, jakim jest western, ma fart jeśli chodzi o gry, nie uważacie? No bo spójrzcie...
Pomijając Red Dead Redemption (którego nie ocenię, bo dopiero leci do mnie z Amazona; doczekać się nie mogę), w zasadzie każdy większy tytuł westernowy był grą co najmniej bardzo dobrą. Pomijam jakieś niskobudżetowe szmiry w rodzaju jakiegoś tam "celowniczka", który w okolicach roku 2002 wyszedł na PC, i który zebrał noty bliskie 0/10... Spójrzmy na parę tytułów.
Gun.Smoke (NES) - pamiętacie toto? Pewnie nie. Była to bardzo przyzwoita, jak na swoje czasy, strzelanka "latana". Tzn. chodziło się kowbojem i naparzało do innych kowbojów, tyle że mechanizm rozgrywki przypominał gry takie jak River Raid czy inne "samoloty" lub "statki kosmiczne". Postać poruszała się stale naprzód, trzeba było tylko omijać przeszkody i zdejmować przeciwników. Ciekawostka: był sobie kiedyś popularny serial Gunsmoke, z którego giera zżynała. Żeby nie posypały się pozwy, jej tytuł zmieniono na Gun.Smoke. O dziwo - podziałało.
Outlaws (PC) - pamiętacie toto? JA CHCĘ REMAKE! Ta giera była absolutnie odjazdowa, a jej przerywniki filmowe do dziś robią wrażenie (wiem bo grałem parę tygodni temu). Nawet cienka jak barszcz grafika, przestarzała w chwili premiery, nie przeszkadza. Tu jest i klimat, i GRYWALNOŚĆ. I motywacja do działania, bo fabuła jest całkiem zgrabna, choć prosta jak drut.
Desperados (PC) - pamiętacie toto? Bardzo fajna "commandosówka" (pomyśleć, że kiedyś to był wręcz cały gatunek), osadzona na dzikim zachodzie. Dawała więcej swobody niż Commandos, a jednocześnie była lepiej wykonana. Do dzisiaj pamiętam odzywki bohaterów, z "toritaba Willy" na czele.

W sequel niestety nie grałem, ale wrażenia z oryginału miałem bardzo pozytywne.
GUN - tę grę tak lubię, że mam jej wersje na PC, X360 i PSP. Tak, zapłaciłem za nią trzy razy. I nie żałuję. Jak dla mnie to jeden z najlepszych tytułów poprzedniej generacji. Jest odpowiednio zróżnicowany, ma całkiem przyzwoite widoczki, REWELACYJNE dialogi i cut-scenki, a także NAJLEPSZY voice acting w historii gier. No ale co się dziwić, jak się ma w obsadzie Toma Jane'a, Krisa Kristoffersona, Toma Skerritta, Lance'a Henriksena, Rona Perlmana, Brada Douriffa i paru innych wymiataczy... Uwielbiam tę grę, głównie ze względu na fabułę, bo sama mechanika rozgrywki jest... dobra. I nic więcej, niestety. Podejrzewam, że to taki RDR na miarę roku 2005.
Call of Juarez - Polacy uderzyli mocno, choć nie do końca tam, gdzie trzeba. Do dziś CoJ to solidna giera, ale parę poziomów było tak słabych (polowanie na króliki - WTF?), że chciało się odłożyć pada. Mnie rozwaliła fabuła: Ray okazał się jednym z najbardziej złożonych bohaterów w historii gier. Klimat też świetny, a grafika - poza wnętrzami - bardzo ładna. Czy można chcieć czegoś więcej?
Call of Juarez: Bound in Blood - można, i ta gra to dostarcza. Jak dla mnie - gra roku 2009. Grafika: niemalże perfekcja (poziom z deszczem i błotem - odlatuję z zachwytu). Opowieść: padam na kolana przed złożonością fabuły i faktem, że nawet najmniejsza rzecz ma tu znaczenie (np. trzecioplanowy Indianin o imieniu Running River, który ma bardziej złożoną historię niż Marcus Fenix pomnożony przez Master Chiefa). Grywalność: cóż, na razie przeszedłem trzy razy, ale nie miałem dużo czasu; zanosi się na lepszy wynik. Piszcie jakąś petycję, niech Techland zrobi trójkę. Zapłacę im, żeby być zaangażowany w produkcję.
Znacie jeszcze jakieś fajne gry o dzikim zachodzie? Jeśli tak, rzućcie tytułami - chętnie sprawdzę, trochę mam fioła na punkcie westernów.
--------
kultturystyka.blox.pl - reaktywacja