senanna
28.10.04, 16:31
Trafia mnie ostatnio potężny, straszliwy i ostateczny szlag. No bo - ileż
można?!
Mieszkam, cóż zrobić - przodki tak zdecydowali, w jednym z miast pięknego
czarnego GOP-u. Jednym z tych, które czołowały w rankingach zanieczyszczeń
ziemi i nieba. Charakteryzowało się to wspaniałe miasto między innymi tym, że
jak dzieciaki wyjeżdżały np. nad morze, to chorowały... od nadmiaru świeżego
powietrza. Co prawda, od kiedy przemysł zdechł, to już nie widać
powietrza.... ale nie w tym rzecz.
Otóż ludzie mając dosyć tego, że śnieg jest czarny, niebo szare, budynki
grafitowe, szyby pociemniałe, itd. najwyraźniej dostali fioła na punkcie
zieleni. Sadzili co popadło i gdzie popadło i po prawdzie nigdzie w Polszcze
nie widziałam tak zadrzewionych i zakrzewionych osiedli, ulic, skwerów z
bałaganiarsko sadzoną, lecz zadbaną zielenią - ludzie sami dbali...
Ale, jak to bywa, czasy się zmieniły - kominy powoli obracają się w gruzy, a
piękne, ukochane drzewa, nie wiedzieć czemu przestały być takie malutkie. I
zaczęły przeszkadzać.
W starszych dzielnicach często można zobaczyć, że w jasny dzień światło się
świeci w domach - drzewa zasłaniają okna. Grzyb i pleśń pojawiają się na
ścianach - drzewa zawilgacają. Chodniki oszalały i zamieniają się w wertepy -
drzewa rozsadzają. Zabytki diabli biorą, bo śliczne drzewka sadzone przy
wejściach rozwaliły fundamenty, korzonkami penetrują piwnice, rury
kanalizacyjne... Dosyć powodów? Dosyć. Zaczęło się polowania na czarownice.
Padały stare i schorowane topole. Trudno, nie sposób się nie zgodzić. Padały
piękne stare robinie. I tutaj bolało, ale trudno - rzucały gałęziami przy
każdym wietrze. Padały drzewa rosnące za blisko budynków, ulic, torów
tramwajowych. Trudno. Ale potem zaczęło się szaleństwo - znikają z ulic i
podwórek wszystkie starsze drzewa, począwszy od nieszczęsnych persona non
grata - topoli - no bo śmiecą (!) i alergie, i kiedyś będą stare i będą się
łamać (ratunku), i, i, i.... Ścinane są dorosłe drzewa z powodów jak wyżej -
ciemno, wilgotno, chodnik jak po wojnie i "kto będzie grabił te cholerne
liście?". Zostają maluchy, młode drzewka, wzdłuż ulic sadzi się, i owszem,
nowe, ale już o niewielkich rozmiarach i najlepiej geometrycznej formie.
A szlag mnie trafia dlatego, że zmienia się krajobraz miasta – zamiast widoku
budynków obramowanych zielenią, z oknami wyglądającymi ciekawsko przez szpary
pomiędzy gałęziami, zamiast ulic, którym zdawało się, że kierunek wytyczają
szpalery drzew, ocienionych baldachimem liści, zamiast osiedli, na których
miało się wrażenie, że drzewa ścigają się z blokami, które wyższe być może –
mamy miasto nagie w swojej brzydocie, brudzie, zaniedbaniu – i nic tego
przysłonić nie daje rady.
I szlag mnie trafia tez dlatego, że nagle okazuje się, że nie można żyć w
przyjaźni z przyrodą, że ona niewygodna. Że najładniej wyglądają sztuczne
drzewka w pasażach centrów handlowych. Że najlepiej posiedzieć na ławeczce na
wybrukowanym placu.
Mieszkałam kiedyś w budynku stojącym pośród starodrzewu pozostałego po starym
parku. Teraz jest tam plac budowy. Powstaje stacja benzynowa. Radujmy się –
to się nazywa zrównoważony rozwój.
W poszarzałym nastroju, ociekająca jadem
Anna