05.10.05, 11:46
Tak mi przyszło do głowy, w związku z powrotem Janety, aby starsi i bardziej
starsi forumowicze powspominali, a młodsi poczytali, co niektóre ciekawsze
wątki zatopione w otchłani archiwum.
Mnie się gębusia zawsze śmieje jak przypomnę sobie wątek pod obiecującym
tytułem "Dziki zwierz w domu".
Chcecie to poczytajcie
forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=309&w=11053953&v=2&s=0
Obserwuj wątek
    • malinarak Re: Wspominki-wątek nr 1 05.10.05, 12:03
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=309&w=367109&a=367109
      • malinarak Re: Wspominki- też o ogrodach 05.10.05, 12:32

        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=309&w=7230545&v=2&s=0
    • katasiap Re: Wspominki 05.10.05, 14:19
      Chciałam właśnie szukać wątku o Kropokowym jeżu, byłaś szybsza...
      Jestem fanką Kropki i jeża od lat :-)
      Katasia
      • joasia72 Re: Wspominki 05.10.05, 15:57
        Niektóre cebulki jeszcze można sadzić.
        Instruckja wg Wkrasnicki:
        forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=309&w=20267909&a=20270931
        pozdrawiam
        Joanna
        • malinarak Re: Wspominki 05.10.05, 22:08
          No właśnie,gdzie Wkasnicki??
          • malinarak Re: Wspominki 06.10.05, 07:29
            No właśnie,gdzie Wkrasnicki??
    • akk7 Re: Wspominki 06.10.05, 13:48
      Dzięki za ten wątek. Odwiedzam to forum od niedawna i nie miałam okazji zetknąć
      się z tym wspaniałym gejzerem zbiorowego i indywidualnego humoru. Gratulacje,
      cudownie. Myślę, że Ci pogodni Forumowicze żyją w tym samym świecie co Ci
      niepogodni, siejący, zamiast nasionek dających życie i radość, zamęt i niechęć
      do nich samych, a potrafią widzieć świat pogodnie i fajnie zakręcony. Gorąca
      prośba do tych, których Natura obdarzyła błyskotliwym umysłem i piórem -
      dzielcie się z nami, siejcie optymizm i wiarę w mądrych ludzi (dobra pora na
      takie siewy, będą dobre plony). Pozdrawiam
      • gebo13 Re: Wspominki 06.10.05, 13:57
        Joasiu,dzięki za Krasickiego! Ale gdzie WaćPan??
    • elaos Re:Kropkowy drozd 06.10.05, 14:17
      no to jadę z tym drozdem - odcinek I
      kropka 26.08.03, 20:12 zarchiwizowany


      jak ktos już zna tę historię, niech nie czyta.
      Długa jest, więc będzie w odcinkach (posty maja ograniczenia)

      Od rana jakiś drozd latał po naszym ogrodzie i śpiewał nieprzytomnie wciąż tę
      samą melodyjkę. Bezczelnie siadał na najbliższych i najniższych gałęziach, na
      balustradzie ganku, na patykach od grochu i wrzeszczał ile sił. Olewał nas,
      olewał psa, niczego się nie bał. Śpiewał ile sił swą jednostajną piosenkę.
      - Pewnie szuka dziecka, zauważyła słusznie Karolina
      Zaczęliśmy się rozglądać po ogrodzie, żeby nie rozdeptać i ewentualnie
      wyprowadzić na teren bardziej widoczny dla matki. Nic z tego. Malucha nie było.
      Pewnie wypadł z gniazda i zginął. Byliśmy świadkami jeszcze jednej ptasiej
      tragedii.
      Późnym wieczorem siedzieliśmy przy kolacji, gdy z krzaków dobiegł nas jakiś
      pisk. Powtarzał się dość regularnie, więc zaczęliśmy szukać. Na brzegu lasu,
      pod jałowcem siedziało skulone ptasie nieszczęście i darło mordę ile sił w
      piersiach.
      - No to znaleźliśmy, wołał Jasiek. Pewnie głodny. Ale co się daje takim
      pisklakom?
      - A co to jest? Drozd? pytałam o konkrety.
      - Czort wie. Ciemno Jeszcze nieopierzony.
      No i problem. Według wskazań fachowców piskląt nie należy ruszać, bo matka
      wyczuje zapach człowieka i odrzuci. Ale po ciemku w krzakach nic nie widać,
      więc jak rozpoznać ptaszka? A trzeba wiedzieć, czy mięsożerny, czy jarosz, bo
      można zaszkodzić.
      - Jak go tutaj zostawimy, to coś go pożre w nocy.
      - Ale jak go weźmiemy, to mamy go na dożywociu
      - To mamy tak zostawić biedne maleństwo kunom na pożarcie??? Marysia miała łzy
      w oczach
      - Dajcie latarkę, może nie dostanie zawału, a coś się da zobaczyć.
      Odeszłam w stronę domu i ku zdumieniu wszystkich maluch dziarsko podążył za mną
      drąc się bez przerwy i potykając o każdą gałązkę. Zwolniłam, żeby mógł nadążyć.
      Dotarliśmy do światła, i za pomocą atlasu doszliśmy do wniosku, że jednak to
      jest drozd.
      - No fajnie. Piszą, że drozdy jedzą owady i łapią je w locie. Ale nie piszą, co
      jedzą małe drozdy. Ma być rozpaćkane, czy w całości? I jak mu dać? Machać przed
      nosem? Wepchnąć do gardła? Jasiek stał z pęsetą w garści gotowy do karmienia
      - Poczekaj chwilę, bo go zadławimy. Upewnię się. Zadzwonię do fachowca.
      Odpowiedź przyszła po 2 minutach: owady.
      Byliśmy uratowani, bo much ci u nas latoś obrodziło. Dziewczyny zabrały się za
      tłuczenie, Marysia klapką, Karolina gipsem, Jaś donosił, a ja wsadzałam
      pensetką do dzioba. Maluch wsuwał, aż mu się uszy trzęsły. Po 10 muchach
      uznałam, że ma dość.
      - Do rana chyba mu starczy, stwierdziłam
      - To natrzepiemy na zapas, zaproponowała rozochocona Marysia.
      - I może jeszcze do zamrażarki wsadzisz? Taki pisklak musi jeść świeże!
      Umościliśmy gniazdko w kącie ganku, maluch przytulił się do ciepłej szmatki i
      zdawał się być całkiem zadowolony. Odetchnęliśmy z ulgą. Jutro pojawi się pani
      drozdowa i zabierze sobie swoje maleństwo...
      Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
      automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
      do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
      Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
      automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
      do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
      Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
      automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
      do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
      Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
      automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
      do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.
      Po kilku minutach z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
      automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
      do karmienia. Po 5 muchach maluch wtulił się w szmatkę, zamknął oczy i zasnął.

      Nie, nie zepsuł mi się komputer. Tak to właśnie wyglądało.
      Oby do świtu! Rano przyleci matka i weźmie sobie to nienażarte bydlę!!!
      c.d.n.




      • Re: no to jadę z tym drozdem - odcinek II
      kropka 26.08.03, 20:19 zarchiwizowany


      cdn.
      Nie doczekaliśmy świtu. Padliśmy gdzieś koło 3.00. Jaś zasnął na ganku na
      leżaku pilnując, aby żaden grożny, drapieżny zwierz nie zjadł naszego
      podopiecznego.
      Już niektóre ptaki wstawały, już rozpoczynały swój koncert, ale widocznie
      drozdy śpią dłużej. Nasz też spał albo go zatkało z przeżarcia.
      O 7.00 z kąta ganku rozległ się przeraźliwy pisk. Podnieśliśmy się
      automatycznie każdy do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja
      do karmienia. Po 5 muchach maluch NIE wtulił się w szmatkę, NIE zamknął oczu i
      NIE zasnął. Przeciwnie. Stanął na środku ganku, zachwiał się lekko na strasznie
      cienkich nóżkach, łypnął oczkiem w moją stronę i ruszył na złamanie karku.
      Stanął przy mojej nodze i rozdarł dziób. Automatycznie każdy ruszył do swojej
      roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja do karmienia. Po pięciu
      muchach dziób się zamknął i wraz z resztą ciała dziarsko ruszył do przodu. Tym
      razem za Jaśkiem.
      Rozglądaliśmy się szukając matki. Początkowo wypatrywaliśmy drozdów, z czasem
      patrzyliśmy z nadzieją na każdego ptaka, który siadał lub przelatywał w pobliżu
      domu. Ale żaden nie był zainteresowany naszym podrzutkiem.
      Mniej więcej co 10 minut rozlegał się rozdzierający pisk. Automatycznie każdy
      ruszał do swojej roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja do
      karmienia. Po pięciu muchach dziób się zamykał i wraz z resztą ciała dziarsko
      ruszał do przodu.
      W południe zbuntowała się Karolina.
      - Ja mam SWOJE dziecko do wykarmienia. Wprawdzie nie drze się tak przeraźliwie
      i jest znacznie mniej upierdliwe, ale przepraszam – ja wysiadam z tego
      tramwaju! Mogę wam na zapas much natrzepać i to wszystko. I uprzedzam: po
      obiedzie idę spać z Boberem. I żeby mi się nikt nie darł pod oknem!!! zawołała
      groźnie w stronę pisklaka.
      - No to trzep, póki są. Jak tak dalej pójdzie, to będziemy sąsiadom muchy
      wybijać, słusznie stwierdziła Marysia.
      - Możemy założyć skup zużytych lepów na muchy, zasugerował Jaś.
      - A to jest pomysł! Maleństwo będzie miało gumę do rzucia! Może na dłużej mu
      starczy, Marysia była pełna nadziei, bo nadal co 10 minut rozlegał się
      rozdzierający pisk. Automatycznie każdy ruszał do swojej roboty: dziewczyny do
      much, Jaś do donoszenia, ja do karmienia. Po pięciu muchach dziób się zamykał i
      wraz z resztą ciała dziarsko ruszał do przodu.
      Z coraz mniejszą uwagą rozglądaliśmy się za panią drozdową. Widocznie straciła
      nadzieję i przestała szukać dziecka.
      W obliczu groźby wybicia wszystkich much w okolicy, zaproponowałam naszemu
      podrzutkowi urozmaicenie menu. Obrzydliwą, czarną larwę wchłonął z entuzjazmem.
      Dobra nasza, pomyślałam i poszłam w grządki. Maluch dzielnie pomaszerował za
      mną. Ja pieliłam, drozd wyżerał każdego robaka, który pojawiał w jego polu
      widzenia. Jeśli przeczytacie kiedyś, że drozdy jedzą wyłącznie w locie, włóżcie
      to między bajki. Wpieprzają z ziemi ino gwizd!
      Po południu przyszedł sms: „drozdy jedzą jagody”. Świetnie. Jagód jest w bród,
      więc maluchowi śmierć głodowa nie grozi. Poza tym mieliśmy problem z podaniem
      małemu wody. Kiedyś usiłowaliśmy napoić jaskółkę, ale jak się później okazało,
      utopiliśmy ją, tzn zadławiła się kroplą wody nieumiejętnie wlaną do dzioba. Na
      wszelki wypadek nasz drozd wcale nie dostawał wody. Jagody były więc znakomitym
      wyjściem.
      Ha! Ha! Ha! Nawet spojrzeć nie chciał! Ani całych, ani roztartych, ani z ziemi,
      ani z pensety, ani nawet z cukrem.
      - Drozd nie krowa i zielska jeść nie będzie. Trzeba wymyśleć jakiś inny
      • elaos Re:Kropkowy drozd cd 06.10.05, 14:24
        Ha! Ha! Ha! Nawet spojrzeć nie chciał! Ani całych, ani roztartych, ani z ziemi,
        ani z pensety, ani nawet z cukrem.
        - Drozd nie krowa i zielska jeść nie będzie. Trzeba wymyśleć jakiś inny sposób,
        bo nam ptaszysko wyschnie, powiedział Jaś i wymyślił. Podetknęliśmy pisklakowi
        kroplę wody na liściu. Zjadł jak muchę.
        Mieliśmy więc rozwiązany problem karmienia i pojenia pisklaka. Należało jeszcze
        uporać się ze spaniem. NASZYM spaniem.
        Jednak udało się nam zachowac resztki zdrowego rozsądku, bo uświadomiliśmy
        sobie, że przecież ptaki też śpią i nie karmią swoich małych całą noc.
        Wprawdzie chodzą spać z kurami, a wstają skoro świt, ale jakąś przerwę mają,
        więc nie dajmy się zwariować. „Gniazdko” zostało przeniesione do koszyka i
        stanęło koło kuchni.
        O 10-tej wieczorem drozd dostał swoje ostatnie 5 much, wsadziliśmy go do
        koszyka, życzyliśmy mu słodkich snów i poszliśmy spać.
        O 5-tej obudził nas rozpaczliwy pisk. Automatycznie każdy ruszył do swojej
        roboty: dziewczyny do much, Jaś do donoszenia, ja do karmienia. Po pięciu
        muchach dziób się zamknął i wraz z resztą ciała dziarsko ruszył do przodu.
        - Czy wszystkie pisklęta składają się wyłącznie z przewodu pokarmowego, czy
        tylko nam trafił się taki egzemplarz? zastanawiała się zaspana Maryśka.
        O 6-tej obudził się głodny wnuk, więc o spaniu nie było już mowy. Dobre i te
        parę godzin.
        Drozd tuptał za nami jak pies. Czasem przysypiał gdzieś w trawie, ale gdy się
        budził, a nikogo nie było w polu jego widzenia, podnosił takie larum, że
        zbiegaliśmy się wszyscy jak do pożaru. Trzeciego dnia pisklę było już całkiem
        samodzielne. To znaczy – łaził za nami, ale już nie chwiał się jak po pół
        litrze i nie wpadał w panikę z byle powodu. Bez stresu pozwalał brać się w
        ręce, jadł za trzech, pił z liścia jak zawodowiec. Na widok osoby zdążającej w
        stronę warzywniaka dostawał niebywałego przyspieszenia.
        Jedno było zastanawiające: miał swoją stałą porcję jedzenia – pięć much, lub
        trzy larwy i pięć kropli wody. Ani grosza więcej. Umiał liczyć, czy jak?
        Przerwy w jedzeniu też były coraz dłuższe. Zauważyliśmy też, że kilka włosków
        pierza na głowie zmienia się w niby-piórka, a skrzydełka nabierały wyraźnie
        drozdowych kropek. I gdy wydawało się, że nic nie zmąci naszego spokoju,
        Karolina zadała elektryzujące pytanie:
        - a kto go nauczy latać?
        - !!!!!!!!!??????????



        • Re: no to jadę z tym drozdem - odcinek III ostatni
        kropka 26.08.03, 20:33 zarchiwizowany


        Ambitna Maryśka kucnęła przed ptaszkiem i zaczęła machać rękami.
        Jasiek postawił go na poręczy ganku i delikatnie popchnął. Maluch spadł nawet
        dość miękko, ale zarył dziobem w piach stawiając tzw. świecę. Zaczęliśmy
        straszyć malucha klaskaniem, żeby go zmusić do ucieczki i rozwinięcia skrzydeł.
        Jakiś instynkt przecież ma, nie? Nie. Maluch patrzył na nas jak na wariatów i
        sadowił się wygodnie na gołych stopach osoby stojącej najbliżej.
        - Poczekajmy jeszcze. Może jest za mały?
        - A może zostanie z nami na zawsze? marzyła Marysia nieśmiało.
        - Nie ma takiej możliwości, powiedziałam od razu stanowczo. Masuj mu skrzydła,
        strasz, goń, rób co chcesz. Ten ptak ma odlecieć!!!
        Powoli nabierałam obawy, że drozd rzeczywiście tak się do nas przywiąże, że nie
        zechce odlecieć, albo co gorsze, nie zostanie zaakceptowany przez inne ptaki,
        bo będzie pachniał człowiekiem.
        Przestaliśmy brać go na ręce. Koszyk z gniazdkiem został wyniesiony na ganek.
        Podczas spaceru po lesie zebraliśmy sporo ptasich piór i wyścieliliśmy nimi
        gniazdo. Niechże wreszcie pisklak dowie się, kim jest!
        A pisklak rósł w siłę. Niemal popłakaliśmy się ze wzruszenia, gdy sam złapał
        przelatującą muchę. Osiągnięcia drozda i wnuka przyjmowane były z równym
        entuzjazmem. Ale pomysłu na latanie nie było.
        Pewnego dnia szłam w stronę samochodu. Szłam szybko, żeby drozd za mną nie
        nadążył, bo musiałabym go zabrać do sklepu. Jasiek minął mnie biegnąc z tego
        samego powodu. A za nim... biegł drozd rozpościerając skrzydełka i drąc dziób
        ile sił w piersiach.
        Jasne, że odpuściliśmy sobie zakupy, nic to, że zostaliśmy bez chleba. Na
        zmianę uciekaliśmy przed drozdem, a on gonił nas, coraz sprawniej machając
        skrzydłami.
        „Nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić go”. Jaka ta Osiecka była
        mądra!
        Po dwóch dniach ostrego treningu drozd uniósł się samodzielnie do góry i usiadł
        zdyszany na gałęzi brzozy. Siedział tam dość długo sprawiając wrażenie zupełnie
        zdezorientowanego. Byliśmy zachwyceni i dumni.
        Na noc wylądował w swoim koszyku na ganku, ale gdy wstaliśmy, koszyk był pusty.
        Ptak siedział na brzozie i świrgolił całkiem zadowolony. Na robaki poleciał
        w grządki. Nie miałam pojęcia, czy mam go jeszcze dokarmiać, czy da sobie radę
        sam. Liczyłam jednak na jakiś zew krwi. Odetchnęliśmy z ulgą. Wreszcie można
        było normalnie chodzić, nie patrząc ciągle pod nogi, wreszcie można było
        przestać pilnować wnuka i psa, żeby niechcący nie zgnietli...
        - Muszko! Nasz drozd znalazł kumpli! zawołał szczęśliwy Jasiek
        - Świetnie, ale obserwuj, czy nie robią mu krzywdy. Nie wiemy przecież...
        - Muszko! One są znacznie większe i mają ciemne dzioby!!! I ciągle latają nad
        tym naszym!
        - Chyba mnie szlag trafi! zawołałam. Rodzice? Teraz???? Na gotowe
        przylecieli??? Zabieraj koszyk! Koniec zabawy! Kukuły przebrzydłe! Niech się
        trochę pomartwią o dach nad głową!!!
        Byłam wściekła.
        Wieczorem na poręczy ganku siedziały trzy przytulone do siebie drozdy. Baliśmy
        się poruszyć, żeby nie spłoszyć. Potem przeniosły się na brzozę i nocują tam
        regularnie.
        Coraz trudniej odróżnić, który jest nasz. Jest już niemal dorosłej wielkości,
        jedynie dziób ma znacznie jaśniejszy. I nie ucieka, gdy siadamy do stołu pod
        brzozą.

        Tak było w lipcu. Jeszcze w połowie sierpnia na brzozie regularnie siadaly
        drozdy i śpiewały w głos. Coraz częściej mieliśmy kłopoty z odróżnieniem, czy
        to "nasze". Ale czasem jeden siadał na poręczy ganku i tylko lekko odsuwał sie
        na widok człowieka. Ten był na pewno nasz.
        Dwa tygodnie temu zamknęliśmy chałupę i wróciliśmy do Łodzi. Gdy przyjechaliśmy
        w ostatnią sobotę, na poręczy ganku siedział drozd. Odleciał, gdy podeszliśmy
        bliżej.
        I o to właśnie chodziło.


Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka