Dodaj do ulubionych

Obiecanki - cacanki

11.12.03, 15:58
Obiecywałam, że po egzaminie będę często pisać na forum.
I co? I bzika. Głupich robota kocha.
Ale grunt to rodzinka. Moja siostra przesłała mi niedawno opis swojej
przygody z kolibrami. Niektórzy już ją znają, a innym życzę miłej zabawy :-)
I jeszcze jedno: w tekście są dwukrotnie wyrazy dla dorosłych. Ale jak
doczytacie do końca - sami zrozumiecie, że inaczej się nie dało. I tak
podziwiam siostrę. Ja klęłabym jak szewc :-)

MAŁE SZARE PTASZYNY
Mieszkanie mojej przyjaciółki Danusi tonęło w zieleni. Kiedy cała rodzina
wyjeżdżała na wakacje, dostawałam klucze i instrukcję, co jak często
podlewać. Zadanie było proste: ponieważ Danka nie do końca wierzyła w moje
talenta ogrodnicze, więc w każdej doniczce dodatkowo sterczała
kartka: "paprotka", "aloes", albo "kaktus".
Każdy kretyn by się połapał.
Taki komfort trwał do roku, kiedy w domu mojej przyjaciółki pojawiły się
kolibry. Nie wierzcie tym, którzy będą wam wmawiać, że kolibry są maciupeńkie
i bardzo kolorowe. Są szare i wyglądają jak niewyrośnięte wróble.
Przed wyjazdem Danka jak zwykle wręczyła mi instrukcję obsługi roślin, a
następnie przeszła do zupełnie nowej problematyki: obsługi czterech ptaków.
Pokazała mi, jak się uchyla klapkę, żeby wstawić pojemniki z jedzeniem i
piciem i pouczyła, ile czego im się należy. Przerażona powagą tego zadania
(paprotki miały tę zaletę, że nie latały) spytałam:
- A jeśli mi któryś zwieje?
- Żaden problem - powiedziała 11-letnia wówczas Iwonka, wypuściła ptaki i z
wielką łatwością wyłapała je przy pomocy dwóch rakietek od badmintona, między
które - jeśli można tak powiedzieć - wklaskiwała kolibry.
Wyglądało to łatwo i efektownie, ale na wszelki wypadek wolałam nie
dopuszczać do konieczności grania w badmintona cudzymi ptakami.
Niestety, po kilku dniach poczułam się zbyt pewnie i oczywiście ptaszyska
natychmiast mnie wyczuły. Najpierw kontrolnie uciekł jeden, a kiedy zagapiłam
się na moje fruwające nieszczęście - spieprzyły pozostałe. Powodowana
inteligencją własną pozamykałam okna i wystartowałam do polowania.
"Dziecko potrafi, a ja nie potrafię?" - pomyślałam i bohatersko złapałam
rakietki.
Niestety: okazało się, że dziecko potrafi, a ja nie potrafię.
Ganiałam zwiewające pod sufit piękno przyrody do czasu, kiedy musiałam iść do
pracy. Przed wyjściem wstawiłam do klatki dużo jedzenia i picia w nadziei, że
może to je zwabi i na przykład najedzone pójdą spać. Oczywiście następnego
ranka wszystko było zeżarte i wychlane, a ptaszyska z nową energią fruwały po
pokoju.
Nie przewidziały jednak, że jako zaradna asystentka najtrudniejszych nawet
reżyserów (a najgłupszy reżyser jest mądrzejszy od kolibra, tak w każdym
razie myślałam), znajdę wyjście organizacyjne: przypomniałam sobie o
Robercie. Bobek, o wiele młodszy brat męża Danki, jest kaskaderem, członkiem
doborowej ekipy, która grała w "Piratach" Polańskiego i zwyciężyła w
mistrzostwach świata kaskaderów. To powinno było wystarczyć.
Zadzwoniłam do niego poprzedniego wieczora i z wielkim wstydem nakreśliłam
obraz dramatu.
Nie ma sprawy - powiedział ten wspaniały mężczyzna i rano stawił się na
Stegnach.
- Nie ma sprawy - powtórzył po zdokumentowaniu terenu, obiektów i narzędzi.
Postanowiłam nie pętać mu się pod nogami, rozsiadłam się na pufie i, gdyby
nie pewne napięcie nerwowe, mogłabym powiedzieć, że spędziłam na tym pufie
wspaniały dzień.
Bobek jest bardzo przystojnym brunetem i pięknie się rusza, na co jestem od
dziecka wyczulona. Z przyjemnością patrzyłam, jak harmonijnie biega, skacze i
klaszcze rakietkami.
Pierwszego ptaka wklaskał błyskawicznie, potem już było gorzej, bo pozostałe
się połapały. Łowca był niezmiennie harmonijny w ruchu, ale mało skuteczny.
Co jakiś czas, kiedy wyglądało, że traci kondycję, niewinnie napomykałam:
- Jak ta Iwonka to robi, że tak za pierwszym podejściem...
- Nie ma sprawy - ambitnie odpowiadał Robert i łapał drugi (trzeci, czwarty
itd.) dech, co nie przekładało się na złapanie drugiego (...itd.) ptaszyska.
Jednak do popołudnia pokonał jeszcze dwa kolibry, ostatecznie zacięło się
przy ostatnim.
Trzeba to powiedzieć po męsku: ptak był lepszy.
Robert, nie przestając być harmonijny, z coraz mniejszym przekonaniem mówił
swoje "nie ma sprawy" i coraz bardziej obawiałam się, że koliber go przeżyje.
W końcu udręczony bohater powiedział:
- Jeszcze go zmęczę.
Błąd. Powinien był to powiedzieć tak, żeby ptaszysko nie usłyszało! Koliber
natychmiast zmienił taktykę i usiadł sobie na parapecie. Kiedy Bobek rzucał
się na niego z rakietką, już nie odfruwał, tylko spokojnie przesiadał się o
kilkanaście centymetrów.
Robert zrobił się mniej efektowny: przestał wykonywać skoki, tylko skradał
się w półprzysiadzie, który nie jest pozycją zalecaną dla okazania wdzięku.
Skoro tak, to widowisko przestało mnie zachwycać i górę wziął niepokój, czy
sprawa kolibra w ogóle da się załatwić. Na szczęście Robert miał podobne
odczucia, bo w końcu zaryzykował i z okrzykiem:
- Zabić skurwysyna! - rzucił się na parapet z gołymi pięściami. Jedną trochę
sobie rozwalił, ale w drugiej ściskał tę chodzącą, nie, fruwającą, nie,
przesiadającą się pomyłkę natury.
O dziwo - ptak przeżył! Wprawdzie wrzucony do klatki położył się na plecach i
udawał trupa, ale wystarczyło że przestaliśmy patrzeć, żeby zerwawszy się na
równe nogi zaczął tupać i kląć. Z ulgą opuściliśmy mieszkanie.
Oblewania sukcesu nie było, ponieważ odniosłam niejasne wrażenie, że Bobek
patrzy na mnie z takim samym obrzydzeniem jak na kolibry, a nawet na wróble
przed blokiem.
Z przyjemnością oświadczam, że Robertowi przeszło i znów się lubimy. Nie
przeszło jednak kolibrom. Jeszcze przez wiele miesięcy na mój widok nadymały
się do granic bezpieczeństwa i mówiły, co o mnie myślą. Nie znam ich języka,
jednak ton wskazywał jednoznacznie, że nie są to opinie pochlebne.
A mówi się, że to słonie mają wspaniałą pamięć...

Obserwuj wątek
    • puma002 Re: Obiecanki - cacanki 12.12.03, 09:46
      Łapanie kolibrów przez Kropczyną siostrę przypomniało mi moje przygody jako
      łowcy papug w oranżerii. Czasami komuś zdarzyło się nie domknąć drzwiczek od
      woliery. Papug było osiem, na szczęście nie zawsze wszystkie naraz dawały
      nogę. Do wykorzystania dla fruwających małpiszonów przestrzeń imponującej
      oranżerii we wszystkich trzech wymiarach plus ewentualnie – jeśli zwierzynie
      udało się wydostać na klatkę schodową – jeszcze dwa piętra poniżej.
      Beznadziejna sprawa. Długoterminowe próby wyłapania ptasząt do klatek-pułapek
      wypełnionych po brzegi smakołykami kończyły się niezmiennie fiaskiem. Z
      gromadki sprowadzonych na odsiecz wysportowanych młodzieńców z siatkami do
      połowu papugi śmiały się w kułak. Rozmaici „znawcy” udzielali dobrych rad, np.
      że trzeba polać ptaszki wodą, to same spadną, bo im się piórka zlepią; kiedyś
      mój mądry były szef chwycił się tego pomysłu jak tonący brzytwy i polał je
      wodą przy pomocy węża, a przy okazji polał siebie i wszystko wokół – papugi
      oczywiście nie spadły, cud, że się nie poprzeziębiały, a wycierania było co
      niemiara.

      W końcu rzecz całą załatwiała przeważnie sprzątaczka, osoba o niezłomnej
      duszy. Nie było to proste i zwykle długie godziny zajmowało wyłapanie cwanych
      ptaszków, ale przy jej zawziętej pomocy się udawało. Zapędzała papużyska
      miotłą do korytarzyka lub na klatkę schodową obstawioną gęsto roślinnością, i
      tam między doniczkami łatwiej było delikwenta uchwycić. Leciały pióra i
      przekleństwa. Wątpliwa przyjemność złapania w rękę złośliwego uciekiniera mnie
      przypadała w udziale, co bez wyjątku kończyło się poszczypaniem do krwi moich
      rąk, nawet przez skórzane rękawice. Ból jest taki, że ma się ochotę zacisnąć
      mocniej paluchy na kolorowej szyjce, ale na szczęście w tym samym momencie
      przychodzi refleksja, że biedna gadzina jest po prostu śmiertelnie przerażona -
      choć wcale na to nie wygląda. I rzeczywiście zbieg wstawiony do klatki
      otrzepuje przerzedzone upierzenie, skrzeczy pogardliwie i z wyniosłą miną jak
      gdyby nigdy nic zabiera się do spożywania tych swoich ziarenek.

      Coś musiało zostawać po takich wycieczkach w diabelnie inteligentnych papuzich
      łebkach, bo jeszcze przez czas jakiś widok dzielnej sprzątaczki wzbudzał
      wzmożone wrzaski i wyraźną panikę w ptasiej społeczności.

      Pozdrowienia:-)
      • jerzy.wozniak Re: Obiecanki - cacanki 13.12.03, 08:45
        Okropności o męczeniu ptaków, ale jak napisane! Gratuluję wam zdolności, bo
        jak mówią, talenty spotykamy coraz rzadziej!
        Jurek
        No i piszcie więcej, jeśli można was o to prosić, takie opowiastki ożywiają
        forum i mnie, bo jak by to wszystko wyglądało gdybym tak jak w Ogrodniku
        musiał pisać tylko dlaczego na liściach są brudnoszaroczerwonoczarne plamy.?
        Przynajmniej to forum żyje - Dzięki wam!
        • kropka Re: Obiecanki - cacanki 15.12.03, 12:49
          męczenie ptaków???
          Moim zdaniem - odwrotnie: męczenie ludzi :-)
          A powaznie, strasznie lubię sytuacje, w których pozornie podległe nam żyjatko
          pokazuje, kto tak na prawdę rządzi. Choć nie zawsze jest to śmieszne.
          Np.: dziś w nocy spadł śnieg i zasypał karmniki.
          Moje wojsko, jak przystało na karnych rekrutów, od świtu darło się oburzone, bo
          głodne. A gdy przykryłam głowę poduszką, żeby jeszcze trochę pospać, zaczęło
          uderzać ciałkami w szybę. Że niby tak niechcący, że z głodu tak omdlałe, że im
          oczy i radary wysiadły. Zwykły, chamski szantaż.
          O szóstej rano musiałam brnąć przez mrozy i zamiecie, czyścić karmniki i
          podawać śniadanko.
          I kto kogo katuje?
          • ogniomistrz Re: Obiecanki - cacanki 15.12.03, 20:19
            kropko nie ma nic przyjemniejszego niż "brnięcie przez mrozy i zamiecie" by
            nakarmić tę całą skrzydlatą brać ;-) Ale ja mam pecha ponieważ ziarno sypię
            przed świtem o 5 rano, a wracam po zachodzie słońca o 5 po południu. Więc nie
            mogę w tygodniu pooglądać tych przemiłych biesiadników. Pozostaje tylko sobota
            i niedziela ;-(
            P.S. Twoja opowieść o kolibrach jest świetna! Do tej pory się śmieję ;-DDDDD
            Proszę o więcej (Zmyślaj nawet, bo masz talent ;-)
            • puma002 Re: Obiecanki - cacanki 16.12.03, 08:32
              > Do tej pory się śmieję ;-DDDDD
              > Proszę o więcej (Zmyślaj nawet, bo masz talent ;-)

              Przeczytaj sobie na przykład opowieści Kropki o jeżach, jeśli jeszcze nie
              czytałeś. Nie życzę ci źle, więc lojalnie ostrzegam, że można umrzeć ze
              śmiechu:-))) Wystarczy potrząsnąć wyszukiwarką.

              Pozdrowionka
              • ptasik Re: Obiecanki - cacanki 16.12.03, 11:24
                Kropka, Twoje wojsko to wyjątkowe łobuzy, że jeszcze przed świtem Cię
                szantazuja:-)))
                Moje to kochane ptaszyny:-)))
                Czekają cierpliwie i zawsze jestem przed nimi, potem podobnie jak Ogniomistrz w
                nieswiadomosci wyruszam na podboj swiata i wracam jak jest juz ciemno...
                Tez moge tylko w soboty i niedziele podgladac jak szaleja....

                Wczoraj podobnie jak dotychczas okolo tony roznych nasionek:-)))) (zartuje
                oczywiscie, ale jest tego mnostwo) rozsypalam wokol drzew i na wydepatnym do
                ubitej ziemi przez psy skalniaku (spokojnie, ptaki sa tam bardzo bezpieczne, bo
                psy szaleja tylko jak ja jestem w poblizu, ale na ptaki nie poluja, co najwyzej
                na slonine:-))))
                No i polazlam do pracy, a po chwili ze zgrozom i przerazeniem stwierzdilam, ze
                sypie snieg...
                Ze zgroza, bo tradycyjnie ptasi pokarm na ziemi pokrywal sie wlasnie snieznym
                kozuszkiem....
                Cale szczescie, ze zawsze moga liczyc na wikt u kur i gesi sasiadow:-)))
                Wieczorem stweirdzilam z ulga, ze troszke sobie poradzily, ale dzisiaj sladem
                Kropki rankiem odsniezylam karmnik i nasypalam im tam. Troche mi ich szkoda, bo
                jest ich tak duzo, ze beda sie rozpychac. Wlaśnie dlatego te 6 mkw na ziemi
                bylo dla nich bardzo odpowiednie bo wszystkie bez przepychanek mogly sie najesc
                do syta.
                No a na dodatek jeszcze ta sobotnio-niedzielna kradziez sloniny....
                Napisalam o tym w watku "co pozarlo..."
                Dochodzenie w toku, nowa slonina zawisnie dzisiaj obok gotowych kulek dla
                ptakow, na ktore moim podopieczni nawet patrzec nie chca:-)))))

                Moja Druga Polowa, Mezczyzna Zycia bedzie sie musiala sprezyc i zrobic nowy
                wielgachny karmnik....
                Albo ja zakupic 5 l wody mieralnej, odgrzebac watek o karmnikach z zeszlego
                roku i przygotowac im to arcydzielo samodzielnie...
                Moze od zeszlej zimy macie jakies inne ciekawe pomysly na karmniki dla ptaszat?
                Chetnie poczytam:-)
            • piasia Re: Obiecanki - cacanki 16.12.03, 11:21
              Warto było zwlec się z wyra, w które wrzuciło mnie przeziębienie i znaleźc
              takie opowiadania! Cacko! Dzięki!

              Co do Pumowych papug - widziałam, jak papug (bo to był on) pt. Ara ararauna
              rozgniatała dzobem orzech włoski. Za żadne skarby nie podjęłabym się łapania
              takiego latającego imadła!
              • kropka Re: Obiecanki - cacanki 17.12.03, 11:14
                moja papuga to cacadu goffina, czyli o połowę mniejsza, niż prawdziwa cacadu.
                Mimo to odgryzła palec w ołowianej rękawicy (weterynarz usiłował obciąć jej
                pazurki). Od tej pory manicure odbywa się w domu. Mężczyzna Życia tuli ją do
                serca i czule przemawia, a syn ciacha pazury. Spokojnie, bez rękawic, bez
                stressu.
                Potem papuga siada na drążku lekko obrażona i bardzo dokładnie ogląda każdy
                palec. :-)
                • puma002 Re: Obiecanki - cacanki 17.12.03, 21:19
                  Te łowione przeze mnie papugi to na szczęście nie były ary ani kakadu. Miałam
                  pod opieką rozelle, aleksandretty obrożne, papugi górskie - mniej więcej
                  wielkości gołębia. Ale nawet papużka falista potrafi boleśnie uszczypnąć.
                  Miałam ja kiedyś taką papużkę falistą, znajda to był, Bubu miał na imię,
                  przygarnęłam go z dobrego serca, a ten padalec mnie po prostu nie cierpiał.
                  Fruwał przeważnie po mieszkaniu luzem, uwielbiał siadać ludziom na głowach. Na
                  mojej głowie też siadał, niby to czule gmerał we włosach, a później zjeżdżał
                  na ramię i szczypał bardzo boleśnie w ucho. Wręcz się wczepiał dziobem jak
                  szczypcami i nie sposób go było strząsnąć. Bardzo oryginalne było to ptaszysko.

                  Pozdrawiam:)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka