mihal_04
12.06.03, 22:02
- Zawiedliśmy siebie, trenera i kibiców. Przepraszam - mówił po meczu Tomasz
Dawidowski. Polska przegrała z Łotwą 0:1 (0:1).
W trzecie minucie doliczonego czasu gry po rzucie rożnym, gdy na polu karnym
Łotyszy znalazł się nawet Jerzy Dudek, pomocnik Amiki miał idealną szansę na
wyrównanie. Odbitą piłkę strzelał z 16 m. Kopnął jednak tak niecelnie, jak
mocno. Piłka omal nie wyleciała za stadion. Wszyscy złapali się za głowę.
- Gdybym trafił, byłby gol - powie później Dawidowski. Gdybania jednak było w
sobotę za dużo. A za mało dobrej gry i celnych strzałów. Mogło być pięknie,
jest fatalnie.
Znowu, jak w meczach z Belgią i San Marino, Polska grała dobrze przez 20
minut. Na początku zespół Zbigniewa Bońka miał taką przewagę, że wydawało się
iż gole padną. Łotysze grali prosto, bronili się całym zespołem,
kontratakowali. W ósmej minucie Maciej Żurawski dostał świetne podanie od
Krzysztofa Ratajczyka. Piłka skoczyła napastnikowi Wisły i nie mógł strzelić
precyzyjnie. Piłka minęła lewy słupek łotewskiej bramki.
Taktyka Polaków była jasna. W obronie grali ryzykownie. Środkowi defensorzy
Krzysztof Ratajczyk i Jacek Zieliński pilnowali napastników, a boczni -
Tomasz Hajto i Michał Żewłakow - włączali się do akcji ofensywnych,
spełniając czasem rolę pomocników. Michał był jednak niewidoczny w ofensywie
(bodaj jedno udane wyjście do przodu), Hajto grał pewnie i spokojnie, ale
jego kilkudziesięciometrowe przerzuty - efektowne i zazwyczaj celne - były
jednak denerwujące. Piłka leciała za długo i najczęściej rywale zdążyli
dobiec do Polaka, do którego było podanie. Wszystko kończyło się walką o
piłkę, a nie dośrodkowaniem czy strzałem. Ale i tak Hajto kilka razy
zaskoczył rywali takim podaniem.
W 14. min Artur Wichniarek strzelił w słupek. Chwilę później napastnik
Arminii Bielefeld znowu miał idealną okazję do zdobycia gola. Po
dośrodkowaniu Żurawskiego niepilnowany Wichniarek stał osiem metrów przed
łotewską bramką. Okazja była wyborna, ale nie dla niego. Strzelił niecelnie.
I znowu gdybaliśmy. Gdyby uderzenie było celne, Polska by prowadziła.
Z minuty na minutę gra Polaków wyglądała efektowniej. Widać było, że mają
pomysł na grę, wydawało się, że gol wreszcie padnie. Łotysze mieli problemy z
wyprowadzeniem piłki z własnej połowy. Nie trwało to, niestety, długo. W 25.
min Maris Verpakovskis ograł Jacka Zielińskiego i jego silny strzał z ostrego
kąta cudem obronił Jerzy Dudek, polski bramkarz miał także sporo szczęścia
przy dobitce z kilku metrów.
Pięć minut później stało się to, w co nikt nie chciał uwierzyć.
Jasnowłosy Jurijs Laizans przebiegł z piłką kilkanaście metrów, łatwo zwiódł
Zielińskiego i z prawej nogi z 18 m pokonał Dudka. Ten gol do złudzenia
przypominał drugą bramkę, jaką Polacy stracili na mundialu w spotkaniu z
Koreą. - Nie miałem szans sięgnąć tej piłki - mówił Dudek. - Strzał był nie
do obrony - powiedział Laizans.
Polski zespół przypominał wtedy pęknięty balon. Jeszcze w 37. min Dawidowski
minął Łotysza z prawej strony, wbiegł w pole karne i wycofał piłkę na 14
metr. Stał tam Żurawski, który kopnął 30 m nad bramką. "Svitlica by
strzelił" - jęknął jeden z kibiców Legii. Z trybun spotkanie oglądał m.in.
kontuzjowany Jacek Bąk oraz nie powoływany przez Bońka do kadry Piotr
Świerczewski.
W przerwie Boniek dokonał dwóch zmian. Za słabo grającego Wichniarka wszedł
Marcin Żewłakow, a Michała Żewłakowa zmienił debiutant Łukasz Surma. Zmieniła
się także taktyka. Polacy grali trójką obrońców, piątką pomocników i dwoma
napastnikami. Ale to wszystko, co się zmieniło. Nie zmieniły się
najważniejsze rzeczy: wynik i sposób gry. Marcin Żewłakow nic nie wniósł do
gry, a Surma nic nie mógł zdziałać. Nie za bardzo wiedział, co się dzieje,
był zagubiony, tak jak większość zawodników. - Nie wykonaliśmy założeń
taktycznych - powiedział Dawidowski.
Polscy piłkarze mieli grać: szybkimi podaniami, po ziemi, na skrzydła,
stamtąd miały być dośrodkowania w pole karne albo wycofywanie piłki przed nie
i ewentualne strzały. A co było? To, co w meczu z Koreą na mundialu.
Bezmyślne wrzutki, przerzuty z pominięciem drugiej linii. Co jeszcze?
Właściwie ani jednego wygranego pojedynku główkowego w polu karnym. Strzały
Dawidowskiego w.. boczny aut. Nie było zawodnika, który poukładałby grę,
wszystko było nerwowe i chaotyczne. Najgroźniejszą okazję do zdobycia gola
stworzyli Łotysze. W 60. min Dudek wygrał pojedynek sam na sam z
Verpakovskisem.
Niedługo potem na boisko wszedł kolejny napastnik, Marcin Mięciel. Niestety
liczba polskich zawodników z pierwszej linii nie przeszła niestety w jakość.
Napastnik Iraklisu Saloniki zrobił trochę "szumu", kilka razy efektownie
przyjął piłkę, ale właściwie nic poza tym. Wywalczył rzut wolny, po którym
Mariusz Lewandowski strzelił minimalnie niecelnie z 18 m.
W 72. min Dawidowski uderzył z woleja z pola karnego. "Jeeeeest" - wyrwało
się z kilkuset gardeł nie tracących nadziei kibiców. Szybko jednak ich radość
przerodziła się w jęk zawodu. Uderzenie było niecelne.
Do końca spotkania żal było patrzeć na nieporadność polskich piłkarzy, na ich
bezradność, mękę i jednostronność, na złe dośrodkowania, które zamiast do
piłkarzy w białych koszulkach trafiły do albo w rywali, na niecelne,
niedokładne podania...
Już do końca nikt i nic nie był w stanie odmienić losów tego meczu. Trener
Boniek, w jasnej kurtce i czarnych rękawiczkach, nerwowo nie mógł wytrzymać
tego spotkania. Ani na chwilę nie usiadł, chodził jak tygrys w klatce wokół
ławki rezerwowych. Po spotkaniu zdjął rękawiczki, jakby chciał rzucić nimi o
ziemię. Z rozpaczy, wściekłości i bezsilności.
Gra, która przez godzinę przypominała jedną wielką improwizację zakończyła
się jedną z największych, kompromitacji polskiego futbolu w historii.
Polacy zakończyli na ten rok eliminacje mistrzostw Europy. W środę grają
jednak w meczu towarzyskim z Nową Zelandią w Ostrowcu Świętokrzyskim, a w
listopadzie na wyjeździe z Danią.