Dodaj do ulubionych

"Sam nie boję się Agory..."

09.02.06, 13:41
List otwarty do dziennikarzy i polityków
Nadwiślański Matrix

(opis sytuacji)

W krajach uznawanych za ojczyzny wolnej prasy - we Francji, Stanach
Zjednoczonych, Niemczech czy Anglii - największe publikatory doczekały się na
swój temat już całych biblioteczek, zawierających także prasoznawcze prace
magisterskie, a niekiedy nawet doktorskie. W dobie internetu łatwo sprawdzić,
ile pozycji na temat „The Washington Post” albo CNN zawiera Biblioteka
Kongresu, ile rozpraw napisano o radiu BBC lub dzienniku „Le Monde”, a także
który tytuł uzbierał więcej monografii: „Time” czy „The Times”.

W Polsce najpotężniejszym medium prywatnym, takim nadwiślańskim „New York
Timesem”, jest powstała w 1989 roku „Gazeta Wyborcza”. W dość powszechnej (i
słusznej) ocenie, redagowany przez Adama Michnika dziennik uchodzi za
bezprecedensowy fenomen medialny w całej historii światowej żurnalistyki. Jak
twierdzą obserwatorzy, „Gazeta” jest jednym z najważniejszych, by tak rzec,
współdemiurgów przemian politycznych w III Rzeczpospolitej. Zajmując w
kwietniu 2003 wśród ogólnopolskich dzienników 51% czytelniczego rynku („Super
Express” 36%, „Rzeczpospolita” 13%), „Wyborcza” pozostaje nie tylko
najpopularniejszym, lecz i, siłą rzeczy, najbardziej opiniotwórczym pismem w
Polsce. Wreszcie, wejście Agory na giełdę częściowo ujawniło potęgę finansową
tego medialnego koncernu (kilkadziesiąt lokalnych dzienników i rozgłośni,
udziały w telewizji, inwestycje w internecie); jego wartość
tygodnik „Polityka” ocenia dziś (luty 2003) na ponad 2,6 miliarda złotych.

Wydawałoby się, że, po czternastu latach istnienia tak wyjątkowej i tak
ważnej instytucji, opracowania zwarte na jej temat (książki, broszury,
analizy, studia) zajmują przynajmniej całą półkę, a może nawet cały regalik.
Otóż - nie. W maju 2003 w katalogu polskiej narodowej książnicy figuruje
tylko jedna pozycja opisująca, zresztą też w jednym tylko aspekcie, narodziny
i pierwsze dziesięciolecie największego ogólnopolskiego dziennika. Czy ta
samotność coś znaczy, czegoś dowodzi, o czymś świadczy?

Książka nosi tytuł „Gazeta Wyborcza. Początki i okolice”. Jestem jej autorem.

Pierwsze wydanie tego niewielkiego (220 stron) dokumentalno-publicystycznego
tomiku ukazało się na przełomie 1999 i 2000 roku. W ciągu dwóch miesięcy
sprzedano (według ksiąg podatkowych) 10 000 egzemplarzy. Książka zajęła
pierwsze miejsce na liście bestsellerów w dziedzinie literatury faktu. Mimo
to o jej zaistnieniu (nie chodzi o recenzje) nie powiadomiły swoich
czytelników, radiosłuchaczy i telewidzów prawie żadne czołowe polskie media.
Personalno-redakcyjne szczegóły tej znamiennej ciszy - a także braku reakcji
społecznych mechanizmów bezpieczeństwa - znaleźć można na stronach 238-244
drugiego (uzupełnionego) wydania, które zostało wydrukowane w połowie marca
2003.

Jak w ostrzegawczym artykule wskazywał niedawno Ryszard Bugaj, dramat dla
wolności słowa zaczyna się nie wtedy, gdy jedne media jakąś sprawę
nagłaśniają, inne zaś ją przemilczają, lecz wtedy, gdy zdecydowana większość
mediów to samo nagłaśnia i to samo przemilcza. Właśnie z taką sytuacją -
odnoszącą się do książki „Gazeta Wyborcza. Początki i okolice” - mieliśmy do
czynienia przed trzema laty. Najnowsze wydarzenia dowodzą, iż w ciągu tych
trzech lat w polskiej demokracji (IV władza) nastąpiły wyraziste zmiany na
gorsze. W początkach 2000 roku „tylko” nie informowano czytającego
społeczeństwa o istnieniu książki. W początkach 2003 roku seryjnie odmawiano
druku płatnych ogłoszeń, które o jej istnieniu miały informować.

W świecie wolnego słowa redakcje nie ponoszą odpowiedzialności za treść
płatnych ogłoszeń. W świecie wolnego słowa można odmówić druku takiego anonsu
tylko wtedy, gdy jego treść narusza prawo karne lub tzw. normy obyczajowe
(ewentualny spór „narusza” - „nie narusza” rozstrzyga sąd). Wszelkie inne
ingerencje w tekst inseratu lub odmowa jego zamieszczenia z definicji
nazywają się CENZURĄ. Nie znam czynności bardziej hańbiącej i bardziej
dyskredytującej dziennikarza niż cenzurowanie.

W Rzeczpospolitej Polskiej cenzura nie tylko ma negatywną konotację moralną,
lecz także jest surowo zakazana przez prawo (artykuł 54 Konstytucji).

W marcu 2003 roku do anonimowego grona zasłużonych cenzorów PRL doszlusowali
redaktorzy naczelni następujących pism (w kolejności alfabetycznej): Jerzy
Baczyński („Polityka”), Marek Chyliński („Dziennik Zachodni” - największa
gazeta regionalna), Aleksander Korab („Metropol” - gazeta rozdawana w
warszawskim metrze), Marek Król („Wprost”), Maciej Łukasiewicz
(„Rzeczpospolita”), Ewa Sołowiej („Nasz Dziennik”), Piotr Wierzbicki („Gazeta
Polska”), Tomasz Wróblewski („Newsweek”) i Marek Zagórski („Życie Warszawy”).

Wszyscy oni odmówili druku niewielkiego płatnego ogłoszenia (cena takiego
anonsu wynosi - w zależności od pisma, miejsca w piśmie oraz daty - od
tysiąca do kilku tysięcy złotych).

Odmowę uzasadniano poniekąd dwojako. W pierwszym przypadku w ogóle nie
podawano motywów, a próby dowiedzenia się, o co chodzi, kwitowano mniej
więcej taką odpowiedzią: „Jesteśmy medium prywatnym i nikomu nie musimy
tłumaczyć się ze swoich decyzji”. Jedyną racjonalną przyczyną „odmów I
rodzaju” - wypływającą z jakiejś wspólnoty interesów? porozumienia ponad
podziałami? - wydaje się chęć ochrony stereotypowego autoportretu Adama
Michnika i „Gazety Wyborczej”, wobec których książka jest wysoce krytyczna.

Drugim powodem był strach przed bliżej nie określonym odwetem Agory („wie
pan, oni mają długie ręce i dobrą pamięć, a my wolimy nie mieć kłopotów”).
Zimno mi się robiło, gdy mi to mówiono lub dawano do zrozumienia, bo
przeżyłem PRL i dobrze pamiętam lęk zwykłych szarych ludzi przed rzekomą
wszechmocą bezpieki: nie pójdę głosować, to paszportu nie dadzą, z pracy
wyrzucą, dziecko w szkole będzie miało nieprzyjemności... Gdy w maju 1989
roku ukazał się pierwszy numer „Wyborczej” - chyba nikomu przez myśl nie
przeszło, że po czternastu latach „Gazeta” będzie budziła podobne obawy. I to
wśród dziennikarzy, a więc ludzi dobrze wykształconych, bardziej świadomych
rzeczywistego stanu rzeczy, lepiej zorientowanych w świecie polityki i
biznesu. Zresztą - może właśnie dlatego wśród dziennikarzy?

To odkrycie wciąż pozostaje dla mnie szokiem. Sam nie boję się Agory, ale -
jako obywatel - ogromnie bałbym się społecznego, a zwłaszcza medialnego
strachu przed nią...

W tej książce nikt nie przeklina, nie ma w niej erotycznych scen,
szpiegowskich afer ani gangsterskich porachunków - głosi umieszczony na
okładce fragment recenzji. Dodajmy, że nie ma tam również żadnych tzw.
epitetów politycznych („czerwonych komuchów”, „solidarnościowych
oszołomów”, „starych esbeków” „prawicowych ekstremistów” ani „pachołków
Moskwy”). Nie ten styl. Nie ten język.

O czym w takim razie jest ta książka? To przede wszystkim autorski reportaż z
narodzin i wczesnego dzieciństwa „Gazety Wyborczej”. Autorski - więc z
pewnością osobisty, subiektywny i nie wyczerpujący tematu. Ale to akurat jest
jasno powiedziane we wstępie, komentarze są typograficznie oddzielone od
komunikatu, a cytowane teksty i reprodukowane dokumenty ukazują fakty i
wydarzenia zapomniane, przemilczane lub wręcz skrywane przed środowiskową
opinią. Nie bez powodu hasło reklamowe (patrz niżej) brzmiało: Prawda
o „Gazecie Wyborczej”. Nieznane dokumenty. Świadkowie...

Jeśli dodać, że
Obserwuj wątek
    • szwager_z_laband Re: "Sam nie boję się Agory..." 09.02.06, 13:43
      Jeśli dodać, że - w epilogu książki - życzliwe gwarancje jej poziomu i
      przyzwoitości dają swymi nazwiskami Maciej Iłowiecki i Cezary Michalski - to
      może przyczyną odmowy druku inkryminowanej reklamy była sama jej treść? No to
      popatrzmy:

      „To jest przykra lektura dla przyjaciół Adama Michnika...”

      Prawda o „Gazecie Wyborczej”
      Nieznane dokumenty. Świadkowie.

      Pierwszą książkę o „Gazecie Wyborczej” i jej środowisku
      napisał Stanisław Remuszko - niegdyś publicysta „GW”
      od lat dziennikarz niezależny

      „Czy masz blade pojęcie, skąd wziął się majątek Agory?”

      Tę liczącą 264 strony ilustrowaną książkę można w ciągu kilku dni dostać pocztą
      do domu
      za pobraniem (30 zł), albo po wpłaceniu (25zł) Zamówienia: tel./fax (0-prefix-
      22 641-7190 lub 648-1948),
      e-mail (remuszko@neostrada.pl) lub listownie
      (Stanisław Remuszko, Dunikowskiego 8, 02-784 Warszawa). Pieniądze należy
      przekazywać pocztą pod tym samym adresem.

      Zamówienia hurtowe: Adam Borowski, wydawnictwo „Volumen”, tel. (0-22) 616-2185,
      fax (0-22) 616-0632, e-mail: owvolumen@wp.pl

      P.T. Czytelnik zechce sam orzec, czy w tym płatnym ogłoszeniu - cokolwiek jest
      sprzeczne z prawem lub moralnością.

      Odpowiedzmy teraz na pytanie, gdzie należy zamieścić reklamę, aby dotrzeć do
      jak największej liczby zainteresowanych odbiorców? Najlepiej w telewizji
      (prywatnej czy publicznej, wszystko jedno). Szkopuł w tym, że taka reklama
      kosztuje przynajmniej tyle, ile nakład książki pomnożony przez jej cenę
      detaliczną. Pozostaje zatem prasa. Ale nie każda, bo przecież trudno oczekiwać,
      aby dokumentalno-publicystyczna opowieść o kulisach powstania medialnego
      imperium specjalnie zaciekawiła amatorów
      poczytnej „Przyjaciółki”, „Detektywa”, „Gazety Prawnej”, „Gościa
      Niedzielnego”, „Teletygodnia”, „Dziennika Sportowego” czy „Świata Nauki”. Tak
      naprawdę, wydawanie tysięcy złotych na reklamę tego typu lektury ma sens
      jedynie w odniesieniu do wielkich krajowych pism ogólnoinformacyjnych.

      Na co dzień mało kto zdaje sobie sprawę, że takich pism w całej Polsce jest
      zaledwie sześć. Wśród dzienników, ponad 90% rynku mają de facto „Gazeta
      Wyborcza” i „Rzeczpospolita” (badania wykazały, że czytelników
      bulwarowego „Super Expressu” tematyka moralno-polityczna niewiele obchodzi), a
      wśród tygodników te same ponad 90% należy, prawie po równo,
      do „Wprost”, „Polityki” i „Newsweeka” oraz „Nie”. Tylko dla porządku przypomnę,
      że wszystkie one („Wyborczą” oraz „Nie” ze zrozumiałych względów wyłączając)
      odmówiły druku powyższego płatnego ogłoszenia. Podobnie negatywny rezultat dała
      sondażowa próba zamieszczenia inseratu w czołowych tytułach prasy regionalnej
      („Dziennik Zachodni” - Śląsk, „Życie Warszawy” - Mazowsze). Ze strachu przed
      Agorą (bo jak inaczej to wytłumaczyć?) zawartą już umowę o druk reklamy
      zerwało, oddając pospiesznie tysiąc złotych, kierownictwo redakcji „Naszego
      Dziennika”, uchodzącego za ideowego przeciwnika „Gazety Wyborczej”...

      Odrzućmy teraz - na użytek tych rozważań - tezę o powszechnym obowiązku druku
      niesprzecznych z prawem i obyczajnością płatnych ogłoszeń, i zadajmy proste
      rzeczowe pytanie: w jaki sposób informacje i opinie o społecznie ważnych
      faktach, zjawiskach i wydarzeniach mają docierać do wolnych obywateli wolnego
      kraju?

      Oto powstała dokumentalno-publicystyczna książka, która krytycznie opisuje
      początki budowy sławnej Agory, najpotężniejszego dziś w bodaj całej Europie
      narodowego koncernu medialnego. Filar tego imperium - „Gazeta Wyborcza” - ma
      tak wielkie wpływy polityczne, że jej redaktor naczelny często bywa nazywany
      polskim wiceprezydentem. Relacje i faktografia przedstawione w książce nie są
      znane szerszej opinii publicznej. Pytam: jak dotrzeć z tą wiedzą do odbiorcy?
      Lub skromniej: jak przekazać obywatelom przynajmniej samą informację o
      istnieniu książki, która taką wiedzę zawiera?

      W normalnym demokratycznym kraju robi się to za pośrednictwem mediów, które -
      zależnie od atrakcyjności tematu - dają naprzód krótkie doniesienia o samej
      edycji albo od razu zamieszczają recenzje (życzliwe, neutralne czy miażdżące -
      wszystko jedno). W Polsce już w 2000 roku coś z normalnością lub demokracją
      musiało być nie tak, skoro fakt ukazania się pierwszej (w ogóle) książki
      o „Gazecie Wyborczej” został przez media, jak wspomniałem, solidarnie
      przemilczany. Trzy lata później, gdy tak potraktowany autor próbował złamać tę
      blokadę przy pomocy płatnych ogłoszeń, pisma zajmujące ponad 90% rynku równie
      solidarnie odmówiły druku inseratów.

      Przykro rzec, ale w moim państwie znów skutecznie działa - choć nieoficjalnie i
      w demokratycznych szatach - peerelowskie Ministerstwo Prawdy.

      Jak temu zaradzić? Nie wiem. Ale jako obywatel i jako dziennikarz biję na
      alarm.

      Oto co o sławetnym, prawie półrocznym milczeniu mediów na temat tzw. afery
      Rywina powiedziano w Sejmie (cytuję stenogram): Nie jest prawdą, że koncern
      Agora nie poinformował o sprawie Rywina w „Gazecie Wyborczej". Koncern Agora
      nie poinformował o sprawie Rywina również w 27 rozgłośniach regionalnych
      swojego radia, które posiada, które stanowią 37,5% dotarcia do Polaków. Nie
      poinformował również w Tok FM, które jest radiem, które powinno być radiem
      stworzonym do przekazywania informacji. W dziewięciu największych miastach to
      radio funkcjonuje. Nie poinformował również w 15 pismach-magazynach, których
      jest właścicielem. Nie poinformował również nas na tablicach outdooru, który
      posiada. Nie poinformował nas również na swojej platformie internetowej. A
      jakby miał jedną ogólnokrajową stację telewizyjną, to by poinformował, czy by
      nie poinformował? A jakby miał jedną z dwóch ogólnopolskich komercyjnych stacji
      radiowych, to by poinformował, czy by nie poinformował? A jakby koncern Agora
      posiadał ważną dla kraju informację - chociaż ta o Rywinie okazała się też
      ważna - i by się pomylił, źle ocenił jej wartość albo coś chciał załatwić
      koncern Agora, to dobrze dla kraju, gdyby posiadał wszystkie te media ten
      koncern, czy nie? Bo ja uważam, że nie...

      Pan Czarzasty może budzić różne emocje, jednak - na zdrowy rozum - w tym
      przypadku bardzo trudno odmówić mu słuszności. Ale jest gorzej niż pan
      Czarzasty tu antycypuje. Opisane wyżej fakty i wydarzenia jasno dowodzą,
      iż „Gazeta Wyborcza” JUŻ otoczyła się medialną sferą ochronną, która skutecznie
      uniemożliwia dotarcie z krytyką Agory do 90% czytającego społeczeństwa! Uważam
      ten stan rzeczy za groźny dla polskiej demokracji.

      23 maja 2003 roku odbędzie się nadwiślańska premiera drugiej części słynnego
      filmu „Matrix”. Film zdobył przed czterema laty cztery Oskary i ogromną
      popularność z dwóch powodów: z uwagi na niezwykłe efekty specjalne oraz ze
      względu na doniosłe społeczne przesłanie. Świat Matrixu (stworzony przez media
      przyszłości?) jest złudą, a jego mieszkańcy - ludzie tacy jak my - nie zdają
      sobie sprawy z fikcji, w której przyszło im żyć. Jak odróżnić jawę od snu,
      prawdę od fałszu, a dobrą monetę od złej, skoro wszystko jest pod informacyjną
      kontrolą? Film nie daje prostej odpowiedzi na to pytanie. Nie kończy się
      klasycznym happy-endem.

      Matrix nadchodzi? Nie, on już tu jest.

      www.subocz.fc.pl/forum/viewtopic.php?p=979#979
      • ballest Re: "Sam nie boję się Agory..." 09.02.06, 16:33
        "Odmowę uzasadniano poniekąd dwojako. W pierwszym przypadku w ogóle nie
        podawano motywów, a próby dowiedzenia się, o co chodzi, kwitowano mniej
        więcej taką odpowiedzią: „Jesteśmy medium prywatnym i nikomu nie musimy
        tłumaczyć się ze swoich decyzji”. Jedyną racjonalną przyczyną „odmów I
        rodzaju” - wypływającą z jakiejś wspólnoty interesów? porozumienia ponad
        podziałami? - wydaje się chęć ochrony stereotypowego autoportretu Adama
        Michnika i „Gazety Wyborczej”, wobec których książka jest wysoce krytyczna. "

        No i juz jest udowodniono, ze Polska nie jest wolnym krajem i wiadomo przez
        kogo!

        Tu taz nalezy szukac przyczyn angagementu polskiego w IRAKU!
        • rita100 Re: "Sam nie boję się Agory..." 09.02.06, 22:43
          To się chyba nazywa 'radosna twórczość' - pamiętacie Rafała Ziemkiewicza, tez
          zamykali mu usta i nie mógł pisać artykuły o Michniku, szczególnie krytykujące.
          Schował sie w świat fantastyki.
          • szwager_z_laband Re: "Sam nie boję się Agory..." 10.02.06, 11:11
            :))

            Znaczy na wschodzie nic nowego ....
    • meg_s Re: "Sam nie boję się Agory..." 09.02.06, 23:31
      a nie boicie się pisać na forum Agory ? nie czujecie spojrzenia Wielkiego Brata ?
      • ballest Re: "Sam nie boję się Agory..." 09.02.06, 23:39
        Meg, ja sie NIKOGO nie boje, nawet Adama i Eewy nie!

        :))))))))))'
        • ballest Re: "Sam nie boję się Agory..." 09.02.06, 23:40
          oj, literowka mialo byc jedno "E"
          ;)
        • meg_s Re: 09.02.06, 23:40
          bój się Boga Mazurkiewicz
          • ballest Re: 09.02.06, 23:59
            Mazurkiewicz sie boji ja tez !
            ale Adam nie jest Bogiem!
    • builder Re: "Sam nie boję się Agory..." 10.02.06, 00:26
      riwin jusz siedzi bo sie nie bal=ponoc`,

      agorka umyla raczki i paczy z go`ry co by tu zas` "zachachmecic`"=bawcie sie z
      us`miechem na twarzy!,
      a ja sobie tylko poczytam;),

      by,

      • szwager_z_laband Re: "Sam nie boję się Agory..." 10.02.06, 11:15
        ciekawie reagujecie

        mysla ize wszyscke cos przeczuwajom, ale zodyn niy mo idei na okreslynie tego
        BE :))
        • ballest Re: "Sam nie boję się Agory..." 10.02.06, 11:19
          Co chcesz pedziec, napisoues bez kwiotka, fto polskom rzondzi i tela, a jou
          wiyncy nie napiszam, bo mi tyn post wyciepnom ;)
          • szwager_z_laband Re: "Sam nie boję się Agory..." 10.02.06, 11:35
            Hm, chciouch padac ize powstowajom legyndy z czasym i mity kerym mauo kery sie
            poradzi oprzec, a ino niyliczne poradzom sie zdobyc na odwaga cos z tym zrobic.
            Wiela w tym wszyskim co sam sugerujesz je procyntowo prowdy to niywia ...
            • ballest Re: "Sam nie boję się Agory..." 10.02.06, 11:43
              myslam, ze 99% ;)
              • szwager_z_laband Re: "Sam nie boję się Agory..." 10.02.06, 12:13
                mysla ze tak zle niyma, Michnik je za inteligyntny coby sie tak pofolgowac
                poradziou:)

                a swojom drogom mom do niego sympatia do konca zycia za to co ci kedys
                cytowouech a co padou o Slonsku we programie Kutza:))

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka