stix
08.11.06, 19:00
Kanclerz Gerhard Schroeder wykazuje się typową dla siebie wrażliwością,
porównując w przeddzień swojej wizyty w Warszawie powstanie warszawskie do
zamachu na Hitlera.
W podwórkowych zabawach chłopców w wojnę, w latach sześćdziesiątych i
siedemdziesiątych Niemcem zostawał zwykle ten najsłabszy. No bo nikt nie
chciał być Niemcem. Jeśli był jakiś sposób na zdobywanie poparcia społecznego
przez komunistów, zwłaszcza poparcia dla podporządkowania Polski Sowietom, to
było nim straszenie obywateli niemieckim rewizjonizmem. W epoce Gomułki
nieustannie słyszeliśmy o ziomkostwach, które czyhają na polskie granice
zachodnie. Propaganda dostawała zadyszki od odmieniania przez przypadki
słów „ziemie piastowskie". List biskupów polskich do biskupów niemieckich,
sławne „przebaczamy i prosimy o przebaczenie" stał się powodem niebywałego
ataku propagandowego na Kościół pod hasłem „wyprzedawania polskich
interesów". Do służby zaprzęgnięto nawet zestaw haseł propagandowych
nienawistnej komunistom Narodowej Demokracji.
Niewiele zmieniło się przez cały okres PRL-u. Jeszcze za czasów Jaruzelskiego
nieustannie eksploatowanym motywem nienawistnej propagandy było przebierania
prezydenta Raegana w płaszcz krzyżacki.
Nadzieja pojednania
Z drugiej strony, w czasie stanu wojennego polska opozycja zdobyła się na to,
by sformułować program polityki zagranicznej, w którym jako jeden z istotnych
warunków odzyskania niepodległości przez nasz kraj zostało wymienione
zjednoczenie Niemiec. Wtedy, gdy sami Niemcy bali się mówić o zjednoczeniu,
kiedy prowadzili politykę „dialogu niemiecko-niemieckiego"
ludzie „Solidarności" mówili o perspektywie upadku muru berlińskiego.
W naturalny sposób łamał się też stereotyp pracowicie wykuwany przez
propagandę - straszliwego, złego Niemca. Coraz więcej ludzi wyjeżdżało na
Zachód - głównie do Niemiec Zachodnich albo do Berlina Zachodniego (nie
trzeba było wizy) i dostrzegało, że Niemcy nie są hitlerowcami. Jeszcze
liczniejsza była turystyka „na dowód" do NRD. Polacy jeździli po buty, po
czajniki z gwizdkiem i setki innych rzeczy, a przy okazji spotykali Niemców.
Coraz częściej bywało tak, że Hans pobił się z Jankiem nie o historię, tylko
o Jolkę. Zaczynało normalnieć.
Po roku 1989 za jedno z największych osiągnięć rządów polskich i niemieckich
uznano podjęcie procesu pojednania między naszymi narodami. Kanclerz Helmut
Kohl, pomimo własnych wątpliwości, pomimo nacisków ze strony organizacji tzw.
wypędzonych, uznał formalnie polską granicę zachodnią. Doszło do całej serii
gestów pojednania. Niemcy zdobyli się na to, by zacząć wypłacać odszkodowania
dla ludzi, którzy byli wywiezieni na roboty przymusowe. Polacy z kolei
przestali demolować pamiątki niemieckiej przeszłości na Śląsku i Pomorzu.
Uznano wreszcie prawa ludzi poczuwających się do niemieckiej przynależności
narodowej. W polskim Sejmie od piętnastu lat zasiadają reprezentanci tej
mniejszości.
Ale już wtedy zaczęły pojawiać się zgrzyty. W czasie negocjacji traktatu
polsko-niemieckiego ówczesny minister spraw zagranicznych Hans Dietrich
Genscher upierał się (skutecznie) przy nierównoprawnym potraktowaniu Niemców
w Polsce i Polaków w Niemczech. Polacy nie zostali uznani za mniejszość
narodową. Organizacje polskie w RFN są ciągle traktowane instrumentalnie, nie
mogą się doprosić o rządowe wsparcie, a władze niemieckie robią wszystko, by
polska reprezentacja w Niemczech była słaba i podzielona.
Niewrażliwość socjalistyczno-historyczna
Staraliśmy się przez lata bagatelizować te zgrzyty. Najważniejszą sprawą
wydawało się poparcie Niemiec dla członkostwa Polski w NATO i Unii
Europejskiej. Chcieliśmy wierzyć, że Niemcy przemyśleli historię ostatnich
kilkudziesięciu lat, że obok oczywistego interesu politycznego, jakim było
dla Niemiec rozszerzenie NATO i Unii na wschód, w ich postawie jest także
element historycznej wrażliwości. Myliliśmy się.
Po zrealizowaniu polsko-niemieckiej wspólnoty interesów, kiedy Niemcy
przestały być krajem granicznym Zachodu, zaczęły się coraz ostrzejsze spory.
Zbiegło się to z dojściem do władzy ekipy socjalistycznej w Berlinie. Ekipy,
która w odróżnieniu od chadeków Kohla, nie wykazywała się specjalnym
wizjonerstwem i wyczuciem historii. Ludzie Schroedera doszli do wniosku, że
wreszcie ostatecznie pożegnali się z przeklętym dziedzictwem II wojny
światowej. Że Niemcy powinny być traktowane tak samo jak wszystkie inne
kraje. Po czym szybko i sprawnie zaczęli udowadniać, iż broń Boże nie można
tak robić. Zaczęło się od groźnego pomysłu międzynarodowego potępienia tak
zwanych dekretów Benesza. Przypomnę, że owe dekrety były podstawą prawną
wysiedlenia Niemców Sudeckich z terenów Czechosłowacji. Z ludzkiego punktu
widzenia wypędzenie było czymś okrutnym. Tyle tylko, że strona niemiecka
zapomniała o powodach wydania tych dekretów. Zapomniała o powszechnym
poparciu, jakim cieszył się wśród Niemców Sudeckich Adolf Hitler, zapomnieli
o zbrodniach wojennych i wreszcie o całym bilansie II wojny światowej.
www.opoka.org.pl/biblioteka/X/XU/reanimacja_j23.html