Dodaj do ulubionych

Achtung! Deutsche Banditen!

16.12.07, 09:05
serwisy.gazeta.pl/swiat/1,34239,4736231.html
W 2006 r. w Saksonii Anhalt doszło do 1240 mniej lub bardziej
poważnych ataków na cudzoziemców. Wykrywalność nie przekroczyła 2
proc.

W Magdeburgu w ostatnią niedzielę do nocnego autobusu wsiadła
rodzina irackich imigrantów z dziećmi. Ich matka była w piątym
miesiącu ciąży. Gdy autobus zapełnił się po brzegi, grupa
miejscowych zaczęła wykrzykiwać rasistowskie hasła - "Otwórzcie
okna, bo oni śmierdzą", "Dla obcokrajowców nie ma tu miejsca". A
potem przeszli do czynów i poturbowali ciężarną Irakijkę. Autobus
nie reagował, dopiero gdy brunatni zwiali, kierowca zawiadomił
policję.

Irakijka leży w magdeburskiej klinice, a lekarze nie są pewni, czy
uda się jej donosić ciążę. Policja wyjaśnia sprawę. Według "Spiegla"
dostała już doniesienia pasażerów feralnego autobusu, że to
Irakijczycy sprowokowali bójkę swoim zachowaniem.

Tego samego dnia grupa Niemców napadła na nigeryjską rodzinę
wychodzącą z knajpki. Niemcy przy okazji pobili interweniującego
policjanta i punka, który stanął w obronie Nigeryjczyków, a potem
wzięli nogi za pas. W innej części miasta do mieszkania Nigeryjki
dobijał się pijany biały 33-latek, wykrzykując rasistowskie obelgi.

We wschodnich Niemczech wydano już miliony euro na kolejne programy
walki z rasizmem. Przykład Magdeburga i Saksonii Anhalt, którego
miasto to jest stolicą, pokazuje, że w dużej mierze pieniądze
trafiły w błoto.

W 2006 r. w całym landzie miało miejsce 1240 mniej lub bardziej
poważnych ataków na cudzoziemców. Wykrywalność sprawców nie
przekroczyła jednak 2 proc., co było najgorszym wynikiem w całych
Niemczech, a trzeba jeszcze powiedzieć, że w Saksonii Anhalt odsetek
cudzoziemców jest najmniejszy.

W tym roku statystyki wyglądają lepiej, ale tylko na papierze. Jak
podaje "Spiegel", zmieniono sposób liczenia przestępstw i co
najmniej 200 incydentów w rubryce "rasizm" nie wpisano. Uzasadniano
to tym, że np. rysownie na murze swastyk może być tylko wygłupem.
Gdy kilka tygodni temu sprawa upiększania statystyk wyszła na jaw,
szef landowego urzędu kryminalnego podał się do dymisji.

Media i politycy wyliczają też bezlitośnie wpadki policjantów w
walce z brunatnymi. Np. dwa lata temu podczas nalotu na imprezę
neonazistowskiej NPD puścili wolno złapanego funkcjonariusza.
Tłumaczył się, że na imprezę brunatnych przyszedł przez przypadek.

Policjanci nie reagowali na neonazistowskie ekscesy nawet wtedy, gdy
dochodziło do ciężkich pobić ciemnoskórych czy podpaleń ich domów.

Szef policji w Dessau ingerował w śledztwa przeciwko tamtejszym
neonazistom, a prowadzącym je funkcjonariuszom radził, by
podchodzili do spraw z mniejszym zapałem. "Mitteldeustche Zeitung"
donosi nawet, że w Dessau wykreślono ze policyjnych statystyk 11
rasistowskich przestępstw.

Inni policjanci fuszerowali dochodzenia przeciwko neonazistom,
bezwzględnie traktowali ich przeciwników, np. wszczynali śledztwa
przeciwko antynazistowskim działaczkom fotografującym
demonstrujących brunatnych albo brutalnie traktowali antynazistów
podczas zadym.

Sprawę od miesiąca bada komisja śledcza w landtagu. Komentatorzy
podkreślają jednak, że w Saksonii Anhalt neonaziści nie mają silnych
struktur, a ich główna partia NPD nie cieszy się takim poparciem jak
w Meklemburgii czy Saksonii.

Land boryka się z bezrobociem i biedą, a frustrację niektórzy Niemcy
wyładowują na cudzoziemcach. Nikt nie jest jednak w stanie pojąć,
dlaczego zawodzi policja.

Zieloni domagają się dodatkowych szkoleń dla policji, magdeburskie
centrum pomocy dla ofiar rasizmu chce rozpocząć specjalną kampanię w
autobusach i tramwajach. Chodzi o to, by pasażerowie zareagowali,
gdy znowu podpici łysi zaatakują cudzoziemską rodzinę. Politycy chcą
też, by sądy rzadziej orzekały dla neonazistów kary w zawieszeniu.
Obserwuj wątek
    • hanys_hans Re: Achtung! Polnische Banditen! 16.12.07, 09:12
      polskaweb.eu/content/view/1863/1/
      Polnische Gangsterbanden beherrschen britische Inseln

      Veröffentlicht in : , Polen und EU

      Vergrössern"Polnische Gangs beherrschen die Inseln" - berichtet die Tageszeitung
      "Gazeta Wyborcza" und beschreibt damit die Zustände und das Leben mit den
      zahlreichen eingewanderten Kriminellen nach der Öffnung Großbritanniens und
      Irlands für polnische Emigranten. Fast eine Million ehrlichen Menschen aus Polen
      die den Verhältnissen im eigenen Lande entfliehen wollten um ein neues Leben im
      Ausland zu beginnen, wurden unauffällig von Tausenden von kriminellen Subjekten
      begleitet, die nichts anderes im Kopf hatten, als sich für die Gastfreundschaft
      der Briten, mit Diebstahl, Raub, Drogenhandel und Erpressung zu bedanken. Die
      Worte "Ehrliche Arbeit" stehen ganz oben auf der schwarzen Liste dieser Brut und
      viele davon haben sich sogar darauf spezialisiert in erster Linie ihren eigenen
      Landleuten das wirklich hart verdiente Geld umgehend wieder wegzunehmen. Die
      englische Polizei spricht sogar von Zehntausenden aus Polen importierten
      Verbrechern wovon viele auch bereits in der Heimat vorbestraft sind. Erst Letzte
      Woche landete eine britische Sondermaschine mit 17 polnische Banditen in
      Warschau, im ganzen Jahr waren es davon schon über 300 mit EU Haftbefehl von
      Polen gesuchte Verbrecher, die von Großbritannien dankend zurückgegeben wurden.

      "Ich war in polnischen Klubs, Anfang der 90. Jahre". Erinnert sich
      Unterinspektor Pawel Wojtunik von der Kriminalpolizei einer polnischen
      Großstadt, der zur Zeit seinen Dienst beim britischen Scotland Yard versieht.
      "Leibwächter in kugelsicheren Westen, kahlköpfge Muskelprotze, haben jetzt
      plötzlich ihr Arbeitsgebiet nach England verlegt." "Polnische Klubs auf den
      Inseln sind traumhafte Operationseinheiten für Gangster, hier laufen die großen
      Drogendeals und jegliche organisierte Kriminalität ab". Ein fortwährend großes
      Problem sind auch die Banden, welche schon den neu ankommenden Immigranten aus
      Polen die gesamte Habe wegnehmen. Alleine aus einem kleinen Städtchen, mit nicht
      einmal 40 000 Einwohnern in der Nähe Londons, liegen der Polizei Strafanzeigen
      von 256 ausgeraubten Immigranten vor". Ein deutliches Signal für die Briten dass
      polnische Gangster "en Masse" im Lande sind ist auch die Flut von Inseraten in
      allen englischen Zeitungen zwecks Schuldeneintreibung und Vermittlung von
      polnischen Hostessen" - berichtet Inspektor Wojtunik der "Gazeta Wyborcza".

      Großbritannien und Irland werden sich der Abschaffung der Grenzkontrollen für EU
      Bürger am 21. Dezember aus nachvollziehbaren Gründen nicht anschliessen.
      Deutschland aber öffnet seine Ostgrenzen verfrüht, aber nur aus poltischem
      Kalkül und mit wenig Vernunft. In den polnischen Gefängnissen und nicht nur
      dort, wird der 21. Dezember zum Feiertag erkärt. Tun sich doch für kriminelle
      Heimkehrer aus Großbritannien hunderte neue Möglichkeiten auf. "Warum denn in
      die Ferne schweifen, wenn das Gute liegt so nah". Die Briten haben derweil erst
      einmal die Nase voll von Immigranten und schotten sich nun eher ab, denn sich
      nach Europa zu öffnen. Jeder der glaubt, oder behauptet dass sich durch die
      Öffnung der deutschen Ostgrenzen keine verstärkten Aktivitäten
      grenzüberschreitender Krimineller geben wird, oder dazu keine Anzeichen sieht,
      ist entweder blind, ahnunglos oder sogar beruflich inkompetent. Als einziger
      Politiker sieht Günter Beckstein aus Bayern offensichtlich die Lage so wie sie
      wirklich ist und sein wird. Wer noch dazu behauptet dass die polnische Ostgrenze
      für Illegale und Kriminelle dicht sei, der sollte sich wirklich mit anderen
      Themen beschäftigen, denn das ist eine völlig aus der Luft gegriffene unwahre
      Behauptung. Die Polen selbst fühlen sich überhaupt nicht beleidigt wenn die
      Deutschen sogar gegen die Öffnung der Grenzen demonstrieren, denn sie wissen am
      allerbesten von der Masse der Illegalen und Kriminellen im Lande denen sie
      teilweise selbst schon zum Opfer gefallen sind.

      Letztes Update : 10-12-2007 12:19
      • lech_niedzielski Re: Achtung! Polnische Banditen! 27.12.07, 14:31
        NA zdrowie to nam ten IRAQ nie wyjdzie, czego my tam szukliśmy???????? Bo na
        pewno nie broni masowego rażenia ani "terrorystów". Dla Niemców w okupowanej
        Polsce nasi Partyzanci byli "Polnische Banditen". wstyd mi ...po prostu wstyd mi
        za Polaków którzy idą razem z okupantem na niesprawiedliwą wojnę.
        • ballest Re: Achtung! Polnische Banditen! 27.12.07, 18:51
          polnische banditen;)
          No ja Stix se wkopou jak zwykle!
    • stix Achtung! Deutsche Banditen! 18.12.07, 12:20
      jtajchert.w.interia.pl/personel%20obozu%20ravensbruck.htm
      • ballest a ile mordercow z Bydgoszczy powieszono? 18.12.07, 12:58
        Ilu powieszono, ze Swietochlowitz, Jaworzna, Lambinowic, Pogromow Zydow na
        Lomszczyznie, czy z marszow smierci?
        To nas rozni Stix.
        W Polsce mordercy wolni byli w Niemczech ich wieszano!
    • stix Achtung! Deutsche Banditen! 22.12.07, 08:42
      www.lwowek-slaski.policja.gov.pl/www/index.cgi?strona=biul92&numer=38&menu=
      W latach 2004-2006 roku na terenie powiatu lwóweckiego doszło do
      kilku przypadków kradzieży zabytków w szczególności rzeczy z
      piaskowca. Natychmiast pracę rozpoczęli policjanci pionu
      kryminalnego. Po pewnym okresie w wyniku działań operacyjnych
      uzyskano informację iż rzeczy utracone na terenie powiatu
      lwóweckiego zostały wywiezione na teren Niemiec. Policja przy
      współpracy prokuratury wystąpiła z wnioskiem o przeszukanie posesji
      na terenie Niemiec cel odzyskania skradzionych zabytków. Prokuratura
      w Koblenz wydała taki nakaz jednocześnie wyznaczając funkcjonariuszy
      do jego realizacji.

      Policjanci Sekcji Kryminalnej KPP Lwówek Śląski nawiązali współpracę
      z Wydziałem Kryminalnym KWP i udali się do Niemiec w celu odzyskania
      zabytków. W akcji uczestniczyło 9 policjantów z Prezydium Policji w
      Koblenz (Niemcy), biegły z dziedziny zabytków oraz 3 policjantów z
      Lwówka Śl. i Wrocławia.

      W wyniku przeszukania posesji 57 – letniego obywatela Niemiec,
      policjanci znaleźli i zabezpieczyli zabytki z skradzione na terenie
      powiatu lwóweckiego rzeźbę Matki Boskiej z połowy XIX w., dwie
      donice z początku XX w., płaskorzeźbę – z XVII w oraz inne zabytki
      pochodzące z kradzieży w miejscowościach Kożuchów (woj. Lubuskie)
      oraz Srebrnej Góry (woj. Dolnośląskie). Wartość odnalezionych
      przedmiotów zabytkowych szacuje się na kwotę nie mniejszą niż 200
      000 zł. Aktualnie zostały one zabezpieczone w magazynie policji
      niemieckiej. W najbliższym czasie zostaną przetransportowane na
      Dolny Śląsk.

      Przypomnijmy, że za przestępstwo kradzieży w stosunku do dobra o
      szczególnym znaczeniu dla kultury grozi kara nawet do 10 lat, a za
      paserstwo do 5 lat pozbawienia wolności.
    • stix Achtung! Deutsche Banditen! 22.12.07, 09:00
      www.gniewkowo.dhs.pl/index.php?idm=27&idm2=42
      Było to 5 października 1939 roku po wspólnym odmówieniu różańca.
      Późnym wieczorem przybyli na plebanię miejscowi Niemcy. Po
      natarczywym dobijaniu się Niemców do drzwi plebani, ks. Skrzypczak
      kazał gospodyni otworzyć. Niemcy wpadli od razu na górę (I piętro),
      gdzie przebywał młody kapłan, którego najpierw usiłowali przebić
      bagnetem - ks. Skrzypczak uskoczył i zranili go tylko w nogę w
      okolicy kolana. W tym momencie inny z Niemców uderzył go zaraz kolbą
      karabinu w głowę i zaraz zrzucili go ze schodów na parter plebani. W
      korytarzu na dole inna grupa Niemców biła i katowała ks.
      Skrzypczaka. Pobity i skatowany ksiądz na rozkaz Niemców, musiał
      biec w kierunku wsi i wtedy został trafiony trzema strzałami na
      wysokości zakrystii. Zaraz po zamordowaniu ks. Skrzypczaka ci sami
      Niemcy wrócili na plebanię, gdzie byłem ja, siostra ks. Jabłońskiego
      i jego gospodyni. Zagrozili i oświadczyli nam, że z nami zrobią to
      samo, co z księdzem, jeżeli będziemy do nich wrogo ustosunkowani.
      Następnie kazali nam się ubrać i zaprowadzili nas na miejsce, gdzie
      leżał zbroczony krwią, zastrzelony ks. Skrzypczak. Potem zabrano nas
      do Rojewa, na wójtostwo. Już w czasie drogi odbywanej pieszo, pod
      eskortą Niemców musiałem (panie nie) wykonywać niemieckie rozkazy:
      padnij, powstań, biegiem marsz, czołgaj się. Na skutek tych ćwiczeń
      byłem fizycznie bardzo zmęczony. Na wójtostwie w Rojewie Niemcy
      zbili nas ponownie i zamknęli na całą noc w areszcie. Podczas
      przesłuchiwania przez Niemców, zarzucono mi, że jadąc z ks.
      Jabłońskim do Gniewkowa, zastrzeliliśmy Niemca i to, że ks. na
      kazaniu miał zachęcać ludzi do mordowania Niemców, co było
      nieprawdą. Uważam, że ksiądz Skrzypczak został zamordowany za
      księdza Jabłońskiego, który uciekł z Płonkowa własnym samochodem na
      początku wojny, a był przez Niemców poszukiwany. Mordercami ks.
      Mariana Skrzypczaka byli miejscowi Niemcy, w plebani było ich ośmiu,
      a budynek na zewnątrz obstawiło około 20 Niemców. Pamiętam ich
      nazwiska, a mianowicie: Schuldheis, Kirchoff, dwaj bracia Schneider,
      Albrecht Lucke. Zwłoki zamordowanego kapłana ciągnęli Niemcy po
      bruku i porzucili pod skarpą na cmentarzu. Dopiero później, gdy
      ucichła na chwilę nienawiść Niemców, parafianie odnaleźli zwłoki
      księdza Skrzypczaka, przenieśli na plebanię i urządzili katolicki
      pogrzeb na miejscowym cmentarzu, gdzie odpoczywa w pokoju.
      Uroczystościom pogrzebowym przewodniczył ks. proboszcz Fibak ze
      Szadłowic. Pogrzeb wtedy stał się prawdziwą manifestacją. Podczas
      wojny grobem opiekowali się wierni z parafii Płonkowo i rodzina ks.
      Skrzypczaka."
      Współcześnie również jego grobem opiekowali się parafianie razem ze
      swoim zmarłym proboszczem ks. Józefem Sołtysiakiem. Około dwa
      tygodnie po zamordowaniu ks. Skrzypczaka nienawiść miejscowych
      Niemców wybuchła ponownie. Z barokowego kościoła Niemcy zrabowali
      wszystkie przedmioty kultu, bieliznę kościelną, dzwony, a wreszcie
      drewnianą zabytkową świątynię oblano benzyną i doszczętnie spalono.
      31 października 1939r. miejscowi Niemcy spalili drewniany kościół w
      Glinnie Wielkim.
    • stix Achtung! Deutsche Banditen! 22.12.07, 09:09
      www.polskiedzieje.pl/artykul,idart-49,t-Zamek-Krolewski-w-Warszawie
      Zajęty przez Prusaków Zamek niszczał i podupadał. Po 1815 roku
      rezydowali w nim Rosjanie, wtedy systematycznie rozkradano zbiory
      zamkowe i wywożono na wschód. W chwili wybuchu I wojny światowej
      Zamek był tak zdewastowany, iż w niczym nie przypominał dawnej
      rezydencji królewskiej, a po jej zakończeniu wymagał kompletnej
      renowacji.
      W okresie międzywojennym Zamkowi przywrócono stan z okresu jego
      świetności, jednak 17 września pod niemieckim ostrzałem Zamek zaczął
      płonąć. Wielu ludzi go broniło - strażacy, cywile, studenci... Ale
      Hitler widząc w zamku symbol niepodległej państwowości polskiej,
      podjął decyzję o zagładzie tej siedziby królewskiej. Niemcy
      zrabowali wszystko, co uważali za cenne, a ostatecznie Zamek
      wysadzili w powietrze, pozostawiając na jego miejscu ogromną stertę
      gruzu.
      • ballest Stix a mosz cos lepszego na Boze Narodzenie 22.12.07, 11:54
        ;)
        • hanys_hans Re:Achtung! stix 22.12.07, 17:21

          • dr.rudolf_schieber Re:Achtung! stix 23.12.07, 02:32
            Rasizm w Niemczech należy do głębokich tradycji narodowych tak samo jak
            Oktoberfest :) .Rządowe pieniądze na walkę z tym zjawiskiem nic nie da bo to tak
            jakby dać pieniądze na walkę z własnymi nawykami.
            Byłbym niesprawiedliwy jak Niemcy nie mówiąc że są też porządni i tolerancyjni
            obywatele Niemiec . Lecz tacy należą do rzadkości.
            Otwarcie granic stwarza niebezpieczeństwo dla Polaków.
    • stix Zaśmiecili nam Niemcy miasto. 23.12.07, 09:45
      www.gs24.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20060824/MAIN/60824003&SearchID=73303335070096
      Setki ton niemieckich odpadów leży w centrum Goleniowa. Potworny
      smród i roje much nie dają ludziom żyć.

      - Jest tego z kilkaset ton. Ten brud zwoziły tiry pod koniec
      ubiegłego roku. Dziennie było kilka transportów i tak przez kilka
      tygodni. Samochody, które to przywoziły oznaczone były nazwą
      Poczdam, dlatego od razu wiadomo było, że są to transporty z
      zagranicy - powiedział nam jeden z informatorów, chcący zachować
      anonimowość.

      W dzielnicy mieszkaniowej w centrum Goleniowa, na tysiącach metrów
      kwadratowych przechowywane są śmieci. Nielegalnie trafiły do Polski
      z Niemiec. Hałdy odpadów szczelnie ukryte są za wielkim betonowym
      ogrodzeniem. Zmagazynowano je na terenie po byłym Pomecie przy ulicy
      Metalowej.

      Jak się okazuje o sprawie wiedziała straż miejska oraz wydział
      ochrony środowiska starostwa powiatowego, a potem także wojewódzki
      inspektor ochrony środowiska w Szczecinie.

      W lutym po kontroli, WIOŚ nakazał dzierżawcy terenu, firmie Irys z
      Maciejewa natychmiastowe zaprzestanie magazynowania i zwożenia do
      Polski odpadów. Ustalono, że firma magazynuje belowane, zmieszane
      odpady opakowań nie tylko w Goleniowie, ale także w Krzemlinie.

      Do tej pory jednak hałdy śmieci zalegają w środku miasta.

      • kubiss Re: Zaśmiecili nam Niemcy miasto. 24.12.07, 15:24
        Biedni Niemcy nie mają oczyszczalni i pozbywają się śmieći :-)
        Teraz masowo będą wywozić odpady do Polski bo granica zachodnia jest niestety
        otwarta ..... :-(
        • dr.rudolf_schieber Re: Zaśmiecili nam Niemcy miasto. 27.12.07, 13:30
          Mogą i powinni wywozić odpady do Gliwic.
          Tutaj jest wiele miejsc gdzie można by je ulokować lub zakopać.
          Nawet gdyby potem śmierdziały to wystarczy powiedzieć że to z Niemiec
          i przestanie miejscowym przeszkadzać a zacznie wręcz pachnieć.
          Wszystko co z Niemiec jest przecież cacy :))
    • stix Gleiwitz. 29.12.07, 10:09
      www.banwar1944.eu/index.php?ns_id=363
      O świcie dnia 9 października pociąg zatrzymał się w pewnej
      odległości od obozu przejściowego w Burgweide pod Wrocławiem
      (obecnie są to Sołtysowice i Polanowice, należące do dzielnicy Psie
      Pole we Wrocławiu). Urzędowa nazwa obozu brzmiała: „Durchgangslager
      des Gauarbeitsamts Niederschlesien Burgweide". (zobacz kopię
      dokumentu „Antrag auf Arzfliche Untersuchung").
      Idąc do powyższego obozu mijaliśmy obóz jeńców wojennych -
      brytyjskich lub amerykańskich. Jeńcy ci przerzucili nam przez druty
      znaczną ilość żywności i papierosów, pochodzących z paczek, jakie
      otrzymywali.
      Obóz w Burgweide, w którym przebywałem od 9 do około 16
      października, miał charakter typowy: otoczony siatką i drutem
      kolczastym, składał się ze standardowych drewnianych baraków.
      Podzielony był na dwie części - po jednodniowym pobycie w pierwszej
      z nich zostaliśmy skierowani do łaźni, a jednocześnie naszą odzież
      poddano dezynfekcji, po czym znaleźliśmy się w drugiej części obozu.
      W tym też okresie poddano nas bardzo pobieżnemu badaniu lekarskiemu.
      (zobacz kopię dokumentu „Antrag auf Arzfliche Untersuchung").
      Wyżywienie w obozie było zdecydowanie niewystarczające,
      zwłaszcza pod względem kaloryczności, przy czym wydawanie posiłków z
      kotła zorganizowano złośliwie. Byliśmy zmuszeni stać po kolejkach po
      posiłki przez znaczną część dnia, co dotyczyło zwłaszcza osób
      starszych i słabszych, gdyż kocioł był ustawiany za każdym razem
      gdzie indziej, w związku z tym posiłki dostawało się tym później, im
      później dobiegło się do niego. Najwolniejsi nie otrzymywali nic.
      Głód doskwierał - jedliśmy nawet stary, całkowicie zeschnięty i
      spleśniały chleb.
      W obozie przebywały tysiące ludzi - znacznie więcej osób, niż
      mogło położyć się na noc w barakach. Pierwszą noc spędziłem wśród
      deszczu na ławce poza barakiem, następne zaś
      stosunkowo „korzystnie", bo wewnątrz baraku na stole o wymiarach
      około 1,5m x 1 m, w trzy osoby, z których w tej sytuacji tylko jedna
      mogła w danym momencie przyjąć pozycję półleżącą, a dwie pozostałe
      zmuszone były siedzieć. Większość więźniów spędzała noce śpiąc
      bezpośrednio na podłodze, lecz i tam panował ogromny tłok.
      W czasie pobytu w Burgeweide wciągnięto nas do obozowej
      ewidencji policyjnej - mnie pod numerem „A.4762" (zobacz kopię
      dokumentu „Merkzettel zur Vorlage bei der Meldebehoerde des
      Wohnortes").
      Stopniowo przeprowadzano selekcję więźniów, formując grupy
      kierowane do transportów kolejowych, których przeznaczenia wówczas
      nie znaliśmy.
      Udało mi się dostać do jednej grupy wraz z matką. Grupa ta,
      licząca kilkadziesiąt osób, konwojowana przez uzbrojoną straż
      została przerzucona pociągiem osobowym do... Katowic, gdzie
      zatrudniono nas wszystkich jako pracowników fizycznych w zakładach
      naprawczych parowozów. Zostałem pomocnikiem ślusarz, zaś mojej matce
      po kilkudziesięciominutowym przeszkoleniu nakazano pracę na dwóch
      (jednocześnie) potężnych szlifierkach. Zakwaterowano nas na terenie
      tychże zakładów, w bardzo złych warunkach (trzypiętrowe drewniane
      prycze w kilkudziesięcioosobowych salach.
      W naszej trudnej sytuacji (obok ciężkich warunków pracy i
      mieszkania dawały się odczuć skutki znacznego wyczerpania psycho-
      fizycznego wydarzeniami poprzednich tygodni) wielką ulgę i pomoc
      przynosił nam niebywale serdeczny stosunek, jako okazywali nam od
      pierwszej chwili miejscowi robotnicy - Polacy, zatrudnieni w tych
      samych zakładach. Do końca życia nie zapomnę, że troszczyli się o
      nas - młodzież i dorosłych - jak o osoby najbliższe. W miarę
      możliwości pracowali za nas, ostrzegali w odpowiednich chwilach
      przed Niemcami, oddawali nam swoje posiłki.
      Niemcy spostrzegli to. Po upływie tygodnia przewieźli całą
      naszą grupę warszawiaków do Gliwic, gdzie zatrudniono nas w
      podobnych zakładach naprawczych parowozów (oficjalna
      nazwa: „Reichsbahn Ausbesserungswerk Lokomotivwerk Gleiwitz"), a
      zakwaterowano w położonych w pobliżu obozach: kobiecym przy
      Bergwerkstrasse 95 i męskim przy Weidmannsweg (zobacz kopię
      legitymacji pracowniczej (...)
      • stix Gleiwitz. 29.12.07, 10:10
        Przyjechawszy z Katowic do Gliwic znaleźliśmy się w zupełnie innym
        świecie - wśród z reguły zdecydowanie niechętnego lub wręcz wrogiego
        w stosunku do nas środowiska ludności miejscowej i napływowej
        (Katowice od Gliwic oddzielała przecież do 1939 roku granica polsko-
        niemiecka).(...) Wszystko, co polskie, było dławione przez Niemców,
        wśród których, w miarę upływu czasu i zbliżania się klęski III
        Rzeszy, coraz większy odsetek stanowili uciekinierzy z terenów
        Związku Radzieckiego i Prus Wschodnich.
        Powyższe okoliczności od pierwszej chwili znalazły wyraz w
        nieprzyjemnym odnoszeniu się do nas większości miejscowych
        pracowników _ Niemców, którzy nie tylko starali się obarczyć nas
        pracą ponad siły, lecz także wielokrotnie usiłowali likwidować nas
        fizycznie, stwarzając z premedytacją „wypadki".
        Moja matka i ja byliśmy zatrudnieni jako robotnicy placowi, z
        reguły przy pracach przeładunkowych. Zmuszano nas do niezwykle
        ciężkiej pracy fizycznej. Oto przykład: niejednokrotnie w ciągu
        około dwóch godzin musiałem przeładować ręcznie - przenosząc lub
        przerzucając - partię klocków hamulcowych stosowanych w parowozach,
        to jest 500 sztuk po 25 kg, co stanowi 12,5 tony (a miałem przecież
        14 lat!).
        Odbywało się to wszystko z zachowaniem pewnych pozorów
        działania „w majestacie prawa". Co miesiąc wypłacano nam
        wynagrodzenie, które po potrąceniu większości zarobionej kwoty
        tytułem zwrotu kosztów zakwaterowania, wyżywienia, ubrania
        roboczego, różnych składek (w tym - jak nas poinformowano - na
        Fundusz Odbudowy Terenów Polskich!) wynosiło z reguły 50-120 marek,
        chociaż zdarzały się przypadki, gdy Polak w chwili wypłaty
        dowiadywał się, że nie otrzymuje nic, ponieważ jest dłużnikiem
        zakładów. Uznany za ciężko pracującego („Schwerarbeiter")
        otrzymywałem z tego tytułu raz lub dwa w tygodniu dodatek
        żywnościowy w postaci kawałka kiełbasy ważącego około 5 dkg. Chorym
        przysługiwały zwolnienia lekarskie. Gdy zachorowałem, prawdopodobnie
        na zapalenie oskrzeli, lekarz zakładowy po badaniu" trwającym około
        5-10 sekund uznał mnie za chorego na anginę i przyznał mi trzy dni
        zwolnienia, po których byłem zmuszony powrócić do pracy. W
        ambulatorium przyzakładowym była wywieszona informacja, że pacjenci
        niezależnie od kolejności zgłaszania się, są przyjmowani wg
        narodowości względnie obywatelstwa, po czym następowała odpowiednia
        lista, na której na pierwszym miejscu byli Niemcy, na przedostatnim
        Polacy, na ostatnim - obywatele Związku Radzieckiego. Załoga
        zakładów licząca około 3000 pracowników, była złożona z
        przedstawicieli dwunastu narodowości. Unormowano również zachowanie
        się podczas coraz częstszych nalotów lotnictwa brytyjskiego i
        amerykańskiego. W przeciwieństwie do Niemców, robotnikom przymusowym
        nie przysługiwało prawo do korzystania ze schronów - musieliśmy
        opuszczać zakłady, nigdy nie bombardowane i przez cały czas nalotu
        przebywać w otwartym terenie wśród gęsto padających odłamków
        pocisków przeciwlotniczych.
        Teoretycznie przysługiwało nam zwolnienie od pracy w niedziele
        i święta, w praktyce jednak znaczną ich część spędzaliśmy bądź w
        zakładach (konieczność dokonania rzekomo pilnych przeładunków), bądź
        w pobliżu Gliwic przy kopaniu rowów przeciwczołgowych.
        Wyżywienie mieliśmy bardzo złe. Głównym problemem była jego
        niska kaloryczność i niedostatek witamin. Braki te w niewielkim
        stopniu uzupełnialiśmy kupując nielegalnie od Niemców i realizując
        pewne ilości kuponów z kartek żywnościowych, głównie na chleb i
        margarynę (na tych terenach wszelkie artykuły żywnościowe z
        wyjątkiem soli i piwa sprzedawano wówczas wyłącznie na kartki).
        Ponadto kilkakrotnie udało się nam uzyskać w gliwickich lokalach
        gastronomicznych skromne potrawy jarskie - inne były na kartki.
        Warunki mieszkaniowe mieliśmy także bardzo złe - zajmowaliśmy
        dwudziestoosobowe sale w standardowych, prawie nie ogrzewanych
        barakach. Nasze prymitywne piętrowe prycze i znikoma pościel były
        pełne robactwa, które zastaliśmy tam w chwili przyjazdu.
        Za wszystkie nasze krzywdy rewanżowaliśmy się Niemcom w
        zasadzie w jeden sposób - uprawianiem sabotażu, którego formy i
        przedmiot zmienialiśmy stosownie do okoliczności. Z reguły sabotaż
        polegał na niszczeniu lub uszkadzaniu materiałów i części
        przeznaczonych do produkcji.
    • stix Achtung! Deutsche Banditen! 27.01.08, 14:12
      wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80273,4873386.html
      "Rodzina to był zbiór hańbiących obozowych numerów"

      Główna cześć uroczystości 63. rocznicy wyzwolenia niemieckiego obozu
      w Oświęcimiu rozpoczęła się w budynku Sauny w byłym Auschwitz II -
      Birkenau. W tym obiekcie podczas wojny Niemcy przeprowadzali
      procedurę przyjęcia deportowanych do obozu.
      Hasło tegorocznych uroczystości brzmi "Utracone rodziny". Wybrano je
      ze względu na dwie historyczne rocznice, które przypadają w 2008
      roku. 65 lat temu w Auschwitz II - Birkenau Niemcy utworzyli dwa
      tzw. obozy rodzinne - najpierw dla Sinti i Roma, a następnie dla
      żydowskich rodzin przywiezionych z getta w Theresienstadt (Terezin,
      nieopodal Pragi).

      "Tu (w saunie - red) płaczące, przerażone dzieci oddzielano od
      matek, ojcowie bezradni i bezsilni, nie byli w stanie obronić swoich
      rodzin. Porażeni rozdziewali się z ubrań, podobnie jak żony, matki,
      córki. Bezbronna rodzina, zawstydzona zbiorową nagością, nie miała
      już nie tylko nazwiska, nie miała nawet imion. Rodzina to był zbiór
      hańbiących obozowych numerów. Numery umierały pojedynczo lub
      zbiorowo. Jeśli nie umarłeś od razu" - mówił były więzień August
      Kowalczyk.

      Wyzwolenie Auschwitz

      27 stycznia 1945 roku w południe żołnierze I Frontu Ukraińskiego
      oswobodzili centrum Oświęcimia, a około 15.00 weszli na teren KL
      Auschwitz i do oddalonego o około 3 kilometry Auschwitz II -
      Birkenau.

      Hitlerowski obóz zagłady Auschwitz-Birkenau, to jedno z największych
      miejsc męczeństwa i zagłady podczas II Wojny Światowej. Przyjmuje
      się, że mogło tam zginąć nawet półtora miliona osób, głównie Żydów,
      ale także przedstawicieli kilkudziesięciu innych narodów.

      Żydzi stanowili blisko 90 procent ofiar Auschwitz. Obóz był także
      miejscem zagłady Polaków - inteligencji, działaczy społecznych i
      politycznych, członków konspiracji oraz jeńców sowieckich, a także
      Cyganów.

      27 stycznia 1945 roku Armia Czerwona uwolniła niespełna 8 tysięcy
      więźniów, w tym ponad 500 dzieci. Pozostałych więźniów, ponad 56
      tysięcy, hitlerowcy ewakuowali wcześniej w głąb Niemiec w tak
      zwanym "marszu śmierci", w którym zginęły tysiące ludzi.

      W czerwcu ubiegłego roku Komitet Światowego Dziedzictwa UNESCO
      podjął decyzję o zmianie nazwy obiektów byłego obozu
      koncentracyjnego Auschwitz - Birkenau na: "Auschwitz-Birkenau.
      Niemiecki nazistowski obóz koncentracyjny i zagłady (1940-1945)".

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka