super-brzdac
19.01.11, 01:58
Czasem trzeba polemizowac z … - (odpowiednie wpisz) by nie sluchano tylko jego glosu.
Czytam rozne wypowiedzi toznych specow i...
Zdecydowalem sie na ten temat naskrabac.
Jedni musieli - pamietaj, inni nie widzieli swej przyszlosci, w marazmie owczesnej Polski. Wiele powodow sklada sie na to ze Polske opuscili.
Moze przyblize Ci perspektywe emigranta, moze zrozumiesz co za tym slowem sie kryje. Moze?
Tylu ich znam, emigrantow zyjacych kazda noga w innym swiecie. Sa to tacy, ktorzy tesknia strasznie za SWOIM domem i chca wracac do niego, ale jak tylko pojada na miesiac wakacji, to tesknia strasznie by wracac spowrotem.
Moj dom w "GH" (Golden Horseshoe) jest moim domem. Czego chciec wiecej? Spedzone tu lata uwazam za najlepsze jakie mi sie przydarzyly, a jesli mialabym umrzec jutro, uwazalabym nadal ze wyjazd z Polski byl najlepsza rzecza jaka mi sie w zyciu przydazyla.
Oswajanie nowych terytoriow trwa czasem dluzej, czasem krocej. Dosc szybko oswoilem sie z miejcem ktore lubie - bez tego, zawsze trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie plotu.
Znam takich, ktorzy nie wracaja bo ich wiza dawno stracila waznosc, wiec wyjazd oznaczalby opuszczenie Kanady na zawsze. Siedza tu nadal nielegalni obiecujac sobie ze jeszcze tylko kilka tygodni, jeszcze kilka dolarow na koncie i juz koniec tej meki. Wreszcie wyjada, na zawsze.
Jedni i drudzy i trzeci - jakkolwiek ich sytuacje dziela lata swietlne - kiedy mysla dom - mysla o innym miejscu, innym kraju.
Chocby siedzieli tu niewiarygodnie dlugo. Wracaja, czasem na stare lata dopiero.
Wyjezdzaja ci co emigracje traktuja jako stacje przesiadkowa - epizod - szanse na ekonomiczne odkucie sie, nauczenie czegos, zobaczenie innego swiata. Ale i ci, pelni energii i ciekawosci zalamuja sie kiedy okazuje sie ze bez wzgledu na bagaz umiejetnosci i doswiadczen w nowym kraju, trzeba zaczac wszystko od zera.
Wracaja zdolne, wyksztalcone dziewczyny zmeczone praca sprzataczki czy kelnerki, ktora okazala sie byc jedynym dostepnym sposobem zarabiania na zycie - i ci, co po wielu latach, nieraz wypelnionych sukcesami zawodowymi i osobistymi nie potrafia odnalezc sie w kraju, ktory na zawsze pozostanie dla nich obcym. Czasem, potrzeba masy czasu by zrozumiec, ze Polska jest prawdopodobnie jedynym na ziemi krajem, gdzie obcych traktuje sie lepiej niz swoich i nawet dlugie lata
przezyte tu, nie gwarantuja wpasowania sie w dlugi ciag ludzkich pokolen ktore ten kraj tworza. Ze nie wystarczy umiec odpowiedziec bezblednie na wszystkie pytania w tescie na obywatelstwo by przynalezec, byc czescia, byc u siebie. Sa tu w miejscu ktore wybrali z takich czy innych powodow, ale bez wzgledu na to skad pochodza i co tu przezyli - tesknia. Za zbieraniem grzybow w lasach lubuskich. Za domowym drim-sum i pora deszczowa na Tajwanie. Za gremialnym
szalenstwem malomiasteczkowych Oktoberfest. Za dziadkiem w Pendzabie ktorego pewnie juz nie zdaza zobaczyc. Za pewnym magicznym miejscem w parku miejskim w Seulu, o ktorym nikt nie wie...
- Paradoksalne! - to zwykle male rzeczy budza najwiecej tesknot. Ci co mowia ze chca wracac nie uzywaja wielkich slow. Mowia; "mama" ale, nie "Ojczyzna".
Mowia; "przyjaciele" ale, nie "Patriotyzm" (slowo patriotyzm = "patriotism" tu jest prawie nie uzywane). Mowia; "domowy krupnik" ale, nie "tradycja".
Tych wielkich rzeczy, ktore sa suma malych jakos w nich nie widac - dopoki, nie wyjada naprawde, nie stopia sie ze zrodlem swoich tesknot, nie powroca do tego, co - choc moze nie wiedzieli o tym - pozwala im czuc sie czescia czegos wiekszego, stabilnego, dajacego poczucie sily.
Znam tez innych, takich co zostali tu i najpewniej zostana juz na zawsze, ktorzy zyja ponad tesknota, zadowoleni z losu przesadzonego drzewa.
Najczesciej, zostaja ci ktorych trzymaja tu mieszane malzenstwa - i dzieci urodzone tu, albo sukces w interesach, czy fakt nabycia swojego, pierwszego domu, takiego ich, prawdziwego. Ci predzej czy pozniej zaczynaja czuc sie u siebie, nawet wtedy, gdy po latach tu spedzonych nie umieja zaspiewac urodzonemu dziecku kolysanki po angielsku, nie rozumieja wszystkich angielskich dowcipow. Po czesci, dlatego zapewne ze nowa, kochana amerykanska rodzina daje rownie mocne
poczucie przynaleznosci jak tamta, zostawiona gdzies tam. Pewnie jest w tym takze cos z ciazenia rzeczy, ktore zgromadzone, wytwarzaja wlasne pole grawitacji - co trzyma mocniej niz stare tesknoty.
Sa jednak i tacy, ktorzy nie maja tu nic, nie dorobili sie niczego godnego. Nie zasiadaja w zarzadzie zadnej wielkiej korporacji, a mimo to zostali i zostana i nawet tesknia mniej niz inni lub zgola nie tesknia wcale. Czasami dlatego ze swiadomosc mizerii ekonomicznej kraju z ktorego przyjechali, jest wystarczajaco mocna by nie miec najmniejszej ochoty porzucac kraju masla orzechowego i taniej benzyny. Czasami dlatego, ze zbyt boja sie zaczynac wszystko od nowa, po raz kolejny, tym razem w kraju co powinien byc bliski, a stal sie obcy, bo nic nie stoi w miejscu, ludzie i miejsca sie zmieniaja. Powstale od czasu ich wyjazdu i zapetlone przez lata nici miedzyludzkich zaleznosci tworza juz siec w ktorej nikt, kto nie uczestniczyl w jej budowie, nie zdola sie polapac. Czasami powrot rowna sie przyznaniu do
porazki, a ambitna dusza woli raczej dac sie upokarzac obcym w obcym kraju, niz znosic ironie i docinki ziomali. Czasami... - oh, bywa tyle powodow zupelnie roznych, czasem madrych czasem nie. Jednak fakt pozostaje. Dlaczego?
Emigracja nie jest dla kazdego, gdyby bylo inaczej, zapewne nikt z tych co urodzili sie w biednych lub miotanych niepokojami krajach nie zostalby w miejscu skad pochodzi. Nawet nie to jest najtrudniejsze ze czasem wyjazd, rowna sie dlugiemu okresowi wyrzeczen, odkladania na bilet kazdych zarobionych pieniedzy, czasem ryzykowaniu zdrowiem czy zyciem by dostac sie do upragnionej Coca-Cola plynacej ziemi obiecanej. I nie tym ze bilet czasem, bywa w jedna strone.
Najtrudniejszy jest krok, ktory wyrywa ze znanego, ze wspolnoty pokolen budujacych wspolna rzeczywistosc, jezyk, obyczaje i prawa, historie i legendy. Wszystkiego, co pozwala czuc sie bezpiecznie, mogac liczyc na czyjas pomoc w potrzebie, na czuly gest w smutku, slowo pociechy czy rade w zgryzocie.
Ci co zostaja, czesciej niz inni potrafia zyc ze swiadomoscia nieustannego bycia odmiencem-Guliwerem w krainie Liliputow, lub odwrotnie. Odmiencem, jakkolwiek czesto uznanym za pozytecznego czlonka spolecznosci i porzadnego w sumie czlowieka. Nawet wtedy, gdy bez chwili zastanowienia odpowie na pytanie; "Crunchy or smooth", albo; "Yankees or Mets". Nawet, jesli z niepoprawnie obcym akcentem wyrecytuje tekst: "Star Spangled Banner". Dowodza miliony przykladow,
daje sie tu zyc w taki sposob i niekoniecznie trzeba sie w tym celu zamykac w etnicznym getcie Chinatown, dzielnicy zydowskiej, ruskiej, Little Poland czy innych.
Czesto lapie sie na tym, ze nie rozumiemy sie zbyt dobrze. Jest jednak cos, co nas laczy. Ameryka wierzy bardziej w prawo ziemi niz w prawo krwi. Ktokolwiek wybral jej ziemie na miejsce gdzie narodzi sie jego dziecko, automatycznie czyni je amerykanskim obywatelem - niezaleznie z jakiego kraju sam pochodzi w jakim mowi ojczystym jezyku, do jakich modli sie bogow. To pewna emocjonalna wlasciwosc. Cenie sobie bardziej wiezy wynikle z wyboru - niz te, co wynikly z niezaleznego od mojej woli zbiegu okolicznosci. Bardziej wierze w przywiazanie wynikajace z glebokiego szacunku do osob ktorych dotyczy, niz z biologicznego
pokrewienstwa. Moich rodzicow kochalem duzo bardziej za to ze byli cudownymi, prawymi i ciekawymi ludzmi, niz za to ze podarowali mi calkiem przyzwoity zestaw chromosomow. Ludzi z ktorymi sie wiaze, kocham za to jacy sa, a nie za to ze sa w ogole. Niby drobiazg, a robi caly hektar roznicy.
Nie wroce do Polski. Obserwowanie glupot zycia tam codziennego, malych i podlych politykow.
- I nie dlatego ze paczki u "Blikle"-go nie tak juz dobre jak kiedys.
Nie wroce bo w odroz