Gość: Frida
IP: *.fornfyndet.se
20.09.04, 11:22
Bawilismy sie na imprezie swietnie az do momentu, jak przyplatal sie do nas
taki jeden gostek, którego malo kto trawil. Od samego poczatku zaczal glupio
dogadywac, nie oszczedzajac osobników plci pieknej. Na nasze szczescie
chlopina sie szybko spil. I wtedy w slicznych glówkach naszych niewiast
narodzil sie szatanski plan zemsty. Nie bede przedluzal, napisze wprost:
dziewczyny na snie ogolily mu brwi.
Rano facet sie budzi, lagodny jak baranek, podchodzi do lustra i rzuca
tekstem:
- O kurwa, ale musialem przesadzic z wóda, bo mi strasznie czolo spuchlo.
***
Wieczór panienski mojej kumpeli.
Zamówilysmy jej czipendeilsa z agencji na 24.00. Punkt o pólnocy dzwonek do
drzwi, stoi policjant, a ze my juz letko chwiejne, stwierdzilysmy, ze sie
nam chlopak przebral, wiec go za chabety i dawaj do duzego pokoju. Musial
sie niezle napocic, zeby nam uzmyslowic nasza pomylke. Dopiero jak wpadl na
pomysl pokazania nam radiowozu przez okno, w koncu dotarlo. Poprosil
grzecznie o "cichsze" zachowanie i poszedl.
Nastepny dzwonek do drzwi, wchodzi przystojny, opalony juz wlasciwy
rozbieracz i pyta, gdzie tu móglby sie przebrac, bo ma niespodzianke. Zostal
skierowany do lazienki.
Jak z niej wyszedl w stroju policjanta to juz nie bylo co z nas zbierac...
***
Zdarzenie mialo miejsce jeszcze w czasach, kiedy niewielu rodaków rozbijalo
sie po drogach warszawami, syrenkami lub kanciakami. Lud pracujacy jezdzil
na wczasy tylko pociagiem (PKP teskni za tymi czasami ). Zamarzyl nam sie
wraz z kolegami wypad pod namioty do Mragowa. Na korzysc tego kierunku
przemawialo dosc dobre polaczenie - pociag startowal
z Bielska Bialej, wiec z miejscami nie bylo problemu. Czesc skladu jechala
do Leby, natomiast trzy ostatnie wagony do Olsztyna (gdzies po drodze je
przepinali do innego pociagu). Grupa okolo dziesieciu chlopa zajela
spokojnie miejsca w dwóch przedzialach -
celowo oczywiscie, aby mozna dokooptowac jakies rozrywkowe podrózniczki.
Kiedy pociag ruszyl, koledzy zaczeli glówkowac, co zrobic w Katowicach, zeby
w naszym wagonie dalej mógl panowac wzgledny luzik (wiadomym bylo, ze ilosc
pasazerów wsiadajacych na dworcu Katowice zachwieje naszym planem). Wpadl mi
do glowy szalony pomysl "sztucznego tloku".
Kiedy pociag przed pólnoca wjezdzal na peron wygladajacy jak mrowisko, my
wszyscy z minami cierpietników przykleilismy twarze, dlonie oraz inne czesci
ciala do szyb w drzwiach oraz oknach wzdluz korytarza. O dziwo za naszym
przykladem poszli pozostali pasazerowie, którym ten pomysl sie bardzo
spodobal. Kiedy pociag zatrzymal sie, do naszych uszu dolatywaly tylko
okrzyki... "ale k*wa nabity... do przodu bo ten nap***lony jak stodola..."
itp.
Dobrze, ze szybko pobiegli do przodu, bo nam juz lzy ciekly po policzkach ze
smiechu wewnetrznego.
***
My robilismy troche inaczej. Zawsze do pociagu kupowalismy piwko do spozycia
oraz dodatkowo buteleczke winka marki siarra. Na stacji jeden z nas siedzial
przy drzwiach z jabolkiem w reku i na pytanie ludzi, czy sa jakies wolne
miejsca, odpowiadal glosem Himilsbacha "alez oczywiscie", po czym zaczynal
symulowac powstrzymywanie przed puszczeniem pawia. Jezdzilismy tak z 10 razy
i tylko jeden raz jakis facet sie do nas przysiadl, ale potem sie okazalo,
ze sam w plecaku mial ze 3 winka, wiec myslal ze trafil swój na swego.
***
Ze spora grupa przyjaciól z roku podrózowalismy na ostatniego sylwestra na
Slowacje naszym kochanym PKP. W trakcie podrózy poznalismy kolezków z
Hrubieszowa, którzy jechali do Bialego Dunajca uzbrojeni w kilkanascie
litrów przedniego bimbru. W zamian za udostepnienie naszych napojów
bezalkoholowych jako zapojki (która oczywiscie im sie skonczyla), czestowali
nas obficie swoim specyfikiem. Niestety, po pewnym czasie wszystkie cole,
sprite'y i wody mineralne "wyszly"... Stoimy zatem na jednej ze stacji,
wokól mrok, a na peronie stoi jakis smetny facet. W tym momencie chlopcy z
Hrubieszowa, po krótkiej naradzie, wolaja do niego:
- Prosze pana! Prosze pana!
Facet spojrzal nieufnie i podszedl blizej:
- Taak...?
- Prosze nam podac troche sniegu!!
Koles spojrzal sie na nich cokolwiek nieprzytomnie, pomyslal chwile, ale
jako czlek uprzejmy schylil sie i podniósl troche przybrudzonego sniegu...
- Nieee! Nie tego! Tego czystego, to na zapojke!!!
***
Siedzielismy wieksza grupa w knajpie gdzies nad morzem, a do konsumpcji,
jako dodatek mielismy bardzo niemila kelnerke. Obslugiwala nas (i nie tylko
nas) z kwasna mina i jakas taka wroga "aureolka", slowem przyszli i chlaja,
a ja musze pracowac. W miare uplywu czasu nasze rozmowy robily sie coraz
bardziej slyszalne no i panienka przy kolejnej "dostawie" juz troche
usmiechnieta mówi:
- Slysze, ze panstwo z Lublina. Ja tez pochodze z Lubelszczyzny.
- Tak? A skad? - zapytalismy.
- Z Kocka.
Wtedy jeden z naszych kolegów, który zaczal juz powoli przysypiac "z twarza
wtulona w kotlet schabowy", ozywil sie i mówi:
- Mój dziadek walczyl pod Kockiem.
- Ooo!!! - wyrazilo podziw obslugujace nas dziewcze - Z generalem
Kleebergiem ?
- Nie, z kelnerkami - odpalil kolega.
***
Kuzynka [K] miala dzisiaj ostatnie jazdy przed egzaminem na prawo jazdy.
Jest w miescie na jakims skrzyzowaniu ze swiatlami i dostala od instruktora
[I] misje skrecenia w prawo. Ustawila sie elegancko na prawym pasie do
skretu za taksóweczka i czeka. Swiatlo zmienilo sie na zielone, a taksówka
dalej stoi.
K: Czemu ta taksówka nie jedzie??
I - Nie wiem. Mam wysiasc i zapytac??
Chwila ciszy.
I (ze stoickim spokojem): Ja naprawde nie wiem, czemu ta taksówka stoi na
postoju dla taksówek...
***
Rozmowa z klientka:
- Ja dzwonilam tutaj wczoraj, bo mielismy problem z terminalem i
powiedziano, zebym zadzwonila dzisiaj, bo wtedy bedzie serwis.
- Dobrze ... a w czym byl problem?
- Hm... zapomnialam... ale juz jest dobrze... wiec dzwonie...
A przed chwila mialem kolejna artystke :
- Poprosze pani date urodzenia...
- Czterdziesty siódmy...
- Pelna date...
- Tysiac dziewiecset czterdziesty siódmy...
***
Jeden z moich klientów dostal wezwanie do urzedu skarbowego, bo jakiejs tam
kwoty (malo zreszta waznej) gdzies tam nie napisal. Dzwonie w jego imieniu
do US i prosze, zeby pani sobie te kwote dopisala na oryginale, a ja sobie
dopisze na kopii.
- Nie, prosze pania (sic!), my tak nie mozemy robic.
- Ale prosze pani, to taka malo znaczaca rubryka...
- No ale jakby co, to, prosze pania, kto bedzie odpowiadal?
- Prosze pani... Niech pani bedzie czlowiekiem, taki kawal mam jechac, zeby
jedna cyferke dopisac?
- Prosze pania, ja nie jestem czlowiekiem. Ja jestem urzednikiem panstwowym.
***
Akcja miala miejsce w polowie lat 80-tych. Ja, Lewy, Albercik i Szweju
wybralismy sie pod namiot nad morze. Juz od poczatku zapowiadalo sie
ciekawie, bo chcielismy podjechac z Dw. Wschodniego na Zachodnia, zeby tam
dorwac w miare pusty pociag. Niestety wsiedlismy w jakis pospieszny, który
na Zachodniej sie nie zatrzymywal, totez o godzinie drugiej w nocy
wyladowalismy na stacji w Skierniewicach (kto nie byl niech jedzie ..
niezapomniane przezycie). Padla juz nawet propozycja, zebysmy jechali w
góry... Po kilkunastu godzinach udalo nam sie jednak dotrzec nad morze...
Najpierw zaczepilismy sie w Chalupach, a po dwóch dniach dokooptowalismy do
reszty naszych znajomych i rozbilismy sie na polu we Wladyslawowie. W sumie
bylo nas 12 osób w 4 namiotach ustawionych "a la Wild West".
Juz pierwszy wieczór byl niezly i zakonczyl sie stanem = dwie ofiary.
Kraszan wlazl w garnek z goracym rosolem, a Krzysiek chcac wytepic mrówki
oblal sobie noge nafta i podpalil. Bylo to dosyc ciekawe zjawisko, gdyz
wylecial z przedsionka namiotu z plonaca noga i zaczal ja w panice posypywac
piaskiem.
Wszyscy lezeli rozwaleni na materacach, saczyli browary i bynajmniej nie
bylo chetnych do pomocy... Jedynie Albercik zdobyl sie na wysylek i
wymamrotal:
- Na mój rozum piaskiem nie ugasisz...
Wracamy jednak do glównego bo