Gość: polonus
IP: 208.40.29.*
08.09.06, 13:45
W pewnym dalekim królestwie (dla uniknięcia pomyłek należałoby chyba zataić
że stolicą był Kraków) mieszkał sobie stary król, którego właśnie była
szczęśliwie opuściła czwarta żona, zabierając ze sobą oczywiście ponad połowę
majątku w kosztownościach, że o ogołoceniu całego pałacu z mebli nie
wspomnieć. Po prawdzie to za radą swego prawnika nawet nie wyprowadziła się
zbyt daleko, aby mieć pilne baczenie na króla i pałac, w razie gdyby dostał
jaki spadek niespodziewany lub większą gotówkę od swej licznej
rodziny. „Pecunia non olet when I get his wallet” mawiała popisując się
znajomością języków przed sąsiadami. Ale dajmy jej na razie spokój i powróćmy
do pałacu.
W pałacu z królem została jednakoż jego córka, już nawet nie pamiętał z
którego małżeństwa, tym niemniej cieszył się jej towarzystwem i swego stałego
doradcy, Alzheimera. Tutaj musimy przyznać, że dziewczyna była prześliczna,
zgrabna, i niech sobie zaraz niektórzy nie myślą że obowiązkowo blondynka.
Bynajmniej, była brunetką, przynajmniej z wierzchu, bo oczywiście jako
dziewczyna prześliczna (tudzież zgrabna) nauką się nie przejmowała i sianko w
kudłatej główce miała niezgorsze. W odpowiednim czasie miał się zjawić bogaty
książę i zabrać ją do swego pałacu, gdzie miał ją adorować i obsypywać
prezentami przez całe życie, etc, etc, filozofia nieobca wielu panienkom
przez wiele wieków od stworzenia Ewy...
Nauczyciele rwali początkowo włosy z głowy przed stroskanym obliczem króla,
narzekając z rozpaczą na brak wiedzy królewny, ale odkąd skończyła
lat ...naście, stopnie w dzienniczku uległy niejakiemu przemeblowaniu.
Dziwnym trafem zaczęły pojawiać się szóstki i wielce pozytywne wpisy od
nauczycieli płci męskiej poniżej 30 roku życia, w czasie gdy starsze grono
pedagogiczne z uporem trwało przy stopniach poniżej wszelkiej krytyki.
Skołowany doszczętnie król nie mógł połapać się w zdolnościach własnej
córki... Młody doktor UJ, jej prywatny nauczyciel matematyki, zaklinał się na
klęczkach że zdolnościami prześcignie niedługo najtęższe profesorskie głowy,
w czasie gdy stary profesor alchemii gubił sztuczną szczękę przy jej każdej
odpowiedzi... Nauczyciel francuskiego, rodowity paryżanin, uparcie twierdził
że nikt nie ma takiego sprawnego języka jak ona, a jednocześnie Ojciec
Makary, Franciszkanin, pił z rozpaczy nad książką do łaciny...
Aha, jeszcze jedno historyczne kłamstwo musimy wyprostować. Otóż zacytujmy z
byle jakiej książki: „ponieważ płeć miała białą niczym płatek śniegu,
nazywano ją Królewną Śnieżką...” Hahaha! Prawda była nieco inna, ponieważ
pewnego razu Królewna urwała się na narty z młodym nauczycielem historii,
kędyś pod Kasprowym przeszła lawina i spędzili trzy dni uwięzieni we dwoje w
szałasie zanim nadeszła pomoc. Od tego czasu nauczyciel nazywał ją tym
imieniem, po czym umieścił we właśnie pisanych kronikach... I wierz tu
historykom!
Wróćmy więc do naszej opowieści.
Królewna Śnieżka siedziała właśnie przed Magicznym Zwierciadłem, które
podarował jej Czarnoksiężnik na szesnaste urodziny i zadała tradycyjne
pytanie „Lustereczko powiedz przecie, itd” na co skrzypliwy głos znikąd
odrzekł... wiadomo co, gdy do komnaty wpadła jej zaufana przyjaciółka, Ziuta.
Ponieważ Ziuta będzie jeszcze sporo razy przewijać się przez naszą opowieść,
poświęćmy jej chwilę uwagi. Ziuta dla odmiany była długonogą i długowłosą
blondynką o inteligencji pasującej do Śnieżki, tyle że nie miała szczęścia
urodzić się w rodzinie królewskiej. Bogaty książę miał się też pojawić by ją
adorować, chociaż w chwilach rozsądku bogaty kupiec też byłby doskonałą
partią, byle kopnął w kalendarz w czasie nocy poślubnej, zostawiając pokaźny
majątek młodej i pięknej wdowie.
A więc Ziuta wpadła do komnaty i od progu zakrzyknęła:
- Śnieżka, jeszcze nie jesteś gotowa?! Pośpiesz się, makijaż możesz dokończyć
w karocy! Karczma już się zapełnia i nie dostaniemy się do środka!
- Spokojna twoja rozczochrana – odwróciła się leniwie Śnieżka –
zarezerwowałam stolik i mam kumpla na bramce, da w ryj każdemu kto się tam
przysiądzie.
- Ale minie nas początek na żywo, gra dziś jakiś nowy zespół „Orkiestra
Wielebnego Kleofasa” czy jakoś tak, nie pamiętam nazwy, ale mają w zestawie
drumlę, harfę, pierdziel, czynele i dwie lutnie! Super muzyka!
- Ja tam czekam na nowego Didżeja, przywiózł z zachodu najnowszy model
katarynki i same nowe przeboje, jak „Miała baba koguta” i „My jesteśmy jacy
tacy”!
- No to lecimy, masz karocę?
- Stary pozwolił mi wziąć tylko dwukonną, sknerus jeden, trzeba będzie
zaparkować gdzie z boku bo wstyd przed ludźmi!
Panienki wypadły biegiem z komnaty i pojechały do karczmy, dajmy im więc na
razie spokój i znajdźmy księcia.