a_marat
24.08.02, 17:35
Nie napiszę nic, o czym tutaj by nie pisano. Takich sytuacji jest bardzo
wiele. I nic nie można na to poradzić. Nie ma rozwiązań.
Kocham kobietę sporo młodszą od siebie. Zamężną, niestety. Mamy co jakis czas
swój intymny mały świat, który jednak kończy sie wraz z nastaniem połnocy.
Ona musi wracać do domu... Zostaję sam, marzę, złoszczę się, że nie jest ze
mną...
Mówi, że jest jej ze mną dobrze. Mówi, że kocha, tęskni, pragnie, ale... za
każdym razem odchodzi. Nie potrafi zdobyć się na odejście od męża. Ja nie
nalegam, a jeżeli już, to staram się być delikatny, bo nie wyobrażam sobie,
aby ją do czegokolwiek zmuszać, bądź ponaglać.
I tak trwamy któryś miesiąc, i tak trudno się rozstawać, i tak cholernie
chcę, aby kiedyś podjęła wreszcie tę decyzję. Przestają mi wystarczać te
krótkie ukradzione spotkania, długie rozmowy telefoniczne, marzenia i
wspomnienia.
Chyba pomogę jej w podjęciu decyzji i... sam od niej odejdę. Tak będzie
najlepiej dla wszystkich, poza mną, oczywiście. Ale przynajmniej nie rozbiję
małżeństwa (czy ono w ogóle jeszcze istnieje, czy to tylko związek formalny?)
nie unieszczęśliwię drugiego człowieka, który być może zasługuje na
współczucie? Kocham ją i chcę, aby była szczęśliwa. Czy będzie?
Za wiele pytań, brak odpowiedzi. Nie mam pojęcia, co zrobię. Ale wiem, że
niebawem to ja będę musiał podjąć decyzję! Dla naszego? jej? ich? dobra??????
Gdybym to wiedział........