meiske
11.09.08, 16:30
Ech... życie:)
Wczoraj namówiłam wreszcie swojego męża kupić abażur z kryształów
(to co
wisi z lampami na suficie),baaardzo drogi (pół roku zbieraliśmy).
Pojechaliśmy do sklepu, kupiliśmy abażur, na skrzydełkach szczęścia
popędziliśmy do domu, po drodze kupiliśmy butelkę koniaku (trzeba
nowy zakup
..tego tamtego, no obmyć). Siedliśmy przy stole, najpierw
strzeliliśmy po
50, potem powtórzyliśmy, no i mówię do swojego męża: a może
powiesimy od
razu ten abażur? No i mąż, lub z powodu koniaku, lub widząc moje
szczęście
zgodził się. Postawiliśmy krzesło, na krzesło taboret mały, mój mąż
wspiął
się na tą piramidę, a mi kazał go zabezpieczać. Stoję taka
szczęśliwa,
obserwuję jak mój orzeł pod sufitem majstruje(a on był, nie wiem po
co w
szerokie bokserki ubrany), przenoszę wzrok niżej, i co ja widzę z
tych
sympatycznych bokserek wypadło mu jedno jajeczko, no i ja taka
rozczulona
tym widokiem biorę i tak lekko pstryknęłam paluszkami po tym
jajeczku. Mój
tygrys w tej sekundzie jak poleciał w dół z tej estakady wraz z
abażurem,
który rozbił się całkowicie na małe kawałki, wstaje szybko i z
ostatkami
abażuru w rękach podskakuje do mnie...myślałam, że zabije mnie, a on
mówi
- Kuurwa, ale mnie prądem pierrdolneło, aż do jąder doszło, dobrze,
że nie
na śmierć!!!