astra27
20.04.10, 17:33
od niedzieli jestem zdruzgotana po 7 latach razem i 14 dniach musiałam
pożegnać swojego ukochanego psiaka, miał w sumie ok. 17 lat, znaleziony przez
moją mamę oceniany był na ponad 10 lat bo już miał starczą zaćmę, zawsze go
było pełno szczególnie jak otwierałam lodówke, pływał z nami na
kajakach,łódce, jeździł z nami na każde wakacje. Jak go przygarnęłam dawano mu
3-4 lata życia, na Paluchu nie chciano go przygarnąć bo było za dużo psów i
musiał z nami zostać mimo oporów mojego przyszłego wtedy męża. 4 kwietnia
minęło 7 lat a ja zawsze łudziłam się że będzie żył wiecznie. Najbardziej
rozczuliła mnie moja córcia, jako że mój tata nie żyje już od 6 lat zawsze
tłumacze jej że fruwa z aniołkami i jest w niebie. Jak się spytała gdzie jest
jej ukochany Fafik to jej powiedziałam że w niebie oczywiście ze łzami w
oczach a ona na to nie martw się mamuniu napewno jest teraz razem z dziadkiej
Jujkiem (Jurkiem). Został nam jeszcze drugi piesek sunia też przygarnięta jest
z nami 6 lat a ma ok. 11, ona chyba cierpi najbardziej. Ja za 20 dni rodze i
nie wiem może jestem głupia ale już znalazłam w schronisku mega biede do
przygarnięcia, nie wiem czy mój mąż się zgodzi, pewnie nie ale szkoda mi suni
która została, ona jest głucha i Fafik był jej zapasowym słuchem, dzięki niemu
wiedziała co się dzieje, czy ktoś idzie a tak to nie wie, leży cichutko w
kątku, postękuje ale teraz praktycznie jakby psa w domu nie było, nikt sie nie
kręci, nic ode mnie nie chce, nie zjada mi oczami kanapek :-( Sunia zawsze
byla taka troche na uboczu od kiedy jest Zuzia bo się jej boi, jest psem
katowanym i każdy ostrzejszy ruch ją przeraża a ja siedze i rycze zamiast
cieszyć się tym że przynajmniej ona została (4 razy uciekła śmierci ).