becik_l79
01.05.10, 22:44
Dziewczyny, ja już nie wyrabiam psychicznie z tym moim lipczątkiem. Ona nie ma instynktu samozachowawczego. Nie ma kompletnie jakiejś komórki w mózgu odpowiedzialnej za ostrożność nawet w tej minimalnej, dzieciowej wersji. Ja rozumiem, że jak dziecko zmęczone to sobie coś może zrobić, ja wszystko rozumiem, ale wierzcie, że jakbym Wam zaczęła opowiadać wszystkie jej wypadki, to byście przyznały, że brakuje jej tej komórki. No i dzisiaj szala się przelała. Tak pierdyknęła łepetyną w terakotę spadając do tyłu z krzesła (na które dopiero co wlazła, tak że nie zdążyliśmy zareagować), że huk było słychać chyba na parterze bloku (mieszkamy na 8 piętrze). Tym razem kazałam mężowi z nią jechać. Nawet jak zachowuje się normalnie. To już chyba tysięczny raz, łeb musi mieć na maksa poobijany. NIech ją chociaż ktoś obejrzy. Niech zobaczy szpital - może zacznie trochę uważać. Wiecie, ja nie panikuję i nie przesadzam, ja znam moje dziecko, i wierzcie mi, u niej wpadanie na ścianę to norma. Ostatnio jeszcze przekoziołkowała na małym rowerku - o mały włos a nie byłoby dzieciaka. Ona w ogóle nie uważa. Potrafi z nienacka puścić się drabinki i polecieć na głowę - przecież nie można jej non stop asekurować, bo idzie do przedszkola, gdzie nikt nie będzie nad nią stał. NIc nie działa - tłumaczenie, prośby, groźby, nic... potrafi biec patrząc się do tyłu, wpadać na słupki walić dyńką w ziemię dla jaj. Taka wersja jackassa, chyba.
No nie wiem jak jeszcze to opisać, żeby było bardziej przekonywujące...po prostu szałaput. Dziecko bez lęku. Żywe srebro w autoagresywnej postaci.
A ja już siwa jestem...
A jak dobierze się ze swoją przyjaciółką to oboje z mężem nie dajemy rady...
musiałam to z siebie wyrzucić...