metanira
11.10.11, 16:46
Nie wiedziałam, jaki dać tytuł wątku, żeby nie zabrzmiał zbyt dramatycznie ;)
Konrad przewrócił się w przedszkolu, ma poobijaną i otartą twarz. Pani (nawiasem mówiąc wicedyrektorka) oddając mi go wyjaśniła, jak to się stało. Ponoć szalał (nie byli dzisiaj na dworze, bo lało), zwracała mu wiele razy uwagę, ale nie reagował, w końcu przewrócił się i przejechał lewą stroną twarzy po dywanie. Ma otarcia w trzech miejscach i zsinienia wokół oka i na czole. Wygląda mniej więcej jak Tymek Ankas po tym, jak, jeśli dobrze pamiętam, miał mały wypadek na placu zabaw/zjeżdżalni. Nauczycielka powiedziała mi, że obserwowała go po tym co się stało, że nie wymiotował, nie miał zawrotów głowy, nie skarży się na ból, poza skaleczonymi miejscami, dobrze widzi. Konrad potwierdza wersję pani. Powiedział, że biegał, bo bawił się w samolot i potknął się o odgięty dywan. Nie jestem oczywiście zachwycona, że do tego w ogóle doszło, ale nie zrobiłam z tego afery, bo wiem, że wypadki się zdarzają i wiem, jak potrafi się zachowywać Konrad, jak szaleje i kompletnie nie reaguje na zwracanie uwagi. Coś takiego zdarzyło się w przedszkolu pierwszy raz (i mam nadzieję, że ostatni). Trochę nawet chciało mi się śmiać, kiedy patrzyłam na teatralnie nieszczęśliwą poobijaną twarz Konrada ;) Nie zrozumcie mnie źle - szkoda mi go, bo na pewno go boli, ale mam wrażenie, że on wie, że to jego wina, że narozrabiał i trochę udaje, żeby uniknąć wymówek.
Popełniłam natomiast następujący błąd: wysłałam zdjęcie twarzy Konrada mojej mamie. Zrobiłam to, ponieważ jutro Konrad będzie u niej (ma rano testy alergologiczne i nie zdąży do przedszkola) i chciałam ją przygotować na ten widok. Zachowanie moich rodziców przeszło wszelkie moje oczekiwania. Najpierw krzyczała przez telefon moja mama, że od czego one (nauczycielki) tam są itp. Potem zadzwonił mój ojciec i wrzeszczał na mnie, że co ze mnie za matka, że powinnam tam wszystkich spier... itp., po czym rzucił słuchawką, jak to on (to jego ulubiony sposób kończenia rozmów nie po jego myśli przebiegających). Tu jeszcze się nie dałam wyprowadzić z równowagi i byłam z siebie bardzo dumna. Potem znowu zadzwoniła mama i dalej krzyczała, że ja nie jestem matką, że ona pójdzie i zrobi w przedszkolu aferę (ojciec też mi tym groził, ale powiedziałam, że sobie tego nie życzę), pójdzie do dyrektorki itp. Że jak ja nic z tym nie zrobię, to ona zrobi, bo tak być nie może, bo jak ja to tak zostawię, to już wcale nie będą na niego zwracać uwagi, że od tego są pedagogami, żeby go okiełznać i takie tam. Z tym ostatnim się zgadzam, zaś co do reszty jestem zdania, że teraz będą bardziej na niego zwracać uwagę, bo już wiedzą, na co go stać.
W końcu złapałam nerwa na mamę, bo już nie pamięta, jak zbagatelizowała sprawę, kiedy mnie panie psychicznie dręczyły w przedszkolu. Nic nie zrobiła, a teraz twierdzi, że nic nie wiedziała. Jasne, najlepiej teraz się wyzłacać i krytykować innych.
Mama powiedziała, że i tak pójdzie do dyrektorki. Gdybym była zdania, że trzeba to zrobić, poszłabym sama. Ale jej zabronić nie mogę, no bo jak? M uważa tak samo jak ja. Czeka mnie jeszcze nieprzyjemna rozmowa z nim o zachowaniu moich rodziców - M od zawsze jest zdania, że moja mama przesadza na punkcie Konrada :/ ujmuje to nieco dosadniej, ale nie będę go tu cytować ;)
Najbardziej bolą mnie słowa moich rodziców "co z ciebie za matka?!", "ty nie jesteś matką"...
Dziewczyny, spójrzcie na tę sprawę obiektywnie i powiedzcie mi, czy powinnam coś z tym zrobić? A jeśli nie zrobię, czy to będzie znaczyło, że jestem złą matką i nie dbam o swoje dziecko?
Konrad zachowuje się normalnie, ładnie zjadł obiad po powrocie do domu, sam się o niego upomniał.
Jestem tak wewnętrznie rozdygotana, że aż mnie szczęka boli od zaciskania zębów, żeby mi nie latały :( Nikt nie potrafi mnie tak zdenerwować i zdołować, jak moi rodzice...