matizka
30.09.08, 00:00
Wyobrażźcie sobie, ze w tej chwili na dole facet gipsuje u mnie
kominek.
Miał skończyć do końca miesiąca, bo od początku mówiłam, że 1
października ide do pracy. Zaczął rzeczywiście dzień później, bo nie
był pewien czy wkład dojedzie. I dzisiaj myslałam, że bedzie
gipsował, żeby jutro przeszlifowac. Wybierałam się na cały dzień z
domu, zeby małego nie trzymać w tym kurzu. A on robił różne rzeczy,
a gipsowanie zostawił na jutro.
Ponieważ ma juz następnego klienta, więc zaproponowałam, żeby jutro
pogipsował, a przyszedł szlifować w sobotę i wtedy tez przykleił
kamień.
ale on nie bardzo chciał, ze woli wiecej zrobić u nas zanim pójdzie
do następnego klienta. Tak staliśmy naprzeciw siebie i nic - była
20.30. W końcu prawie się poryczałam i poszłam usypiać starszą - jak
wyszłam od niej, mąż mówi, ze pan zostanie ze 2 godzinki i pogipsuje
trochę dzisiaj.
I teraz czuję się fatalnie - z jednej strony to poszłabym juz spać,
z drugiej głupio mi wobec faceta, że sie tak poświęca u nas (choć
mógł spokojnie przyjść w sobotę, wiem, że pracuje w soboty). No i
wogóle beznadzieja. Dodatkowo jego koszty wzrosły juz jakieś 60 % i
chciałam to z nim przedyskutować, a teraz to będzie mi szczególnie
głupio.
No nic słysz, że odjeżdża - mozna iść spać.
Cholera - czułam, że bedą kłopoty z tym kominkiem i są i juz go nie
lubię, bu:( A miało yc tak pięknie przy kominku:(