daria13
19.12.05, 19:03
Obudziłam się w niedzielny poranek z uczuciem dojmującego smutku. Do południa
nie mogłam rozgryźć jego przyczyny, aż mnie olśniło, że to perspektywa
pójścia w poniedziałek do pracy, po 5 dniach chorowania/leniuchowania w domu
z książką z jednej a TWA z drugiej strony. No i te śniadania w samo południe.
Uświadomiłam sobie, że z coraz większą niechęcią wracam do pracy po przerwie.
Składa się na ten stan kilka czynników: pogorszenie atmosfery w pracy przez
zmianę właściciela i zarządu i coraz większą presję, że niepotrzebni i
niepasujący do zespołu mogą odejść, ogólne zmęczenie życiem i potrzeba
spokoju, niepośpiechu, zwolnienia tempa, co tak pięknie się udaje w domu.
Zrobiłam sobie kiedyś test psychologiczny z gazetki mojego dziecka i wyszło
mi, że jestem w połowie towarzyskim psem, a w połowie sową. Wygląda to z
pozoru na sprzeczność, ale taka właśnie jestem i do tej pory dobrze mi było z
ludźmi, w towarzystwie, w pracy, ale równie dobrze w domu, w ogródku, w lesie
sam na sam z psem i książką. Od jakiegoś czasu w mojej naturze nastąpił chyba
przełom w stronę sowy. Chcę pracować w domu. Spotykać się z ludźmi najwyżej
raz w tygodniu, albo i rzadziej i żyć wolniej. Co z tego jednaka, skoro to
nierealne.
A Wy lubicie swoją pracę, że powtórzę swoje wstępne pytanie, do którego miał
początkowo nawiązać mój wywód, tylko trochę się pogubiłam?
Pozdrawiam zniechęcona pracą.