shachar
05.10.24, 14:47
Jego imię ma znacznie więcej liter, ale tak się zaczyna. Młody chłopanio, chudy jak patyk i cienki jak patyk, zawitał do naszego gymu 3 lata temu i przez 3 lata pracowaliśmy ramię w ramię w róznych cudacznych sytuacjach, oglądaliśmy i fotografowaliśmy razem wschody słońca o 7 rano w pracy, i zachody o 7 wieczorem. S. jako cudem odratowany przed śmiercią w inkubatorze gdzieś w Hindustanie wcześniak, po awarii prądu, która odłaczyła inkubator, ma poczucie, że ma misję w życiu, aby być mędrcem na miarę Sadhguru. Całkiem dobrze opanował już sztukę bycia najmniej sfrustrowanym i najbardziej uśmiechniętym 26-latkiem jakiego widziałam. Mieliśmy na swoim koncie jako parę sukcesów i parę porażek jako para good cop-bad cop. Ja darłam jełopę, a on niezwykle miło konwersował z delikwentami. Pięknym ukoronowaniem jego ostatniego dnia wczoraj był ostatni dzień Susanny, naszego wspólnego wysiłku, aby Suzanna po chemii i radiacji poszła do domu. A nogi jej się rozjeżdzały na wszystkie strony i tułów nie trzymał się prosto, tak że wisiała na maszynie do stania jak kukła wypchana trocinami.. "Nie uda mi się, jutro zaczniemy wstawac". "Shut up and get up, innego wyjścia nie ma" -musiałam jej powiedzieć na 3 dzień . Wczoraj był Susanny ostatni dzień, bez chodzika chodzącej już i po schodach dającej sobie radę. Dziś wypiska do domu, a Shiva w swoją stronę, gdzie go los zawieje i prawo imigracyjne amerykańskie pozwoli pracować na wizie pracowniczej. Docelowo S. chce wylądować w Kanadzie, gdzie mieszka jego żona i gdzie klimat mu odpowiada, jako że upały źle znosi od przygody w inkubatorze.
Wczoraj byłam kompletnie zaskoczona solidnym hug, jakim mnie obdarował, który trwał i trwał. Udokumentowałam też telefonem jego ostatni punch out i ostatni spacer przez drzwi gymu.