madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:14 W 1667 r. odbył się w Raciborzu wielki proces o czary. Przed sądem stawało 13 kobiet i trzech mężczyzn, których sąd szczegółowo badał, kto ich czarów nauczył, odkąd utrzymywali stosunki z diabłami itd. Gdy początkowe badania niczego nie ujawniły, zabrano się do tortur i pod wpływem męczarń ofiary przyznały się do wszystkiego, czego od nich chciano, wydając przy tym innych niewinnych ludzi, których oczywiście natychmiast chwytano i również przed sąd stawiano. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:17 Tortury pierwszego stopnia zasadzały się na tem, że kobiety przywiązywano do drabin pod które podkładano ogień, tak, że płomienie dotykały ciał. W odstępach 12 godz. następowały tortury drugiego i trzeciego stopnia, dopóki wszystkie obwinione nie przyznały się do zarzuconej im zbrodni. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:19 Że tak długo mimo okropnego bólu wypierano się winy, zrozumiałym się staje wobec tego, że niewinne ofiary ówczesnego sądownictwa wiedziały, że im grozi kara spalenia na stosie i może do ostatniej chwili żywiły nadzieję wykazania swej niewinności. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:25 Nieszczęśliwe kobiety przyznały się w końcu, że w czwartki i w soboty schodziły się na pewnym miejscu w okolicy Raciborza, gdzie się ochoczo bawiły i z czartami obcowały, od czartów zaś otrzymały moc szkodzenia ludziom i bydłu, że mają moc odbywania podróży napowietrznych na miotle lub na łopacie uprzednio natartej jakąś czarcią maścią. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:27 Prawie wszystkie obwinione zginęły na stosie, niektórym tylko wyświadczono łaskę, że je najpierw ścięto a potem dopiero spalono. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:29 Lecz nie tylko na Śląsku, bo i w innych krajach Europy procesy przeciw "czarownicom" nie były naonczas rzadki. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:48 Księstwo Opawskie, graniczące z księstwem Raciborskim, było tym księstwem śląskim, które najpierw przeszło pod bezpośrednią władzę królów czeskich, w r. 1246 i po wygaśnięciu piastowskiej linii książąt oławskich. Wprawdzie i nadal panowali tu książęta, byli to jednak tylko lennicy królów czeskich, przeważnie synowie lub bliżsi krewni królewscy, stąd też Polski ten kraik stosunkowo wcześnie uległ zczeszeniu i mnij więcej w połowie 15 wieku, ,gdy jeszcze ani Husyci ani później Luteranie nie wnieśli wojennej, pożogi dla kraju, ludność Górnego Śląska, a więc i Księstwa Opawskiego cieszyła się względną zamożnością i bezpieczeństwem, Jakkolwiek i wówczas jest przy dłuższych podróżach trzeba się było mieć na baczności przed rozbójnikami szlacheckiego pochodzenia, tzw. "raubriterami", którzy z, zasadzki napadali z swymi "landsknechtami" najchętniej na kupców, odbierając im towar i pieniądze, lub wymuszając od nich wysoki okup W Ks. Opawskim z tego rodzaju rozbojów słynął zwłaszcza rycerz Kaufung, któremu w jego obronnym zamku nawet wojska książęce nie mogły dać rady. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:54 O rozwoju i dobrobycie miasta Opawy świadczą kroniki, różne dokumenty i zapiski z owych czasów, wobec zaś bliskiego sąsiedztwa jego z innymi księstwami i miastami górnośląskimi można przypuszczać, że i tam stosunki musiały być podobne. Opawa słynęła przede wszystkim z handlu. W mieście można było nabyć wino i zboże z Austrji i Moraw, chmiel, sukna, skóry, futra, smołę, owoce, sól, kamienie młyńskie, ołów, miedź, cynk, solone i niesolone ryby i mięsa względnie bydło do uboju. W mieście samem kwitnął przemysł sukienniczy i sprzedawano materiały sukienne w 26 sklepach. Na targu można było nabyć żywność wszelkiego rodzaju i gatunku, chleb i mięso było tanie, ryb, pełne beczki stały szeregiem, nie brakowało drobiu i zwierzyny, smacznych jabłek, gruszek, winogron i innych owoców pełne były stragany, tak samo win austriackich, morawskich i węgierskich, jak również miodu wobec pilnie przez ludność uprawianego bartnictwa. Bartnicy byli zorganizowani. A że mieli dobry odbyt na targach, łatwo sobie wyobrazić, zważywszy, że w owych: czasach nie znano jeszcze sposobu fabrykacji cukru. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 19:59 Corocznie odbywały się w Opawie 4 jarmarki, na które przybywali z towarami i po towary kupcy z różnych stron świata, głównie z Czech, Polski i Austrii. Rękodzielnictwo stało również na wysokim stopniu rozwoju. Rzemieślnicy zorganizowani byli na podstawie dawnych praw i nadawanych im różnych nowych przywilejów w bractwach i cechach. Cechy obowiązane były do surowego posłuszeństwa względem rady miejskiej. Przyjęcie majstra do cechu połączone było z różnymi ceremoniami. Nieposłuszeństwo i różne, nawet drobne przestępstwa ostro były karane. Każdy cech miał swego świętego Patrona, którego święto obchodzono uroczyście. Członkowie cechu zobowiązani byli składać pewną daninę do kasy cechu, z której wspierano zubożałych członków, wdowy, sieroty, opłacano pogrzeby, pokrywano koszty różnych uroczystości, biesiad itp. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 20:02 Uczniów i czeladników trzymano bardzo krótko i majstrowi nie wolno było spuszczać ich z oczu. Nauka u majstra trwała 3 do 5 lat. Gdy się okazało, że terminator po ukończeniu nauki nie posiadał wymaganego zapasu wiedzy w swym fachu, oddawano go do innego majstra na koszt poprzedniego, przy czym jeszcze musiał płacić karę. Terminator, który ukradł rzecz wartości najmniej 6 fenigów lub uciekł względnie oddalił się trzy razy, nie mógł już być przyjęty do nauki. Czeladnikiem zostawał dopiero po trzykrotnym "opytaniu" wszystkich obecnych majstrów, czy nic nie mają przeciwko jego wyzwoleniu. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 20:07 Czeladnicy mieli w domu majstra wolne mieszkanie, wikt, opał, światło i pranie, pobierali około półtora grosza gotówką dziennie - kwotę na ówczesne czasy dość znaczną. Czeladnik murarski otrzymywał nieco więcej, bo 2 grosze i 4 fenigi dziennie, czasem i więcej i zarabiał tyle, że pod koniec tygodnia mógł sobie kupić trzy owce i parę obuwia. Każdy czeladnik musiał być około godziny 9-tej wieczorem w domu: - -nie wolno mu było przez noc zostawać poza domem, kto zaś za często przebywał w gospodzie lub się upijał, bywał karany. Z majstrem musiał żyć w zgodzie i nie otrzymał nigdzie pracy, gdy się z nim rozstał w niezgodzie. Jako "wolni ludzie" czeladnicy tak samo, jak majstrowie mieli prawo noszenia broni i tak samo byli zorganizowani w bractwach. Wikt mieli bardzo dobry - na śniadanie kluski z jajecznicą na maśle i z serem, na obiad cztery potrawy i każdodziennie z mięsa (z wyjątkiem piątków i dni postnych) i prawie zawsze z winem lub piwem, a na kolację chleb z serem i mlekiem. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 20:12 Dochody miasta były tak znaczne, że obywatele nie płacili żadnych bezpośrednich podatków, tylko opłaty i czynsze, jak do, opłaty mostowe, dzierżawę od domów i gruntów, czynsz za miejsca na targu od kramarzy, za licencję od wyszynku piiwa i wina i t. d., co wszystko przynosiło miastu około 3850 dukatów rocznego dochodu. Z tego opłacało miasto nauczycieli ,organistę, dzwonnika, strażników trzech bramach miejskich i na wieży kościelnej, kilku sług magistrackich, leśniczego i kilka pomniejszych osób, w końcu kata i jego 1 feniga i za czyszczenie wieży kościoła parafialnego 24 grosze. Za powieszenie otrzymywał 20 groszy za ścięcie głowy mieczem 22 grosze, za łamanie kołem 124 gr,a za doćwiczenie rózgami 16 groszy. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 18.02.15, 20:14 Dochody miasta w zupełności wystarczały na wszystkie te wydatki. "Dobre to czasy" skończyły się bezpowrotnie, gdy niektórzy członkowie rady miejskiej przejęli się nowym duchem luteranizmu, gdy z tego powodu powstały różne spory i w końcu kraj cały dłużej niż przez wiek jeden stał się terenem zawieruchy wojennej. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 18:47 Cieszyńskie procesy o czary (przynajmniej te, których dokumentacja zachowała się) nie były wszczynane ze względów religijnych lub irracjonalnych, tj. w obawie przed diabłem i złymi mocami. Nie inicjowali ich współmieszkańcy domniemanego czarownika ani władze kościelne, lecz, całkiem nieoczekiwanie, miejscowe władze fiskalne; była to więc motywacja zgoła przyziemna i mało ze złymi mocami związana. Chodziło po prostu o pieniądze. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 18:50 W ubiegłych wiekach ludzie, w obawie przed złodziejami lub rekwizycjami wojskowymi, chowali często pieniądze i kosztowniejsze przedmioty w miejscach ukrytych i niedostępnych. Mieszczanie wycinali w belkach swych drewnianych domów zamaskowane schowki lub, jeśli ich domy były w części murowane, pozostawiali w grubych ścianach lukę, którą, po wypełnieniu kosztownościami, zamurowywano. Zdarzało się, że chowający skarb właściciel domu umierał nagle lub przepadł w świecie, a jego następcy nic o schowku nie wiedzieli. Dlatego, aby zapobiec sporom, które mogły wyniknąć przy późniejszym odkryciu "skarbu", wszystkie ówczesne kontrakty sprzedaży nieruchomości opatrzone były klauzulą, że przechodzi ona do nowonabywcy ze wszystkim, co gliną zalepiono i gwoździami przybito. Spadkobiercy pierwotnego właściciela skarbu nie mieli w przyszłości żadnej prawnej podstawy do udziału w znalezisku. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 28.04.16, 18:21 a wreszcie spalenie również w Poznaniu Reginy Boroszko w 1645 roku. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 30.04.16, 18:37 Wody na pierwszą kąpiel nie wolno pod żadnym pozorem zagotowywać, gdyż dziecko wykąpane w takiej wodzie ściągnęłoby na się wszelakie biedy złośliwego i gwałtownego usposobienia. Kąpie się więc dzieci w nowych drewnianych nieckach w wodzie lekko zagrzanej i aż gęstej od ziół rozmaitych. Głowy niemowlęcia nie myje się z zasady nigdy. Po pierwszej kąpieli pociąga się noworodka trzykrotnie za nos, by kichnął samemu sobie na zdrowie, i smaruje się całe ciałko dziecka ciepłem masłem solonem. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 30.04.16, 18:43 Dawne roczniki wspominają często o straszliwych wypadkach zamieniania dzieci przez boginki i podają zbawienną radę dla strapionych matek. Otóż należy dziecko przemienione głodzić, bić i wogóle okrutnie się doń odnosić, a wówczas matka takowego dziecka, nocnicą zwana, ulituje się nad pastwionem maleństwem, nie wytrzyma i weźmie je sobie z powrotem, zwracając równocześnie prawowite niemowlę prawowitym rodzicom. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 18:52 Bywały jednak sytuacje, kiedy skarby zakopywano w ziemi. Czyniły tak bandy rozbójnickie, grasujące nie tylko w górach, ale wzdłuż wszystkich prawie dróg, którymi poruszały się karawany kupieckie; czynili tak również żołnierze, zwłaszcza w okresie wojny trzydziestoletniej (1618-1648), kiedy przez Księstwo Cieszyńskie przeciągały oddziały wojsk najemnych różnej narodowości i autoramentu. Żołnierze nastawieni byli głównie na rabunek miejscowej ludności, tym bardziej, że nie zawsze wypłacano im umówiony żołd. Zagarniętą zdobycz trudno i niebezpiecznie było nosić przy sobie, pod osłoną nocy zakopywano ją więc w polu lub w lesie. A potem bywało, że pochodzący z obcych stron żołnierz zginął na wojnie lub z innych względów nie mógł już po swój skarb wrócić. Po zakończeniu wojny wśród zbiedniałej ludności rozchodziły się słuchy o zakopanych "niczyich" już pieniądzach. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 18:55 Nie były one jednak niestety "niczyje". Już w r. 1573 wydano w Austrii ustawę, na mocy której wszystko, co znajdowało się w ziemi niżej niż sięgają korzenie drzew stanowiło własność państwa. Skarby na ogół zakopywane były głęboko lub chowane w równie głębokich rozpadlinach skał i kamieni. Ludzie znajdujący je powinni byli oddać je zwierzchności, w przeciwnym bowiem wypadku stawali się, według litery prawa, złodziejami mienia państwowego; co prawda, znalazcy mogli byli tego wydanego przed stu laty prawa nie znać, zapewne też niezbyt skłonni byli je stosować; wtedy jednak z całą surowością wkraczała władza państwowa. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 18:57 Ponieważ znalezienie zakopanego skarbu było swoistym ewenementem, przyjmowano, że informacje o nim uzyskał odkrywca od "sił nieczystych" lub drogą czarów. We wszystkich takich wypadkach wszczynano regularne procesy sądowe. Występowały w nich równolegle dwa wątki: dążenie do odzyskania dla państwa znalezionych pieniędzy oraz do ukarania czarowników, którzy przez stosowanie czarnej magii mogli byli ściągnąć na kraj nieszczęście. Przebieg procesów był zwykle przewlekły. Jak większość innych procesów, także i te toczyły się w pierwszej instancji przed sądami magistrackimi. Członkowie tych lokalnych kolegiów sędziowskich na czarach na ogół się nie znali i nie wiedzieli, jak w podobnych wypadkach postępować. Zwracali się więc o pomoc i instruktaż do nadrzędnej władzy prowincji śląskiej, tj. do Stanów Śląskich we Wrocławiu. Podane niżej sprawy pochodzą z akt wrocławskich, przekazywanych w połowie XVIII w. do Opawy. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 19:04 Pierwsza z nich wniesiona została przez ówczesnego regenta Księstwa, Schimonskiego, w marcu 1686 r. Dotyczyła poddanego Komory Cieszyńskiej, chłopa Jerzego Saka, jego żony i pasterki. Znaleźli oni w źródle wody cynowy dzban wypełniony złotem; można przypuszczać, że po latach woda spłukała wierzchnią warstwę ziemi, a pasterka, pojąc w polnym źródle bydło, dostrzegła wystający z ziemi przedmiot. Zawiadomiła o tym swych gospodarzy, a ci dzban wydobyli. Gdy wieść o znalezisku dotarła do władz, uwięziono ich. Sak oddał wtedy dzban, utrzymywał jednak, że niczego w nim nie było. Podobno były jednak wewnątrz ślady wskazujące na złoto. Wszystkie trzy osoby poddano więc "zaostrzonemu badaniu", tj., prawdopodobnie dla postrachu, pokazano im narzędzia tortur. Mimo to twierdzili nadal uparcie, że złota nie było. Regent prosił Stany o wskazówki, czy ludzi tych należy wypuścić na wolność, czy też poddać dalszemu badaniu. Wyjaśnić trzeba, że ówczesne prawo nie zezwalało na skazanie oskarżonego, jeśli dowody jego winy nie były ewidentne lub jeśli sam się nie przyznał. W celu wymuszenia przyznania się stosowano tortury, wielekroć ze skutecznym wynikiem. Ludzie woleli szybką śmierć niż trudne do zniesienia męki. Tortury zostały w państwie austriackim zniesione w r. 1776. Z dalszej korespondencji regenta ze Stanami Śląskimi wynika, że roztropni urzędnicy wrocławscy nie wybrali żadnej z podanych przez niego możliwości. Saka należało trzymać pod kluczem w stosunkowo dobrej kondycji, nie wypuszczać go, ale też nie zamęczyć. Należało przede wszystkim sprawdzić, czy nie ma zdolności różdżkarskich, które pozwalają mu odnajdywać skarby. Polecono dać mu różdżkę. Nie w ciemię bity Sak w lot uchwycił szansę swego ratunku; posługując się różdżką, wskazał w obrębie cieszyńskiego zamku trzy miejsca, w których miały się znajdować zakopane skarby. Ucieszony regent cieszyński "użyczył go" więc po sąsiedzku do Opawy, aby i tamtejsze władze mogły swe skarby odnaleźć. Stany Śląskie, interesując się żywo dalszym przebiegiem sprawy, nakazały we wskazanych przez Saka miejscach rozkopać ziemię i prowadzić poszukiwania. Nie dały one żadnych wyników, ale przyprowadzony z więzienia Sak nie stracił kontenansu i oświadczył, że skarby istnieją na pewno, lecz przed ludzkimi oczyma zostały utajone przez złe duchy. Aby je odpędzić, należy zastosować szczególnie silny amulet, który można uzyskać od czarownicy mieszkającej za opawskim ratuszem. Po amulet ten gotów jest udać się do Opawy. Regent, kompletnie już obałamucony (jakże świetnym aktorem musiał być ten prosty chłop Jerzy Sak!) przystał na jego propozycję. Sak przyrzekł, że w każdej chwili będzie do jego dyspozycji... i nie czekając już dalszego ciągu natychmiast uciekł wraz z żoną na Węgry, a tam przenosił się z miejsca na miejsce, aby nie wpaść w ręce żadnej władzy. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 19:14 Gorzej powiodło się dwom innym znalazcom skarbów. O wydarzeniach z września 1689 r. donosi relacja cieszyńskiego poborcy podatków Wacława Heymanna: Marianna Miszkowa z Żywca, od pół roku służąca u Wilhelma Lehmanna w Skoczowie, znalazła w Międzyświeciu przy drodze, na gruncie p. Juliusza Skoczowskiego z Kojkowic, zakopany kocioł z dukatami. Kocioł ten pomagał jej wydobyć Adam Otipka, poddany chłop Juliusza Skoczowskiego. W niespełna miesiąc później dwaj synowie poddanego pana Jana Tschammera z Iskrzyczyna, Jerzy i Jakub Kostkowie, wespół z tkaczem płótna Wacławem Bayerem, znaleźli w Hermanicach, na gruncie p. Adama Marklowskiego, również kocioł z dukatami. Kocioł ten ukryty był pod wielką kupą kamieni, dukaty przykryte z góry kamiennym śrutem. Skarb odkryła Miszkowa. Wszystkich znalazców przebadano; Miszkowa w strachu oddała trzecią część znalezionych w Międzyświeciu pieniędzy, mężczyźni zaś zaparli się, jakoby cokolwiek znaleźli. Właściciele Międzyświecia i Iskrzyczyna, pod których jurysdykcję chłopi ci należeli uwięzili ich, wszystkim jednak udało się uciec. Pomógł im w tym poddany Komory Cieszyńskiej Grochala. Wkrótce jednak odnaleziono ich w jednej ze wsi Komory, uwięziono ponownie i poddano badaniu: w jaki sposób odnaleźli miejsce ukrycia skarbu, czy nie za pomocą czarów. Przyznali się wtedy, że używali do tego trzech rodzajów różdżek: świecy z wosku uzyskanego od młodych pszczół, które się trzykrotnie w ciągu roku wyroiły, święconej wody oraz noża zrobionego z żelaznego haka szubienicy, na której powieszono człowieka; nóż ten musiał być wykonany w Wielki Piątek, podczas nabożeństwa pasyjnego. Miszkową, jako domniemaną czarownicę, wsadzono do więzienia, czterech mężczyzn osadzono najpierw w areszcie miejskim, potem jednak przeniesiono również do więzienia (gdzie warunki były nierównie gorsze). Pięć osób należało wyżywić, powstał więc kłopot, z jakich uczynić to środków. Nastała ostra zima, więzienie było nie opalane, istniała uzasadniona obawa, że więźniowie poumierają nie tylko z głodu, ale i z zimna. W kwietniu 1690 r. na kolejny skierowany do Stanów Śląskich urgens Heymann otrzymał wreszcie instrukcję, aby w powyższej sprawie przeprowadzić normalny przewód sądowy. Dalszy jej ciąg znany jest z protokółów sądu miejskiego w Skoczowie, który położony był najbliżej zarówno Międzyświecia, jak i Hermanic. Należało przede wszystkim stwierdzić, czy Miszkowa rzeczywiście jest czarownicą, a jeśli tak, zebrać na to przekonywujące dowody. W tym celu przebadano cały krąg osób, które się z nią stykały: jej chlebodawców Lehmanów, sąsiadki, i mężczyzn, którzy wraz z nią wykopywali skarby. Wszystkie zeznania skrupulatnie zaprotokółowano. Judyta Lehmanowa zeznała, że Miszkowa prosiła ją o wolny dzień, aby mogła udać się do książęcego lasu w celu wykopania ukrytych tam pieniędzy. Obiecała podarować ich część swej gospodyni. Zapytana, skąd umie wyszukiwać ukryte skarby, powiedziała, że miała babkę, która dobrze się na tym znała. Lehmanowa nie obciążała poza tym swej służącej, twierdziła, że zachowywała się ona "normalnie", jedynie miała jej trochę za złe, że czasami nie chciała jeść tego, co gospodyni ugotowała, a kupowała sobie ciepłe bułki i inne smakołyki i popijała je piwem. Mniej powściągliwe okazały się skoczowskie kumoszki; wyciągnęły na jaw sprawę wianka Zuzanny Lehman, w której to sprawie nb. także one same współuczestniczyły. Było to tak. Córka gospodarzy, Zuzanna, zakopała w kącie przydomowego ogródka swój dziewiczy wianek (powody tego nie są podane - być może był to jej tajemny ślub panieństwa albo rezultat zawodu miłosnego...). Miszkowej powiedziała o tym przyjaciółka dziewczyny. Dziewictwo w magii posiadało wysoką cenę. Miszkowa postanowiła wieniec wykopać i użyć do czarowania. Z zamysłu wykopania wieńca zwierzyła się swej sąsiadce, która miała jej w tym pomóc; nie przyznała się jednak, dla jakich celów chce to uczynić lecz powiedziała, że prosiła ją o to matka Zuzanny, jej gospodyni. Do kopania przystępowano trzykrotnie. Pierwszej nocy Miszkowa popatrzyła na gwiazdy i uznała, że nadszedł właściwy czas. Kiedy jednak wieniec wydobyto, powstał nagły huragan, niebo zachmurzyło się i gwiazdy przestały być widoczne. Miszkowa szybko położyła wieniec z powrotem i przykryła go ziemią. Przy drugiej próbie, kiedy przekradły się do ogrodu, ziemia zaczęła drżeć; podczas trzeciej bytności w tym miejscu Miszkowa wyciągnęła jakiś nóż, wbiła go w ramę okienną - wieniec zakopany był pod oknem - i wtedy nareszcie mogła go była zabrać. Jednak w chwili, gdy podnosiła go z ziemi, zerwała się gwałtowna wichura. Towarzyszka jej bardzo się zlękła, Miszkowa powiedziała jej jednak "nie bój się, ty stara babo, tylko się przeżegnaj". Z uschniętych kwiatów i gałązek tego wieńca Miszkowa zrobiła wiązankę, którą przewiązała końskim włosiem. Inna sąsiadka opowiadała, że Miszkowa chwaliła się, iż potrafi odnaleźć złoto za pomocą różdżki. Zaprosiła ją więc do swego obejścia, aby je przebadała. Miszkowa miała rzekomo odkryć złoto w murach piwnicy. Zażądała pachołka do rozebrania tych murów, dużą ilość cegły usunięto, ale nie dało to żadnych rezultatów. Aby nie niszczyć muru dalej, sąsiadka zrezygnowała z dalszych poszukiwań. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 19:20 Bardzo obciążająco dla Miszkowej zeznawali współoskarżeni mężczyźni. Jan Kostka i Wacław Bayer twierdzili, jakoby mówiła im, że zna kunszt patrzenia w głąb ziemi i czytania myśli ludzkich. Jej wspólnik z Międzyświecia, Adam Otipka, powiedział, że Miszkowa obiecała mu, że spowoduje, iż złodziej, który ukradł mu przędzę, przyniesie ją z powrotem i położy na stole. Pachołek p. Marklowskiego, Adam Gorzelczany, utrzymywał, jakoby przy wydobywaniu pieniędzy w Hermanicach Miszkowa rozmawiała z diabłem. Podał jeszcze, że złota poszukiwali również w przysiółku Cisownicy, w Równi. Scenę tę opisywał dość szczegółowo. Było to pod wieczór, Miszkowa leżała na brzuchu z głową zwisającą nad wykopaną jamą i przemawiała do diabła. Obiecywała mu czarnego kozła, czarnego konia, czarnego koguta i siebie samą. Mówiła po polsku, lecz diabeł jej nie odpowiadał. Miszkowa wszystkim tym zeznaniom zaprzeczała, twierdziła również, podobnie jak Kostkowie, że w Hermanicach żadnego złota nie znaleźli. Kiedy sąd, nie mogąc się połapać w gęstwinie sprzecznych zeznań, postanowił dojść prawdy drogą tortur i zapowiedział oddanie wszystkich oskarżonych katu, Miszkowa upadła na kolana i odwołała wszystko, co kiedykolwiek na temat czarowania mówiła. Sąd w Skoczowie - złożony z poczciwych, ale mało biegłych w prawie rajców miejskich - przesłuchawszy świadków uznał swe trudne zadanie za wypełnione i z ulgą odesłał sprawę do sądu magistrackiego w Cieszynie; Cieszyn był, bądź co bądź, stolicą Księstwa i siedzibą jego władz. Tu jednak również nie bardzo wiedziano, co robić dalej. Ponieważ procesem tym zainteresowane były przede wszystkim władze skarbowe, kompetentny ich przedstawiciel z Wrocławia przekazał do Cieszyna decyzję sądowych władz prowincji: Miszkową uznaje się winną wszystkich podanych w protokóle czarów, a ponadto tego, że w mieszkaniu Otipki lała wosk na wodę i stąd dowiedziała się, jak odnaleźć skarb w Międzyświeciu. Ponadto posługiwała się zaczarowanym nożem do ziół, którym poprzednio odcięto pępowinę noworodka, oraz odczytywała z kartki, którą później podarła, jakieś tajemne modlitwy i wersety. Ponieważ zaś wszyscy oskarżeni zaprzeczają odnalezieniu skarbów i nie chcą ich państwu oddać, należy poddać ich torturom I stopnia (chłosta, przygniatanie kciuka), a gdyby i to nie pomogło, należy ich ukarać za niedozwolone poszukiwanie złota. I prawdopodobnie na tym cała afera się skończyła. Miszkową wychłostano potrójnymi rózgami pod pręgierzem miejskim i wygnano poza granice Księstwa; poddanym chłopom, oprócz chłosty z wyroku sądowego, być może dołożyli jeszcze co nieco ich panowie feudalni. Fiskus zyskał niewiele. Odpowiedz Link
madohora Re: Śląsk, Cieszyńskie procesy o czary 14.03.15, 19:27 Kolejna, wniesiona przez regenta cieszyńskiego sprawa o czary pochodzi z r. 1703. Jest ona jedyną, którą nie był zainteresowany skarb państwa, dotyczy czarów, nie związanych z pieniędzmi; także jedyną, którą zainicjowały nie władze, a sami rzekomo poszkodowani przez "czarownika" ludzie. Sześciu mieszkańców Jaworzynki oskarżyło o czary współmieszkańca wioski, Michała Dragona. Sam oskarżony niewiele chyba sobie z tego robił; był "wybrańcem", służył na szańcach, bronił go sam komendant załogi. Wydaje się, że i regent cieszyński nie brał sprawy zbyt poważnie i odesłał ją do Wrocławia z samego tylko obowiązku; w swym piśmie tłumaczył, że aresztowanie Dragona naraziłoby Komorę Cieszyńską na kłopoty i wydatki na jego utrzymanie w Cieszynie, że nie ma żadnych dowodów jego winy, a poza tym aresztowany Dragon odniósłby się niechybnie do sądu apelacyjnego, co przysporzyłoby jeszcze kłopotów i wydatków. Być może, komendant szańców naświetlił regentowi bardziej szczegółowo tło tego oskarżenia; mógł to być jakiś konflikt lokalny, zemsta mniej szczęśliwych rywali lub nagonka ze strony zawistnych sąsiadów - w "wybrańcach" tradycyjnie służyli chłopcy najbardziej dorodni, a za swą służbę otrzymywali niezły żołd. Ludzie poważni, wykształceni, coraz bardziej zdawali sobie sprawę z utrzymujących się w odległych zakątkach zabobonów i w oskarżenia o czary woleli zbyt pochopnie się nie angażować. Nadchodził wiek Oświecenia. W jego połowie (r. 1756) zarząd prowincji przesłał do przedstawicieli biskupa w Cieszynie zarządzenie cesarskie w sprawie szerzących się między ludem przesądów i zabobonów, które po raz kolejny zalecało, aby niezależnie od wydawanych w tej sprawie nakazów dla władz także proboszczowie i misjonarze w swych kazaniach i na lekcjach religii jak najczęściej wyjaśniali ludowi szkodliwość wiary w zabobony i aby zwalczali wszelkie przesądy. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 21:10 Śmierci lęka się każde stworzenie, lecz największy strach ogarnia człowieka, gdy sobie pomyśli, że go może spotkać śmierć pozorna, to jest, że nas za życia mogą pochować do grobu okropnego. Żadne zdarzenie na świecie nie uderza w nasze serca tak strasznie, jak opowiadanie o nieszczęśliwych, których dla pozornej śmierci pochowano za żywa. Podajemy następujące opowiadania o kilku zdarzeniach na Górnym Szlązku. Stary pułkownik w Ornontowicach. Nigdy nie zapomnę zdarzenia tego z młodości mojej: W Ornontowicach, wiosce położonej w Pszczyńskim powiecie, żył przed 40 laty stary pułkownik, który niespodzianie umarł, będąc w 70 roku wieku swego. Ponieważ sam był wszystko przygotował na pogrzeb swój, więc za parę godzin, jeszcze tego samego dnia po śmierci, ubrali go słudzy w ubiór żołnierski, położyli w trumnie i zanieśli do kościoła, gdzie po kolei chłopi po - czterech odbywali straż we dnie i w nocy, przyczem liczne świece przyświecały. Czwartego dnia pochowano zmarłego w murowanym grobie a nad sklepieniem położono wielki kamień z stosownym napisem. Trzeciego dnia usłyszał dzwonnik jakieś jęczenie na cmentarzu i doniósł o tem nauczycielowi, który przekonawszy się, że narzekanie z ziemi na cmentarzu pochodzi, kazał ostatnie dwa groby prędko odkopać i trumny otworzyć. Lecz w obóch trumnach spoczywali umarli spokojnie. Zagrzebano znowu umarłych, jęczenie na cmentarzu też ustało i różnie ludzie sądzili, skąd mogło pochodzić. Nikt nie przypuszczał, ani nawet nie pomyślał, żeby 70 letni pułkownik mógł jeszcze raz ożyć i dlatego jego grobu nie otworzono. Kilka lat później kazał nowy dziedzic wymurować wspaniałe i obszerne mauzoleum (sklep grobowy) dla dziedziców Ornontowskich i ich rodzin, i uznał za stosowne zmarłego pułkownika przenieść do nowego mauzoleum. Nadeszło pozwolenie biskupa; ks. dziekan, organista, nowy dziedzic i mnóstwo ludzi zebrało się około starego grobu; mularze odwalili kamień, przełamali mocne sklepienie, lecz gdy deski znajdujące się pod sklepieniem usnęli, odskoczyli ze strachem od grobu. Zaglądamy w grób i sami przelękliśmy się nie mało ujrzawszy trumnę otwartą a ciało zmarłego w poprzek na trumnie leżące. Dziedzic zawołał: "Okradli go złodzieje!" Można to było przypuszczać, bo stary pułkownik kazał się w wspaniałym ubiorze pochować; na palcach były złote pierścienie, na boku kosztowny miecz, z pozłacaną rękojeścią, na ramionach śrebrne szlify, na bótach śrebrne a nadto pozłacane ostrogi. Ks, dziekan, przypatrując się całemu położeniu umarłego, zauważał: "Złodzieje go nie złupili, bo byliby zabrali z sobą klejnoty, a tu je wszystkie widzimy!" "Złodzieje nie byli w grobie," odezwał się mularz, "bo sklepienie grobu zostało nie ruszone tak, jak sam je dokończyłem, a nawet mój nóż, który na desce pod sklepie zapomniawszy o nim, zostawiłem, znalazłem dziś. Gdyby byli złodzieje, musiałbym to poznać, a ściany grobowe są także nienaruszone. " "Mój Boze, więc ożył w grobie!" - "Śmierć pozorna!" - To była wykrzyki które się boleśnie z piersi obecnych dobywały. Teraz przypomniano sobie owe jęki, które dzwonnik, organista i ludzie słyszeli, gdy dwa groby daremnie odkopywali. Pochodziło to podziemne narzekanie z murowanego grobu starego pułkownika, lecz głos jego na trzeci dzień po pogrzebie a na szósty po mniemanej śmierci, już był tak słaby, że nikt zrozumieć nie mógł, skąd jęki pochodzą. Pewnie okropne chwile przepędził ożyły w grobie; rozpacz dodała starcowi nadzwyczajnych sił, kiedy mocno zabitą trumnę zdołał otworzyć, i długo żył w grobowem więzieniu, bo wszędzie po ścianach były znaki, jak mieczem dłubał między cegłami i rąbał po ścianach, aby się wybawić. Nareszcie upadł omdlały w poprzek na trumnę, i któż odgadnie, jak długo się męczył, niżeli prawdziwa śmierć go wybawiła. Mógł pułkownik mimo to być ocalonym, gdyby nie nieszczęśliwy zabobon głupiego chłopa. Wydało się później, że jeden ze stróżów widział, jak pułkownik." leżący w kościele w otwartej trumnie, ruszył dwa razy wskazującym palcem prawej ręki. Lecz chłop zamiast to ogłosić, uciekł z kościoła, myśląc, że umarły mu grozi za to - iż mu był na gruszkach w sadzie. Nieszczęśliwy los starego pułkownika zasmucił całą okolicę. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 21:21 O powiadała mi także pewna pani o pozornej śmierci, która w jej rodzinie się zdarzyła. "Mój ojciec," mówiła owa pani, "był nauczycielem w Byczynie i było nas pięcioro dziatek, dwóch synów i trzy córki. Cudowna nagła choroba zabierała dzieci, jedno po drugiem, skoro 11 lat dożyły. Została nas dwoje najmłodszych, brat i ja, a rodzice strzegli nas, jak źrenicy w własnym oku, osobliwie, gdy brat przekroczył 80-ty rok życia swego. Pewnego dnia uskarżał się brat na ból głowy. Przelęknieni rodzice pędzili go do łóżka. Myślicie, żartował sobie chłopczyk, "że jest bardzo chory? Oto pokażę wam, że mi nie wiele brakuje. l z temi słowy rozebrawszy się, tańczył przed naszemi oczyma po izbie, a potem skoczył do łóźka. Ból głowy i gorączka powiększały się z każdą minutą, a wszystkie rady i środki trzech lekarzy, zwołanych ku łożu chorego, były bezskuteczne, bo o północy nastąpiła śmierć z temi samemi oznakami, jak przy pierwszych trojgu dziatek. Wszyscy trzej lekarze osądzili zgodnie że paraliż nerwowy nitkę życia chłopcu przeciął. Jakże wam opisać boleść rodziców, którzy już czwarte dziecię, a każde w najpiękniejszej porze życia utracili. Matka mdlała raz po razu, lekarze na pół żywą zanieśli do łóżka i trzeżwili róźnemi esencjami. Tymczasem radzili lekarze ojcu, aby pozwolił sekcję zmarłego, przedstawiając mu, że w wnętrznościach pewnie odkryją zagadkę nagłej śmierci, i przynajmniej będą mogli ocalić ostatnie dziecię jego, jeżeliby podobna nadeszła choroba. Nakłonili nareszcie rozpaczającego ojca, że na ich żądanie zezwolił. Umówiono się do zachowania tajemnicy przed matką, któraby żadnym sposobem nie była zezwoliła na rozbieranie kochanego ciała. Drugiego dnia wieczór zebrali się lekarze i wraz z ojcem zamknęli się w komórce i położyli umarłego na wielkim stole, i prawie chcieli pierś rozpłatać, gdy matka jakimś przeczuciem niepsokojna, chciała zmarłe dziecię odwiedzić, a nie znalazłszy go w sjypialni, przypadła do drzwi komórki i rozpaczliwie niemi kołatając, na rany Boskie prosiła, aby ją puścili do kochanego Józefka. Gdy się lekarze wahali, i nie widzieli co robić, porwała matka siekierę i z rozpaczą uderzała do drzwi, aż je otworzyli. Jak lwica, gdy jej kto chce zabrać młode lwiątko, skoczyła matka do stołu, porwała zmarłe ciało i przytulając je do siebie, uciekła z niem do swej izby, gdzie je na łóżku swojem położywszy, ciałem swem zasłaniała. Lekarze naradzili się, że o 1godzinie w nocy, jak matka zaśnie, powtórnie przyjdą do sekcyi, gdy w tem nagle dziki krzyk matki rozległ się po całym domie i wszystkich domowników zwołał do izby, w której matka z zmarłym się ukrywała. Tu widzą matkę klęczącą przed łózkiem i pieszczącą się z ręką syneczka, który z zadziwieniem ogląda się po izbie. Ożył - Ojcze twój syn żyje! były radośne okrzyki szczęśliwej matki. Nie o-pisuję radości naszej. Mój brat Józef żyje do dziś dnia i jest złotnikiem w Wrocławiu. Co go obudziło? Któż odgadnie? - Może, że, szybkie porwanie Jego ciała, które matka jak worek z zbożem przerzuciła przez ramię swoje. Za dwa lata i mnie napadła ta sama choroba, lecz pomocą belladony, a gdy kurcze nastąpiły, kamfory, które mi z homeopatycznej apteki podali, wybawiono mię z paszczeki śmierci. Rodzice żyją i cieszą się z naszego zdrowia, a tylko wtenczas smutnieją, gdy sobie przypominają troje dziatek, które może tylko przez potworną śmierć poszły do grobu. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 21:31 Prawdziwie okropna jest śmierć pozorna, lecz nic okropniejszego nie może sobie wymyślić wyobraźnia nasza, jak zdarzenie, które przedstawia olejny obraz w filijalnym kościele w Wielkiej Grudyni, wiosce pod Głupczycami. Nigdy nie zapomnę wrażenia, jakie mię wskróś przeszyło, gdy stałem przed obrazem, przedstawiającym matkę bladą, siedzącą w pustym sklepie na trumnie i piastującą na łonie pokąsane swe niemowlę. Staruszek dzwonnik tak mi ten obraz tłumaczył: "Już temu blisko 90 lat, jak tutejsza dziedziczka hrabina P.... w ciężkiem połogu umarła. Pochowano nierozwiązaną w grobowym sklepie pod kościołem, w którym tylko co dwa tygodnie raz odprawiało się, nabożeństwo. W sześciu tygodniach po śmierci matki umarła czteroletnia córeczka a gdy otworzono sklep pod kościołem, aby córkę pochować obok matki, oto znaleziono położnicę i na jej łonie nowonarodzone dziecię, jak to ten obraz przedstawia. Hrabina była tylko na pozór umarłą, w trumnie ocuciła się, odwaliła wieko trumny, powiła dziecię bez obcej pomocy, którego ciało, gdyż pewnie dziecię wprzód niż hrabina umarło, własna matka z głodu lub z rozpaczy ogryzała. Tak opowiadał statruszek, a mnie jeżyły się włosy na głowie, gdy sobie okropne zdarzenie w myśli przedstawiałem. Słabowita i delikatna hrabina - dziecię bez wszelkiej pomocy i sługi, w zimnym sklepie pod kościołem - rozpacz matki, gdy piersi zgłodniałej brakło mleka dla używienia nowo - narodzonego aniołka - również i boleść nad dziecięciem z głodu umierającem - potem głód tak okropnie dokuczający, że matka trupa własnego dziecka pożywała. Któż może sobie okropniejszy przedstawić obraz? Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 21:33 Grudynia Wielka (Magna Grudina, Grosz Grudny, od 1845 niem Gross Grauden) – wieś w Polsce położona w województwie opolskim, w powiecie kędzierzyńsko-kozielskim, w gminie Pawłowiczki. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 21:34 Grudynia Wielka istniała na początku XIII wieku. W dokumencie biskupa wrocławskiego Wawrzyńca znajduje się wzmianka, że 25 maja 1223 r. wioska Grudynia została przekazana w posiadanie sióstr norbertanek z Rybnika. Nazwa "Grudynia" (w języku niemieckim "Grauden", w łacińskim "Graudina" ) wywodzi się od słowa gruda – bryła ziemi. W 1416 roku występuje nazwa Magna Grudina, a w 1532 Grosz Grudny. W 1783 roku właścicielem majątku w Grudyni Wielkiej była rodzina von Görz. W 1802 r. majątek został nabyty przez hrabinę Knobelsdorff. W 1811 r. majątek sprzedano radcy Trusnowi, a w 1850 r. nabył go Józef Neumann z żoną Emilią. Potem został przekazany ich córce, która wyszła za mąż za barona von Reibnitz. W latach 1859–1870 został wybudowany pałac. Majątek pozostał w rękach rodziny von Reibnitz do roku 1939. W latach 90. XX w. mieściło się w nim przedszkole. Pałac został odrestaurowany i przerobiony na hotel z restauracją Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 21:35 Według rejestru Narodowego Instytutu Dziedzictwa na listę zabytków wpisany jest: park pałacowy, z drugiej poł. XIX w., lata 1905–1915, kościół parafialny pw. Nawiedzenia NMP, zespół dworski: pałac, spichlerz, wozownia oraz kuźnia. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 22:39 Człowieka, który z przyczyny pozornej śmierci trzy dni leżał na marach lecz znów ożył i jeszcze 9 lat potem żył na świecie. Mój znajomy był stolarzem, który w wolnych od rzemiosła chwilach nic tak nie lubił, jak czytanie różnych książek, jakie mu się pod rękę nawinęły. Lecz milej wam słuchać będzie jego własnego. opowiadania, które ile pamięć moja potrafi, chcę wam dosłownie podać. Tak mi opowiadał: "Było to w wiośnie r. 1846, gdy robiłem trumnę dla mego najlepszego przyjaciela, który nagłą umarł śmiercią. żyliśmy w ścisłej przyjaźni od lat młodości naszej i zgoła każdy wieczór przepędzaliśmy społem. Chociaż mało był uczonym" jednak od natury obdarzony był zdrowym rozumem, a dowcip jego zadziwiał nieraz i księdza proboszcza. Ponieważ lubił przysłuchiwać się mojemu czytaniu, więc co wieczór czytałem jemu różne książki i pisma." "Ostatniej zimy bardzo nas zajmowały pisma religijnej treści, bo jak światu wiadomo, właśnie wtedy powstał Johannes Ronge. Przez ekonoma poznałem pisma jego, a ks. proboszcz dostarczał nam różnych książek i broszurek, które błędne nauki Rongiego zbijały. Jednak przyznać się muszę, że nauki Rongiego nietylko mnie lecz także i mojemu przyjacielowi głowę zbałamuciły; oziębliśmy w wierze tak bardzo. -żeśmy nawet w czasie wielkanocnym opuścili komunię, którąśmy od młodości społem każdorocznie sumiennie odprawiali. Byłem z żoną zmarłego przyjaciela na plebanii dla zamówienia pogrzebu. Ksiądz proboszcz narzekał ze łzami nad niespodziewaną śmiercią parafianina, który już od roku nie był na komunii św., a teraz bez pojednania się z Panem Bogiem poszedł na sąd Boży. Nie złorzeczył zmarłemu, lecz uskarżał się na zwodzicieli jego, co mnie do żywego poruszyło, bo sumienie mi zarzucało, że i ja przez czytanie książek rongiańskich przyczyniłem się do wiecznego nieszczęścia zmarłego. Powróciwszy do domu, mimo wielkiego bólu głowy pracowałem z natężeniem, aby zagłuszyć wyrzuty sumienia i pozbyć się nadzwyczajnego drgania serca, które mi czasem i dech odbierało. Wieczorem dokończywszy trumnę, właśnie chciałem wyjść z domu, aby w karczmie w kompanii szukać rozerwania i pozbycia się przykrych myśli, gdy nadeszło dwóch sąsiadów, którzy wieczór u mnie przepędzić chcieli. Chcąc niechcąc musiałem zostać w domu i na proźbę sąsiadów czytać im co z książki. Właśnie otrzymałem książkę od nauczyciela, a wejrzawszy do niej, ujrzałem rozprawę: ,,O szalonych i na pomięszanie zmysłów cierpiących. et"- Treść była bardzo zajmująca, opowiadała o różnych chorych tego rodzaju ciekawe. Zapomniałem o wszystkiem, myśli moje były jedynie czytaniem zajęte, aż nagle mi tchu nie stało. "Wody" zawołałem na żonę lecz gdy podniosłem oczy od książki, oto któż opisze moje przerażenie, gdy około siebie ujrzałem szereg tych szalonyoh, w różnych postaciach, jakie książka opisywała. Jakieś żółte światło zajęło całą moją izbę, napełnioną różnemi ludźmi, którzy z szyderczym śmiechem języki mi pokazywali. Zdało mi się, że się dom mój przewraca i że upadam z ławy na ziemię. "Nie wiem, jak długo leżałem bez przytomności, tylko tyle pamiętam, że gdym się ocucił, jakiś biały ciężar przygniatał mnie, a zima nieznośnie ziębiła moje członki. Chciałem przejrzeć, lecz nie mogłem powieki otworzyć; chciałem biały ciężar odsunąć z siebie, lecz ręce moje były jakby przykute do piersi, na której na krzyż złożone spoczywały; chciałem się przynajmniej ruszyć, aby jednostajność położenia swego odmienić, lecz daremne były usiłowania i cóż to za ciężar mnie przygniata i ziębi? Powieki ócz nie były zupełnie zawarte, a więc jak przez szparę poznałem, że coś białego na mnie leży. Zapomniałem, że na dworze wiosna panuje, i rozumiałem, że gdzieś leżę pod śniegiem, który przymarzł do ciała mojego i członki moje umroził. Ale jakóż się to stało? Jakim sposobem dostałem się do zaspy śniega '? Daremnie natężałem pamięć, aby sobię przypomnieć ostitnie przypadki życia mojego. W tern usłyszałem głos mojej żony i płacz działek moich jakieś światło przebijało się przez śnieg mnie otacząjący. "Dzięka Bogu"- pomyślałem sBobie, szukają i wybawią mnie z zamętu i ocalą od zmarznięcia! I dlaczego nie odsuwają śniega? - Czy mnie nie widzą." lub nie wiedzą, o mnie? - Więc zawołam, aby dać znak o sobie." "Natężyłem wszystkie siły, aby choć jeden okrzyk wydać, lecz bez skutku. Czułem, że od gwałcenia się pot wystapił mi na czoło, lecz pierś zmarzła, gardło ostygnione, usta zacięte, nie były posłuszne rozkazowi duszy mojej. Zawitała nowa nadzieja, gdy żona odsunęła biały ciężar z twarzy mojej. "Mój drogi mężu" narzekała z rozpłaczliwem płaczem, "więc tak rychło opuściłeś mnie i dziateczki twoje. Pójdźcie sieroty, oto wasz tatuś, który was nade wszystko kochał. Nastąpił znowu płacz, przeplatany narzekaniami i najczulszemi wyrazami miłości. Ja nie rozumiałem jednak, co to ma znaczyć. W tem zbliżył się lekarz, którego poznałem przez szpary mych powiek. Macał moją pierś, ruszał rękami mojemi, co mi nieznośny ból sprawiało j zdawało mi się, że się ręce moje jak szkło połamią. Schylił się do twarzy mojej, poczułem ciepły oddech jego, który najprzyjemniej mnie ogrzewał. Przypatrując się ciekawie oczom moim, rzekł do ony; "Przynieś mi pani lekkie piórko, najlepiej puch i zwierciadło; oko jeszcze nie zapadło. Chociaż ciało ostygło, jak zwykle po śmierci, jednak dla zupełnego doświadczenia położymy piórko na usta jego otwarte. I jakże śmierć nastąpiła. Dopiero z opowiadania żony dowiedziałem się, że umarłem nagle, a lekarz dodał: "Jest paraliżem tknięty, albo jak to mówią szlag go uderzył. To drugie w tym tygodniu zdarzenie, bo cieśla Patroń na tę samę umarł chorobę. Nie mogę panu opowiedzieć, jak mnie uderzyła wiadomość, że jestem umarły. Nie wierzyłem temu z początku, i aby lekarza i żonę przekonać, że jeszcze żyje, chciałem piórko na moich ustach położone oddechem przynajmniej poruszyć. Lecz bezskutecznie były moje usiłowania. Zęby były zaciśnięte, skamieniałe usta, gardło i pierś. Daremnie obserwował lekarz piórko, i bezskutecznie trzymał także dłuższy czas nad ustami mojemi, bo nie zdobyłem się na oddech. Odchodząc obiecał lekarz, że mnie jeszcze jutro nawiedzi i - opuścili mnie wszyscy. Nieopowiedziany żal ścisnął serce moje słabość zaćmiła mi oczy, zdawało mi się że się potok spuszcza do uszu i zalewa mi pustą głowę. - Opuściła mnie przytomność. Nie wiem jak długo leżałem bez wszelkiej wiadomości o sobie. Obudziły mnie znowu głosy ludzkie. Choć zaćmione oko nie widziało nikogo, ucho jeszcze było, bo poznałem po głosie sąsiadów, i nauczyciela. Żałowali mnie, póki żona obecna była, lecz gdy odeszła, nastąpiły surowe sądy. Szkoda go, bo miał dobrą głowę i zabawnie umiał opowiadać - Lecz talentu swego źle używał na dobre, bo w swej przemądrzałości szydził z wiary św. i Kościoła Bożego. I cóż mu teraz pomoże Ronge, którego tak uwielbiał?" - "Oj nie da Pan Bóg z siebie szydzić bo wątpił Pana Boga, i gardził sakramentami świętemi, bo nawet nie odprawił wielkanocnej spowiedzi, więc go Pan Bóg opuścił, zawołał go nagle z tego świata bez spowiedzi, bez pojednania. się z Sędzią sprawiedliwym. I na cóż się przydała przemądrzałość jego? Oby to człowiek zawsze pamiętał Póki żyje na świecie, mądruje nie jeden o wierze, lecz gdy śmierć nadchodzi, to śmiertelny najlepiej poznaje, że sam rozum nie zbawi człowieka i nie da żadnej pewności, co się z nim stanie po śmierci" - "Niech mu Pan Bóg- będzie miłościw i nie karze go za zgorszenia, które rozszerzał między parafianami, boć niejeden go słuchał i oziąbł w pobożności!" - Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 22:40 O umarłych odezwał się nauczyciel, nie wolno nic złego mówić. Nie sądźmy abyśmy nie byli sądzeni! Byłem u księdza proboszcza, który nad niczem nie narzeka, jak tylko nad tem nieszczęściem, ze w dwóch dni dwie owieczki poszły z tego świata bez zaopatrzenia świętemi Sakramentami. Chcę na, pogrzebie przemówić do ludu zgromadzonego aby Pan Bóg raczył błogosławić słowom moim. Naszą zaś powinnością jest, modlić się za zmarłych, aby im Pan Bóg był miłościw'" - "Więc pomódlmy się za zmarłego! Opuścili mnie sąsiedzi, Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 14.03.15, 22:41 Opuścili mnie sąsiedzi, lecz znów przyszedł ktoś. Poznałem po głosie kolegę L., którego uważałem za największego nieprzyjaciela mego na świecie. "Mój Janie'" - odezwał się L. przyszedłem się z tobą pogodzić i odpuścić ci wszystko złe, coś mi w życiu wyrządził, chciałeś mnie zniszczyć, rzucając na mnie różne potwarze, obmawiałeś moją robotę, aby mi odebrać chleb i zarobek. Bóg inaczej zrządził ciebie zabrał a mnie nie od-jął chleba codziennego. Lecz odpuszczam ci wszystko i życzę z całego serca, aby ci Sędzia był miłościw" - Odszedł. "Nikt nie może pojąć moich cierpień. Okropna zima dokuczała ciału; lecz za nic były cierpienia cielesne w porównaniu z mękami, która dusza ponosiła. Jeżeli narzekanie zony i dziatek krajały serce, więcej raniły mnie surowe sądy sąsiadów; lecz ostatnie zarzuty mego kolegi przenikły mnie wskroś, koląc boleśniej jak miecz zabójczy. Przypomniało mi się, jak zuchwale nieraz szydziłem z nieśmiertelności i piekła. Oto teraz poznałem tego robaka, który według pisma św. gryzie nieustannie grzesznika. A co naj gorsza, myśl o Bogu nie przyniosła mi ulgi, owszem powiększała moje cierpienia. Nigdy mi się nie przypominało, ze Pan Bóg jest Ojcem miłosiernym, lecz nieustannie męczyła mnie myśl, ze wpadłem w ręce Sędziego sprawiedliwego, przed którym miałem tak wielki strach, że ani się poważyłem, modlić do niego o zmiłowanie. Teraz poznałem naukę kościoła, że umarli sami sobie pomódz nie mogą, a ze tylko modły żyjących mogą przebłagać sprawiedliwość Bozą i przynieść ulg dla dusz cierpiących. Sumienie robiło mi surowe wyrzuty, że tak lekkomyślnie żyłem na świecie, a nieopowiedziany żal napawał serce goryczą najprzykrzejszą. Przyszedł znów lekarz, oglądał ciało moje, wydał wyrok, ze jestem zupełnie umarły, i ze mnie mogą pochować. Okropny wyrok, który mnie mocniej uderzył, niż wyrok śmierci, który sędzia wydaje na zbrodniarza - Nowa męka nastąpiła podczas umywania i przystrajania ciała mojego w śmiertelnicę. Nielitościwe niewiasty, przyzwyczajone do rzemiosła, przewracały mną, jak bryłą, nie wiedząc o tem, że każde poruszenie ciała sprawiło mi niezmierny ból, który się jeszcze powiększył, gdy mnie do trumny wleczono. - I kiedyż się skończą moje boleści'? - Czyliż to wiecznie cierpieć będę? - O dopiero teraz poznałem okropność wieczności bo ostatnie dwa dni które przeleżałem na pościeli śmiertelnej, wydawały mi się być przynajmniej dziesięcioma latami. Gdybym chciał wszystkie myśli, które mnie nawiedzały, opowiadać, potrzeba na to parę dni czasu. Opuszczam żal, boleść i męki" które mi narzekanie żony i płacz dziatek sprawował, tylko ostatni dzień, dzień pogrzebowy chcę opowiedzieć. Przeniesiono mnie do wielkiej izby gdzieśmy zwykle mieszkał'. Ciepło od pieca i oddech licznie zgromadzonych sprawił mi przyjemne uczucie. W krótkim czasie zdało mi się, ze ciemna zasłona spadła z oka mojego; chociaż nie mogłem podnieść ciężkich jak ołów powiek, przecię jak przez szparę poznałem ludzi mnie otaczających, ustał szum w uszach, i słyszałem dobrze każde słowo rozmawiających. Nagle napadła mnie chęć do życia, serce moje przenikło przekonanie, że nie umarłem, tylko, ze śmierć pozorna mnie skrępowała i członki moje. Lecz jakże się wybawić, jakże przytomnym dać znać od siebie, że jeszcze żyję? Wiedząc, że człowiek przez natężenie wszystkich sil i przez skupienie woli swej cudów dokazać może, - przypominał mi się lekarz, który uzdrowił skurczoną od wielu lat rękę człowieka, a to bez lekarstw jedynie przez ożywienie woli chorego. Dawał mu przez 8 dni zamiast lekarstwa ruigdałową wodę, a przytem zapewniał go uroczyście, że na dziewiąty dzień rękę wyprości. Dziewiątego dnia rozkazał mu; Człowiecze, użyj wszystkich sił i rzuć ręką najprzód aż się wyprości. Zapewniam cię i odtąd ręka twoja zdrowa! - Człowiek nałężył wolę swoją i wyprościł ręke. - Wspomniał mi się też nieszczęśliwy majtek, któremu na morzu żona umarła, zostawiwszy małe dziecię. Gdy ojciec nie miał żadnej żywności, przysadził niemowlątko do swej piersi, a skutkiem natężenia mocnej woli było, że pierś majtka wydawała mleko i żywił dziecię przez 10 dni, aż do portu przybył. Miałem także doświadczenie z własnego życia. Gdy przed parą laty cierpiałem na febrę, a przypadało mi koniecznie dokończyć trumnę dla zmarłego pana, ja jedynie mocną wolą moją odpędziłem febrę i nie przyszła więcej. Nie myślcie, że tak długo rozmyślałem nad potęgą woli, jak to opowiadam, cała ta myśl w okamgnieniu przenikła moją duszę. Zbierałem się teraz na skupienie całej woli i siły mojej, aby oko otworzyć, aby ręką, albo przynajmniej palcem ruszyć lecz nadaremnie. Po ostatnim siły natężeniu, zesłabłem tak bardzo, że ani nie wiem, kiedy mnie ,wiekiem trumny zamknięto. Ocuciłem się dopiero kiedy kapłan zanucił psalm pogrzebowy. Jeszcze nigdy nie słyszałem tak rzewliwego i smutnego śpiewu, mimowolnie wtórowałem za kapłanem: Z głębokości wołałem ku tobie Panie, Panie wysłuchaj głos mój. Słyszałem płacz żony, lecz i moja dusza płakała rzewniej chociaż moje oko cielesne suche zostało. Nieogarniony strach, że mnie żywego pochowają, powiększał się z każdą minutą. Któż pojmie moje położenie, gdy czułem, jak mary postawili nad grobem otwartym. Zaczął kapłan kazanie, drżącym głosem narzekał na zaślepienie człowieka, który porzuciwszy wiarę Bożą, słucha zwodzicieli. Nie chcę powtarzać całego kazania, bo jeszcze dziś przechodzi mnie dreszcz, gdy przypominam sobie kaznodziei słowa, które jak ostre noże krajały wnętrzności moje. Gdy kapłan wyrzekł: "Amen",- oto nastąpiło rozpaczliwe narzekanie ukochanej żony i drogich dziatek. Czułem, jak się rzuciła na trumnę jak gwałtem palcami odrywała wieko. Ujrzałem jeszcze raz światło słońca, uczułem ciepły oddech płaczącej nade mną żony i jeszcze raz natężyłem wszystkie nerwy moje. Gdy żona przycisła usta swoje do ust moich na pożegnanie, przenikł mnie dziwny ogień niby promień elektryczny, i zadrżało ciało moje. Tylko tyle usłyszałem, że zona wydała radosny okrzyk: "Żyje" nastąpiła mdłość i osłabienie. Gdy się ocuciłem leżałem w ciepłem łożu, a około mnie krzątali się troskliwie żona, lekarz i dziatki moje. Ozdrowiałem znowu zupełnie, tylko włosy moje osiwiały, niby na pamiątkę 3 dni, które w pozornej śmierci przepędziłem. Jednak dziękuję P. Bogu za to, choć okropne nawiedzenie, bo przez to przyszedłem do przekonania, ze jedynie wiara św. człowieka zbawi, a ze wszelkie rozumowanie na nic się nie przyda w godzinie śmierci. Odpowiedz Link
madohora Re:Opis domostwa na Śląsku 28.03.15, 10:30 Chłopi okoliczni żyją głównie z uprawy roli i hodowli bydła. Poza tym w ogóle panuje wśród nich wielka bieda - nędzę i ubóstwo wieśniaków widać na pierwszy rzut oka po ich gospodarstwach, ogrodach, poznać ją po ubiorach, po chłopskich furmankach. Obejścia składają się częściowo z murowanych, częściowo z drewnianych chałup. Budynki mieszkalne, jeśli murowane, to budowane są zwykle z łupanego kamienia i cegieł jedno pod drugim - albo, jeśli drewniane, to są to chaty własnoręcznie przez chłopów wzniesione z drzewa i gliny. Tu i ówdzie można jeszcze spotkać słomiane strzechy, jako że w ogóle dawniej nędza panowała tu większa niż współcześnie. Ubogie, niskie chatynki pozbawione są piętra, czasem mają tylko jedną - dwie izdebki na poddaszu, a składają się z niebrukowanej sieni i jednej izby poczerniałej od dymu, do której często przylega nieogrzewana kumora. Pozostałą część domu zajmuje obora i stodoła. Zarówno mieszkania jak i stajnie nie odznaczają się przesadną czystością - co się tyczy owych chatynek, to cecha ta należy do rzadkości. Wejścia do pomieszczeń nierzadko są tak niskie, że nawet mężczyzna średniego wzrostu nie zdoła wejść do środka bez schylania; okna też są odpowiednio małe i ledwie wystarczają, by wpuście do izby światło dzienne. Z nadejściem zimy ściany chałup są z zewnątrz obkładane suchymi liśćmi, słomą i mchem, a wszystko to przytrzymywane deskami, aby w miarę możliwości uchronić mieszkańców przed wdzierającym się do środka zimnem. Odpowiedz Link
madohora Re:Opis domostwa na Śląsku 28.03.15, 10:31 Wspólna izba jest jednocześnie kuchnią - wówczas powietrze w niej jest ciągle pełne pary - albo te posiłki gotuje się w sieni pod kominem. Wyposażenie izby stanowią najprostsze sprzęty niezbędne w gospodarstwie domowym, wiele izb jest jednak urządzonych nadzwyczaj biednie. Ściany zdobią większe i mniejsze Święte obrazy oraz -w kącie pokoju ponad nimi - rzeźbiony w drzewie Chrystus, otoczony poświęconymi gałązkami palmowymi; równie kolorowo malowanej skrzyni, mieszczącej zwykle najcenniejszą część ziemskiego dobytku mieszkańców, nie może zabraknąć w przyzwoitej w miarę izbie. U biedniejszych wieśniaków miejsce do spania składa się częściowo z legowiska wymoszczonego słomą, a częściowo z pierzyn, które osiągają niekiedy olbrzymią wagę i wielkość. Odpowiedz Link
madohora Re:Opis domostwa na Śląsku 28.03.15, 10:35 Jako siedzisko służy drewniana ława pod ścianą koło okna; przy niej stoi zwykle stół oraz druga ława pod piecem, z tyłu na ogół zaopatrzona w drewniane pręty i pomyślana jednocześnie jako kojec dla kur czy innego ptactwa. Ponieważ izba mieszkalna służy tu wszędzie jako pomieszczenie dla zwierząt domowych, szczególnie dla drobiu, więc w lecie za dnia jeśli nie stoją otworem drzwi, to otwarte jest okno, aby ptactwo mogło swobodnie wyfruwać na pole. Obok wymienionych już mebli należy tu jeszcze wspomnieć zegar szwarcwaldzki, często odziedziczony już przez czwarte i piąte pokolenie, co najlepiej można poznać po wyglądzie i ilości zawieszonych nań ciężarków, składających się z kamieni, podków i starych kluczy. Nawet jeśli się przy panującej ciemności od razu tego zegara nie zauważy, to przy wybijaniu godziny zwraca on natychmiast uwagę - początkowo przez trwający minutę odgłos jakby szelestu liści przed nadchodzącą burzą. Odpowiedz Link
madohora Re:Opis domostwa na Śląsku 28.03.15, 10:45 Przy wejściu do izby czy też przy spotkaniu w jakimkolwiek innym miejscu za pozdrowienie służy "pochwalony bądź Jezus Chrystus", na co odpowiedź brzmi "na wieki amen". W wielu sytuacjach chłopi bardzo ulegają zabobonom, szczególnie w odniesieniu do zjawisk przyrody, jak komety, zaćmienia słońca i księżyca, trzęsienie ziemi, które niechybnie zapowiadają rychły ruch wojny albo pożogi czy też nieurodzaj ziemniaków, kapusty, zboża itd. Odpowiedz Link
madohora Re:Opis domostwa na Śląsku 22.02.18, 22:51 Myślę, że tak patrząc obiektywnie to w tradycyjnych rodzinach nie wiele się zmieniło. Oczywiście jak wszędzie wszystko poszło z postępem i duchem czasu ale to co nam w duszy gra gra w dalszym ciągu Odpowiedz Link
madohora Re:Opis domostwa na Śląsku 10.01.20, 20:32 Tak mi się zdaje Że ciągle mamy te same zwyczaje Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 10:40 Podczas długich zimowych wieczorów, bądź to przy kądzieli, bądź to przy naprawianiu zniszczonej odzieży przy słabym migoczącym świetle łuczywa rozbrzmiewa niejedno piękne, mądre podanie ludowe, które słuchacze siedzą z napięciem, wydając niekiedy okrzyki zdumienia. Jeśli bajkę opowiada ojciec rodziny, to trzyma on z reguły w ustach małą fajeczkę. Od czasu do czasu następuje pauza, opowiadający spokojnie wytrząsa popiół z fajki, aby ją znów nabić, i w tym czasie wyjaśnia miejsca, w których bajka jest niezrozumiała. Wreszcie ponownie zapada uroczysta cisza i następuje dalszy ciąg opowieści, na ogół niezmiernie ciekawej Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 10:40 Wieczerza składa się z misy parujących kartofli z masłem i mlekiem - podczas której rodzina siedzi wokół wspólnego stołu, toczy się rozmowa o wydarzeniach mijającego dnia, a ojciec - gazda albo matka - gaździno omawia, co trzeba zrobić nazajutrz Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 10:41 Jeśli chodzi o resztę pożywienia co biedniejszych chłopów, to składa się ono z czarnego chleba (do którego w dobrych czasach dodaje się mąkę z fasoli i grochu albo też utarte kartofle). Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 10:42 Codzienną potrawą na śniadanie jest polewka chlebowa, na obiad kluski (gałuszki) z czarnej mąki żytniej, kiszona kapusta, rzepa, warzywa strączkowe i kartofle. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 10:43 Latem żywi się kwaśnym mlekiem z kartoflami albo twarogiem i chlebem. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje-stroje chłopskie 28.03.15, 10:47 Podczas gdy mieszczanie hołdują modzie, wieśniak ubiera się rok w rok według dawnych zwyczajów, jakby z takim obowiązkiem już przyszedł na świat. Co się tyczy ubioru i jego barw, to miejscowi chłopi nie lubią jaskrawych kolorów jak wieśniacy spod Cieszyna. Chłop z okolic Frysztatu nosi na głowie czarny filcowy kapelusz znacznej wysokości o odpowiednio szerokim rondzie. Resztę ubrania stanowi rodzaj szpencera z brązowego lub granatowego sukna oraz spodnie z tego samego materiału bądź też z lnu i bawełny. Krótki szpencerek ledwie sięgający bioder zapinany jest na małe mosiężne lub posrebrzane guziki. Po obu stronach ma duże kieszonki, zewnętrzne i wewnętrzne; jest też swego rodzaju normą, że z jednej z owych kieszonek wystaje woreczek na tabakę. Dla zadania szyku nawet w pełni lata przy choć trochę chłodniejszej pogodzie nie może zabraknąć szerokiej peleryny z długim kołnierzem, z tego samego materiału co surdut i spodnie. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje-stroje chłopski 28.03.15, 10:53 Strój dziewcząt i kobiet jest równie prosty. Oblicze wieśniaczki, zazwyczaj nieco zasępione, lecz zdrowe i o naturalnym kolorycie, otacza biała lub jasno farbowana chustka, ułożona w fałdy podobnie jak mniszy welon. Pod chustą znajduje się biały czepiec z naszytymi koronkami, którego rogi, nastroszone i ułożone niezwykle starannie, obramiają twarz. Surdut kobiecy jest uszyty również z granatowego materiału, bardzo krótki, lecz za to mocno fałdzisty. Rękawy na ramionach są bufiaste, na przedramieniu wąskie i ciasno przylegając do nadgarstka. Na nogach noszą wieśniaczki czarne buty i zwykłe białe pończochy - nie czerwone jak w Cieszynie. W pasie kobiety obwiązują się fartuchem, farbowanym na niebiesko lub czerwono. Tylko w Wielkich Kończycach i Rudniku chłopi noszą strój cieszyński. Dziewczęta wiejskie zasadniczo nie różnią się w ubiorze od dorosłych kobiet. Chodzą jedynie bez nakrycia głowy, a od święta przeplatają spadający na plecy warkocz kolorowymi wstążkami. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 10:53 Pan młody, przystrojony barwnymi wstążkami i bukiecikami sztucznych kwiatów przypiętymi do kapelusza i na piersi, nosi z okazji wesela szeroki płaszcz z kołnierzem, dumnie spływający z ramion. Państwo młodzi niosą w rękach zielone bukiety z białymi lub zielonymi wstążkami, podczas gdy drużbowie i dziewczynki towarzyszące pannie młodej noszą na głowach czerwone bukieciki ze wstążkami tegoż koloru. Przy tej okazji pan młody ma przy sobie w słomianej plecionce butelkę likieru Rosoglio, która kusząco wygląda z kieszeni płaszcza i z której od czasu do czasu oferuje on swojej kompanii łyk orzeźwiającego napoju, czemu towarzyszy toast na zdrowie nowożeńców oraz przeszywająca uszy radosna wrzawa. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 10:55 Uczta weselna z obowiązkowymi flakami obok pęczaku, kaszy manny lub ryżu, podczas której goście oddają się z zamiłowaniem tańcom, muzyce i nieskoordynowanym śpiewom, powtarza się na drugi, nieraz i na trzeci dzień, a czasem zabawa przeciąga się na cały tydzień. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 11:08 Ubiór kobiet dziwne po raz pierwszy robi wrażenie. Wystrojona odświętnie dziewczyna wygląda, jak kula na cieńkich nogach. Części składowe ubrania kobiecego mają odrębne miejscowe swe nazwy; dziewczęta chętnie pokrywają głowę lekką: szatką (chustką), związaną: pod brodą; włosy często przycinają lub splatają w jeden warkocz, zwieszony swobodnie na plecach, ozdobiony wstążeczkami i sznurkami kolorowymi. Wstążka czerwona we włosach u młoduchy (panny młodej) ma znaczenie dziewiczego wianuszka. Zawitka tj. dziewka, której grzechy przeszłości nie dają prawa noszenia czerwonych wstążek we włosach, gdyby się ubrała w nie do kościoła, podlega doraźnej egzekucji; każdy ma prawo gwałtem pozbawić ją nie tylko uzurpowanej ozdoby, ale i samego warkocza. - Pierś pokrywa biały kabotek (kaftanik) z cienkiego płótna, fałdzisty, pod samą szyją zapięty, z krótkimi, do połowy ramion zaledwie sięgającymi a bardzo szerokimi bufiastymi rękawami; ręce aż powyżej łokcia są obnażone. Krótka, zaledwie poniżej kolana, wełnianka lub letnik, bogato fałdowana, ozdobiona na dole kolorowym lampasem, przechodzi ku górze w tak zwany żywotek (stanik), zwykle jaskrawo, niekiedy nawet złotem w różne esyfloresy haftowany, podtrzymywany dwoma ramiączkami (rodzaj szelek), przechodzącymi przez ramiona ku plecom. szeroki fortuch czyli zapośnica, długie, zazwyczaj ciemnoczerwone pończochy i półbutki, sztyblety lub strzewiki dopełniają reszty. Mężatki i wdowy różnią się ubraniem głowy, składającym się z czepka, obszytego z przodu koronką zachodzącą gładko aż na czoło; na wierzch kładą szatkę. W porze zimowej płeć żeńska nosi kocabajki (zwane także z niemiecka jaklami) tj. kaftany wełniane lub sukienne z długimi rękawami, a resztę nakrywa się ciepłą hacką (chustką), najczęściej zieloną. Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 11:12 Ubiór mężczyzn dość obcisły, porządny, kroju u wszystkich jednakiego, różni się tylko materiałem według zamożności. Zamożny gazda nie żałuje grosza na kabot z cieńkiego sukna lub obszerny płaszcz z długą peleryną na zimę. Krótkie kożuszki baranie, niepokryte zwykle z wierzchu, są również, choć rzadziej, w użyciu. Na lato czarny niski kapelusz pilsniowy, na zimę czapki baranie służą do nakrycia głowy. Odpowiedz Link
madohora Jak uchronić się od czarów 28.03.15, 12:01 Zawsze wierzył człowiek stary Że ktoś w otoczeniu uprawia czary Odpowiedz Link
madohora Re: Stosunki, zwyczaje i obyczaje na Śląsku w daw 28.03.15, 12:03 Dawniej ludzie pamiętali, czy księżyca ubywa czy przybywa, bo od tego zależało wiele czynności w gospodarstwie a nawet podejmowanie ważnych decyzji życiowych. Wielką wagę przypisywano do snów oraz dni szczęśliwych i feralnych, które były wyszczególnione w niejednym kalendarzu. Odpowiedz Link