maurycy
05.08.04, 00:01
Nigdy nie zapomnę dziewięćdziesięcioparoletniej staruszki przychodzącej
codziennie na swoje pół pinty brown ale do pubu w Sonning Common, gdzie
niegdyś mieszkałem. W jednej ze swoich opowieści, jak to było na przełomie XIX
i XX wieku, kiedy Sonning Common była zabitą wioską, z woziwodą dowożącym
codziennie wodę do domostw, na południowej granicy hrabstwa oksfordzkiego.
Wioska jest oddalona od Reading w hrabstwie Berkshire o 5 mil i od Oksfordu o
dobre 35 mil. Kobieta opowiedziała mi, że jakbym był się zjawił we wsi w jej
dziecinnych czasach to bym był został obrzucony przez dzieciaki kamieniami.
Nie dlatego, że jestem cudzoziemcem, ale dlatego, że byłbym obcym, a nie
mieszkańcem wsi. Na moje pytanie, czy kiedykolwiek wyjeżdżała z Sonning
Common, odpowiedziała, że była kilka razy w Henley-on-Thames (12 mil) i raz w
Oksford. W Reading nigdy nie była, choć to bliżej, bo to inne hrabstwo,
zamieszkałe przez ludzi, którzy mówią inaczej – słowem zagranica.
Jak się to ma do naszej ksenofobii. Ilu ludzi niegdyś rodziło się, żyło i
umierało w tej samej wsi, nigdy nie wyścibiając nosa poza opłotki. Kto był tym
obcym, wyróżniającym się od reszty społeczności? Ano żydowski pachciarz
odbierający mleko lub sąsiad Ukrainiec, który zamiast do kościoła chodził do
cerkwi. To byli ci obcy, bo nikt więcej nie przyjeżdżał do zapyziałych wiosek,
gdzieś na kresach, nie tylko wschodnich, tego co niegdyś było Polską i co
Polską miało się stać po wojnie.
Cenię kulturę ludową i tradycje, lecz kto kształtował światopogląd tych ludzi?
Szkoła – bo nie było szkół. Jedynym autorytetem był pleban, sam często
pochodzący z tak samo zacofanej wsi. Co mógł on opowiedzieć tym ludziom o
wielkim świecie, kiedy dla niego wielkim światem było powiatowe miasteczko i
prowincjonalne seminarium duchowne.
Zbudowali koleje i ludzie zaczęli przyjeżdżać na letniska z miasta na wieś, a
wieś, zauroczona bogactwem letników, zaczęła wędrować do miasta za chlebem.
Zatrudniali się w fabrykach, na służbie u bogatszych i biedniejszych
mieszczuchów, stworzyli lumpen-proletariat, który światopoglądowo był
umocowany w rodzinnej wsi, czyli nigdzie. Wędrując do miast, przywieźli z sobą
niechęć, często nienawiść do obcych. Kim byli obcy w miastach? Ci sami Żydzi,
choć nie pachciarze, lecz kupcy i finansiści, Ukraińcy, Niemcy, a także
znienawidzona szlachta i ziemiaństwo, która gardziła chamstwem i pospólstwem,
zarówno polskim jak i ukraińskim czy też żydowskim.
Nasz sarmatyzm też nie przyczynił się zbytnio do szerzenia tolerancji w
Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Mityczne pochodzenie polskiej szlachty od
plemienia Sarmatów, które niegdyś żyło na morzem Kaspijskim spowodowało, że
szlachta nie utożsamiała się z pozostałymi mieszkańcami, ba nagminnie
manifestowała swoją odrębność, a to poprzez makaronizmy łacińskie w XVII i
XVIII w., czy też nagminne papuzienie po francusku w wieku XIX – scheda po
wojnach napoleońskich i frankofilia szlachty, niedoceniającej czegokolwiek co
rodzime.
Istnieje jeszcze jedna, często pomijana przyczyna antysemityzmu wśród
szlachty. Wielu ziemianom carat skonfiskował majątki po upadku Powstania
Styczniowego, za udział w powstaniu. Obrazą boską było to, że wiele z tych
majątków sprzedano bogatym Żydom, którzy dzięki temu stali się ziemianami, a
jako tacy mieli prawo do kupna szlachectwa z rąk cara, co zrobili, często
przyjmując nazwiska swoich poprzedników.
Nasi zaborcy nie wspierali oświaty wśród ludności chłopskiej i
lumpen-proletariatu. Jedyny poklask budziły wszelkie ruchy wiodące do
rusyfikacji czy też germanizacji społeczeństwa, co wzbudzało oczywisty opór
nie tylko wiejskiej ludności. Doszły więc dalsze podmioty nienawiści, zaborcy
– Ruscy i Szkopy.
Bieda na wsi i w miastach spowodowała, że wielu wyjechało za ocean za chlebem.
Co ze sobą zabrali? Pierzyny i piernaty, ludowe stroje, garść ziemi ojczystej
(ojczyzną była wieś nie państwo w dzisiejszym zrozumieniu), trochę pieniędzy i
olbrzymi bagaż niechęci, ba nawet nienawiści do wszystkiego co obce. Lądując
po drugiej stronie oceanu udali się na Green Point lub do Jackowa, bo tam
mówiło się po polsku, myślało w taki sam sposób i miło się tych samych wrogów.
Posiadanie wroga jest bardzo ważnym elementem psychiki ludzkiej, bo zawsze
można na niego zrzucić wszelkie własne niepowodzenia.
Pierwsze pokolenie emigrantów, zazwyczaj pozostawało w polskim getcie, chociaż
wielu odważyło się ruszyć dalej, za upragnioną własną ziemią. Patrz „Tworzywo”
Melchiora Wańkowicza. Po pewnym czasie, osiedleńcy zauważyli, że odwieczni
wrogowie, tj. Żydzi czy też Niemcy, stoją wyżej w hierarchii imigrantów, są
zamożniejsi, lepiej wykształceni i nie muszą tak ciężko pracować. Olbrzymia
większość imigrantów zasymilowała się w drugim lub trzecim pokoleniu, stali
się Amerykanami czy też Kanadyjczykami. Część z nich jednak, do dziś
pielęgnuje zarówno chwalebne jak i w dzisiejszych czasach wstydliwe tradycje,
niegdyś przywiezione z kraju.
A co z tymi, którzy nie wyjechali za ocean? Przyszła pierwsza wojna, w której
Polacy z zaborów pruskiego i austriackiego wybijali się nawzajem z rodakami w
ruskich szynelach. Na gruzach Rosji, Prus i Monarchii Habsburskiej powstała
Polska. Polska nowa, lecz z tymi samymi znajomymi wrogami. Duże mniejszości
żydowska, ukraińska i niemiecka powoli się polonizowały – wykształcone
jednostki – choć w swojej masie w dalszym ciągu pozostawały poza polską
społecznością, nie utożsamiając się z nią, żyjąc obok – zwłaszcza Żydzi – w
diasporze.