torquemada
03.01.02, 03:54
Salomon Morel.
Po obozie śmierci w Świętochłowicach pozostały już tylko słupy z czerwonej
cegły. Reszta porosła chwastami zapomnienia. Ale to właśnie tu, zaledwie w
ciągu 7 miesięcy 1945 roku zamordowano około 2500 dzieci, kobiet i mężczyzn.
Większość ofiar pochodziła ze Śląska i została oskarżona o "narodowość
niemiecką" lub o "niechęć do nowej władzy". Dziś też wiadomo, że z nieznanych
przyczyn za drutami obozu znaleźli się także Holendrzy i Szwajcarzy. Do tej
pory prokuratura w Katowicach udokumentowała śmierć 1538 więźniów. Za każdą z
tych ofiar odpowiedzialny jest Salomon Morel - komendant obozu koncentracyjnego.
Salomon Morel, polski Żyd, urodził się w 1919 roku w miasteczku Grabowo. Tak
więc w czasie wybuchu wojny miał 20 lat. Przez długi czas nie bardzo było
wiadomo, jak przetrwał piekło Holokaustu choć sam zainteresowany zawsze
utrzymywał, że był więźniem Oświęcimia i tylko "cudem" przeżył. Dziś wiadomo,
że Salomon Morel kłamał bowiem nigdy nie znajdował się w czasie wojny w żadnym
z niemieckich obozów koncentracyjnych.
Kiedy Niemcy rozkazali Żydom przenieść się do getta, rodzina Morelów zaczęła
się ukrywać. Pierwsze lata przetrwania zawdzięczali polskiej rodzinie
Tkaczyków, na jednej z lubelskich wsi. Zresztą w 1983 roku Józef Tkaczyk, za
uratowanie Morelów został odznaczony medalem "Sprawiedliwy wśród narodów
świata". Ukrywanie się w podziemnym bunkrze nie odpowiadało jednak Salomonowi i
jego bratu. Ponieważ czasy były burzliwe a i o broń stosunkowo łatwo, wkrótce
zorganizowali bandę przestępczą, rabującą już nie tylko żywność ale także
kosztowności przy okazji gwałcąc kobiety. Banda była na tyle brutalna i
aktywna, że zwróciła na siebie uwagę polskiego podziemia. Skończyło się to
rozbiciem gangu, zastrzeleniem brata choć sam Salomon zdołał umknąć. Po
niedługim czasie wypłynął ponownie, tym razem jako "partyzant" komunistycznej
grupy Armii Ludowej Grzegorza Korczyńskiego (Kilianowicza).
W 1943 roku Salomon Morel przedostał się do Związku Sowieckiego. Co tam robił,
nie wiadomo. Jedno jest pewne, wrócił do Polski jako pracownik Urzędu
Bezpieczeństwa i rozpoczął swą krwawa "karierę" jako funkcjonariusz więzienny
na Zamku Lubelskim, gdzie przetrzymywano i mordowano żołnierzy Armii Krajowej,
Narodowych Sił Zbrojnych, Wolności i Niepodległości itd. Musiał nieźle
przysłużyć się sowieckim mocodawcom bowiem wkrótce został mianowany komendantem
obozu koncentracyjnego w Świętochłowicach.
Sam obóz teoretycznie był przeznaczony dla volksdeutschów i "faszystów
niemieckich" a w rzeczywistości znajdowali się tam głównie mieszkańcy Śląska i
cywile niemieccy, jako że obowiązywała odpowiedzialność zbiorowa. Metody
eksterminacji były typowe: potworny głód (125 g chleba - [dwie kromki] na cały
dzień i chochla cienkiej zupy stanowiło całe pożywienie). Do reguły należało
przetrzymywanie więźniów na placu apelowym -12 godzin stania na mrozie, deszczu
lub upale. Wskutek świadomych działań nie zabezpieczono odpowiednich warunków
sanitarnych, w związku z czym wkrótce w obozie wybuchła epidemia tyfusu i
dyzenterii. Według zeznań świadków, dziennie umierało 20 - 30 osób. Sam Morel
też był aktywny w bezpośrednim procesie mordowania. Jego ulubioną "zabawą" było
masakrowanie głowy ofiary przy pomocy drewnianej pałki. Jak sam często mawiał,
amunicja była zbyt kosztowna do pozbawiania życia. Nagie zwłoki ofiar
posypywano wapnem i zakopywano w okolicznych cmentarzach w nie oznakowanych
zbiorowych mogiłach. Potem mogiły równano z ziemią.
Nowa władza komunistyczna szybko zorientowała się w możliwościach Salomona
Morela. Powierzono mu nowe zadanie, tym razem komendanturę obozu
koncentracyjnego w Jaworznie. Był to obóz pohitlerowski, gdzie po 1945 roku
mordowano Niemców, Ślązaków, Ukraińców i Polaków. Tych ostatnich za najmniejsze
uchybienia wobec reżymu komunistycznego - zwykle wystarczało zwykłe pomówienie.
Nie chodziło przecież o znalezienie winnego - chodziło o rozprzestrzenianie
terroru i w ten sposób zastraszenie całego społeczeństwa.
Pod koniec lat czterdziestych w Moskwie zapadła decyzja o skierowaniu do obozu
koncentracyjnego w Jaworznie polskich dzieci. I tak, chyba po raz pierwszy w
historii ludzkości powstał obóz koncentracyjny dla nieletnich.
Młodzieżowe organizacje antykomunistyczne powstawały zwykle w oparciu o,
rozwiązane przez nową władzę, struktury przedwojennego harcerstwa. Należeli do
nich mali patrioci ze szkół średnich choć nie brakowało także uczniów
podstawówek. W ramach tzw. "Małej dywersji" były nawet zastępy dziewczęce,
zwykle zajmujące się redakcją i kolportażem antykomunistycznych ulotek. Chłopcy
zbierali broń, malowali na murach patriotyczne hasła a przede wszystkim
organizowali się w grupy, które w niedalekiej przyszłości miały prowadzić
zbrojną walkę z okupantem. Na skutek słabej znajomości zasad konspiracji oraz
braku możliwości kontrwywiadu, organizacje młodzieżowe zwykle "wpadały" już po
roku a najdalej dwóch latach działalności. Niemniej, jak stwierdza tajny
dokument Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z 1964 roku, w latach 1944 - 56 w
Polsce istniało 475 nielegalnych organizacji młodzieżowych.
W tej sytuacji Urząd Bezpieczeństwa, wtedy jeszcze obsadzony sowieckimi
oficerami, postanowił przeznaczyć obóz w Jaworznie dla małych, polskich
patriotów. Zgodnie bowiem z nowym kodeksem karnym kara śmierci mogła być
wykonana na dziecku, które skończyło 12 lat.
Zwykle, zaraz po zatrzymaniu, młodociani przeciwnicy sowietyzacji poddawani
byli wielotygodniowym torturom. Miało to na celu wymuszenie zeznań ale także
psychiczne załamanie. Do typowych metod należało bicie, kopanie buciorami po
całym ciele, kneblowanie ust i wlewanie wody do nosa, wbijanie nogi od stołka w
odbytnicę itd. Bodajże jednym z najbardziej powszechnych sposobów tortur było
zamykanie więźniów w piwnicach, wypełnionych po pas wodą. Zostawiano ich tam na
kilka dni. Zaśnięcie groziło utopieniem. Zachowały się relacje, opisujące ten
sposób znęcania się nad, jakby nie było, małymi dziećmi. Po kilkutygodniowych
badaniach zapadał wyrok - za namalowanie antybolszewickiego hasła można było
dostać 10 lat, za ulotki 6 lat itd. Co charakterystyczne, młodocianych więźniów
transportowano do obozu w Jaworznie w .....niemieckich mundurach. Obstawa wszem
i wobec rozgłaszała, że oto konwojują niedobitki Hitlerjugend a samym więźniom,
pod karą śmierci, zabraniano odzywać się w języku polskim.
Salomon Morel zwykł był osobiście "witać" młodych skazańców. Do repertuaru
należało odmieniane na wszelkie możliwe sposoby słowo "bandyci", kazał też
spoglądać w niebo, bo jak twierdził "czynią to ostatni raz, jako, że on,
Salomon Morel osobiście dopilnuje, żebyście tu zdychali wolno na suchoty".
Zapowiadał egzekucje za najdrobniejsze uchybienia wobec regulaminu obozowego a
wszystko to gęsto było przetykane wulgarnościami rodem wprost z rynsztoka.
Jak wiemy dzisiaj, obóz miał spełniać dwa podstawowe zadania. Najbardziej
upartych, a więc tych o niezachwianym patriotyzmie, trzeba było zlikwidować
fizycznie zaś resztę złamać, wydrzeć duszę i wpoić zwierzęcy strach przed
batem. Jak wyznał raz jeden z byłych oficerów Ministerstwa Bezpieczeństwa
Publicznego zaangażowany w pracę w Jaworznie:
"Mieli być naszymi poddanymi, donosicielami, gotowymi pod wpływem strachu
sprzedawać najbliższych i przyjaciół. Po latach "ćwiczeń" w obozie, rozesłani
do miast, mieli tworzyć legiony kapusiów, wzmacniając w ten sposób urzędy
bezpieczeństwa." I to właśnie takie szatańskie zadanie wykonywał Salomon Morel.
Często wzywał dzieci na przesłuchania i osobiście je bił kiedy na pytanie : kto
ty jesteś? odpowiadały: więzień polityczny. Darł się przy tym, że polityczni
więźniowie to byli przed wojną a tu, w Jaworznie, są tylko bandyci.