kolpik124
13.02.18, 21:45
Do wydarzeń, których rosyjskie ministerstwo obrony wciąż nie komentuje, doszło 7 lutego na wschodzie Syrii, ok. 80 km od Dajr az Zaur, na bogatym w ropę i gaz lewym brzegu Eufratu. Oddziały walczące po stronie Baszara al-Asada, za którym stoi Moskwa, atakowały tam sztab kurdyjskich Syryjskich Sił Demokratycznych wspieranych przez USA.
Jak pisze „Washington Post”, powołując się na gen. Hasana, dowódcę oddziałów SSR, amerykański oficer łącznikowy znajdujący się w kwaterze powstańców miał się łączyć ze swoim rosyjskim odpowiednikiem, uprzedzając go, że powinien powstrzymać ludzi szykujących się do ataku.
Rosja w Syrii wpycha nogę między drzwi, nie chce być lekceważona - w "Temacie dnia" o rosyjsko-amerykańskiej wojnie zastępczej
Rosjanin jednak zapewniał go, że nic się nie szykuje. Kiedy wkrótce potem, mimo ostrzeżeń, doszło do szturmu, do akcji włączyły się amerykańskie uzbrojone drony, samoloty i helikoptery. I wtedy to z kolei rosyjski oficer łącznikowy połączył się z Amerykaninem, prosząc o przerwanie nalotu w celu zebrania „naszych zabitych i rannych”. Według gen. Hasana zginęło ok. stu szturmujących. Według doniesień agencji Bloomberg - aż 200.
O poważnej liczbie zabitych Rosjan jako pierwszy w Rosji powiedział Igor Girkin (vel Striełkow), były oficer rosyjskich sił specjalnych, weteran wielu wojen, w których Moskwa potajemnie brała udział. To on w 2014 r. dowodził siłami prorosyjskich separatystów Donbasu walczących z armią Ukrainy.
Girkin już 9 lutego, powołując się na „dane z pewnego źródła”, napisał w internecie:
„Oficjalnych wojskowych rosyjskich w strefie, którą bombardowały siły powietrzne USA, nie ma (być może – już nie ma). Jednak pod bombami Amerykanów znalazły się tam udające Syryjczyków dwa oddziały Wagnera”.
Wagner, a właściwie Prywatna Spółka Wojskowa „Wagner”, to rosyjska firma zbierająca, szkoląca i wysyłająca na różne fronty najemników, co w myśl prawa rosyjskiego jest zakazane i karane. Chodzi jednak o to, że nie jest aż tak bardzo prywatna.
Formacja założona przez ppłk. GRU Dmitrija Utkina „Wagnera” (pseudonim wzięty od nazwiska ulubionego kompozytora Hitlera) jest uważana za rosyjską „zastępczą” armię posyłaną przez Kreml tam, gdzie oficjalne siły zbrojne działać nie powinny.
Jej kuratorem i sponsorem jest nazywany powszechnie „kucharzem Putina” Jewgienij Prigożin, człowiek bardzo bliski prezydentowi. To on zarządza też sławną petersburską „fabryką trolli”, która sieje zamieszanie w internecie na Zachodzie.
Kilka miesięcy temu agencja „ontanka.ru i moskiewski dziennik „RBK” informowały, iż rząd Syrii zobowiązał się oddawać należącej do biznesmena firmie Ewro-Polis 25 proc. ropy i gazu wydobytych w rejonach, które jego „wagnerowcy” „oczyszczą” i ochronią przed przeciwnikami reżimu w Damaszku.
„Wagner” działał też w Donbasie przeciw Ukrainie. A jego oddziały walczyły po stronie Asada, jeszcze zanim we wrześniu 2015 r. Moskwa oficjalnie włączyła się do syryjskiej wojny.
Najemnicy z Rosji ginęli już na froncie w Syrii, kilku z nich dostało się też do niewoli Państwa Islamskiego (ISIS) i najprawdopodobniej zostało zamordowanych.
To, co jako pierwszy ogłosił Girkin, w poniedziałek potwierdził Maksim Buga, ataman samodzielnego bałtyckiego kręgu kozackiego. Dowódca Kozaków w rozmowie z internetową lokalną agencją „Nowy Kaliningrad” przyznał, że wśród poległych pod bombami amerykańskimi „wagnerowców” znalazł się 52-letni Władimir Łoginow. – To jeden z tych, na których trzyma się Rosja. Służył w siłach zbrojnych ZSRR, potem w organach spraw wewnętrznych. W latach 90. brał udział w wojnach. W Donbasie też walczył. A do Syrii wyruszył wiosną 2017 r. – tak ataman scharakteryzował swego towarzysza.
To, że zabity Kozak z Kaliningradu należał do rosyjskiej armii najemników, potwierdzili też eksperci Confict Inteligence Team, grupy rosyjskich specjalistów prowadzącej śledztwa w sprawie przestępstw związanych z wojną na Ukrainie i w Syrii. CIT opublikował już dane i fotografie czterech innych „wagnerowców” zabitych tydzień temu na wschodzie Syrii.
Według atamana Bugi pod bombami amerykańskimi zginęły tam jednak „dziesiątki” najemników z Rosji. W internetowych mediach rosyjskich we wtorek pojawiły się informacje o tym, że na podmoskiewskie lotnisko wojskowe Czkałowsk przylatują z Syrii jeden za drugim samoloty przywożące rannych Rosjan.
– Oni nas po prostu rozgnietli – powiedział gazecie „Komsomolska Prawda” anonimowy „wagnerowiec”, przyznając, że Rosjanie dostali się pod bomby Amerykanów, kiedy szli odbijać zajętą przez Kurdów rafinerię.
Rosyjskie ministerstwo obrony konsekwentnie zapewnia, że w rejonie ataku Amerykanów „wojskowych Federacji Rosyjskiej nie było”.
Dmitrij Pieskow, rzecznik Putina, poradził dziennikarzom, by nie opierali się na tym, co mówią i piszą „różne media”, ale brali pod uwagę jedynie komunikaty resortu obrony. Dodał przy tym:– Na Kremlu nie dysponujemy informacjami o Rosjanach, którzy rzekomo zginęli w czasie działań wojennych w Syrii.
Z żądaniem wyjaśnienia, jak i dlaczego miało dojść do „masowej śmierci Rosjan”, zwrócił się do Putina założyciel demokratycznej partii Jabłoko, kandydat na prezydenta Grigorij Jawliński.
Polityk w specjalnym oświadczeniu przypomniał, że gospodarz Kremla jeszcze 11 grudnia ogłosił, iż ISIS zostało rozgromione, a wojna w Syrii się skończyła. Rozkazał też rozpocząć wycofywanie z tego kraju rosyjskich sił. „Żądam wyjaśnienia, dlaczego rosyjscy obywatele biorą udział w lądowych operacjach w Syrii wbrew temu, co ogłaszali prezydent i minister obrony” – napisał do Putina Jawliński.