profes79
17.09.24, 18:33
wiadomosci.gazeta.pl/wiadomosci/7,114881,31312754,dziesieciorzedne-potrzeby-odgryzaja-sie-w-takich-momentach.html#s=BoxMMtImg1
Niektóre, takie jak Mi-2, już dawno powinny trafić na emeryturę. Zdobyć części zamienne do Mi-17 z powodu wojny to zadanie godne Herkulesa. Wiele innych jest po prostu zużytych albo za słabych do takich zadań. Dziewięć lat temu śmigłowce wielozadaniowe uznano jednak za "dziesięciorzędną potrzebę".
Gdyby tak nie zrobiono, to dzisiaj w walce z powodzią można by liczyć na kilkadziesiąt nowoczesnych i dużych śmigłowców wielozadaniowych H225M Caracal. Zamiast tego jest zbieranina maszyn głównie albo starych, albo wyeksploatowanych, albo nieprzystających do takich zadań, albo wszystko na raz. Wysiłkiem techników oraz załóg dają radę, ale czy standardem powinno być "damy radę"?
Ówczesny wiceminister MON Bartosz Kownacki w jednej z wypowiedzi nazwał śmigłowce wielozadaniowe "dziesięciorzędną potrzebą", a minister Antoni Macierewicz deklarował, że zostaną "szybciej, taniej i lepiej" zakupione inne maszyny.
Gdyby robiono to [zakupy] systemowo i w odpowiedniej skali, problemu dzisiaj mogło by nie być i o anulowanym zakupie H225M nikt by nie wspominał. Trudno jednak te zakupy uznać za "szybsze, tańsze i lepsze" zgodnie z deklaracją Macierewicza. Od Lockheed Martina zamówiono osiem S-70i Blackhawk dla Wojsk Specjalnych (i pięć dla Policji), a od Leonardo cztery morskie AW101 oraz 32 wielozadaniowych AW149. Z tych trzech typów aktualnie w służbie są tylko S-70i i to one są najnowszymi śmigłowcami średnimi wspierającymi walkę z powodzią.
Poza tym są to Mi-8/17, W-3 Sokół, a nawet Mi-2 i SW-4. Łącznie 19 maszyn według informacji wojska z 17 września. Istna zbieranina i w większości zabytkowe. Mi-8/17 to niezmiennie od lat 70. podstawowe śmigłowce transportowe WP. Tylko już dwie dekady temu zakładano, że trzeba je szybko wycofywać i nabywać następców. Dzisiaj średnia wieku naszych Mi-8/17 to ponad 40 lat. Teoretycznie jest ich około 60, ale w praktyce prawdopodobnie jedynie ułamek. Jeszcze przed wojną w Ukrainie ze względu na wiek i zużycie część nie nadawała się do lotów. Teraz jest znacznie gorzej ze względu na całkowite załamanie rynku części zamiennych, które były produkowane niemal wyłącznie w Rosji i Ukrainie. Oficjalnych informacji brak, ale nieoficjalnie mówi się, że sprawne jest może kilkanaście maszyn. Przy czym są to największe i najsilniejsze śmigłowce, które mogą wydatnie pomagać.
W-3 Sokół jest około 60. To polskie maszyny z zakładów w Świdniku. Wojsko od dekad narzeka na problemy z ich utrzymaniem w sprawności, przeciągające się naprawy oraz remonty, no i niezmiennie na zbyt słabe silniki względem masy maszyny.
Ostatnie dwa typy wojskowych śmigłowców używanych w walce z powodzią to już nie maszyny transportowe. Po pierwsze Mi-2, nazywane "plemnikami" lub "czajnikami", czyli prawdziwe zabytki naszych niebios. Służą w polskim wojsku już 57 lat. Kiedyś masowo produkowane w Świdniku na potrzeby całego Układu Warszawskiego. Dzięki temu stosunkowo łatwe do utrzymania w służbie, w czym pomaga też ich prostota. Dzisiaj w jest ich w wojsku jeszcze formalnie około 40, choć nie wiadomo ile sprawnych.Przewieźć mogą co najwyżej kilku pasażerów czy niewielki ładunek w kabinie.
eszcze mniejszy potencjał mają znacznie nowsze SW-4 Puszczyk, autorskie dzieło zakładów Świdnik z przełomu wieków. 24 sztuki dostarczono wojsku z przeznaczeniem do szkolenia pilotów. Od początku krytykowane za zbyt słaby napęd, wibracje, trudne sterowanie i problemy z układem paliwowym. Żeby mieć jakikolwiek zapas mocy, w wojsku rutynowo wymontowywano dwa tylne fotele, aby obniżyć masę maszyn.
Po dziewięciu latach od "dziesięciorzędnych śmigłowców" do wydatnego niesienia pomocy nadaje się więc łącznie kilkanaście maszyn S-70i i Mi-8/17. Trudno więc nazwać to, co zrobiono "szybszym, tańszym i lepszym" rozwiązaniem problemu śmigłowców wielozadaniowych w Wojsku Polskim.