radca
11.11.05, 21:05
www.wprost.pl/ar/?O=82961
Łowcy skór: dyspozytor nie przyznaje się
Czwartek, 10 listopada 2005 - 18:21
Zeznający w procesie "łowców skór" były starszy dyspozytor łódzkiego
pogotowia Tomasz S. zeznał, że nie przekazywał zakładom pogrzebowym
informacji o zgonach pacjentów i nie przyjmował od nich pieniędzy.
Prokuratura zarzuca Tomaszowi S. przyjęcie co najmniej 60 tys. zł za
informację o zgonach. Z zeznań wielu świadków w tym procesie wynika, że to
właśnie on rządził w pogotowiu procederem handlu informacjami o zgonach.
Przed rozpoczęciem przesłuchania świadka, o powołanie którego wnieśli
obrońcy, sąd odrzucił jego wniosek o wyłączenie jawności rozprawy. Świadek
twierdził, że otrzymuje pogróżki, w przeszłości został pobity i obawia się o
swoje bezpieczeństwo. Sąd odrzucając wniosek nie zezwolił mediom na
rejestrację dźwięku i obrazu z zeznań Tomasza S.
B. dyspozytor zeznał, że tylko z plotek słyszał o handlu informacjami;
słyszał też, że firmy pogrzebowe rywalizowały między sobą i zdarzały się
przypadki pobić. "Mnie proponowały wszystkie zakłady pogrzebowe. Nie uległem
tej propozycji, bo byłbym zakładnikiem jednej firmy" - powiedział. Według
niego, proceder ten istnieje nadal nie tylko w pogotowiu, ale także w
szpitalach.
Z jego zeznań wynika, że na początku lat 90., kiedy pojawiła się w Łodzi
pierwsza prywatna firma pogrzebowa, jej właściciel zaproponował podstacji na
łódzkich Bałutach, gdzie wówczas Tomasz S. był szefem
zakładowej "Solidarności", sponsoring w zamian za zostawianie u rodzin
zmarłych pacjentów wizytówek firmy. Współpraca trwała ponad rok, ale
zakończyła się, bo właściciel zakładu nie chciał podpisać oficjalnej umowy.
Tomasz S. podkreślił, że tego rodzaju oferty kierowały do jego ZOZ-u także
prywatne apteki i firma taksówkarska. Za zostawianie u pacjentów ich ulotek
czy wizytówek pracownicy otrzymywali m.in. fartuchy, koce czy aparaty do
mierzenia ciśnienia.
Z tego okresu pochodzi związkowe sprawozdanie podpisane przez S., które
zawiera instruktaż postępowania sanitariusza oraz sposób rozliczenia się z
zakładem pogrzebowym. W sprawozdaniu Tomasz S. informował, że za otrzymane od
zakładów pogrzebowych pieniądze kupiono m.in. odtwarzacz wideo, utworzono
także kasę "chwilówkę", z której pracownicy mogli pożyczać pieniądze zwracane
przy następnej wypłacie. Wypłacono także pracownikom podstacji 37
bezzwrotnych pożyczek przed świętami Bożego Narodzenia. Później związek
podjął uchwałę zakazującą takich praktyk.
Już na początku lat 90. o tej sprawie informowana była prokuratura, bo
związkowcy chcieli sprawdzić, czy taki proceder jest przestępstwem. Ta jednak
odmówiła wszczęcia postępowania, nie stwierdzając znamion przestępstwa, i
uznała, że trzeba to rozpatrywać w kategorii moralnej i etycznej - powiedział
świadek.
Tomasz S. zaprzeczył zeznaniom niektórych świadków, że reorganizacja stacji,
którą m.in. on przygotował, służyła temu, żeby przejął on władzę nad ruchem
karetek. Mówił też, że nie łączyły go prywatne układy z ówczesnym dyrektorem
pogotowia. Opowiedział też m.in. o swojej karierze w związkach zawodowych, w
pogotowiu i współtworzeniu projektu ustawy o ratownictwie medycznym.
Ze względu na przedłużające się zeznania S. w czwartek nie doszło do
przesłuchania kolejnego świadka - b. dyrektora pogotowia Ryszarda
Lewandowskiego. W rozmowie z dziennikarzami b. szef pogotowia mówił, że
plotki o handlu informacjami o zgonach dochodziły do niego już w połowie lat
90., ale nie miał na to dowodów. Lewandowski utrzymuje, że informował o tym
policję, UOP, Urząd Skarbowy i władze samorządowe, ale z ich strony nie było
żadnej reakcji.
Podkreślił, że wydał rozporządzenie, w którym zakazał pracownikom pogotowia
informowania zakładów pogrzebowych o zgonach. Ukarał też czterech
pracowników, którzy złamali zakaz - dwóch zwolnił z pracy, dwaj otrzymali
naganę. "Nikogo nie można ukarać na podstawie plotki. Proces dowodzenia tutaj
jest skomplikowany. Działałem w przekonaniu, że był to proceder obrzydliwy,
ale nie stanowił naruszenia prawa" - przyznał Lewandowski.
W procesie "łowców skór", toczącym się przed Sądem Okręgowym w Łodzi, na
ławie oskarżonych zasiadają dwaj b. sanitariusze i dwaj b. lekarze łódzkiego
pogotowia. B. sanitariusze oskarżeni są o zabójstwo pięciu pacjentów, a
lekarze - o narażenie 14 pacjentów na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty
życia i nieumyślne doprowadzenie do ich śmierci. Całej czwórce zarzuca się
przyjmowanie pieniędzy od firm pogrzebowych za informację o zgonach. Byłym
sanitariuszom grozi dożywocie, lekarzom odpowiadającym z wolnej stopy - do 10
lat więzienia.
ss, pap "
- to mnie straszyl TOMASZ SELDER - slynny " lowca skor "
radca